Anne Rice - Kroniki Wampirze 5 - Memnoch diabeł.rtf

(1018 KB) Pobierz
ANNE RICE

Anne Rice

MEMNOCH DIABEŁ

Memnoch the Devil

Przekład Robert Lipski


Dla

Stana Rice’a, Christophera Rice’a i Michele Rice

Dla

Johna Prestona

Dla

Howarda i Katherine Allen O’Brien

Dla brata Katherine, Johna Allena,

dla stryja Mickeya

i

syna stryja Mickeya, Jacka Allena,

oraz wszystkich potomków Jacka

oraz dla

wujka Mariana Leslie,

który był tego wieczoru w barze Corona

Z wyrazami miłości

dla wszystkich naszych krewnych,

im właśnie dedykuje te książkę


CZEGO NIE ZAPLANOWAŁ BÓG

Sny ze stu dni

łzy do studni

Idź zaczerpnąć

wody ze studni

Przynieś ją czystą

Przejrzystą

Bóg nie tworzył

świata ze studni

kiedy będziesz więc

przy studni

krzyknij w głąb

i powiedz mu

że wody jest po wrąb

i może iść do diabła.

Stan Rice

24 czerwca 1993

OFIAROWANIE

Czemuś

Co zapobiega nicości

Niczym dzik u Homera

Szalejący

Z białymi szablami

Przedzierający się przez ludzkie szeregi

Jak przez łan zboża

I tylko temu

Ofiarowuję to cierpienie memu ojcu.

Stan Rice

16 października 1993

DUET PRZY IBERVILLE STREET

Mężczyzna w czarnej skórze

kupuje szczura, by nakarmić swego pytona.

Nie szuka niczego konkretnego,

każdy szczur się nada.

Wracając ze sklepu zoologicznego,

Widzę, jak przy hotelowym garażu

Mężczyzna wycina z bloku lodu łabędzia

Piłą łańcuchową.

Stan Rice

30 stycznia 1994

PROLOG

Tu Lestat. Wiesz, kim jestem? Wobec tego możesz pominąć parę następnych akapitów. Jeśli jednak się jeszcze nie znamy, chciałbym, aby to teraz była miłość od pierwszego wejrzenia.

Spójrz: oto twój bohater, doskonała kopia jasnowłosego, niebieskookiego, mającego metr osiemdziesiąt wzrostu Anglosasa. W dodatku wampir, i jakby tego było mało, najpotężniejszy, jakiego kiedykolwiek spotkasz. Moje kły są za małe, aby zwracały uwagę, chyba że chcę inaczej, ale są bardzo ostre. Nie potrafię wytrzymać dłużej niż kilka godzin, aby nie poczuć ponownie nienasyconego pragnienia ludzkiej krwi.

Naturalnie wcale nie muszę pożywiać się tak często. I szczerze mówiąc, nie wiem, jak często muszę się pożywiać, bo nigdy nie poddałem mojej wytrzymałości takiej próbie.

Jestem potwornie silny. Potrafię unosić się w powietrzu. Słyszę ludzi rozmawiających po drugiej stronie miasta, a nawet kuli ziemskiej. Umiem czytać w myślach, potrafię rzucać uroki.

Jestem nieśmiertelny. Od 1789 roku nie postarzałem się nawet o dzień.

Czy jestem unikatowy? Bynajmniej. Na świecie istnieje jeszcze co najmniej dwadzieścia innych wampirów, o których wiem. Połowę z nich znam dość blisko, a spośród tych połowę darzę głęboką miłością.

Dodaj do tego ze dwustu włóczęgów i nieznajomych, o których nie wiem nic, prócz tego, że od czasu do czasu ktoś rzuci słówko na ich temat, no i jeszcze z tysiąc innych, głęboko zakamuflowanych nieśmiertelnych, krążących po świecie i udających śmiertelników.

Mężczyźni, kobiety, dzieci - każda istota ludzka może się stać wampirem. Wystarczy, aby wampir zechciał cię przemienić, wyssał z ciebie niemal całą krew, a potem przeistoczył, z pomocą własnej krwi zmieszanej z twoją. To nie takie proste, ale jeśli przeżyjesz, będziesz żyć wiecznie. Kiedy jesteś młody, czujesz dojmujące pragnienie, musisz zabijać co noc. Gdy masz tysiąc lat, wyglądasz i mówisz jak mędrzec, nawet jeśli przeistoczono cię jako młodzieńca, a pijesz krew i zabijasz tylko dlatego, że nie możesz się temu oprzeć, niezależnie, czy tego potrzebujesz czy nie.

