Spe Salvi.pdf
(
439 KB
)
Pobierz
Microsoft Word - ENCYKLIKA.doc
ENCYKLIKA
SPE SALVI
OJCA ŚWIĘTEGO
BENEDYKTA XVI
DO BISKUPÓW
PREZBITERÓW I DIAKONÓW
DO OSÓB KONSEKROWANYCH
I WSZYSTKICH WIERNYCH ŚWIECKICH
O NADZIEI CHRZEŚCIJAŃSKIEJ
Wprowadzenie
1. «
SPE SALVI facti sumus
» – w nadziei już jesteśmy zbawieni (
Rz
8, 24), mówi św. Paweł
Rzymianom, a także nam. «Odkupienie», zbawienie, zgodnie z wiarą chrześcijańską, nie jest
jedynie zwyczajnym wydarzeniem. Odkupienie zostało nam ofiarowane w tym sensie, że
została nam dana nadzieja, nadzieja niezawodna, mocą której możemy stawić czoło naszej
teraźniejszości: teraźniejszość, nawet uciążliwą, można przeżywać i akceptować, jeśli ma
jakiś cel i jeśli tego celu możemy być pewni, jeśli jest to cel tak wielki, że usprawiedliwia trud
drogi. W tym kontekście rodzi się od razu pytanie: jakiego rodzaju jest ta nadzieja, skoro
może uzasadniać stwierdzenie, według którego, poczynając od niej, i tylko dlatego, że ona
istnieje, jesteśmy odkupieni? I o jaką chodzi tu pewność?
Wiara jest nadzieją
2. Zanim podejmiemy te nurtujące nas dzisiaj pytania, musimy uważniej wsłuchać się w
świadectwo Biblii o nadziei. «Nadzieja» rzeczywiście stanowi centralne słowo wiary biblijnej
– do tego stopnia, że w niektórych tekstach słowa «wiara» i «nadzieja» wydają się być
używane zamiennie i tak
List do Hebrajczyków
z «wiarą pełną» ściśle łączy «niewzruszone
wyznanie nadziei» (por. 10, 22. 23). Również gdy
Pierwszy List św. Piotra
wzywa
chrześcijan, by byli zawsze gotowi do dawania odpowiedzi na temat
logosu
– sensu i racji ich
nadziei (por. 3, 15), «nadzieja» odpowiada «wierze». To, na ile świadomość pierwszych
chrześcijan, że otrzymali w darze niezawodną nadzieję, była decydująca, jest widoczne
również tam, gdzie chrześcijańska egzystencja jest zestawiona z ich życiem zanim przyjęli
wiarę, lub z sytuacją wyznawców innych religii. Paweł przypomina Efezjanom, że zanim
spotkali Chrystusa, byli jakby «nie mający nadziei ani Boga na tym świecie» (
Ef
2, 12).
Oczywiście wie, że mieli oni bogów, że mieli religię, ale ich bogowie okazali się wątpliwi, a z
ich pełnych sprzeczności mitów nie płynęła żadna nadzieja. Pomimo, że mieli bogów, «nie
mieli Boga» i w konsekwencji żyli w mrocznym świecie, bez jasnej przyszłości.
Ex nihil ab
nihilo quam citorecidimus
(jakże szybko z niczego pogrążamy się w nicość)[1] mówi
epitafium z tamtego okresu – z tych słów jednoznacznie wynika to, o czym wspomina Paweł.
W tym samym sensie mówi on do Tesaloniczan: Nie powinniście smucić się, «jak wszyscy ci,
którzy nie mają nadziei» (
1 Tes
4, 13). Także tu jawi się jako element wyróżniający
chrześcijan, fakt, że oni mają przyszłość: nie wiedzą dokładnie, co ich czeka, ale ogólnie
wiedzą, że ich życie nie kończy się pustką. Tylko wtedy, gdy przyszłość jest pewna jako
rzeczywistość pozytywna, można żyć w teraźniejszości. Tak więc możemy stwierdzić:
chrześcijaństwo nie było jedynie «dobrą nowiną» – przekazem treści do tej pory nieznanych.
Używając naszego języka, trzeba powiedzieć, że chrześcijańskie orędzie nie tylko
«informuje», ale również «sprawia». Oznacza to: Ewangelia nie jest jedynie przekazem treści,
które mogą być poznane, ale jest przesłaniem, które tworzy fakty i zmienia życie. Mroczne
wrota czasu, przyszłości, zostały otwarte na oścież. Kto ma nadzieję, żyje inaczej; zostało mu
dane nowe życie.
3. Teraz jednak pojawia się pytanie: na czym polega owa nadzieja, która – jako nadzieja – jest
«zbawieniem»? Istotę odpowiedzi zawiera wspomniany przed chwilą fragment
Listu do
Efezjan
: zanim Efezjanie spotkali Chrystusa, nie mieli nadziei, ponieważ nie mieli «Boga na
tym świecie». Poznać Boga – prawdziwego Boga – oznacza otrzymać nadzieję. Dla nas,
którzy od zawsze żyjemy z chrześcijańską koncepcją Boga i przywykliśmy do niej,
posiadanie nadziei, która pochodzi z rzeczywistego spotkania z Bogiem, jest już czymś z
czego niemal nie zdajemy sobie sprawy. Przykład świętej naszych czasów może nam w
jakiejś mierze dopomóc w zrozumieniu tego, co oznacza po raz pierwszy i rzeczywiście
spotkać Boga. Myślę o Afrykance Józefinie Bakhicie, kanonizowanej przez papieża Jana
Pawła II. Urodziła się około 1869 roku – sama nie znała precyzyjnej daty – w Darfurze w
Sudanie. W wieku dziewięciu lat została porwana przez handlarzy niewolników, była bita do
krwi i pięć razy sprzedawana na targach niewolników w Sudanie. Ostatecznie, jako
niewolnica, znalazła się na służbie u matki i żony pewnego generała, gdzie każdego dnia była
chłostana do krwi. Pozostały jej po tym do końca życia 144 blizny. W 1882 roku została
kupiona przez pewnego włoskiego kupca dla włoskiego konsula Callista Legnaniego, który
wobec ofensywy mahdystów powrócił do Włoch. Znając tak okrutnych «panów», których do
tej pory była własnością, tu Bakhita poznała «Pana» całkowicie innego, żyjącego Boga, Boga
Jezusa Chrystusa – w dialekcie weneckim, którego się nauczyła, nazywała Go «Paron» (Pan).
Do tej pory znała tylko panów, którzy ją poniżali i maltretowali albo – w najlepszym
przypadku – uważali ją za użyteczną niewolnicę. Teraz natomiast usłyszała o istnieniu
«Parona», który jest ponad wszystkimi panami, jest Panem panów, oraz że ten Pan jest dobry,
jest uosobieniem dobroci. Dowiedziała się, że ten Pan zna także ją, że ją stworzył – co więcej,
że ją kocha. Również ona była kochana właśnie przez najwyższego «Parona», w porównaniu
z którym wszyscy inni panowie są jedynie marnymi sługami. Ona sama była znana, kochana i
oczekiwana. Co więcej, ten Pan osobiście poznał los bitego, a teraz oczekiwał jej «po prawicy
Boga Ojca». Teraz miała «nadzieję» – już nie nikłą nadzieję na znalezienie panów mniej
okrutnych, ale wielką nadzieję: jestem do końca kochana i cokolwiek się zdarzy, jestem
oczekiwana przez tę Miłość. A zatem moje życie jest dobre. Przez poznanie tej nadziei została
«odkupiona», nie czuła się już niewolnicą, ale wolną córką Boga. Rozumiała to, co św. Paweł
miał na myśli, gdy przypominał Efezjanom, że przedtem byli pozbawieni nadziei i Boga na
ziemi – nie mieli nadziei, bo nie mieli Boga. Toteż, gdy chciano ją odesłać do Sudanu,
Bakhita wzbraniała się. Nie chciała znowu odłączyć się od swego « Parona ». 9 stycznia 1896
roku przyjęła Chrzest, Bierzmowanie i pierwszą Komunię św. z rąk Patriarchy Wenecji. 8
grudnia 1896 roku, w Weronie złożyła śluby w Zgromadzeniu Sióstr Kanosjanek i odtąd –
poza swoimi zajęciami w zakrystii i na portierni klasztoru – podczas wielu podróży po
Włoszech starała się zachęcać do misji: odczuwała konieczność propagowania wolności,
którą zyskała w spotkaniu z Bogiem Jezusa Chrystusa. Wolność powinna być dawana innym,
możliwie jak największej liczbie osób. Nadziei, która się w niej zrodziła i ją «odkupiła», nie
mogła zachować dla siebie samej. Musiała dotrzeć do wielu, dotrzeć do wszystkich.
Pojmowanie nadziei opartej na wierze w Nowym Testamencie i w pierwotnym Kościele
4. Zanim odpowiemy na pytanie, czy spotkanie z tym Bogiem, który w Chrystusie objawił
nam swoje oblicze i otworzył swe serce, może być również dla nas nie tylko «informujące»,
ale także «sprawcze», czyli może tak przemieniać nasze życie, abyśmy czuli się odkupieni
przez nadzieję, którą wyraża, powróćmy jeszcze do pierwotnego Kościoła. Nietrudno zdać
sobie sprawę, że doświadczenie małej afrykańskiej niewolnicy Bakhity, było również
udziałem wielu osób bitych i skazanych na niewolę w czasach rodzącego się chrześcijaństwa.
Chrześcijaństwo nie niosło przesłania socjalno-rewolucyjnego jak to, w imię którego
Spartakus prowadził krwawe boje i przegrał. Jezus nie był Spartakusem, nie był bojownikiem
o wolność polityczną, jak Barabasz albo Bar-Kochba. To, co przyniósł Jezus, który umarł na
krzyżu, było czymś całkowicie odmiennym: spotkaniem z Panem panów, spotkaniem z
żyjącym Bogiem, a zatem spotkaniem z nadzieją mocniejszą niż cierpienia niewoli,
przemieniającą od wewnątrz życie i świat. Nowość tego, co się stało, ukazuje wyraźnie
Pawłowy
List do Filemona
. Jest to list bardzo osobisty, który Paweł pisze w więzieniu i
powierza zbiegłemu niewolnikowi Onezymowi, aby go dostarczył jego panu, właśnie
Filemonowi. Tak Paweł odsyła zbiegłego niewolnika Onezyma jego panu, a czyni to nie
nakazując, ale prosząc: «proszę cię za moim dzieckiem, za tym, którego zrodziłem w
kajdanach [...]. Jego ci odsyłam [...], to jest serce moje [...]. Może bowiem po to oddalił się od
ciebie na krótki czas, abyś go odebrał na zawsze, już nie jako niewolnika, lecz więcej niż
niewolnika, jako brata umiłowanego» (10-16). Ludzie, którzy zgodnie ze swoim statusem
społecznym dzielą się na panów i niewolników, jako członkowie jednego Kościoła stają się
dla siebie braćmi i siostrami – tak wzajemnie nazywali siebie chrześcijanie. Na mocy Chrztu
odrodzili się, zostali napełnieni tym samym Duchem Świętym i razem, jeden obok drugiego,
przyjmują Ciało Pana. Nawet jeżeli zewnętrzne struktury nie zmieniły się, wewnętrznie
zmieniało się społeczeństwo. Jeśli
List do Hebrajczyków
mówi, że chrześcijanie tu na ziemi
nie mają stałej ojczyzny, ale szukają przyszłej (por. 11, 13-16;
Flp
3, 20), oznacza to coś
zupełnie innego niż zwyczajne odniesienie do perspektywy przyszłości: obecne
społeczeństwo jest uznawane przez chrześcijan za niezadowalające; należą oni do nowego
społeczeństwa, ku któremu zmierzają i które ich pielgrzymowanie antycypuje.
5. Musimy przedstawić jeszcze jeden punkt widzenia.
Pierwszy List do Koryntian
(1, 18-31)
pokazuje, że duża część pierwszych chrześcijan należała do niskich klas społecznych i
właśnie dlatego była otwarta na doświadczenie nowej nadziei, jak to miało miejsce w
przypadku Bakhity. Niemniej od początku były także nawrócenia w warstwach
arystokratycznych i wykształconych. Bowiem to właśnie one żyły nie mając «nadziei i Boga
na świecie». Mit utracił swoją wiarygodność; skostniała rzymska religia państwowa
sprowadziła się do pustego obrzędu, który skrupulatnie sprawowano, ale który teraz stał się
marną «religią polityczną». Racjonalizm filozoficzny zepchnął bogów na płaszczyznę
nierealności. Boskość na różne sposoby była widziana jako moc kosmiczna, natomiast Bóg,
do którego można się modlić, nie istniał. Paweł ilustruje ówczesną, istotną problematykę
religii w sposób niezwykle trafny, gdy przeciwstawia życiu opartemu «na Chrystusie» życie
pod panowaniem «żywiołów świata» (por.
Kol
2, 8). W tej perspektywie nowe światło może
rzucić pewien tekst św. Grzegorza z Nazjanzu. Mówi on, że w chwili, w której trzej
Królowie, prowadzeni przez gwiazdę, adorowali nowego Króla Chrystusa, nastąpił koniec
astrologii, gdyż od tej pory gwiazdy poruszają się po orbitach wyznaczonych przez
Chrystusa[2]. Rzeczywiście w tej scenie jest odwrócone ówczesne pojmowanie świata, które
w inny sposób na nowo dochodzi dzisiaj do głosu. To nie żywioły świata, prawa materii
rządzą ostatecznie światem i człowiekiem, ale osobowy Bóg rządzi gwiazdami, czyli
wszechświatem; prawa materii i ewolucji nie są ostateczną instancją, ale rozum, wola, miłość
– Osoba. A jeśli znamy tę Osobę, a Ona zna nas, wówczas niewzruszona moc elementów
naturalnych nie jest ostateczną instancją; wówczas nie jesteśmy niewolnikami wszechświata i
jego praw – jesteśmy wolni. Ta świadomość w starożytności pobudzała prawe umysły do
poszukiwania. Niebo nie jest puste. Życie nie jest zwyczajnym następstwem praw i
przypadkowości materii, ale we wszystkim i równocześnie ponad wszystkim jest osobowa
wola, jest Duch, który w Jezusie objawił się jako Miłość[3].
6. Sarkofagi z początków chrześcijaństwa obrazują to pojmowanie nadziei, bowiem w obliczu
śmierci pytanie o sens życia jest nieuniknione. Postać Chrystusa przedstawiają na antycznych
sarkofagach przede wszystkim dwa obrazy: filozofa i pasterza. Na ogół filozofia nie była
wówczas rozumiana jako trudna dyscyplina akademicka, jak przedstawia się ją dzisiaj.
Filozof był raczej tym, który potrafił nauczać podstawowej sztuki: sztuki bycia prawym
człowiekiem, sztuki życia i umierania. Oczywiście, ludzie od dawna zdawali sobie sprawę, że
wielu z tych, którzy podawali się za filozofów, za mistrzów życia, było jedynie szarlatanami,
dla których nauka była tylko źródłem utrzymania, podczas gdy o prawdziwym życiu nie mieli
nic do powiedzenia. Tym bardziej poszukiwano prawdziwego filozofa, który rzeczywiście
potrafiłby wskazać drogę życia. Pod koniec trzeciego wieku po raz pierwszy spotykamy w
Rzymie, na sarkofagu pewnego dziecka, w scenie wskrzeszenia Łazarza, postać Chrystusa
jako prawdziwego filozofa, który w jednej ręce trzyma Ewangelię a w drugiej kij wędrowca,
typowy dla filozofa. Za pomocą tej laski zwycięża śmierć; Ewangelia niesie w sobie prawdę,
jakiej wędrowni filozofowie daremnie szukali. W tym obrazie, który długo powracał w sztuce
sarkofagowej, jawi się to, co zarówno ludzie wykształceni, jak i prości odnajdywali w
Chrystusie: On mówi nam, kim w rzeczywistości jest człowiek i co powinien czynić, aby
prawdziwie być człowiekiem. Wskazuje nam drogę, a tą drogą jest prawda. On sam jest jedną
i drugą, a zatem jest także życiem, którego wszyscy poszukujemy. On też wskazuje drogę
poza granicę śmierci. Tylko ten, kto to potrafi, jest prawdziwym nauczycielem życia. To samo
jawi się w wizerunku pasterza. Jak w obrazie filozofa, tak też w postaci pasterza pierwotny
Kościół mógł nawiązać do modeli istniejących w sztuce rzymskiej. W niej pasterz był
zazwyczaj wyobrażeniem marzenia o życiu spokojnym i prostym, jakiego pragnęli ludzie
żyjący w wirze wielkiego miasta. Teraz jednak obraz ten był odczytywany w nowej scenerii,
która nadawała mu głębsze znaczenie: «Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego [...]
Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną» (
Ps
23 [22], 1.4).
Prawdziwym pasterzem jest Ten, który zna także drogę, która wiedzie przez dolinę śmierci;
Ten, który nawet na drodze całkowitej samotności, na której nikt nie może mi towarzyszyć,
idzie ze mną i prowadzi mnie, abym ją pokonał. On sam przeszedł tę drogę, zszedł do
królestwa śmierci, a zwyciężywszy śmierć, powrócił stamtąd, aby teraz towarzyszyć nam i by
dać nam pewność, że razem z Nim można tę drogę odnaleźć. Świadomość, że istnieje Ten,
kto również w śmierci mi towarzyszy i którego «kij i laska dodają mi pociechy», tak że «zła
się nie ulęknę» (por.
Ps
23, 4), stała się nową «nadzieją» wschodzącą w życiu wierzących.
7. Musimy raz jeszcze powrócić do Nowego Testamentu. W jedenastym rozdziale
Listu do
Hebrajczyków
jest zawarta swego rodzaju definicja wiary, która ściśle łączy tę cnotę z
nadzieją. Wokół centralnego słowa tej definicji od czasu Reformacji powstał wśród
egzegetów spór, w którym zdaje się dzisiaj otwierać możliwość wspólnej interpretacji. Na
razie pozostawiam to centralne słowo nie przetłumaczone. Zdanie brzmi następująco: «Wiara
zaś jest
hypostasis
tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości,
których nie widzimy» (
Hbr
11, 1). Dla Ojców Kościoła i teologów Średniowiecza było jasne,
że greckie słowo
hypostasis
należało tłumaczyć na łacinę jako
substantia
. Łaciński przekład
tekstu, który powstał w starożytnym Kościele, mówi zatem:
Est autem fides sperandarum
substantia rerum, argumentum non apparentium
– wiara jest «substancją» rzeczy, których się
spodziewamy; dowodem istnienia rzeczy, których nie widzimy. Tomasz z Akwinu[4],
posługując się terminologią swojej tradycji filozoficznej, tak to tłumaczy: wiara jest
habitus
,
czyli stałym nastawieniem duszy, dzięki któremu życie wieczne bierze w nas początek, a
rozum jest skłonny przystać na to, czego nie widzi. Tak więc pojęcie «substancji» zostało
zmodyfikowane w takim sensie, że przez wiarę są w nas już obecne, na sposób inicjalny,
możemy powiedzieć «w zarodku» - «
substantia
» - te rzeczy, których się spodziewamy – a
więc wszystko, życie prawdziwe. Właśnie dlatego, że ta rzecz jest już obecna, obecność tego,
co ma nastąpić, daje również pewność: «rzecz», która ma nastąpić, nie jest jeszcze widoczna
w świecie zewnętrznym (nie «jawi się»), ale z faktu, że jest w nas w zarodku jako
rzeczywistość dynamiczna, już teraz rodzi się jakieś pojęcie o niej. Lutrowi, któremu nie
podobał się
List do Hebrajczyków
jako taki, pojęcie «istoty rzeczy» w kontekście jego ujęcia
wiary nic nie mówiło. Dlatego rozumiał on termin
hipostaza/substancja
nie w sensie
obiektywnym (jako rzeczywistość obecną w nas), ale w sensie subiektywnym, jako wyraz
wewnętrznego nastawienia, a w konsekwencji musiał naturalnie pojmować termin
argumentum
jako nastawienie podmiotu. Taka interpretacja zdobyła uznanie w XX wieku –
przynajmniej w Niemczech – również w egzegezie katolickiej, tak że zatwierdzone przez
biskupów tłumaczenie ekumeniczne Nowego Testamentu na język niemiecki mówi:
Glaube
aber ist: Feststehen in dem, was man erhofft, Überzeugtsein von dem, was man nicht sieht
(wiara to: mocno trwać przy tym, na co ma się nadzieję, być przekonanym o tym, czego się
nie widzi). Samo w sobie nie jest to błędne, nie oddaje jednak sensu tekstu, gdyż użyty w nim
termin grecki (
elenchos
) nie ma znaczenia subiektywnego: «przekonanie», ale obiektywne:
«dowód». Słusznie zatem współczesna egzegeza protestancka doszła do innego przekonania:
«Obecnie nie można mieć wątpliwości, że ta protestancka interpretacja, która stała się
klasyczną, jest nie do utrzymania»[5]. Wiara nie jest tylko skłanianiem się osoby ku rzeczom,
jakie mają nadejść, ale wciąż są całkowicie nieobecne. Ona coś nam daje. Już teraz daje nam
coś z samej oczekiwanej rzeczywistości, a obecna rzeczywistość stanowi dla nas «dowód»
rzeczy, których jeszcze nie widzimy. Włącza przyszłość w obecny czas do tego stopnia, że nie
jest ona już czystym «jeszcze nie». Fakt, że ta przyszłość istnieje, zmienia teraźniejszość;
teraźniejszość styka się z przyszłą rzeczywistością, i tak rzeczy przyszłe wpływają na obecne
i obecne na przyszłe.
8. To wyjaśnienie nabiera większej mocy i odniesienia do konkretnego życia, jeśli weźmie się
pod uwagę werset 34 dziesiątego rozdziału
Listu do Hebrajczyków
, który z punktu widzenia
języka i treści wiąże się z tą definicją wiary przenikniętej nadzieją i ją przygotowuje. Autor
mówi tu do wierzących, którzy przeszli przez doświadczenie prześladowań:
«Współcierpieliście z uwięzionymi, z radością przyjęliście rabunek waszego mienia
(
hyparchonton
– Wulg.:
bonorum
), wiedząc, że sami posiadacie rzeczy lepsze (
hyparxin
–
Wulg.:
substantiam
) i trwałe».
Hyparchonta
to dobra, które w ziemskim życiu stanowią
utrzymanie, czyli bazę - «substancję» - dla życia, na którą można liczyć. Ta «substancja»,
normalne zabezpieczenie życia, została odebrana chrześcijanom podczas prześladowania.
Znieśli to, ponieważ uważali tę materialną «substancję» za mało znaczącą. Mogli ją porzucić,
gdyż znaleźli lepszą «podstawę» istnienia – bazę, która pozostaje i której nikt nie może
odebrać. Nie można nie dostrzegać związku, jaki zachodzi pomiędzy tymi dwoma rodzajami
«substancji», pomiędzy środkami utrzymania albo bazą materialną a uznaniem wiary za
«bazę», za «substancję» trwałą. Wiara nadaje życiu nową podstawę, nowy fundament, na
którym człowiek może się oprzeć, a przez to zwyczajny fundament, czyli ufność pokładana w
dobrach materialnych, relatywizuje się. Tworzy się nowa wolność wobec tego fundamentu
życia, na którym tylko pozornie można się oprzeć, nawet jeśli nie przeczy się jego
normalnemu znaczeniu. Nowa wolność, świadomość nowej «substancji», która została nam
dana, nie objawiła się tylko w męczeństwie, przez które osoby przeciwstawiły się przemocy
ideologii i jej politycznych organów i przez swoją śmierć odnowiły świat. Przejawiła się ona
przede wszystkim w wielkich wyrzeczeniach, na jakie począwszy od starożytnych mnichów
do Franciszka z Asyżu i naszych czasów decydują się ludzie, którzy wstępując do
zgromadzeń zakonnych i ruchów religijnych, z miłości do Chrystusa pozostawiają wszystko,
aby nieść innym wiarę i miłość Chrystusa, aby pomagać cierpiącym na ciele i na duszy. Tu
nowa «substancja» rzeczywiście potwierdziła się jako «substancja». Z nadziei tych osób,
dotkniętych przez Chrystusa, zrodziła się nadzieja dla innych, którzy żyli w ciemnościach i
Plik z chomika:
dr_vanini
Inne pliki z tego folderu:
Dr Lech Szynder o filozofii w encyklice SPE SALVI.pdf
(173 KB)
Ratzinger Joseph - O niektórych sprawach ostatecznych.pdf
(102 KB)
Raport o stanie wiary - Joseph Ratzinger.txt
(297 KB)
Wykład Benedykta XVI na uniwersytecie w Ratyzbonie.doc
(66 KB)
Motu Proprio - Summorum Pontificum.pdf
(37 KB)
Inne foldery tego chomika:
Jan Paweł II
Jan XXIII
Klemens VIII
Leon XIII
Pius IX
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin