Erich Maria Remarque - Trzej Towarzysze.rtf

(1017 KB) Pobierz

Erich Maria Remarque

 

 

 

Trzej towarzysze

(Przełożył Zbigniew Grabowski)


Rozdział I

 

Niebo było żółte jak mosiądz, nie zaciągnięte jeszcze dymami z kominów. Poza dachami fabryki lśniło już ostrym blaskiem. Niedługo wzejdzie słońce. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła ósma. Przyszedłem o kwadrans za wcześnie.

Otworzyłem bramę i przygotowałem pompę. O tej porze przejeżdżało zwykle parę samochodów, które zaopatrywały się w benzynę. Nagle za plecami usłyszałem ochrypły skrzek, który brzmiał tak, jakby pod ziemią ktoś uparcie wiercił zardzewiałym świdrem. Przystanąłem i zacząłem nasłuchiwać. Potem przemierzyłem z powrotem podwórze i uchyliłem ostrożnie drzwi warsztatu. W mrocznym pomieszczeniu szamotało się jakieś widmo. Głowę miało owiniętą ongi białą, a dzisiaj już tylko brudną chustką, całości stroju dopełniał niebieski fartuch i grube filcowe pantofle. Zjawisko machało ostrą miotłą, ważyło dziewięćdziesiąt kilo jak obszył, a było nie kim innym, jak naszą posługaczką, Matyldą Stoss.

Stałem przez chwilę w drzwiach i przyglądałem jej się. Poruszała się z gracją hipopotama, przeciskając się chwiejnym krokiem między chłodnicami. Dudniącym jak z beczki głosem śpiewała piosenkę o wiernym ułanie. Na stole przy oknie stały dwie flaszki koniaku, jedna z nich prawie pusta. Jeszcze ubiegłego wieczoru była pełna. Na śmierć zapomniałem zamknąć butelki w szafie.

- Ładne rzeczy, pani Stoss! - zawołałem na przywitanie.

Śpiew urwał się. Miotła legła na podłodze. Błogi uśmiech zamarł. Teraz przyszła na mnie kolej odegrania roli widma.

- Jezu najsłodszy! - wyjąkała Matylda gapiąc się na mnie zaczerwienionymi ślepiami. - Jak Boga przy skonaniu pragnę, nie spodziewałam się pana jeszcze.

- To widzę. No, jak smakowało?

- Smakować smakowało, ale z ręką na sercu... przykro mi. - Obtarła dłonią usta. - Powiadam panu, ścięło mnie z nóg dokumentnie.

- Przesadza pani, Matyldo. Jest pani tylko zalana. Zalana jak nadbrzeżne działo.

Pani Stoss utrzymywała z trudem równowagę. Wąsik na górnej wardze drgnął, a powieki mrugały jak u starej sowy. Stopniowo jednak oprzytomniała, podeszła ku mnie zdecydowanym krokiem i rzekła:

- Pan pozwoli, panie Lohkamp... Człowiek, jak to mówią, nie z żelaza... z początku tylko powąchałam flaszeczkę i odstawiłam w porządku... potem pociągnęłam łyczek... pan wie, że rano zawsze mi tak czczo na wnętrzu... no, a potem... chyba diabeł we mnie wstąpił i tyle. Ale też pan nie ma sumienia, żeby starą kobietę na pokuszenie wodzić! Po co pan zostawia na ludzkich oczach takie cacane flaszunie?

Bogiem a prawdą, nie po raz pierwszy przydybałem panią Matyldę w takim stanie. Przychodziła co dzień rano na dwie godziny, ażeby posprzątać w garażu. Można było spokojnie zostawić na widoku każdą sumę pieniędzy, pani Matylda nie tknęła ich nigdy. Ale na alkohol była łasa jak kot na szperkę.

Podniosłem flaszkę pod światło.

- Oczywiście, koniaku dla gości pani nie ruszyła, ale ten dobry, pana Köstera, wygoliła pani do ostatniej kropelki.

Uśmiech przemknął po zniszczonej twarzy Matyldy.

- Co prawda, to nie wstyd. Na wódeczności znam się. Ale chyba mnie, biednej wdowy, pan nie zdradzi, złociutki panie?

Potrząsnąłem głową.

- Wyjątkowo dzisiaj nie pisnę ani słówka.

Opuściła zawiniętą spódnicę.

- W takim razie zmykam. Gdyby tak przyłapał mnie pan Köster, zrobiłby awanturę jak jasna cholera!

Podszedłem do szafy i otworzyłem ją.

- Matyldo!

Przydreptała spiesznym truchtem. Podniosłem w górę brunatną czworokątną butelkę.

- To już stanowczo nie ja! - Uniosła ręce na znak protestu. - Najświętsze słowo! Nie ruszyłam tej flaszki!

- Wiem, wiem - rzekłem i nalałem pełny kieliszek. - Ale pani zna ten specjał, hę?

- Też pytanie! - Oblizała łakomie wargi. - Rum! Stary rum Jamajka!

- Znakomicie. No, a teraz do dna, a żywo!

- Niby ja? - odskoczyła jak oparzona. - Panie Lohkamp, to naprawdę za wiele dobrego! Chyba mnie pan chce zawstydzić! Widziane to rzeczy... matka Stoss wypija panu ukradkiem koniak, a pan jeszcze na dokładkę częstuje ją rumem! Niech pan mówi co chce, ale święty z pana człowiek! Prędzej mnie szlag trafi, aniżeli tknę tego kilonka!

- No, więc? - spytałem i zrobiłem taki ruch, jak gdybym chciał cofnąć kieliszek.

- Niech już będzie! - Szybkim ruchem sięgnęła po trunek. - Trzeba brać, co dają. Nawet jeśli człowiek tego nie rozumie. Na zdrowie! Czy to aby przypadkiem nie pańskie urodziny?

- Tak, Matyldo. Zgadła pani.

- Co, naprawdę? - Schwytała oburącz moją dłoń i potrząsnęła nią z wylaniem. - Serdeczne życzenia! Pełnej kiesy, to grunt! Wie pan - obtarła ręką usta - takem się wzruszyła na stare lata... że przydałby się jeszcze i jeden kilonek... Pan wie przecież, że pana kocham jak rodzonego syna.

- Dobra!

Nalałem drugi kieliszek. Wychyliła nie mrugnąwszy okiem i opuściła warsztat piejąc hymny pochwalne na cześć mojej wspaniałomyślności.

 

Odstawiłem butelkę i usiadłem przy stole. Blade promienie słońca padały przez szyby na moje ręce. Urodziny! Zabawne uczucie ogarnia człowieka, nawet jeżeli nic sobie nie robi z takich uroczystości. Trzydziestka, przyjacielu... A był przecież czas, kiedy myślałem, że nigdy nie dożyję do dwudziestu lat... takie to wtedy wydawało się odległe. A potem...

Wyciągnąłem z szuflady arkusz papieru listowego i zacząłem liczyć. Dzieciństwo, szkoła - to był osobny kompleks, daleki, zapodziany gdzieś, dzisiaj już nierealny. Prawdziwe życie zaczęło się dopiero w roku 1916. Wtedy właśnie zostałem rekrutem; chudy jak zapałka, wystrzeliłem w górę, jakby mnie kto o to prosił, skończyłem osiemnaście lat. Ćwiczyłem “powstań!" i “padnij!" pod komendą podoficera, skończonego chama, na placu za koszarami. Jednego z pierwszych wieczorów przyszła do mnie w odwiedziny matka. Musiała na mnie czekać, biedula, z górą godzinę. Zapakowałem tornister nieprzepisowo i za karę kazano mi szorować ustępy. To było moje “wolne popołudnie". Matka chciała mi pomóc, ale takie rzeczy były zakazane. Matczysko się spłakało, a ja byłem tak skonany, że zasnąłem jeszcze w czasie jej wizyty.

1917. Flandria. Kupiliśmy do spółki z Middendorfem w kantynie butelczynę czerwonego wina. Chcieliśmy ją wypić z okazji urodzin. Ale nie doszło do tego. Już o świcie Anglicy obłożyli nas ciężkim ogniem. Köster został ranny w południe, Meyer i Deters padli po południu. A wieczorem, kiedyśmy już byli przekonani, że dadzą nam spokój, i otworzyliśmy flaszkę, gaz zaczął wpełzać do ziemianki. Zdążyliśmy jeszcze na czas założyć maski, ale maska Middendorfa okazała się zepsuta. Zanim to spostrzegł, było za późno. Zdarliśmy z niego dziurawe draństwo i wydostaliśmy nową maskę, ale wszystko to trwało za długo. Łyknął zbyt wiele gazu i rzygał już krwią. Umarł następnego dnia rano, z twarzą zieloną i czarną. Całą szyję miał poranioną... próbował paznokciami rozorać grdykę, aby złapać tchu.

1918. W szpitalu polowym. Parę dni przedtem przybył nowy transport rannych. Bandaże z papieru. Ciężko ranni. Cały dzień wjeżdżały i wyjeżdżały płaskie wózki operacyjne. Niektóre wracały puste na salę. Koło mnie leżał Józef Stoll. Amputowano mu obie nogi, ale on o tym jeszcze nie wiedział. Nie było tego widać, gdyż kołdrę ułożono na drucianym pałąku. Stoll nie uwierzyłby, że mu obcięli nogi, bo odczuwał w nich ciągle ból. W nocy umarli w naszej izbie dwaj żołnierze. Jednemu z nich konanie szło ciężko.

1919. Z powrotem w domu. Rewolucja. Głód. Na ulicach ustawiczny klekot karabinów maszynowych. Żołnierze przeciwko żołnierzom. Towarzysze broni przeciwko dawnym kolegom.

1920. Zamach stanu. Zastrzelono Karola Brögera. Köster i Lenz aresztowani. Moja matka w szpitalu. Rak w ostatnim stadium.

1921...

Wytężyłem myśli. Nie mogłem sobie przypomnieć. Cały rok osunął się gdzieś, zapadł. W roku 1922 pracowałem jako robotnik kolejowy w Turyngii, w 1923 byłem szefem reklamy fabryki wyrobów gumowych. Inflacja trwała w najlepsze. Zarabiałem miesięcznie dwieście bilionów marek. Dwa razy dziennie wypłacano gażę, a zaraz potem zwalniano nas na pół godziny, abyśmy mogli skoczyć do sklepów i kupić, co się dało. Trzeba było zdążyć przed ogłoszeniem nowego kursu dolara. Potem otrzymane pieniądze były warte tylko połowę.

A później? Następne lata? Odłożyłem ołówek. Nie miało sensu ich liczyć. Nie pamiętałem tego zresztą tak dokładnie. Zanadto się wszystko poplątało. Ostatnie urodziny obchodziłem uroczyście w “Café International". Cały rok pracowałem tam jako pianista od nastrojowych kawałków. Potem spotkałem znów Köstera i Lenza. Tak oto wylądowałem w AUREWE, inaczej “Auto-Reperacje, Warsztaty O. Köster i S-ka". Owa S-ka to Lenz i ja, ale w rzeczywistości cały garaż i warsztat należał do Köstera. Był ongi naszym kolegą z ławy szkolnej, a potem dowódcą kompanii. Z kolei latał jako pilot, później pewien czas studiował, jeszcze później został kierowcą wyścigowym. W końcu kupił tę oto budę. Jako pierwszy wspólnik zgłosił się Lenz, który przez parę lat obijał się po Ameryce Południowej. Potem przystałem i ja do tego interesu.

Wyjąłem papierosa z kieszeni. Właściwie powinienem był być zupełnie zadowolony ze swojego losu. Powodziło mi się nie najgorzej, miałem robotę, byłem mocny jak tur, trzeba było nie lada wysiłku, ażebym poczuł się zmęczony, ot, zdrów jak ryba. A jednak lepiej nie rozmyślać zanadto nad tym wszystkim. Szczególnie kiedy człowiek jest sam. A także wieczorem. Raz po raz nachodziły człowieka zwidy z wczoraj i uparcie patrzyły martwymi oczyma. No, ale na tę biedę miało się wódkę.

 

Brama wejściowa zapiszczała w zawiasach. Podarłem kartkę papieru zapisaną datami z mego życia i cisnąłem ją do kosza. Drzwi rozwarły się szeroko. Stanął w nich Gotfryd Lenz - długi, chudy, z jasną grzywą koloru słomy i nosem, który nadawałby się do całkiem innej twarzy.

- Robby! - ryknął wielkiem głosem - wstawaj, baryłko sadła, zbierz swoje grzeszne kości! Baczność! Przełożeni chcą z tobą mówić!

- Tam do licha! - zawołałem zrywając się na równe nogi. - Miałem nadzieję, że zapomnieliście o tym. Nie znęcajcie się nade mną, dziatki!

- Oczywiście, ty myślisz tylko o sobie! - Gotfryd położył na stole paczkę, w której coś zabrzęczało. Za Lenzem wszedł do garażu Köster. Lenz ustawił się przede mną w całej okazałości.

- A teraz, Robby, gadaj, kogo pierwszego spotkałeś dzisiaj z rana?

- Pierwszą osobą, spotkaną dzisiaj, była stara pląsająca baba.

- Święty Ekspedycie! To zły znak. Ale doskonale pokrywa się z twoim horoskopem. Postawiłem go wczoraj. Urodziłeś się pod znakiem Strzelca - człowiek nieobliczalny, niepewny, trzcina na wietrze, pod podejrzanym wpływem Saturna z Jowiszem widocznym w tym roku pod małym kątem. Ponieważ Otto i ja jesteśmy dla ciebie ojcem i matką, wręczam ci, solenizancie, przede wszystkim coś, co będzie cię chronić od zła. Przyjmij ten amulet! Pewna potomkini Inków przekazała mi tę pamiątkę. Miała błękitną krew, platfusy, wszy i boski dar widzenia przyszłości. “Białoskóry cudzoziemcze - powiedziała mi - królowie nosili ten amulet, jest w nim zaklęta siła słońca, księżyca i ziemi, nie mówiąc o pomniejszych planetach. Daj mi srebrnego dolara na wódkę, a amulet będzie twoim!" Wręczam ci go, aby podtrzymać ciągłość łańcucha szczęścia. Amulet ten będzie cię osłaniał i zniweluje wpływ niechętnego ci Jowisza.

Zawiesił mi na szyi małą czarną figurkę na cienkim łańcuszku.

- W porządku! Amulet jest przeciwko nieszczęściom większego kalibru. Zaś na codzienne frasunki: sześć flaszek rumu od Ottona! Proszę z szacunkiem, bo są dwa razy starsze od ciebie!

Otworzył pakunek i ustawił butelki jedna za drugą w porannym słońcu. Migotały złoto jak bursztyn.

- Wyglądają cudownie - przyznałem. - Skądeś je wytrzasnął, Otto?

- O, to bardzo zawiła historia - zaśmiał się Köster. - Zbyt długa do opowiadania. Ale powiedz, stary, jak się dziś czujesz? Jak człowiek trzydziestoletni?

Potrząsnąłem głową.

- Równocześnie jak szesnastolatek i jak pięćdziesięcioletni pryk. Słowem nic szczególnego.

- Co, śmiesz to nazywać niczym szczególnym? - zareplikował Lenz. - To przecież najpiękniejsze uczucie pod słońcem. Zwyciężyłeś czas i żyjesz przecież podwójnie.

Köster spojrzał na mnie uważnie.

- Daj mu spokój, Gotfrydzie - rzekł po chwili. - Urodziny źle działają na samopoczucie. Szczególnie o świcie. Już on przyjdzie powoli do siebie.

- Im mniej tego samopoczucia kołacze się w człowieku - mrugnął szelmowsko Lenz - tym więcej jest on wart, Robby. Czy cię to choć trochę pociesza?

- Nie - odpaliłem - ani odrobiny. Zanim człowiek stanie się coś wart, robi się własnym pomnikiem. Uważam to za zbyt nudne i męczące.

- Patrz, Otto, on już filozofuje, a więc jest uratowany - zawołał Lenz. - Przemógł w sobie ten martwy punkt. Tak, martwy punkt urodzinowy, kiedy to człowiek gapi się we własne źrenice i nagle dokonuje odkrycia, że jest nędznym pętakiem. Teraz możemy pokrzepieni na duchu zabrać się do naszej pracy powszedniej i naoliwić bebechy staremu cadillacowi.

 

Pracowaliśmy, dopóki się nie ściemniło. Potem umyliśmy się i przebrali. Lenz zerknął pożądliwie na butelki.

- Co, może by tak ukręcić jednej szyjkę?

- Robby ma głos w tej sprawie - rzekł Köster. - Niezbyt to wytwornie, Gotfrydzie, jedną ręką dawać, a drugą dobierać się do prezentu.

- Jeszcze mniej wytwornie jest pozwalać, aby ofiarodawcy umierali z pragnienia - odparował Lenz i otworzył jedną z butelek. Smakowita woń rozniosła się w mig po całym warsztacie.

- Święty Ekspedycie! - mruknął Gotfryd. Pociągnęliśmy wszyscy nosami.

- Fantastycznie pachnie, Otto. Trzeba by sięgnąć w najwyższe rejony poezji, ażeby znaleźć godne porównanie.

- Szkoda tego trunku na naszą ponurą budę! - zadecydował Lenz. - Wiecie co? Pojedziemy gdzieś za miasto na kolację i zabierzemy butelczynę ze sobą. Na łonie przyrody wydoimy to cudo!

- Świetnie!

Odsunęliśmy na bok cadillaca, nad którym mozoliliśmy się po południu. Za nim stał dziwny stwór na kołach. Był to wóz wyścigowy Ottona Köstera, duma naszego przedsiębiorstwa.

Köster kupił ongi ten wóz - stare pudło o wysokiej karoserii - na licytacji za psie pieniądze. Znawcy, którzy go oglądali wtedy, określali go bez chwili wahania jako interesujący eksponat do muzeum komunikacji. Znajomy Ottona, Bollwies, branża konfekcyjna, właściciel fabryki płaszczy damskich i namiętny amator wyścigów samochodowych, doradzał Kösterowi, ażeby przerobił zabytek na maszynę do szycia. Ale Köster nic sobie nie robił z tych kpin. Rozłożył wóz na części jak zegarek i pracował nad nim miesiącami, nieraz do późnej nocy. Potem któregoś wieczoru zjawił się swoim gruchotem przed barem, gdzieśmy zwykle wysiadywali. Bollwiesa skręcało ze śmiechu, gdy ujrzał klekot. Trzeba przyznać, że wyglądał on w dalszym ciągu diabelnie śmiesznie. Dla kawału Bollwies zaproponował Kösterowi zakład. Oświadczył, że stawia dwieście marek przeciwko dwudziestu, jeżeli Köster przyjmie wyścig z jego nowym sportowym wozem. Trasa dziesięć kilometrów, kilometr for dla samochodu Ottona. Köster przyjął zakład. Wszyscy zanosili się od śmiechu i obiecywali sobie królewską zabawę. Ale Otto zrobił coś więcej: odrzucił for i z niewzruszoną miną podwyższył zakład na tysiąc przeciw tysiącowi. Zdumiony Bollwies spytał, czy ma go odwieźć zaraz do najbliższego szpitala dla wariatów. W odpowiedzi na to Otto zapuścił motor. Obaj zawodnicy ruszyli, aby natychmiast zmierzyć swe siły. Bollwies wrócił po pół godzinie do baru tak spłoszony, jakby zobaczył węża morskiego. W milczeniu wypisał jeden czek, a potem zaraz drugi. Chciał kupić z miejsca wóz Ottona. Ale Köster wyśmiał jego ofertę. Nie sprzedałby wozu za żadne skarby świata. Chociaż auto było wewnątrz bez zarzutu, to jednak z zewnątrz prezentowało się okropnie. Na codzienny użytek nakładaliśmy na podwozie osobliwie staromodną karoserię, która pasowała jak ulał. Lakier na niej zmatowiał, błotniki miały szramy i zagięcia, a buda liczyła sobie dziesięć wiosen z okładem. Mogliśmy to wszystko odnowić, ale mieliśmy ważny powód, ażeby tego nie robić.

Wóz zwał się Karl. Karl, widmo szos.

 

I teraz Karl węszył na drodze.

- Otto! - zawołałem. - Jedzie ofiara!

Za nami trąbił niecierpliwie zwalisty buick. Doganiał nas szybko. Niebawem chłodnice zrównały się. Mężczyzna przy kierownicy spojrzał na nas obojętnie. Wzrok jego zlustrował z góry na dół naszego obdartusa. Po czym właściciel buicka odwrócił się i zapomniał o naszym istnieniu.

W kilka sekund później musiał jednak stwierdzić, że Karl nie ustąpił mu ani kroku. Poprawił się w fotelu, spojrzał na nas rozbawionym wzrokiem i dał gazu. Nie, Karl nie odpadł. Jak uparty terier ścigając wspaniałego doga trzymał się nasz Karl, mały i zwinny, boku błyszczącej lokomotywy z niklu i lakieru.

Mężczyzna ujął mocniej kierownicę. Nic nie podejrzewał i ściągnął drwiąco wargi. Widać było od razu, że teraz chce nam pokazać, co potrafi jego karoca. Nacisnął tak mocno pedał, że rura wydechowa rozświergotała się jak łąka latem od skowronków. Nic nie pomogło. Nie mógł nas minąć. Karl, brzydki i niepozorny, jak zaklęty trzymał się buicka. Kierowca spoglądał ku nam zdumiony. Nie mógł pojąć, dlaczego przy szybkości ponad sto kilometrów nie potrafił zgubić tego przedhistorycznego pudła. Skonsternowany patrzył na tachometr, jak gdyby ten musiał się mylić. Wreszcie dał pełny gaz.

Oba wozy gnały teraz tuż obok siebie po prostej szosie... Po kilkuset metrach zadudniło z przeciwka auto ciężarowe. Buick musiał schować się za nas, ażeby przepuścić ciężarówkę. Zaledwie zrównał się z Karlem, a już zaszumiał zmotoryzowany karawan, powiewając szarfami od wieńców. Buick znów musiał dać nura za Karla. Potem tor był już wolny.

Mężczyzna przy kierownicy strącił tymczasem swoją pychę. Siedział gniewny, z zaciśniętymi wargami, pochylony do przodu. Owładnął nim demon wyścigu. Cały honor jego życia zależał od tego, ażeby za żadną cenę nie ustąpić kundlowi.

My natomiast rozpieraliśmy się pozornie obojętnie na naszych siedzeniach. Buick nie istniał dla nas. Köster patrzył spokojnie na drogę, ja spozierałem znudzony w powietrze, a Lenz - chociaż kipiał od napięcia - wyciągnął z kieszeni gazetę i udawał, że nie ma w tej chwili nic ważniejszego do roboty jak czytać.

W parę minut później Köster mrugnął do nas. Karl stracił niepostrzeżenie na tempie i buick zaczął nas powoli mijać. Jego szerokie, lśniące błotniki przesunęły się koło nas. Rura wydechowa zionęła nam w twarze niebieskim dymem. Stopniowo zyskał na nas około dwudziestu metrów. Zaraz też, czego spodziewaliśmy się, wychyliła się z okna gęba właściciela. Uśmiechnął się z wyraźnym triumfem. Był przekonany, że wygrał.

Ale właściciel buicka pozwolił sobie jeszcze na coś więcej. Nie mógł zdusić w sobie żądzy rewanżu. Dawał nam ręką znak, ażebyśmy go doścignęli. Machał łapą szczególnie natarczywie i zwycięsko.

- Otto! - upominał Lenz.

Ale było to zbyteczne. W tej samej bowiem sekundzie Karl skoczył naprzód. Kompresor gwizdnął przeciągle. I nagle zapraszająca ręka w oknie znikła - Karl przyjął wyzwanie. Nadciągał jak burza. Nic nie potrafiło go powstrzymać. Odrobił różnicę dzielącą oba wozy i wtedy dopiero po raz pierwszy łaskawie zauważyliśmy obce auto. Pytającym, niewinnym wzrokiem obrzuciliśmy kierowcę. Chcieliśmy się dowiedzieć, dlaczego machał ręką. Ale tamten patrzy uporczywie w bok. Karl zachłysnął się teraz dopiero pełnym gazem, mknął brudny, z klekocącymi błotnikami - nasz zwycięski grat.

- Pięknieś go zrobił! - pochwalił Lenz Köstera. - Temu gościowi nie będzie smakowała kolacja.

Takie polowania stanowiły ukryty powód, dla którego nie zmienialiśmy karoserii Karla. Wystarczyło, ażeby pojawił się na szosie, a zaraz ktoś próbował go pognębić. Karl działał na inne samochody jak wrona ze złamanym skrzydłem na bandę głodnych kocurów. Prowokował do wymijania najspokojniejsze familijne karety. Najdostojniejszych brodaczy i ojców rodzin opętanych niezawodnie demonem szybkości, gdy zobaczyli grzechoczący zad Karla podskakujący w górę i w dół przed ich nosem. Któż mógł podejrzewać, że w tej śmiesznej obudowie bije wspaniałe serce wyścigowego silnika!

Lenz utrzymywał stale, że Karl działa wychowawczo. Uczy ludzi szacunku dla ducha twórczego, który zawsze kryje się w niepozornej skorupie. Tak mówił Lenz, który głosił o sobie samym, że jest ostatnim romantykiem.

Zatrzymaliśmy się przed małym zajazdem i wyleźliśmy z wozu. Wieczór był piękny i cichy. Bruzdy zoranych pól miały fioletowy połysk. Krawędzie ich płonęły złoto i brunatno. Niby wielkie flamingi płynęły chmury po niebie zielonkawym jak skórka jabłek, ukrywających wąski sierp przybierającego księżyca. W gałęziach leszczyny zaplątał się zmierzch i jakieś drżące przeczucie. Krzak był wzruszająco nagi, a jednak pełen nadziei zawiązujących się pączków. Z gospody snuł się zapach smażonej wątróbki. Z cebulką, ani chybi. Serca nasze wezbrały radością.

Wiedziony zapachem rzucił się Lenz ku zajazdowi. Wrócił z rozjaśnionym obliczem.

- Żebyście widzieli, jak się smażą ziemniaczki! Szybko, bo inaczej zmiotą nam, co najlepsze!

W tej samej chwili zaszumiał na szosie jakiś wóz. Staliśmy jak przykuci do miejsca. Jako żywo - nasz przyjaciel buick! Z ostrym zgrzytem zahamował tuż przy Karlu.

- Masz babo placek - mruknął Lenz.

Nieraz już z powodu naszych polowań wynikały bijatyki.

Kierowca wysiadł z auta: ciężki, zwalisty chłop, w szerokim, brązowym raglanie z wielbłądziej wełny. Spojrzał wściekłym zezem na Karla, zdjął grube żółte rękawiczki i zbliżył się do naszej grupy.

- Cóż to za model, ten pański wóz? - spytał najbliżej stojącego Köstera z miną kwaśną jak ocet siedmiu złodziei.

Chwilę patrzyliśmy na niego w milczeniu. Oczywiście brał nas za monterów, którzy wystrychnęli się w świąteczne ubrania i wypożyczyli sobie chyłkiem auto.

- Czy mi się zdaje, czy też pan coś powiedział? - zagadnął w końcu ociągającym się głosem Otto. Chciał dać gościowi nauczkę, że powinien odezwać się nieco uprzejmiej.

Mężczyzna poczerwieniał jak burak.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin