Ricoeur Paul - Cierpienie nie jest bólem.pdf

(71 KB) Pobierz
Paul Ricoeur, Cierpienie nie jest bólem
Paul Ricoeur, Cierpienie nie jest bólem
Mój wkład w dyskusję różni się od podejścia psychiatrycznego, ponieważ nie opiera się na
doświadczeniu klinicznym i na opisie występowania zaburzeń umysłowych, lecz zwraca się
ku najbardziej powszechnemu i najbardziej wspólnemu ludziom doświadczeniu cierpienia.
Poza tym celem mojej pracy nie jest także wskazywanie kierunku terapeutycznego działania,
lecz tylko rozjaśnianie naszego zrozumienia ludzkiej istoty, jako bytu zdolnego do
wytrzymywania, do znoszenia cierpienia. Zakładam, że medycyna kliniczna i fenomenologia
krzyżują się na płaszczyźnie semiologii, w rozumieniu znaków cierpienia. Pierwsza z tych
dziedzin służy drugiej swoją wiedzą, druga uczy pierwszą, jak zrozumieć cierpienie, co
wydaje się leżeć u podstaw relacji terapeutycznej jako takiej. Niewątpliwie porozmawiamy
jeszcze za chwilę o tym wzajemnym i krzyżującym się nauczaniu.
Zaczynam od razu od trudności związanych z tym tematem. Pierwszą z nich omówię bardzo
szybko. Dotyczy ona granicy pomiędzy bólem i cierpieniem. Przedstawiciel medycyny
klinicznej ma swoje dane, pozwalające mu poznać związek pomiędzy zaburzeniami
umysłowymi i psychiką, uważaną za "miejsce" tych zaburzeń. Co to jednak znaczy "miejsce",
okolica, moment itd., co to znaczy psychika? Psychiatrzy i fenomenologowie kierują się więc
we wspólnym porozumieniu ku znakom, a więc ku semiologii, aby uzasadnić odrębne użycie
terminów "cierpienie" i "ból". Zgodzimy się zatem, by termin "ból" pozostawić dla doznań
odczuwanych jako umiejscowione w poszczególnych narządach ciała albo w całym ciele, a
termin "cierpienie" – dla doznań otwartych na introspekcję, język, stosunek do samego siebie,
stosunek do innego, stosunek do sensu, do stawiania pytań – wszystkim tym zajmiemy się za
chwilę. Lecz czysty, czysto fizyczny ból pozostaje przypadkiem granicznym, jak jest nim być
może jakieś przypuszczalne czysto psychiczne cierpienie, które rzadko występuje bez stadium
somatycznego. To wzajemne zachodzenie na siebie wyjaśnia wahania potocznego języka:
mówimy o bólu z powodu straty przyjaciela, ale oświadczamy, że cierpimy, gdy mamy chore
zęby. Nasze rozróżnienie bólu i cierpienia na podstawie dwóch semiologii, o których właśnie
mówiliśmy, jest więc czymś w rodzaju typu idealnego.
Druga trudność jest poważniejsza: jeżeli nie ma się za przewodnika danych medycyny
klinicznej dotyczących występowania chorób, jak nie zagubić się w nie mającej końca litanii
chorób, w nieskończonym złu narzekań? Aby stawić czoła temu kłopotowi
metodologicznemu, proponuję rozmieścić zjawiska cierpienia, znaki cierpienia na dwóch
osiach, które są, jak się później okaże, prostopadle. Pierwsza z nich to oś stosunku: ja sam-
inny; tu cierpienie przedstawia się za pomocą tych znaków równocześnie jako przemiana
stosunku do siebie samego i stosunku do innego człowieka. Druga oś jest osią działania-
doznawania. Wyjaśnię: można przyjąć jako hipotezę roboczą, że cierpienie polega na
zmniejszeniu zdolności działania. Spinozjański ton tego określenia nie pociąga za sobą żadnej
konkretnej filozoficznej zależności. Określenie to kładzie natomiast nacisk na fakt, że tylko
ci, którzy działają, mogą również cierpieć (często zdarza mi się mówić: ludzie, którzy działają
i cierpią...) i stąd oś działania-doznawania. Będziemy kolejno szukać znaków tego
zmniejszenia w rejestrze mowy, działania w ścisłym znaczeniu, opowiadania, poszanowania
samego siebie (tylko w takiej mierze, w jakiej można uznać te rejestry za poziomy siły i
bezsilności). Jak zobaczymy, oś działania-doznawania przecina prostopadle oś ja sam-inny.
Te dwie drogi zostaną zbadane w dwóch pierwszych częściach mojego wykładu.
Dla trzeciej, bardzo krótkiej części zachowam stawiane w sposób nieunikniony przez
cierpienie pytanie o sens. Można by mówić o trzeciej, niejako poprzecznej osi, gdzie
cierpienie okazuje się rozciągać między niemym osłupieniem i najbardziej gwałtownym
pytaniem: dlaczego? Dlaczego ja? Dlaczego moje dziecko? Na horyzoncie rysuje się
przerażające pytanie o to, co cierpienie daje do myślenia, nawet jeżeli uczy, jak chce
Ajschylos, kończąc swojego Agamemnona wyrokiem koryfeusza: pathei mathos, z cierpienia
nauka. Ale nauka czego?
1. Oś ja sam-inny
Wydaje się, że przede wszystkim stajemy wobec pewnego paradoksu. Z jednej strony widać,
że "ja" wzmacnia się w żywym poczuciu istnienia albo raczej w poczuciu istnienia do
żywego. "Cierpię – jestem"; bez żadnego ergo, jak w słynnym cogito ergo sum. Nic ma chyba
w ogóle środków, by zaradzić tej bezpośredniości; nic ma miejsca na kartezjańskie
"metodyczne zwątpienie". Zredukowany do cierpiącego "ja" jestem żywą raną.
Te meandry są jeszcze powiększane przez napięcie w wymiarze wyobrażeniowym; o ile
myślę "coś", to cierpię nieograniczenie. Moglibyśmy rozwinąć to zagadnienie, opierając się
na freudowskim rozróżnieniu pomiędzy wyobrażeniem i doznaniem. Pozostając na
płaszczyźnie fenomenologicznej można powiedzieć: tym, co zostało dotknięte w cierpieniu
jest intencjonalność kierująca się na coś, na coś innego niż ja sam i stąd wycofywanie się ze
świata jako horyzontu wyobrażeń; albo mówiąc inaczej, świat nie ukazuje się już jako
możliwy do zamieszkania, ale jako wyludniony. W ten sposób odrzucone ja wydaje się
odrzucone ku sobie samemu.
Z drugiej strony nie pomylimy się, przewidując wzmocnienie szczególnego rodzaju związku z
innym; przebiega to w sposób negatywny, pod postacią kryzysu odmienności, który można by
określić terminem "odizolowanie". Naszkicujmy kilka postaci odizolowania w cierpieniu:
1. Na najniższym poziomie narzuca się doświadczenie niezastępowalności: jako inny niż
wszyscy inni cierpiący jest jedyny.
2. Na następnym poziomie rysuje się żywe doświadczenie niekomunikowalności; inny
nie może mnie zrozumieć ani nie może mi pomóc; między nim a mną jest
nieprzezwyciężona zapora – oto samotność cierpienia.
3. Gdy cierpienie staje się jeszcze bardziej dojmujące, inny jawi się jako mój wróg, ten,
który sprawia mi cierpienie (obelgi, obmowa...); tu narzucałaby się dygresja na temat
rodziny jako nagromadzenia wrogości, gdzie kompleks Edypa nie wyczerpywałby
wszystkich możliwości!... Rana cierpienia.
4. W końcu na najwyższym poziomie jadowitości szaleje złudne poczucie bycia
wybranym do cierpienia. Można by mówić o tym nieszczęściu jako o wyborze na
opak; stąd właśnie wyłania się pytanie: dlaczego ja? dlaczego moje dziecko? Piekło
cierpienia.
Nie moglibyśmy opuścić osi ja sam-inny, nie powiedziawszy ani słowa o zjawisku cierpienia,
które ktoś zadaje sam sobie. Semiologia podwójnego stosunku do siebie samego, będącego
zarazem stosunkiem do innego, może się na tym zarówno wzbogacić, jak i zaciemnić, tak że
tylko medycyna kliniczna może posunąć się dalej niż fenomenologia, kiedy wydobywa na jaw
(cytuję Jean-Jacques Kressa) "zdolność sił psychiki do przeciwstawienia się samej sobie i do
pracy, która wytwarza jej własne cierpienie". Olbrzymia jest władza owego: zadać sobie
cierpienie. Nie może tutaj zabraknąć przypomnienia Żałoby i melancholii Freuda, gdzie
widzimy, że utrata przedmiotu miłości wywołuje zawziętość na samego siebie ze strony
podmiotu niezdolnego do porzucenia zdobyczy. Ale jeżeli fenomenologia pozostaje tutaj
bardzo w tyle, bo owa gra sił tak głęboko jest ukryta, może za to w lepiej oświetlonej sferze
świadomości pokazać oczywiste zjawiska dotyczące "zadawania sobie cierpienia". Pokażę te
zjawiska trochę dalej, na drugiej osi, na poziomie poszanowania samego siebie.
2. Oś działania-doznawania
Jeżeli jako miernik cierpienia zastosowalibyśmy zmniejszanie się zdolności działania, to
moglibyśmy stworzyć typologię cierpienia, która dostosowałaby się do typologii działania. Tę
drugą typologię proponuję odczytać według klucza, który wypróbowałem już w pracy Ja jako
inny. Wyróżniłem tam cztery poziomy sprawności działania: poziom słowa, poziom
nadawania ograniczonego sensu wyrazowi, poziom opowiadania i w końcu poziom osądu
moralnego. Ze strony cierpienia odpowiadają temu wszystkie okaleczenia, które wpływają
kolejno na zdolność mówienia, zdolność wykonywania czynności, zdolność opowiadania (o
sobie), zdolność szanowania samego siebie jako osoby działającej moralnie. A ponieważ na
każdym z tych poziomów ponownie wchodzi w grę poprzedni paradoks "ja" wzmocnionego i
"ja" odizolowanego od drugiego człowieka, otrzymujemy w ten sposób matrycę podwójną,
opartą na dwóch prostopadłych osiach, o których mówiliśmy.
Rozpocznę od niemożności w mówieniu, ponieważ jak to podkreślano od momentu powstania
semiologii cierpienia, podczas gdy ból umiejscawia się w całym ciele, cierpienie znajduje
swoje somatyczne odzwierciedlenie w sposób wybiórczy na poziomie mimiki, a zwłaszcza na
twarzy; tak więc jego wyraz ogranicza się do krzyku i łez. Powstaje pęknięcie między chęcią
mówienia i niemożnością mówienia. I właśnie w tej rozpadlinie chęć mówienia nabiera mimo
wszystko kształtu jako skarga (odsyłam w tej sprawie do pięknego tekstu Jean-Jacques Kressa
o Skuteczności skargi. Skarga jednocześnie wypływa z "ja", wyrwana z głębi ciała i kieruje
się ku innemu jako prośba, jako wołanie o pomoc. Przez to zaznacza się różnica w stosunku
do bólu, który bardzo często pozostaje zamknięty w niemocie poszczególnych członków.
Jeżeli chodzi o niemożność wykonywania czynności, to rozziew pomiędzy chęcią i
możliwością, z którego ta niemożność wypływa, jest w zasadzie wspólny dla bólu i dla
cierpienia, co wyjaśnia częściowe pokrywanie się ich obszarów. Ale jak to przypomina dawne
znaczenie słowa "cierpieć", cierpieć oznacza przede wszystkim wytrzymywać. W ten sposób
działanie włącza się w pewnym minimalnym stopniu w bierność cierpienia.
Umieśćmy teraz to wytrzymywanie na osi ja sam-inny. Tym, co dostrzegamy na początku,
jest spotęgowanie się skrajnej bierności podmiotu odrzuconego ku sobie samemu, wskutek
utraty panowania-nad... Należy tutaj przypomnieć, że działający nie ma przed sobą tylko
innych działających, lecz także tych, którzy poddawani są jego działaniu. Ten właśnie
stosunek odwraca się w doświadczeniu bycia zależnym od..., zdanym na..., wydanym
drugiemu. To poczucie może wślizgnąć się nawet w relacje pomocy i troski. Cierpieć oznacza
wówczas czuć się ofiarą... To poczucie zaostrza się poprzez skutki doznanej przemocy,
niezależnie od tego, czy jest ona fizyczna czy symboliczna, rzeczywista czy urojona.
Cierpienie świadczy więc o najostrzejszym kryzysie tego, co Habermas nazywa działaniem
komunikacyjnym, a przejawia się podobnie do ekskomuniki w najmocniejszym sensie tego
słowa, czyli jako wykluczenie jednocześnie związków siły i związków symbolizacji.
Wchodzimy przez to w trzeci typ cierpienia. Polega on na ciosach zadanych funkcji
opowiadania w procesie ustanawiania osobowej tożsamości. Przypomnijmy: życie to historia
tego życia poszukująca sposobu opowiedzenia o niej. Zrozumieć samego siebie to być
zdolnym do opowiadania o samym sobie historii zrozumiałych i zarazem możliwych do
przyjęcia przez innych, przede wszystkim możliwych do przyjęcia.
Niepowodzenia w opowiadaniu rozpościerają się na osi ja sam-inny. Cierpienie okazuje się
tutaj zerwaniem nici narracyjnej w wyniku skrajnej koncentracji, punktowego skupienia na
jednej chwili. Chwila, trzeba to podkreślić, jest czymś innym niż teraźniejszość tak wspaniale
opisana przez Augustyna w Wyznaniach: podczas gdy teraźniejszość żywi się dialektyką
pomiędzy pamięcią (którą Augustyn nazywa teraźniejszością przeszłości), oczekiwaniem
(czyli teraźniejszością przyszłości) i uwagą (czyli teraźniejszością teraźniejszości), chwila jest
wpisana w tę dialektykę potrójnej teraźniejszości, jest ona tylko przerwą w czasie, zerwaniem
ciągłości – właśnie przez to wszystkie połączenia narracyjne ulegają zmianie. Ale stosunek do
innego ulega zmianie w takim samym stopniu jak niemożność opowiadania i opowiadania o
sobie, ponieważ historia każdego jest wplątana w historie innych, jak to zostało pokazane
przez R. Kosellecka w książce zatytułowanej właśnie Wplątany w historie (Enchevętré dans
des histoires); w ten sposób nasza historia staje się częścią historii innych ludzi. To właśnie
ten internarracyjny (jeżeli tak można powiedzieć) splot zostaje rozerwany w cierpieniu.
Doświadczamy tego, kiedy stykamy się z pewnymi formami chorób psychicznych, przy
których są zakłócone wszystkie czasowe odniesienia wraz z horyzontem przeszłości i
przyszłości. Cierpienie rozmówcy nie jest wówczas mniejsze niż cierpienie pacjenta. Wobec
tego, aby wyrazić ową niemożność opowiadania, można by odważyć się na słowo
nieopowiadalne (inénarrable).
Zauważmy mimochodem, że ta analiza fenomenologiczna sąsiaduje z pewnymi odkryciami
Freuda: na początku swojej kariery Freud opisywał neurotyka jako "cierpiącego na
wspomnienia". Znacznie później przeciwstawia trud przypominania oporowi, jaki stawia mu
powtarzanie się objawów. Niezależnie od tego, czy niemożność przejścia od powtarzania do
przypominania można przypisać popędowi do śmierci, czy też nie, podkreśla ona ważność
tego, co postrzegamy jako niepowodzenie narracyjne i co wpływa jednakowo na płaszczyznę
osobową i na płaszczyznę międzyosobową.
Pozostaje mi powiedzieć kilka słów o niemożności szanowania samego siebie. Poszanowanie
samego siebie uważam za etyczny próg ludzkiego działania. Szanuję siebie jako zdolnego do
szanowania rzeczy, to znaczy do przekładania jednej rzeczy nad inną w imię pewnych racji
działania i w zależności od sądów odnoszących się do dobra i zła. Można tutaj mówić o ruchu
refleksji zmierzającym od poszanowania czegoś do poszanowania siebie samego (zgadzam
się tutaj z Jean-Jacques Kressem mówiącym "o osobie ludzkiej jako o tej, w której uznane jest
to, co dla niej najbardziej istotne, a jest to godność". Kress dodaje: "Zdolność cierpienia
stanowi nierozdzielny składnik tej godności". A dalej wspomina jeszcze "podmiot, jego
godność i jego cierpienie").
Jeżeli to wstępne spostrzeżenie będziemy rzutować na oś ja sam-inny, dodając zagadnienie
cierpienia zadawanego "sobie jako innemu", w naszym stosunku do samych siebie centralne
miejsce zajmie właśnie skłonność do lekceważenia i przypisywania sobie winy. Szczególnie z
powodu straty drogiej istoty człowiek jest skłonny mówić samemu sobie: "Z pewnością
powinienem być za coś ukarany". W tym momencie psychiatra przestrzega nas przed
skłonnością do wchodzenia w ten piekielny labirynt, na który naraża się świadek egzorcyzmu
odprawianego na samym sobie. Tutaj narzucają się słowa pocieszenia: "Nie, pan nie jest
winien, pan po prostu cierpi, a to coś całkiem innego". Bo w końcu, kiedy lekceważenie
samego siebie zostaje doprowadzone do takiej skrajności, potwierdza ono tylko wizję
człowieczeństwa, jaką ma kat. Jaki jest naprawdę cel, do którego zmierza kat poprzez torturę?
Lekarze, którzy mieli do czynienia z ofiarami tortur, mówią: zadając cierpienie, "kat stara się
osiągnąć coś więcej niż śmierć drugiego człowieka – jego upokorzenie za pośrednictwem
wyroku skazującego, do którego wykonania ofiara zostaje doprowadzona wbrew samej sobie.
Sami lekarze mówią nam o wstydzie, który wciska się, jeżeli tak można powiedzieć, w duszę
tych upokorzonych. Tutaj znów natrafiamy na to, co zostało powiedziane wyżej o trudności
mówienia, opowiadania, łączenia tych przypadków doznanej przemocy w jedną, możliwą do
przyjęcia przez innych historię. Ale osiągnęliśmy już naprawdę punkt graniczny, gdzie nie ma
nawet miejsca na potępienie samego siebie. Wydaje się, że opuszczamy obszar, gdzie może
istnieć szacunek oraz lekceważenie i poruszamy się na granicy niemożności szanowania
samego siebie...
Z innej perspektywy, z perspektywy tego co odmienne, utrata szacunku do samego siebie
może być odczuwana jako kradzież albo gwałt dokonany przez innego człowieka. Opis
występowania urojeń pokazuje, że spora część interpretacji zakorzeniona jest w temacie
oskarżenia. Ale w rzeczywistości brutalnego świata każdy może być doprowadzony do
rzeczywistego lub urojonego, uknutego przez "złych" cierpienia z powodu zadawania
cierpienia. W tym miejscu wspomniana wyżej skarga przestaje być już tylko zwykłym jękiem
i wyraża się jako skarga na..., skarga przeciwko... (Wspominam przy tej okazji odczucie
zgorszenia, jakiego doznałem kiedyś podczas lektury Psalmów Dawida, gdzie tak często
rozlega się skarga przeciwko nieprzyjaciołom, którzy urągają, oczerniają i wyśmiewają.)
Dzisiaj byłbym w stanie oddać sprawiedliwość tym tekstom, być może czasem pełnym
szaleństwa, ale dającym wyraz zbyt często tłumionemu doświadczeniu bycia ofiarą. W krzyku
tych wyznań jest być może coś nie tylko wiarogodnego, ale wyzwalającego – czy tam, gdzie
zarzut nie został wypowiedziany, mogłoby znaleźć się miejsce dla przebaczenia? Sposób, w
jaki skarga ociera się o urojenie, świadczy być może o głębokiej istocie oskarżenia,
oscylującego poniżej niewidzialnego progu pomiędzy wskazywaniem zła i manią
prześladowczą.
Na przecięciu między wzmocnionym przez poczucie winy stosunkiem do samego siebie i
zmienionym przez manię prześladowczą stosunkiem do innego rysuje się przerażająca twarz
cierpienia, które ktoś zadaje samemu sobie właśnie na płaszczyźnie swojego szacunku.
Psychiatra ma tu niewątpliwie o wiele więcej do powiedzenia niż fenomenolog. Jednak
obydwaj spotykają się na obszarze tego, co niegdyś nazywano "namiętnościami duszy", w tej
strefie przejściowej, gdzie pathos sąsiaduje z patologią. (Od Canguilhema nauczyliśmy się
wyjaśniania tego, co normalne przy pomocy tego, co patologiczne – i odwrotnie). To prawda,
że nie pisze się już dzisiaj traktatów o namiętnościach, jak to bywało w przypadku autorów
starożytnych, średniowiecznych i klasycznych (mamy tutaj na myśli Kartezjusza i Spinozę).
Właśnie dlatego krzyżujące się wzajemnie odczytywanie namiętności, w którym psychiatrzy i
fenomenologowie połączyliby swoją wiedzę, mogłoby na nowo ożywić ten temat (w związku
z tym wiele do myślenia daje niemieckie wyrażenie Leidenschaft; zadawałem sobie w
szczególności pytanie, czy Freud nie unikał tego słowa z powodu wielkiej tradycji
romantycznej, która je, jak wiadomo, wykorzystała; jego scjentyzm doradził mu zatrzymać
słowo Schmerz pod warunkiem uściślenia – Seelenschmerz). Jakkolwiek by było,
namiętności dostarczają zaskakującej ilustracji "zadawania cierpienia samemu sobie". W
istocie, w odróżnieniu od emocji, które wciąż się zmieniają, od popędów, które angażują się
w rozmaite przedmioty miłości i nienawiści, namiętności polegają na zaangażowaniu
pragnienia w przedmioty podniesione do rangi absolutu, odznaczają się wobec tego
nieumiarkowaniem, hybris, co dopełnia tak pięknie opisanego przez Stendhala procesu
krystalizacji. Wkładając całego siebie w przedmiot, pasjonat stawia się w sytuacji, kiedy
utrata przedmiotu staje się utratą wszystkiego. Pasjonat cierpi podwójnie: po pierwsze dążąc
Zgłoś jeśli naruszono regulamin