Jeżeli pożyjesz dłużej - a niektórym to się udaje, kto wie? - twardniejesz, twoja skóra bieleje, nabierasz iście potwornych cech. Wiesz o cierpieniu tyle, że przechodzisz przez gwałtowne, krótkotrwałe cykle okrucieństwa i łagodności, wewnętrznego spokoju i szaleńczego zaślepienia. Możesz popaść w obłęd. A potem znów odzyskać rozum. Później możesz w ogóle zapomnieć, kim jesteś.

Jeżeli chodzi o mnie, łączą w sobie to, co najlepsze u młodych i starych wampirów. Choć mam zaledwie dwieście lat, posiadłem siłę i potęgę pradawnych. Odznaczam się współczesną wrażliwością i zarazem nienagannym gustem i smakiem dawnego arystokraty. Wiem dokładnie, kim jestem. Jestem bogaty. Jestem urodziwy. Widzę własne odbicie w lustrach. I w szybach wystawowych. Uwielbiam śpiewać i tańczyć.

Co robię? Co tylko zechcę.

Zastanów się nad tym. Czy to wystarczy, by zachęcić cię do przeczytania mojej historii? A może znasz już moje wcześniejsze opowieści?

Oto haczyk: w tej historii to, że jestem wampirem, wcale nie jest najważniejsze. To po prostu jeden z atrybutów, jak mój niewinny uśmiech, miękki głos, mowa przesycona francuskim akcentem, pełen gracji chód, jakim przemierzam ulice. To element większej całości.

Ale to, co się tu wydarzyło, mogło spotkać zwykłego człowieka, ba, z pewnością niejednemu się to przydarzyło i powtórzy się jeszcze w przyszłości.

Ty i ja mamy duszę. Pragniemy wiedzy, dzielimy tę samą ziemię, żyzną, bogatą i pełną rozlicznych niebezpieczeństw. Nikt - ani ty, ani ja - nie wie, co znaczy śmierć, mimo że niekiedy mówimy coś całkiem przeciwnego. Sęk w tym, że gdybyśmy to wiedzieli, ja nie napisałbym, a ty nie przeczytałbyś tej książki.

Istotne jest to, że skoro już mamy zgłębić tę historię, powinieneś wiedzieć, iż postawiłem sobie szczytny cel - zostać w tym świecie bohaterem. Postrzegam siebie jako osobę złożoną pod względem moralnym, twardą duchowo i wyzwoloną estetycznie, istotę pełną ciekawych przemyśleń i spostrzeżeń, rzutką i wnikliwą, jako kogoś, kto ma ci coś do powiedzenia.

Jeśli zatem zechcesz przeczytać tę książkę - zrób to właśnie z tego powodu: ponieważ Lestat znów pragnie coś powiedzieć, a chce ci wyznać, że jest przerażony, że rozpaczliwie poszukuje wiedzy, pieśni i raison d’être; chciałby, abyś to zrozumiał i uświadomił sobie, że to najlepsza historia, jaką ma w obecnej chwili do przekazania.

Jeżeli to nie wystarczy, sięgnij po inną książkę.

Jeżeli jednak zaciekawił cię ten wstęp, czytaj dalej. Spętany łańcuchami, mozolnie dyktowałem te słowa memu przyjacielowi i skrybie. Chodź ze mną. Wysłuchaj tego, co chcę powiedzieć. Nie zostawiaj mnie samego.

1

Ujrzałem go, kiedy wszedł przez frontowe drzwi. Wysoki, mocno zbudowany, ciemnobrązowe włosy i oczy, skóra wciąż dość śniada, ponieważ była ciemna, kiedy uczyniłem go wampirem. Poruszał się trochę za szybko, ale z grubsza mógł uchodzić za istotę ludzką.

Stałem na schodach. Na naprawdę wielkich schodach, w dobrym, starym stylu. Był to jeden z tych nader wytwornych, starych hoteli, urządzony z cudowną przesadą, pełen złota i szkarłatu, w sumie całkiem przyjemny. To moja ofiara go wybrała. Nie ja. Moja ofiara spożywała kolację ze swoją córką. A ja z umysłu mojej ofiary wyczytałem, że zawsze spotyka się z córką w Nowym Jorku właśnie w tym miejscu z prostego powodu: ponieważ hotel znajduje się dokładnie naprzeciwko katedry Świętego Patryka.

