Gibran Kahlil - Prorok.pdf

(196 KB) Pobierz
105894093 UNPDF
KAHLIL GIBRAN
P R O R O K
WSTĘP
Któż wie dlaczego przestrzeń pomiędzy Morzem Kaspijskim a Oceanem Indyjskim stała się od
wieków ojczyzną proroków? Czy dlatego, ze pustynia piaszczysta rozciąga się tam dziesiątkami
tysięcy mil bezludzia i bezdroża ? Czy dlatego, że z poza mgieł wyskakują naraz góry piękności
niezmiernej śniegiem wiecznym okryte? Czy dlatego, że jak zjawiska wyczarowane dłonią cudotwórcy
wyłaniają się wśród pustyni zielone oazy, tym słodsze że nieoczekiwane; czy dlatego, że szumią tam
rzeki zrodzone z nicości i płynące w nicość? Czy wreszcie dlatego, że wicher potężny, jak oddech
Boży, przewraca namioty i sypie groby nad zabłąkanymi wędrowcami? Któż wie....
W najpiękniejszej okolicy tego olbrzymiego obszaru, w libańskiej wioseczce, Beszarre, pod śniegiem i
cedrami pokrytym szczytem Kornet es-Sauda, urodził się 6 grudnia 1883, w ubogim domu
„wieśniaków", Gibranów (Zibra-nów) syn - Gibran, Kahlil Gibran. Rodzice jego mieli jeszcze dwie,
młodsze od niego córki, a znacznie odeń starszy brat był synem z pierwszego małżeństwa matki. Bieda
była w domu tak dotkliwa, że wreszcie matka zapożyczywszy się i po sprzedaniu wszystkiego co się
dało, zabierając dzieci, wyemigrowała za chlebem do Ameryki, gdzie przebywało już wielu jej
znajomych z tej samej wsi- Ojciec pozostał aby uprawiać malutkie poletko. Gdy matka dostała pracę,
Gibran powrócił jeszcze do Libanu na cztery lata studiów, chodził tu do Liceum utrzymywanego przez
księży, a potem ponownie wyjechał do Ameryki i już ojczyzny nigdy nie zobaczył.
Rodzina Gibranów była dotknięta choroba ludzi ubogich i niedożywionych - gruźlicę. Na ni§ umarli
jego rodzice, brat i najmłodsza siostra. Te zgony kolejne które biły w młodego człowieka, jeden po
drugim na przestrzeni paru lat, mimo żarliwości religijnej jego i całej tej bardzo wierzącej Maronickiej
rodziny, zachwiały poważnie wiarę Gibrana, a stając się jedna z przyczyn jego odwrócenia się od
Kościoła ojców, kazały mu szukać własnego rozwiązania problemów życia.
Zanim dojechał ponownie do Ameryki Gibran zatrzymał się na czas pewien w Paryżu, dokąd później
jeszcze raz powrócił na dłuższy okres studiów. Potem osiedlił się najpierw w Bostonie, a z kolei i
ostatecznie w Nowym Jorku. Mając już za sobą bardzo interesujące \ wartościowe próby poetyckie, w
pierwszym okresie swojej rzeczywistej, artystycznej działalności, Gibran poświęcił się malarstwu i
rysunkowi. Twórczość jego w owym czasie w zakresie malarstwa, biegnąc równolegle z poetycka,
porównywana była do dzieł Williama B/a/^e, angielskiego malarza i poety, symbolisty i mistyka.
Wkrótce jednak zwrócił Gibran, przede wszystkim do literatury, wy" dając cały szereg zbiorów poezji
wierszem i proza, po arabsku i angielsku, ilustrując je własnymi rysunkami i szkicami.
Poemat mistyczny „Prorok" napisał po angielsku i wydał w roku 1923. Stworzył go zapewne pod
inspiracją twórczości Nietzschego, w szczególności Zaratustry, dochodząc jednak do całkowicie
odmiennych konkluzji końcowych. „Prorok" wywołał wrażenie piorunujące, jako wyznanie wiary i
założenia jakby nowego religijnego światopoglądu. Dla wielu, zwłaszcza w Ameryce, stał się
rzeczywistą święta księgą i pozostał nią po dziś dzień, stale na nawo wydawany i rozchodzący się w
olbrzymich ilościach. Zasięg jego wyszedł poza kraje języka angielskiego, a wśród tłumaczeń
reprezentowane są niemal wszystkie języki świata.
Matka Gibrana, która bardzo kochał, tak jak się kocha matki, w tym jedynym rezerwacie matriarchatu
góralskiego jakim jest dziś jeszcze Liban, mawiała często gdy był mały, że syn jej jest ,,nie z tego
świata", jakby był „ponad naturą". Już od czwartego ręku życia malował i rysował, a w zimie lepił ze
śniegu nie bałwany, jak inne dzieci, a dziwne postacie swej wyobraźni. Nauczywszy się pisać,
pokrywał karteczki jakimiś utworami i niszczył je natychmiast, mówiąc że nie chce zachowywać tego
co ręka jego sama pisze. Jako młodzieniec i dojrzały mężczyzna był stałe zadumany i zamknięty w
sobie, a nieśmiały z natury- Często zapadał w ekstatyczne zamyślenia) nie widząc co się działo wokół
niego, a obudzony prosił o wybaczenie że…odszedł. Nazywał to ucieczka duszy w poszukiwaniu
uświęcenia. Z kobietami nie umiał postępować, mimozę był dla nich przemożnie pociągający.
Był fatalista, uważając że los ludzki z góry został przewidziany i że nic tu na ziemi i poza ni| nie jest
wynikiem przypadku, woli czy zbiegu okoliczności. Był w tym zresztą wiernym dziedzicem
najgłębszych tradycji swojej ojczyzny- Czasu nie uznawał za miernik egzystencji i powtarzał
nieustannie że wieczność jest naszym elementem, a dla duszy nie ma granic ani w czasie, ani w
przestrzeni-Wydawało się że w chwili kiedy zrywał się huragan, rozwiązywał się w nim jakiś węzeł
niewidzialny, pękały jakieś pęta i tworzył wtedy najpiękniej i najswobodniej- To też można o nim
powiedzieć, że był w pierwszym rzędzie poetą rozszalałego morza, orkanu, nocy i samotności. Na
przekór podziwianemu w pewnym okresie Nietzschemu głosił wszechwładzę miłości, stając się i
praktycznie prorokiem dobroci i miłosierdzia. Cierpienie uważał na nieodłączne od miłości, lecz
cierpienie było dominanta jego życia. Sądził wreszcie, że tylko to, co dajemy ze siebie jest wartościowe
wobec wieczności, a nie to co pragnęlibyśmy otrzymać. Za łącznik pomiędzy smutkiem a radością,
uważał piękno, wierząc że pomaga ono w szukaniu Boga. Twórczość Gibrana doprowadziła go w
ostatnich latach życia do głębokiego pragnienia powrotu do Libanu. Rozpoczął nawet pertraktacje o
zakup starego klasztoru w północnym Libanie - Mar Sarkis - gdzie chciał się osiedlić i dokonać życia.
Ostatecznie jednak obawiając się że nie będzie zrozumiany i przyjęty przez twoich rodaków jakby tego
pragnął, zrezygnował z urzeczywistnienia tego marzenia. Stan zdrowia poza tym tak się pogarszał, że i
z tej przyczyny nie mógłby był odbyć długiej podróży. Cierpiąc straszliwie z powodu raka wątroby,
zmarł Gibran w wieku lat 48, dnia l l kwietnia 1931, w szpitalu św. Wincentego w Nowym Jorku-
Zwłoki jego przewiezione zostały do Libanu i pochowane w starym kościółku w Beszarre.
" Gdy Bóg cisnął mnie jak Jamien w to przedziwne jezioro, zakłóciłem powierzchnię jego w
niezliczone kręgi, lecz gdym dosięgnął głębi stałem się cichy "
OD TŁUMACZA
Książkę Gibrana „Prorok" spotkałam po raz pierwszy w Paryżu w 1930 roku. Uderzyła mnie
oryginalność ujęć, głębia myśli, niespodziewaność koncepcji, „wielki ton", jaki maj$ tylko myśliciele
którzy samotnie wydzierają tajemnice życiu, i „nowe ścieżki w dziewiczych rąbią lasach". I porwał
mnie powiew jakby absolutnego, niczym doczesnym nie uwarunkowanego Piękna.
Przetłumaczyłam parę najciekawszych rozdziałów i posłałam przyjaciołom do Polski. Zdziwiłam się
gdy po moim powrocie) w parę miesięcy potem, do Warszawy, dowiedziałam się iż urywki te,
powielone, krążą, wśród młodzieży, że trafiły na kursy Oświaty Pozaszkolnej, do grup teatru ludowego
Zawiejskiego, a stamtąd na wieś, do świetlic i biblioteczek młodzieżowych, że wzbudzają zachwyt
wszędzie, bez względu na różnice środowiska i przygotowanie umysłowe czytelnika. Było to dla mnie
jednym więcej dowodem wielkości dzieła. A gdy po latach dowiedziałam się że w teczkach kilku
znajomych świetliczarek i studentek, poległych w 1939 na ulicach Warszawy, znaleziono te same,
skromne powielane urywki, jak i w tornistrach niektórych naszych żołnierzy, którym się wówczas
udało przedrzeć na Węgry, książka nabrała dla mnie nowego znaczenia i jeszcze głębszego uroku. W
obozie uchodźców naszych w Indiach widziałam w oczach młodych ten sam płomień wzruszenia i
zachwytu gdy czytali drukowane w pisemku Harcerskim urywki „Proroka". Przemawiał więc
naprawdę wszędzie, bez względu na stan, otoczenie, historyczny chwilę i przeżycia czytelnika.
Dopytywano mi się niejednokrotnie, nawet ostatnio, listownie, o autora, jego życie, drogi wewnętrzne i
rozwój twórczości. Wówczas niewiele sama wiedziałam. Dziś chciałabym się podzielić z czytelnikiem
tym co w biografiach Gibrana, w korespondencji z jego przyjaciółmi, ale nade wszystko w jego
własnych dziełach, odkryłam.
Był dzieckiem niezwykłym. Mając 3 lata, podczas szalejącej nawałnicy - jak sam opowiadał - rwał na
sobie ubranie wołając : „chcę iść z burzą!" A mając 11 lat mówił: „Wiem iż mam coś wielkiego spełnić
w życiu, coś ludziom przekazać".
Matka, kobieta nie wykształcona lecz rozumna, o wielkim charakterze i odwadze, wiedzą serca,
delikatnością uczuć i słodyczą, wywarła bezsprzecznie niezatarty wpływ na jego dzieciństwo.
Owdowiała młodo, w Brazylii, dokąd ja wywiózł jej pierwszy mąż, a po powrocie, z małym synkiem,
do Libanu, wyszła powtórnie zamąż za człowieka pełnego fantazji i buńczuczności, wrodzonej
inteligencji i wesołości, ale i zamiłowania do kieliszka, co spowodowało, przy nieuczciwości
krewnego, utratę resztek dużego ongiś dziedzictwa, nadszarpniętego już za czasów przodków, pod
panowaniem Ottomańskim. Ani dochodu z małego pola, ani z pracy igłą matki, nie wystarczało na
utrzymanie rodziny, nędza była stałym w domu gościem.
Dzieciństwo Gibrana było smutne, a młodość tragiczna. Starcia pomiędzy rodzicami, niejednokrotna
brutalność ojca, bezprzykładna nędza wśród otaczających wiejskich przyjaciół rodziny, ciasnota i
fanatyzm różnych sekt chrześcijańskich, uderzały go boleśnie i pozostawiły ślad na całe życie- Jego
wczesne młodzieńcze utwory po arabsku, tchną smutkiem istnienia, goryczą nad niesprawiedliwości!
społeczną, namiętnym buntem przeciw ciasnotom ortodoksji, a okrucieństwom ludzi możnych i
władczych, bólem niezmiernym nad nędza człowieka. Z drugiej strony niezrównane piękno przyrody
Libanu, jego prastare tradycje - jako dawne] Fenicji - ślady starożytnego świata z z całym bogactwem
mitów i legend, przeplatające się z echami pierwotnego Chrześcijaństwa, umacniają w nim wrodzone
cechy - marzycielstwa, ukochania piękna, szerokich wizji, pogłębiają skłonność do tęsknot
metafizycznych. Opowiadania matki o Chrystusie, miejsca które ongiś przemierzał Jego krok,
rozczytywanie się - wbrew zakazowi - w Ewangelii, przybliżają Go sercu Gibrana, czynią zeń postać
żywa, kochaną, tętniąca realnością, bliską i intymnie „swoja", co starał się oddać już w paru
młodzieńczych utworach, a co znalazło wspaniały wyraz w jednym z ostatnich jego dzieł: Jezus Syn
Człowieczy".
Któż wie czy nie przeczucie wielkości syna zmusiło matkę do powzięcia ryzykownej decyzji
opuszczenia kraju, rzucenia się w świat, z czworgiem dzieci, z których najstarszy liczył lat 18 i miał się
stać - obok krawiectwa matki - podpora całej rodziny, poświęcając swe osobiste ambicje i chęć do
dalszej nauki. Jedno z najuboższych przedmieść Bostonu, Chinatown, pełne nędzy, brudu i zaduchu,
przeciwieństwo urzekającego piękna przyrody, wśród którego nawet ubóstwo wioski libańskiej
zdawało się lżejsze, stanie się po paru latach bezpośrednią przyczyny podcięcia organizmu
najmłodszej, najmniej odpornej a najukochańszej siostry Gibrana - Sultany.
Gibran ma 11 lat gdy dostaje się na bruk Bostonu, ale nie jest już dzieckiem; zarówno w swym
stosunku do życia jak w próbach poetyckich i rysunkowych wykazuje niezwykłą dojrzałość i powagę.
Jest skupiony i skryty a tkliwy i kobieca serdeczny dla rodziny.
Rzuca się z zapamiętałością do nauki, w rok opanowuje na tyle język angielski, że może korzystać ze
szkoły; a dla siebie wciąż pisze po arabsku i nieustannie rysuje. Poznany w szkole malarz
zainteresowuje się śmiałością jego szkiców, zaprasza do siebie, udziela wskazówek, ale chłopak jest
dumny, woli własny wysiłek i trudem okupione odkrycia, niż poddanie się metodzie. W 14-stu latach
jest o tyle wybitny w swych rysunkach że proszą go znajomi o portrety. Już wówczas mówi że
prawdziwy artysta widzi duszę swego modela, a nie tylko linie jego twarzy, że zadaniem jego tę duszę,
tę istotę wewnętrzną wyrazić, a nie zewnętrzne jeno podobieństwo.
Choć czyni ogromne postępy w naukach i w rysunku, niema sposobności do studiowania ojczystego
jeżyka, i matka z bratem, uciuławszy nieco grosza, postanawiają wysłać go do Libanu, dla opanowanie
arabskiego, oraz głębszego zapoznania się z historia i tradycją swego kraju. Gibran jedzie chętnie, choć
rozstanie jest ciężkie, nie przeczuwa że najdroższą siostrzyczkę żegna na zawsze.
Czteroletni pobyt w Liceum w Bejrucie, to okres młodości górnej, chmurnej i tragicznej. Przymus
religijny w szkole mu cięży, dyscyplina męczy go i niecierpliwi; przewyższa swych kolegów, a i
niejednego nauczyciela, skalą zainteresowań, wrażliwością i głębią myśli. Ciasno mu i duszno. Częste
wycieczki w góry, z ojcem, który potrafił być dobrym towarzyszem; książki, odwiedziny pracowni
malarskich, gdzie zapoznaje się z reprodukcjami arcydzieł starych mistrzów, wreszcie....pierwsza,
młodzieńcza miłość, pełna zachwytów, uniesień, marzeń, płomieni i.... bezdennego smutku, wypełniają
te lata. Dojrzewa, mężnieje, staje się sobą, wbrew naciskom i usiłowaniom wtłoczenia jego bujnej,
gorącej, niezależnej natury w ramy konwencjonalizmów i ortodoksji. Pisze po arabsku, wierszem i
prozą, i w 19-stu latach jest już niemal mistrzem swojego języka; a listy do rodziny, jak stwierdza brat,
mają nieraz ton psalmów, przynoszą echa pieśni Salomona i dzieł Proroków. Zapuszcza głęboko
korzenie w glebę ziemi ojczystej, tak bogatej, pięknej i swoistej, i w duszy nie rozstaje się z nią już
nigdy. A smutek tej tragicznej, choć najsłodszej ze wszystkich miłości, kładzie się cieniem zadumy na
całe życie- Opisuje ją w ówczesnych poezjach i w paru utworach znacznie późniejszych, z których
jeden -„Złamane Skrzydła" - drukowany w wiele lat potem, przynosi mu ogromną sławę w świecie
arabskim; zresztą wszystkimi utworami wprowadza nowy styl, nieznane dotąd literackie formy,
znacząc nową epokę w tym piśmiennictwie, - włada również świetnie i klasycznym wierszem - nie
dziw iż jest uznany, już od wczesnej młodości, za geniusza swego wieku we wszystkich krajach
używających języka arabskiego.
Wracając do Ameryki zatrzymuje się w Paryżu, ale ten krótki pobyt nie przynosi jeszcze
znaczniejszych rezultatów, utwierdza go tylko w jego własnej artystycznej linii; a gdy go raz zapytano
dlaczego wybrał ten dziwny symboliczny styl, odparł iż świadomie nie wybierał żadnego, a ten niejako
sam mu się narzucił.
Z sercem ciężkim, po rozstaniu ze swym przepięknym krajem i ową urocza, napół chłopięcą, lotną i
strzelistą miłością, a zarazem i radośnie, w niecierpliwym oczekiwaniu spotkania ze swoimi, po tak
długiej rozłące -jedzie do bostonu. Tu czeka go chyba najcięższy - bo taki pierwszy - cios jego życia.
Nie zastaje siostrzyczki - Sultany. Umarła parę tygodni przed jego powrotem.
Wstrząs jest straszny. Chwieją się wszystkie podstawy, usuwa grunt spod nóg, załamuje wiara, tłoczą
się jak świat stare pytania: „czemu? dlaczego?" Zawisa w próżni. Pierwsze uderzenie się o zagadkę
istnienia.
Gdy brat budząc ssę nocą słyszy szloch Gibrana, ten odpowiada na jego serdeczne pytanie: „Nie nad
śmiercią Sultany plączę, Bóg mój umarł wraz z nią. Czy nie oszukiwałem siebie wierząc w Jego
wszechmoc i miłosierdzie? Ale jak zdołam żyć bez Boga?" Cały dotychczasowy młodzieńczy
światopogląd leży w gruzach. Miłość matki, rozumne prosty filozofią słowa brata, nie mogą ukoić
rany, ani scalić szczątków rozbitego świata. Z cale pasją swej gorące] natury - przysłanianej
zewnętrznym spokojem, opanowaniem, powolnością ruchów i słów - Gibran walczy, zmaga się,
docieka. Żyć bez wiary w sens i cel istnienia nie zdoła. Mówi: „albo zginę, albo odkryję Boga o pełni
sprawiedliwości, potęgi i piękna". Kryzys trwa dość długo.
Aż pewnej nocy, nie mogąc usnąć, z duszą rozdartą najsprzeczniejszymi myślami, zrywa się z posłania
i chwyta Ewangelię -wszak była przyjacielem jego chłopięcych lat, a teraz leży od miesięcy martwa i
nietknięta. Otwiera na Ewangelii św. Jana, uderzają go słowa:
„Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam jeśli ziarno pszeniczne nie obumrze, samo zostanie, lecz jeśli
obumrze wiele owocu przyniesie.''
Znał je, a nigdy przedtem nie dźwięczały tak dziwnie; jaśnieją teraz, wświetlają się w mózg, W serce...
Nagle jakby zasłona rozsuwała się przed jego oczami. Tak, wszystko umiera tylko po to by wydać
plon, więc narodzić się na nowo. Rzecz każda powraca do swego źródła, życie jest wyjściem z
ojczyzny, a śmierć do niej powrotem. Życie jest przejawioną, a śmierć bezcielesną myślą Boga. Wszak
promień słońca nie odcina się nigdy od swego rodzica, tak i duch ludzki nie oddziela się nigdy od Ojca.
Życie i śmierć są w Bogu. Sułtana wróciła do Niego.
Olśniony chwyta za ołówek i - jakby ktoś kierował jego ręką - poczyna rysować. Linie układają się
same. Godziny mijają, nadchodzi brzask; na białym papierze widnieje olbrzymia boska twarz,
niewysłowionej słodyczy i potęgi, a z dołu, od ziemi wznosi się ku niej strzelisty płomień, w kształcie
wiotkiej, lekkiej dziewczęcej postaci, Dusza Sultany wraca do Boga ; z Wszech-ducha wyszła do
Wszech-ducha wróciła. Rysunek skończony zdaje się jaśnieć. Gibran się wali na łóżko i zasypia
kamiennym snem. Budzi się innym człowiekiem, po drugiej stronie otchłani zwątpienia.
Ale zaledwie wizja tej nowej prawdy utrwaliła się w sercu, ledwie myśli zdołały uspokoić się i
zharmonizować, przychodzi nowy cios. Brat zapada na wysoką gorączkę, wezwany lekarz stwierdza
gruźlicę w trzecim stopniu. Przy sposobności bada matkę. To samo. „Zarażenie się w ciasnych
izdebkach było nieuniknione, teraz musi pan ratować siebie i siostrę. Chorych natychmiast do szpitala".
Środki? Sam zarabia Gibran mało i dorywczo, siostra ślęczy nad igłą, ale czy podołają? „Boże gdzież
Twe miłosierdzie?''
Matkę oddają do szpitala, brat zostaje w domu. Gibran spędza dni pomiędzy jego łóżkiem, szpitalem a
bogatymi domami gdzie maluje portrety; nocami pracuje sam. Powstają dwa ciekawe, a z czasem
niezmiernie cenione rysunki - „Taniec Myśli" i „Rzeka Bólu", jedyne z tego okresu które miały ocaleć,
gdy w rok później pożar pochłonął na wystawie cały jego najlepszy malarski dorobek.
Żadne starania nie mogą uratować najdroższych; brat umiera w domu, w Marcu, matka w szpitalu w
Czerwcu, tegoż 1903 roku. Zostają we dwoje z siostrą, z bezgranicznym smutkiem jako jedynym
nieodstępnym towarzyszem.
Długi, nędza, zapracowywanie się siostry, leżą mu kamieniem na sercu. Jak pomóc, jak jej ulżyć,
wszak pracuje ponad siły, dla niego, a zarabia tak mało, wciąż nie wystarcza. Powstaje plan urządzenia
wystawy dotychczasowych prac, w prywatnej pracowni. Dopełnia gorączkowo eksponaty; nocami, jak
Balzak, zapijając się czarną kawą, w kłębach papierosowego dymu, a od czasu do czasu, - gdy nie
może przezwyciężyć senności, lub opanować szarpiącego bólu - i z butelką. Niema czasu na pisanie,
ale poprawia i przerabia dawniejsze utwory, posyła do druku broszurę o muzyce arabskiej i parę
artykułów.
Wreszcie wystawa otwarta. Obserwuje zwiedzających. Reakcje są różne. „Niezrozumiałe, dziecinne
gryzmoły''. ,,Ach, cóż za odwaga, rozmach, wyobraźnia!" „Symbole dziwne, nie wiele można
zrozumieć, ale duży talent niewątpliwie". Jednak nikt nie kupuje. Aż oto niewiasta, wyróżniająca się
prostotą, powagą, pewnym dostojeństwem, przygląda się dłużej niż inni. ,,Może kupi, mój Boże, oby
tylko ulżyć siostrze!". Zbliża się i nawiązuje rozmowę. Kobieta mówi rozumnie, zadaje pytania
wnikliwe i głębokie; Gibran jest uderzony, wyjaśnia z zapałem, ona słucha z zachwytem. Żegnają
się jak przyjaciele; ma ją odwiedzić w szkole - jest kierowniczką znanej w Bostonie postępowej
żeńskiej szkoły, Mary Haskell. Istota na cale życie Gibranowi najbliższa, opiekunka najwierniejsza,
przyjaciel niezawodny, rozumiejący go jak chyba nikt, do końca życia. Łączy ich od razu
powinowactwo bólu - ona jest po stracie ukochanej matki i jej nieomylne, intuicyjne odczucie iż w tym
młodym człowieku o głębokich oczach, a jakże smutnym uśmiechu, tai się niezwykły talent, może
geniusz... Dla Gibrana jest to decydujący moment, jakby zakręt drogi, może jeden z najdonioślejszych
w życiu. Jeśli w dzieciństwie marzył o aniołach i duchach opiekuńczych, tego dnia na wystawie jednak
nie poczuł od razu iż marzenie stało się ciałem.
Stosunek Mary Haskell do Gibrana był z rzadkich i przedziwnych. Nie była to miłość jak się ją zwykle
rozumie. Była o dziesięć lat od niego starsza, silna, zwarta, spokojna, zrównoważona w swej pracy,
obojętna na męską urodę otwarta i prosta, zasługiwała w pełni no miano „dębu", którym ją
szkolą przezwała. Była więc niemal odwrotnością Gibrana, wulkanu pod cichą powierzchnią-
szaleńca, nadwrażliwego poety, o rozpętanej wyobraźni, niebotycznych marzeniach, półświadomego
jeszcze ,,głodu potęgi i sławy , czującego się wciąż obcym i samotnym wśród ludzi, o dogłębnych,
rozpacznych pogardach dla ich małości i tęsknocie ciągłej, nieukojonej, palącej - do absolutnego
Piękna, do boskiej doskonałości, do jedynej, niemal nadludzkie] miłości… kobiety, z której duszą,
myślą, ciałem, mógłby stopić się w jednię. Jakby echo pradawnej wiary Wschodu w dwie, Boga ręką
rozdzielone połowy Duszy, które tylko Jego ręka ma kiedyś znów w jedną całość połączyć. Tęsknota
owa, pomimo wielu uczuć różnych kobiet, nie miała się nigdy spełnić, choć parę razy zdawał się być o
krok od jej urzeczywistnienia. Któż wie czy właśnie z Mary Haskell nie był tego najbliższy?..
Gdy uświadamia sobie ten najgłębszy łącznik, tę wspólność duchowy, pisze przepiękny poemat prozą
„Dzieciątko Jezus", w którym porównywa narodziny miłości wśród mroku zgnębionego i jakby
zamarłego serca, do narodzin boskiego Dzieciątka w stajence:
,,Wczoraj byłem sam na tym świecie, a samotność ma była nieubłagana, jak śmierć.
„Wczoraj dotknięcie wiatru było twarde, a słońca bezbarwne i mdłe.
„Dziś powietrze jest wokół przejrzyste, a przyroda w światłości skąpana.
„Skłaniam się oto przed tobą, jak ongiś pasterze gdy ujrzeli płonący krzak.
„Wszędzie cię widzę, a wokół tajemnice życia przedziwne, jak rozpryskujące się krople wody jasnej,
gdy ją skrzydłem poruszy ptak, zanurzając się w cichą jeziora toń...
„...Płomyk, co nagle rozświetla serce jednego człowieka, jest jak one wielkie, jarzące płomienie, co
spadają z nieba, by rozświetlić mroki narodów,
„bowiem w jednej duszy żyją te same uczucia pragnienia, tęsknoty, co w duszy całej ludzkości.
„Mrok we mnie panował. Głucho było i martwo.... Aż oto w jedną noc, nie, w jedną godzinę… nie, w
jedną chwilę, co się odcina na tle mego życia swym niepojętym pięknem,
Zgłoś jeśli naruszono regulamin