David dostrzegł mnie od razu - stojącego w leniwej pozie, długowłosego blondyna o spalonych na brąz twarzy i dłoniach, z oczyma jak zawsze ukrytymi za fioletowymi szkłami okularów i ciele przyobleczonym w granatowy, dwurzędowy garnitur od braci Brooks.

Zauważyłem, że się uśmiechnął, zanim zdążył się powstrzymać. Wiedział, że jestem próżny, i zdawał sobie sprawę, że na początku lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku rynek mody męskiej zalany został przez morze włoskiej tandety, bezkształtne, workowate, nieforemne garnitury, a te naprawdę zmysłowe, doskonale skrojone, gustowne i podkreślające wszelkie walory męskiej urody pochodzić mogą z jednego tylko miejsca: od braci Brooks.

Poza tym gęste, falujące włosy i elegancki strój zawsze stanowią urzekające połączenie. Kto wie o tym lepiej niż ja?

Nie zamierzałem rozwodzić się długo nad kwestią ubioru. Do diabła z ciuchami! Byłem dumny z własnej urody i całego mnóstwa przeuroczych sprzeczności - długich włosów, nieskazitelnie skrojonego garnituru i królewskich manier, odzwierciedlających się w luźnej, nonszalanckiej pozie, kiedy tak stałem oparty o balustradę, częściowo blokując schody.

Podszedł do mnie natychmiast. Pachniał mroźną zimą, która królowała za drzwiami, gdzie ludzie potykali się i upadali na skutych lodem ulicach i gdzie śnieg zmienił się w brudną breję. Jego oblicze, stworzone, by je podziwiać i całować, emanowało nadnaturalnym blaskiem, który tylko ja potrafiłem dostrzec, i miłością.

Weszliśmy razem na wyłożoną dywanem antresolę. Przez chwilę irytowało mnie, że jest ode mnie wyższy o dwa cale. Cieszyłem się jednak, że go widzę i jestem blisko niego. Poza tym było tu ciepło, dość ciemno i przestronnie, ot, jedno z miejsc, w którym ludzie nie przyglądają się sobie nawzajem.

- Przybyłeś - powiedziałem. - Nie spodziewałem się, że się zjawisz.

- Oczywiście - rzucił z przekąsem. Gładki brytyjski akcent nie całkiem współgrał z jego młodą, śniadą twarzą, co jak zwykle trochę mną wstrząsnęło. W tym młodym ciele tkwił stary mężczyzna, przeistoczony nie tak dawno w wampira, zresztą przeze mnie: jednego z najpotężniejszych wśród tych, którzy jeszcze pozostali.

- A czego się spodziewałeś? - zapytał, patrząc mi w oczy. - Armand powiedział, że chcesz mnie widzieć. Maharet również.

- To odpowiedź na moje pierwsze pytanie. - Zapragnąłem go pocałować i ni stąd, ni zowąd wyciągnąłem ręce, dość nieśmiało, powoli, aby mógł się odsunąć, gdyby tylko zechciał. Kiedy jednak pozwolił, abym go objął, kiedy odwzajemnił ciepły uścisk, poczułem radość, jakiej nie doświadczyłem od wielu miesięcy.

Nie doświadczyłem jej chyba od chwili, kiedy go opuściłem z Louisem. Znajdowaliśmy się w jakiejś nienazwanej dżungli, we trzech, i w którymś momencie postanowiliśmy się rozstać, to było mniej więcej rok wcześniej.

- Pierwsze pytanie? - rzucił, przyglądając mi się z uwagą; może taksował mnie, czyniąc wszystko, co w mocy wampira, aby odgadnąć nastrój i myśli swego stwórcy, pisklę nie jest bowiem w stanie wejrzeć do umysłu tego, kto je przeistoczył, i na odwrót.

Tak sobie staliśmy rozdzieleni, dźwigając brzemię nadnaturalnych darów, obaj pełni sił i najróżniejszych emocji, ale nie potrafiliśmy ich wyrazić w inny sposób niż ten najprostszy i może najlepszy, czyli - słowami.

- Moje pierwsze pytanie - zacząłem - brzmi następująco: Gdzie byłeś, czy odnalazłeś innych i czy próbowali cię skrzywdzić? Cały ten ambaras, no wiesz, o to, że stwarzając cię, złamałem reguły i w ogóle...

- Cały ten ambaras - rzucił drwiąco, naśladując swój francuski akcent połączony z amerykańskim. - Co za ambaras.

- Chodź - rzekłem. - Pójdziemy do baru i porozmawiamy. Najwyraźniej nikt ci nic nie zrobił. Skądinąd nie spodziewałem się, by któryś z nich chciał spróbować, nie starczyłoby im odwagi. Nie pozwoliłbym ci wyruszyć w świat, gdybym się obawiał, że coś ci grozi.

Uśmiechnął się, jego brązowe oczy natychmiast wypełniły się złocistym blaskiem.

- Czy nie powtarzałeś mi tego ze dwadzieścia pięć razy, zanim się rozstaliśmy?

Znaleźliśmy dla siebie mały stolik, przy samej ścianie. W barze było niewielu ludzi, dokładnie w sam raz. Jak wyglądaliśmy w ich oczach? Jak dwaj młodzi mężczyźni polujący na młodych mężczyzn albo kobiety? Nie dbałem o to.

- Nikt mnie nie skrzywdził - odparł - nikt nawet nie próbował.

Ktoś zaczął grać na pianinie, bardzo cicho i łagodnie jak na hotelowy bar, skonstatowałem. Był to któryś z utworów Erika Satiego. Ja to mam farta.

- Ten krawat... - powiedział, wychylając się do przodu i błyskając białymi zębami; kły miał rzecz jasna zupełnie schowane. - Ten wielki zwój jedwabiu wokół twojej szyi! On nie jest od braci Brooks! Zaśmiał się cicho, ironicznie. - Spójrz na siebie. Na te buty z czubami. Jejku! Jejku! Co ci się kołacze w głowie? I o co właściwie w tym wszystkim chodzi?

Barman rzucił spory cień na niewielki stolik i powiedział coś, co mi umknęło wśród hałasu i podniecenia.

- Coś gorącego - rzucił David. To mnie nie zdziwiło. - No wie pan, rumowy poncz lub coś w tym rodzaju, co da się podgrzać.

Pokiwałem głową i dałem beznamiętnemu kelnerowi znak, żeby dla mnie przyniósł to samo. Wampiry zawsze zamawiają gorące drinki. Nie wypijają ich, ale chcą poczuć ciepło i zapach; to w zupełności wystarczy.

David znów na mnie spojrzał. A raczej to znajome ciało z Davidem w środku spojrzało na mnie. Za sprawą mnie David na zawsze pozostanie starszym mężczyzną, którego znałem i ceniłem, zamkniętym w tej wspaniałej powłoce spalonego na brąz, skradzionego ciała, kształtowanego powoli przez jego maniery, nastroje i emocje.

Drogi czytelniku, nie martw się, zamiana ciał nastąpiła, zanim uczyniłem go wampirem. To nie ma nic wspólnego z historią, którą teraz opowiadam.

- Znów coś cię ściga? - zapytał. - Tak przynajmniej mówił Armand. I Jesse.

- Gdzie ich widziałeś?

- Armanda? W Paryżu. Przypadkiem. Przechodził akurat ulicą. Był pierwszym, którego spotkałem.

- Nie próbował cię skrzywdzić?

- Niby dlaczego? Po co mnie wezwałeś? Kto cię śledzi? O co tu chodzi?

- Byłeś też z Maharet.

Usiadł wygodniej. Pokręcił głową.

- Lestacie, ślęczałem nad pismami, jakich żadna istota ludzka nie widziała od stuleci. Tymi rękami dotykałem glinianych tabliczek, które...

- David uczony - powiedziałem. - Wyuczony przez Talamaskę, by być doskonałym wampirem, choć tamci nie zdawali sobie sprawy, że faktycznie się nim staniesz.

- Och, musisz zrozumieć. Maharet zabrała mnie do miejsc, gdzie przechowuje swoje skarby. Musisz wiedzieć, co znaczy trzymać w dłoniach tabliczkę pokrytą symbolami poprzedzającymi pismo klinowe. I sama Maharet... mogłem przeżyć wiele stuleci i nigdy jej nie ujrzeć.

Maharet była jedyną, której faktycznie powinien się obawiać. Chyba obaj o tym wiedzieliśmy. Moje wspomnienia o Maharet nie kryły w sobie uczucia zagrożenia, a jedynie zagadkę dziecka mileniów, żyjącej istoty tak starej, że każdy jej ruch przywodził na myśl płynny marmur, a jej łagodny, cichy głos przepełniała typowo ludzka elokwencja.

- Jeżeli dała ci swe błogosławieństwo, to nic więcej się nie liczy - powiedziałem z westchnieniem. Zastanawiałem się, czy sam jeszcze kiedyś ją zobaczę. Nie liczyłem na to i wcale tego nie pragnąłem.

- Widziałem także moją ukochaną Jesse - rzekł David.

- Ach, powinienem był się tego domyślić, to oczywiste.

- Zacząłem jej szukać. Wędrowałem przez świat, zalewając się łzami i wydając z siebie bezgłośny zew. Próbowałem ją przywołać, tak jak ty uczyniłeś to ze mną.

Jesse. Blada, drobnokoścista, rudowłosa. Urodzona w dwudziestym wieku, wykształcona i w dodatku mentalistka. Jesse, którą znał jako człowieka; Jesse, którą znał teraz jako nieśmiertelną. Jesse była jego pupilką w Talamasce. A teraz dorównywał jej pod względem urody i wampirzych mocy, a w każdym razie niewiele mu do niej brakowało. Szczerze mówiąc, sam nie wiem.

Jesse została przeistoczona przez Maharet z Pierwszego Miotu, która przyszła na świat jako istota ludzka, zanim jeszcze ludzie zaczęli spisywać ich historię albo nawet nie wiedzieli, że takową mają. Teraz starszą, jeżeli można tak powiedzieć, Królową Potępionych, były Maharet i jej niema siostra, Mekare, o której nikt prawie nic nie mówił.

Nigdy przedtem nie spotkałem pisklęcia przemienionego przez istotę tak starą jak Maharet. Jesse, gdy widziałem ją po raz ostatni, wydała mi się niemal przezroczystym naczyniem niepojętej mocy. Teraz musi już mieć własne historie do opowiedzenia, własne kroniki i przygody.

Przekazałem Davidowi moją drogocenną krew zmieszaną z krwią istot starszych jeszcze niż Maharet. Tak, z krwią Akaszy i pradawnego Mariusa, no i nie należy zapominać, że moja krew też ma swoją siłę i moc, która, pozwolę sobie przypomnieć, jest niezmierzona.

On i Jesse musieli stanowić doborową parę. Jak przyjęła to, że jej dawny mentor przyoblekł się w nowe, młode ciało? Ogarnęła mnie zazdrość i głęboka rozpacz. Odciągnę Davida od tych bladych, wiotkich istot, które zwabiły go do swego sanktuarium, hen za morzem, w krainie, gdzie ich skarby przez stulecia mogły być ukryte przed skutkami wszelkiego rodzaju kryzysów i wojen. Przychodziły mi do głowy różne egzotyczne nazwy, ale ani przez moment nie zastanawiałem się nad tym, dokąd odeszły, te dwie rudowłose, jedna pradawna, druga młoda. I przyjęły Davida do swej siedziby.

Zaskoczył mnie cichy dźwięk i obejrzałem się przez ramię. Zmitygowałem się natychmiast, zażenowany tak wyraźnie okazanymi emocjami, i przez chwilę skupiałem się w milczeniu na ofierze.

Moja ofiara wciąż siedziała w restauracji, niedaleko nas, w tym samym hotelu; mężczyźnie towarzyszyła jego piękna córka. Nie zgubię go tej nocy. Byłem tego pewien.

Westchnąłem. Dość o nim. Ścigałem go od miesięcy. Był ciekawą osobą, ale nie miał z tym nic wspólnego. Czy na pewno? Może zabiję go tej nocy, choć szczerze w to wątpiłem. Siedząc jego córkę i mając świadomość, jak bardzo ją kocha, postanowiłem zaczekać, aż dziewczyna wróci do domu. Bo niby czemu miałbym podle potraktować tak piękną młodą dziewczynę? W dodatku wiedziałem o jego miłości do niej. Teraz błagał ją usilnie, aby przyjęła prezent, który miał dla niej, coś, co odkrył niedawno i co w jego oczach było niezwykle cenne. Ja wszelako nie potrafiłem wychwycić w umyśle żadnego z nich obrazu tego podarunku.

Był doskonałą ofiarą do tropienia - barwną, chciwą, chwilami dobrą i zawsze zabawną.

A teraz wróćmy do Davida. Jakże ten olśniewający nieśmiertelny siedzący naprzeciw mnie musiał kochać wampirzycę Jesse i jak stał się ulubieńcem Maharet. Czemu nie miałem w sobie za grosz szacunku wobec starszych? Czego właściwie chciałem, na miły Bóg? Nie, to nie było pytanie. Pytanie powinno brzmieć... czy coś chce mnie dopaść? Właśnie teraz? Czy uciekłem przed tym?

Kurtuazyjnie zaczekał, aż znów na niego spojrzę. Zrobiłem to. Nie odezwałem się jednak. Nie powiedziałem ani słowa. Tak więc, jak na uprzejmą osobę przystało, to on zaczął mówić, wolno, niezbyt głośno, jakbym nie patrzył na niego przez szkła moich fioletowych okularów niczym na istotę skrywającą złowrogi sekret.

- Nikt nie próbował mnie skrzywdzić - powtórzył z nienagannym brytyjskim akcentem - nikt nie zakwestionował tego, że mnie stworzyłeś, wszyscy traktowali mnie życzliwie, z szacunkiem, choć naturalnie wszyscy chcieli się dowiedzieć ze szczegółami, jak zdołałeś przeżyć spotkanie ze Złodziejem Ciał. Chyba nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo ich zaniepokoiłeś ani jak bardzo oni cię kochają.

Było to krótkie odniesienie do ostatniej przygody, która nas połączyła i pchnęła mnie do tego, bym uczynił go jednym z nas. Wtedy jednak wcale nie wychwalał mnie pod niebiosa.

- Naprawdę mnie kochają? - rzuciłem, mając na myśli innych, niedobitki naszego długowiecznego gatunku, rozsiane po całym świecie. - Wiem tylko, że nie próbowali mi pomóc.

Pomyślałem o tym, w jaki sposób pokonałem Złodzieja Ciał. Bez pomocy Davida nie wygrałbym tej walki. Nie przeżyłem niczego równie groźnego i przerażającego. Na pewno nie miałem ochoty zawracać sobie głowy moimi błyskotliwymi, utalentowanymi wampirzymi kompanami, którzy woleli stanąć z boku i nie mieszać się do tej konfrontacji.

Złodziej Ciał trafił do piekła. A ciało, które ukradł, znajdowało się teraz naprzeciw mnie, zajęte przez Davida.

- W porządku, miło mi słyszeć, że choć trochę się o mnie martwili - powiedziałem. - Sęk w tym, że znów jestem śledzony, ale teraz nie przez podstępnego śmiertelnika znającego techniki projekcji astralnej i potrafiącego przejąć czyjeś ciało. Ktoś mnie tropi.

Patrzył na mnie, nie tyle z niedowierzaniem, ile raczej z przejęciem, próbując pojąć, o co mi właściwie chodzi.

- Tropi - powtórzył z zamyśleniem.

- Jak najbardziej. - Skinąłem głową. - Boję się, Davidzie. Jestem naprawdę przerażony. Gdybym powiedział ci, co to za istota, czym jest, moim zdaniem, to coś, co mnie tropi, wybuchnąłbyś śmiechem.

- Doprawdy?

Kelner postawił przed nami gorące drinki, unosząca się z nich para była wręcz cudowna. W powietrzu rozchodziły się dźwięki muzyki Satiego. Nieomal czuło się, że warto żyć, nawet taki wredny potwór jak ja miewa chwile niezwykłej zadumy.

Coś przyszło mi na myśl. W tym właśnie barze dwie noce wcześniej moja ofiara rzekła do córki: „Wiesz, za takie miejsca jak to mógłbym oddać duszę”. Znajdowałem się o dobrych parę jardów od nich, w miejscu, skąd zwykły śmiertelnik nie mógłby go usłyszeć, ale ja chłonąłem każde słowo wypływające z jego ust i byłem urzeczony córką. Dora, tak miała na imię. Dora. To właśnie ją w osobliwy i urzekający sposób kochał mężczyzna, którego upatrzyłem sobie na ofiarę, kochał ją całym sercem, była jego córką, jedynaczką.

Zorientowałem się, że David na mnie patrzy.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin