Kazimierz Brandys
Matka Królów
Jest to historia pewnej kobiety, która nazywała się Łucja Król. Rzecz sięga lat przedwojennych, gdy mąż jej, Stanisław, upił się i wpadł pod tramwaj na ulicy Żelaznej. Koła obcięły mu nogi. Działo się to w Warszawie za rządów starego Marszałka. Oto początek historii: Łucja Król, wdowa, lat trzydzieści. Koledzy męża złożyli się na pogrzeb. Została z trzema synami, czwarty urodził się po pogrzebie. Tragarz Cyga - przyjaciel męża; podobny do wołu z pagórkowatym karkiem porżniętym śladami powrozu. W niedzielę przyniósł jej złotych czterdzieści pięć. Tyle uzbierali koledzy. Po zapłaceniu reszty za pogrzeb starczy do końca miesiąca.
Stał ze zmoczoną czapką w ręku. Chciał coś powiedzieć, a Łucja chciała, żeby już poszedł.
- Zostawił was nie w porę - rzekł.
- A kiedy zostawia się w porę? - odparła.
Po jego wyjściu siedziała wyprostowana, z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Przeliczyła pieniądze. Deszcz ustał, zmierzchało się. Z podwórka dochodziły wojenne okrzyki jej synów. Nazajutrz kupiła drzewo i chleb. Przydźwigała je do domu, chłopcy grali w guziki na podłodze, sprzeczając się szeptem. Zaczął się nowy dzień.
“Ja, Łucja Król, piszę list do Pana Prezydenta, żeby mi dopomógł w ciężkim położeniu. Wdowa z czworgiem dzieci szukająca pracy, zamieszkuję w suterenie przy ulicy Grzybowskiej, która jest norą wilgotną. Pleśnieje w niej chleb. Do fabryki nie chcą mnie przyjąć, nie ma miejsc. Już trzeci miesiąc, jak urodziłam czwartego syna, chodzę na posługi sprzątać i prać. Sama czworga dzieci utrzymać nie mogę. Piszę do Pana Prezydenta, jak do Ojca Chrzestnego, żeby mi znalazł stałą pracę. Najlepiej w jakiej fabryce. Dzieci chcę wychować na uczciwych ludzi dla Polski. Na adres Zamek w Warszawie - Łucja Król z ulicy Grzybowskiej, nie zatrudniona wdowa.”
- Nie wiem, czy przyjdzie odpowiedź - mówił Wiktor Lewen. Mieszkał na Granicznej, w spisie lokatorów figurował jako doktor praw. Gdy przyszła pierwszy raz po bieliznę, spieszył się do sądu. - Czterech synów? - powtórzył ze zdziwieniem. Spojrzał na nią. Miał brzydką twarz, ale oczy pod szerokim czołem udzielały jej światła. Łucja stała w progu. Czarna chustka zsunęła jej się z ramion. Ile policzyć za sztukę bielizny? - “Zaraz się o to spyta - myślała - Boże, pomóż mi.”
Zapytał, czy od dawna mąż pił. Zaczerwieniła się. Od niedawna. Po redukcji w warsztatach kolejowych został pakierem na dniówkę, od tego czasu pił. Przeczuwała, że grozi mu coś złego.
- Nie pił ze szczęścia - powiedział Lewen. Chodził po pokoju, z papierosem zgryzionym w kącie ust, pozostawiając w powietrzu mgliste znaki dymu. Spóźni się do sądu, niepokoiła się Łucja. Kto jest sekretarzem Związku? Nie, nie zwróciła się jeszcze o zasiłek. Ludzie radzili jej pójść do posła Buchnera. Ale poseł Buchner nie znał męża.
- Buchner?... - zastanowił się szukając teczki.
- Pan doktor go zna? - szepnęła.
- Nie. Ale może poznam - uśmiechnął się Lewen. - Mamy wspólnych znajomych. Proszę nie tracić nadziei, Łucjo. Będę o tym pamiętał.
- Spakuję bieliznę - powiedziała.
Na schodach zatrzymał ją i spytał, czyby od jutra nie mogła u niego sprzątać. Zgodziła się. W ten sposób rozpoczęła się ich wspólna sprawa. Spieszył się nie do sądu, lecz na ulicę Żabią. Tytułowano go “panem doktorem”, nie był jednak lekarzem; pracował w kancelarii adwokata Steckiego, obrońcy więźniów politycznych. Stecki i jego córka Marta to nieco inny adres: ulica Królewska. Natomiast na Żabiej, w długiej i wąskiej cukierni Wiktor Lewen spotykał się z Grzegorzem: masywna, pochylona głowa i oczy o ciężkim połysku spod nasuniętych powiek; mówi szeptem, patrząc w marmurowy wierzch stolika. Lewen słucha wiadomości o sytuacji politycznej i bieżących zadaniach. Z polecenia partii wszedł w skład redakcji nielegalnego tygodnika “Wola Ludu”. Sądzi, że jego stulecie odda człowiekowi, co ludzkie: ziemię, maszyny i wolność; z zalet człowieka najwyżej stawia wierność i odwagę, nie upokarza słabszych. Człowiek siedzący naprzeciw niego przyjechał niedawno z Kraju Rad. Milionowy traktor, zboże socjalistycznej Ukrainy. Wiadomości o towarzyszach niemieckich. Masówka u “Lilpopa”, strajk protestacyjny w związku z procesem “Szesnastki” z KPZU.
- Myślicie o czym innym? - pyta Grzegorz.
Lewen czuje na sobie jego pilny wzrok.
- Słucham was.
Ale nie potrafi odsunąć wspomnienia tej kobiety. Przyrzekł jej pomóc. Jak mu na imię? Jerzy. Jerzy Buchner.
- Znacie może Buchnera ze Związków Zawodowych? - Kelner wydał resztę i odszedł.
- Chodzi wam o kontakt?
- Tak.
Grzegorz spogląda w pęknięty marmur stolika. Lewen odczuwa skrępowanie przedłużającą się ciszą. Ten człowiek zawsze go onieśmiela. Słowa i nazwiska sztywniały w jego obecności, unieruchamiał je swoim milczeniem. Oschły, nieznaczny szept:
- Od dawna szukacie kontaktu z Buchnerem?
- Nie - odparł Lewen. - Sprawa pewnej kobiety. Warto by jej pomóc. Buchner...
Umilkł. Śmieszne, że ciągle wymienia to nazwisko. Buchner. Pamiętał czyjąś przychylną opinię o jego artykule. Rok albo dwa lata temu. Ale teraz - czy wie, o kim mówi?
- Mówiliście o jakiejś kobiecie - odezwał się Grzegorz. - Partyjna?
- To zupełny przypadek - tłumaczy Lewen. - Chodzi o rentę czy zasiłek. Osobista sprawa.
Chciał znowu wspomnieć o Buchnerze, ale przerwał. Wykruszył tytoń ze zgniecionego ogarka. Liczyła na jego pomoc. Stała przed nim, a on wykonał mały gest litości.
- Takich kontaktów nie mogę wam zapewnić - kończy półgłosem Grzegorz. Dokładnie zapiął płaszcz. - Powinniście uważać na stosunki z ludźmi. To wasz partyjny obowiązek.
Wstał. Lewen siedział jeszcze; pożegnał go jak zwykle, swobodnie i dość głośno: - Czołem, majorze. - Nie zdążył już spotkać jego spojrzenia i pomyślał, że zaszła tu jakaś niepotrzebna rzecz. Czuł w ustach gorycz po papierosie. “To absurd - żachnął się w duchu. - Obiecałem jej pomóc. Jego racja w stosunku do mnie nie jest wystarczająca wobec niej. Cóż by jej pozostało? Czekać na odpowiedź z Zamku?”
Pozostał jeszcze tragarz: to niski olbrzym wpisany w kulę. Wiosną oświadczył się Łucji. Chłopcy już spali, na podwórzu szczury szeleściły w śmieciach. Cyga patrzył spode łba na jej pełne białe ramię. Pochylona nad balią odgarniała z czoła ciemne skręcone włosy. Kiedy mu odmówiła, nie przestał przychodzić i w sobotę przyniósł Klemensowi różowy cukierek na patyku. - Lizak - powiedział Klemens. Cyga wyjął ćwiartkę. Tego dnia miał przeprowadzkę z Grójeckiej na Mokotów. Łucja słuchała o ciężkich szafach i kredensach, które dźwigał owiązany grubym konopnym powrozem. Odsłonił rękaw koszuli i pokazał nabrzmiałe góry swoich mięśni. Łucji mąciło się w głowie od wódki. “Nie wyjdę za niego - myślała - będzie pił i robił mi dzieci”. Ale pewnego dnia pojechali na majówkę zaPiaseczno i tam mu uległa. Kiedy wieczorem wracali koleją, zdawało jej się, że zza szyby patrzy na nią Wiktor Lewen. “O czym on myśli?” - dziwi się Łucja. - Obiecał napisać list do posła Buchnera - sam, nie musiała go prosić. Zabronił jej dziękować. Powiedział: - Nic mnie to nie kosztuje. - Cyga śpi z otwartymi ustami, oparty głową o jej ramię. Przypomniała sobie, że zalega z komornym 27 złotych. Ułpynął już rok od czasu, gdy wysłała list do Prezydenta. Administrator ostrzega przed eksmisją.
- Więc co mam robić? - pyta Łucja nie spuszczając z niego brązowo-szarych oczu - iść z dziećmi na bruk? - Pani by mogła znacznie lepiej zarabiać - twierdzi administrator. - Niech się pani rozejrzy. Na przykład panna Majewska z oficyny. Płaci co miesiąc jak w zegarku. - Nie - zaśmiała się Łucja - ja nie panna Majewska. Zarabiam rękami, nie czym innym. - A za to inne lepiej płacą - rzekł administrator sięgając po melonik. I dodał, że jeden z jego przyjaciół interesuje się Łucją. Podobno wybiera się z wizytą.
Wybrał się w trzy dni później, ale nie zastał jej w domu. Roman i Zenon mówili, że czekał pół godziny. Podobno z nimi rozmawiał. Co mu powiedzieli? Bliźniacy pokręcili głowami, że nic. Łucja przyjrzała im się bystro: solidni, krótkonodzy, mrukliwi, zawsze jej byli trochą obcy. Czasem ogarniał ją gniew. Nie tak dawno karmiła ich piersią, ludzie mówili o nich: synowie Łucji, a teraz, w zeszłym tygodniu, usłyszała przechodząc podwórzem, jak chłopak z sąsiedniej ulicy powiedział do drugiego: - To matka Królów z sutereny. - Poczuła wtedy zarazem dumę i złość. “Dam ja wam matkę Królów” - pomyślała z furią. Lecz znajomy administratora nie miał dla nich słów. I twierdził, że kiedy przyszedł po raz pierwszy, zachowali się jak mądrzy ludzie.
- A po co pan tu przyszedł? - mruknęła Łucja.
Zawahał się i odparł, że to trudno wytłumaczyć w dwóch słowach. - Pani pali? - Nauczyła się palić papierosy, którymi częstował ją Cyga, ale teraz odmówiła.
- Jagosz - rzekł unosząc się z lekka. - Mam syna w tym samym wieku co pani chłopcy. Przyszedłem porozmawiać.
- Porozmawiać - odparła Łucja - panowie chodzą do oficyny. Na pierwsze piętro.
Wypuszczał dym z miękkiego nosa, znowu namyślając się nad czymś.
- Ja wiem - powiedział - tam mieszka panna Majewska. Ale ja nie w tej sprawie.
- A w jakiej? - spytała zaciekawiona.
Rysował coś paznokciem na krawędzi stołu.
- Pisała pani prośbę do Pana Prezydenta? Jaka przyszła odpowiedź?
- To już tak dawno - westchnęła. - Nie było żadnej odpowiedzi. Pewnie podanie nie doszło.
- Doszło - powiedział Jagosz. - Ja je nawet czytałem.
Łucja patrzy na niego szeroko otwartymi oczami.
- Przypadkiem - skrzywił się z lekka. - Takie prośby kancelaria Prezydenta bardzo rzadko załatwia. Przy okazji chciałem właśnie o tym. Pani jest ciężko. Moglibyśmy pomóc.
- Kto? - zdumiała się Łucja.
Wykonał nieokreślony gest: - Pan administrator mnie zna. Niektóre instytucje wypłacają zasiłki, pani wie. Przy dobrych chęciach.
Zamyślił się i przesunął dłonią po oczach. Był teraz sympatyczny i Łucji wydało sią, że go od dawna zna.
- Pan pracuje... na poczcie? - zapytała. Była pewna, że w urzędzie pocztowym przy okienku z drukami pracuje ktoś podobny. Na poczcie często pracują tacy smutni ludzie.
- Coś w tym rodzaju - wyjaśnił. - Właściwie jestem prawnikiem. Tak jak, przypuśćmy, doktor Lewen. Pani ma u niego zajęcie? To wykształcony człowiek. Słyszałem, że uczy pani synka. Dotychczas nie miałem okazmi go poznać. Chwileczkę. Może pani usiądzie?
Akta sprawy Manczuka. Paweł Manczuk, ze wsi Hostówka, powiat łucki, lat 28. Zabił siekierą przodownika policji, który uwiódł mu żonę. Zabójstwo w afekcie. Nie: wraz z żoną zwabili policjanta na wspólną libację. Manczuk zawczasu przygotował siekierę, ukrył ją w pościeli małżeńskiego łóżka. Sekcja stwierdziła chorobę weneryczną, z zeznań świadków wynika, że policjant Kaliński kochał się w żonie Manczuka od dwóch lat. Podobno strzelał do siebie wiosną zeszłego roku, gdy Manczuk wyszedł z więzienia; siedział w Łucku za agitację nacjonalistyczną. Fotografia: chuda młodzieńcza twarz o brwiach zrośniętych nad krótkim, szerokim nosem. Całą winę bierze na siebie. Na pytanie, czy żałuje - milczy. Żona zamordowanego oskarża Manczukową. Olena Manczuk, nieładna, o tępych, małych źrenicach. Żyła z policjantem, podczas gdy mąż był w więzieniu. - To ona zabiła - twierdzi wdowa po zamordowanym.
“By taka rzecz się stała - myśli Wiktor Lewen - człowiek musi przejść przez ostatni swój próg. W tej sprawie przede wszystkim liczą się oni dwaj. Obydwaj przekroczyli swój próg, przestali władać swoim losem. Jest to właściwa istota wymiaru sprawiedliwości: z chwilą gdy nie potrafisz się bronić przed sobą samym, stajesz się dla nas niebezpieczny. Człowiek, który nie chce być osądzony, powinien strzec się swego szczytu i swojego dna. Dnem tego policjanta była nadmierna moc namiętnoścai; posłusznie zstąpił w swój własny mrok. To nie Manczuk go zabił. Manczuk będzie skazany, ponieważ nie uląkł się swojego szczytu: zdołał na siebie wziąć winę kobiety, którą kochał. Obydwaj zatracili miarę ludzkich poczynań, która nie zaleca, by człowiek poznawał siebie do końca. Prawo chroni go przed szczytem i dnem, policja ostrzega przed marzeniem i hańbą. On sam jest średnią: między tym, co życie może z nim uczynić, a tym, co on może uczynić z swoim życiem.”
Raz jeszcze przyjrzał się twarzy Manczuka, potem uporządkował akta i włożył je do teczki. Podszedł do okna, ale tego człowieka nie było. Od paru dni widywał w pobliżu domu mężczyznę w czarnym palcie. Onegdaj stał w bramie po drugiej stronie ulicy i patrzył w jego okno. Miał frasobliwą twarz, jakby znajomą. Lewen przypatrywał mu się zza firanki. “Czy chcesz mnie uchronić od marzeń?” Gdy po minucie znów spojrzał na ulicę, tamtego już nie było. Od dwóch dni przestał się pojawiać. Prawdopodobnie przypadek.
- Tylko tyle - powiedział Jagosz - nic więcej. Dla pani to drobiazg. Z komornym nie byłoby odtąd kłopotów.
Wzięła papierosa, którym ją poczęstował, i zerknęła ku niemu ukradkiem.
- Codziennie do dziesiątej na Daniłłowiczowskiej. Trzecie piętro, pokój 31, podkomisarz Jagosz. Oczywiście - dorzucił - dyskrecja.
- Niech już tak będzie, panie komisarzu - uśmiechnęła się Łucja. - Tylko dla pana to zrobię.
Po jego wyjściu prędko zebrała myśli. Chłopcy wpadli wołając, że wsiadł na rogu w dorożkę. Zarzuciła chustkę, podniosła ręce do włosów i wybiegła. Dotychczas nie przychodziła o tej porze, ale dzisiaj przyjdzie. Wiosenny zmierzch napełnił ulicę, dzień się dopalał nad dachami. Opowie mu wszystko. Ostrzeże go: To policja, z policją lepiej nie zadzierać. Chcą zrewidować mieszkanie, ona przyrzekła ich wpuścić, ale przedtem trzeba usunąć to, co niepotrzebne.
Powiedziała “niepotrzebne”, bojąc się użyć innego określenia, aby nikogo nie obrazić. Tak, pytał, kto tu przychodzi, i za wiadomość obiecał pieniądze. Wysoki, w czarnym palcie, nazywa się Jagosz. Trzeba zaraz wyjechać, zejść z oczu, może zapomną. Mówiła to po cichu, wodząc za nim wzrokiem, gdy chodził od okna do drzwi.
Zatrzymał się za jej plecami. Siedziała na brzegu krzesła, słuchając jego słów.
Powiedział: - O mnie można się nie troszczyć. - Ale niepokoił się o nią, o Łucję. Mogły ją spotkać przykrości. Uśmiechnął się: - Z policją lepiej nie zadzierać, to prawda.
Łucja słuchała bez ruchu. Kiedy przerwał i znów przystanął koło niej, nagle podniosła głowę. Ujrzał jej ciemne brwi blisko swoich ust.
- Jagosz - rzekła z wolna - zatańczy, jak ja zagram. A pana o to głowa nie zaboli.
Zmieszał się, zaskoczony jej słowami. Nigdy dotąd nie słyszał, aby tak mówiła. Nie spytała go nawet, czy napisał list do Buchnera i czy przyszła odpowiedź. Chciał się cofnąć, ale zobaczył jej usta i pochylił się nad nią.
- Czy to coś bardzo złego? - szepnęła przymykając oczy.
“...W tym celu dnia 26 bm. przeprowadzono rozmowę z niejaką Łucją Król, zatrudnioną u podejrzanego. Król zgodziła się ułatwić dokonanie rewizji w mieszkaniu przy ul. Granicznej. Rewizja została dokonana w dniu 28 bm. Książki, jako też papiery i korespondencję dokładnie przejrzano. Znaleziono tom K. Marksa w języku niemieckim. Innych dowodów wywrotowej działalności brak. Wspomniana Król, gdy jej pokazano fotografię “Grzegorza” (Wierchy), stwierdziła, iż nikt taki u podejrzanego nie bywał. Poszukiwania za Wierchą trwają. Cukiernię “Wiedeńską” przy ul. Żabiej wzięto pod obserwację. Pożądana instrukcja co do dalszych kroków. Raport złożył Jagosz Kazimierz, podkomisarz służby śledczej.”
Pożądane instrukcje zapewne nadeszły. Wiktor Lewen mógł się o tym przekonać po powrocie z procesu Manczuka. W Warszawie oczekiwał go znajomy łącznik. Z dworca poszli pieszo na Wolę, łącznik miał obstrzępione spodnie i milczał przez całą drogę. Skręcili w Chłodną. Wysoki dom, przejście przez dwa podwórka, inny dom, trzecie piętro, drzwi z tabliczką dentysty, wąski mroczny pokój z jednym oknem.
Pytali go o Buchnera.
Grzegorz informował nas o waszych próbach nawiązania kontaktu z Buchnerem. Narażaliście partię dla własnych interesów. Grzegorza wzięli dziś rano. Znacie cukiernię “Wiedeńską”. Został aresztowany przed wejściem do “Wiedeńskiej”.
Zza ściany słychać świdrujący warkot i szczęk metalowych narzędzi. Stół z zieloną pluszową serwetą.
Lewen mówi spokojnie: - Wiecie, że nie było mnie kilka dni. Zawiadomiłem was, że jestem śledzony. Wracam, wzywacie mnie. I pierwszą sprawą, o której się dowiaduję, jest jakiś Buchner. Nie znam go. Nigdy go nie widziałem. Nie rozumiem, o co właściwie chodzi.
Czuje bladość tego, co powiedział. Drażni go to. Dlaczego tu nie ma Lucjana Gorwicza.
Więc zaprzeczacie słowom Grzegorza. Czy zaprzeczycie także swoim własnym: o taktyce WKP(b) w okresie kolektywizacji? Pamiętacie, że w tej sprawie dzieliła was różnica zdań od towarzyszy na kursie agitatorów.
- Słowa Grzegorza - powtarza Lewen. - Wasze słowa i moje słowa. Nie mamy gotowych wszystkich myśli, szukamy ich za pomocą słów. Docieramy do ludzi za pomocą słów. Kto z nas wypowiedział choć raz w życiu słowa, których nie można by zwrócić przeciw niemu?
Nie spotka teraz niczyjego spojrzenia. Nie ufają mu, nigdy nie są pewni, komu należy ufać.
Stukanie do drzwi. - To nie do nas - powiedział ktoś szeptem.
“Kiedyś zastukają do naszych drzwi - myśli Lewen. - I to nas łączy.” Przypomniał mu się spieniony, wartki szmer wody. Obóz akademicki w Skawinie. Głos Gorwicza w ciemności. Lewen obejmował dłońmi zgorączkowaną głowę. - Gorwicz, dziękuję ci - szeptał - zdaje mi się, że teraz wszystko widzę jasno. - Tej nocy bez gwiazd nauczył się patrzeć. Przymykał oczy i widział: swoje życie, życie swojej matki i wszystko, czego powinien dokonać. Każdy z tych trojga ludzi, nie tylko on, przeżył kiedyś podobną noc. I to ich także łączyło.
Z zebrania wyszedł sam. Postanowił przemyśleć zarzuty. Czy pytając o Buchnera nie szukał kontaktów z wrogiem i czy nie chciał utwierdzić się w swoich wątpliwościach na temat taktyki rewolucji w przełomowym okresie? Jeżeli się myliłą, powinien złożyć wyjaśnienie. Ale Buchner? Buchner to czysty absurd, dlaczego wlecze się za nim to nazwisko?
Nieznana dzielnica. Przystanął, ogląda swoje odbicie w witrynie modystki; podwójne lustro - dwie twarze o czarnych, zmęczonych oczach. Pomyślał: “Jednego z nas będą sądzić”. Chciał przespać tę noc u siebie.
Kwadrans później chłopcy z podwórka widzieli, jak wchodził do domu. Zanim nadejdzie zmierzch, powiedzą o tym chłopcom z Grzybowskiej.
Wieczorem Roman i Zenon szeptali pod otwartym oknem, Klemens już spał, Łucja zanurzyła pogrzebacz w rozżarzonych węglach, schwyciła zagiętym końcem duszę, sypnęły się iskry. Szybko wsunęła duszę do żelazka i potrząsnęła nim trzykrotnie. Była na wpół rozebrana, różowa od żaru paleniska. Poślinionym palcem dotknęła spodu żelazka, syknęło, nabrała wody do ust. Chłopcy lubili patrzeć, jak prasuje bieliznę. - Mamo... - obuzdził się Klemens. Kiedy słyszała, że Klemens ją wzywa, zawsze biło jej serce. - Mamo - powiedział jej do ucha - chłopcy z Granicznej mówili, że wrócił doktor Lew.
Wbiegła po schodach bez tchu. Otworzył dozorca w czapce i cofnął się o krok. - Proszę wejść - rozległ się znajomy głos. Przy biurku nad wyjętą szufladą siedział Jagosz. Wkładał jakieś papiery do teczki i na widok Łucji skinął głową. Na środku pokoju stał Wiktor Lewen w płaszczu narzuconym na koszulę. Na podłodze walały się książki. - Dobry wieczór, Łucjo - powitał ją spokojnie.
Kiedy był już ubrany, a Jagosz stał w kapeluszu i z teczką, przez chwilę zrobiło się cicho. Obydwaj patrzyli na nią. Krzyknęła: - Panie doktorze! - Jagosz usunął się bez słowa i czekał przy drzwiacah. - To nie ja - szepnęła Łucja składając ręce - to nie ja...
- Proszę nie płakać - powiedział Lewen - aresztowano mnie bezprawnie. Ten pan wbił sobie do głowy, żebym z nim pojechał na Daniłłowiczowską.
- Niestety, proszę państwa - rzekł Jagosz od drzwi - mam nakaz zatrzymania. Nie potrafimy unikać podobnych przykrości.
Od dnia, gdy Jagosz z Wiktorem Lewenem odjechali dorożką sprzed domu na Granicznej, straciła pranie w kilku miejscach. Zima w tym roku miała być mroźna, wcześnie zaopatrywano się w węgiel. Cyga przychodził coraz rzadziej. Nie ogolony, ponury, zasypiał przy stole nad opróżnioną ćwiartką. W Związku, gdy przyszła zapytać o posła Buchnera, urzędniczka spojrzała na nią ze zdziwieniem. - Poseł Buchner już tu nie przychodzi. Proszę pójść do redakcji na Warecką. - Czy nie zostawił odpowiedzi w jej sprawie? Proszę podać nazwisko. Król Łucja? Nie, nie ma takiej sprawy.
- Sprawa się wyjaśni - pocieszał ją Jagosz w pokoju na Daniłłowiczowskiej - śledztwo nie zostało zakończone. - Czekała tydzień, potem przyszła znowu. Ze ściany patrzyli na nią Prezydent i Marszałek. Jagosz przyjął od niej paczkę z bielizną i przyrzekł, że Lewen ją otrzyma. Odpowiedź nie nadeszła, a po kilku tygodniach Łucja musiała oddać dozorcy klucz od mieszkania na Granicznej. Wtedy po raz pierwszy przesiedziała wieczór bezczynnie, zapatrzona w kąt izby.
Tak zastał ją administrator. Nic nie powiedział o komornym. Wspomniał tylko o pannie Majewskiej. Od panny Majewskiej odeszła służąca i administrator namawiał, żeby Łucja skorzystała z okazji.
Nazajutrz poszła więc do oficyny na pierwsze piętro i zgodziła się. Miała odtąd zajęcie i nie mogła już opuszczać rąk. Gdy znowu poszła do Jagosza, przyjął ją w tym samym słonecznym pokoju biurowym. Z wartowni dobiegały rozomowy policjantów. Poczęstował ją papierosem, zapalił i spytał, czy nie czytała w gazetach wyroku. - Siedem lat - powiedział. - Sąd oparł się na dowodach winy.
- Gdzie on teraz jest? - westchnęła Łucja.
- Postaram się dowiedzieć - przyrzekł Jagosz. - Proszę przyjść za tydzień. Ewentualnie z listem.
To prawda - siedem lat. Lewen miał już za sobą gorączkowe dni śledztwa, pochmurny, chłodny dzień procesu i tygodnie przygnębienia: po wyroku, gdy przywieziono go tutaj, przeraził się myśli, że jego sprawa została zakończona. Nie mógł się z tym pogodzić, że nic nie będą już od niego chcieli, nie musi nocami obmyślać odpowiedzi, jego uparta obrona i błyskawiczna przytomność umysłu zostały spokojnie wchłonięte przez ciszę brunatnych cesarskich budynków. Ściany były głuche: na wystukiwanie hasła żadnej odpowiedzi. Długie trzypiętrowe bloki o małych oknach i ciężkich drzwiach. Stracił nadzieję, żeby nawiązać łączność. Siedzieli we dwóch z młodym ślusarzem, Grajem. Trzy lata za udział w demonstracji bezrobotnych. Nic go nie obchodziło prócz kobiety, zapalającej co wieczór światło w szczytowej ścianie szarej kamienicy, która wystawała nad murem więziennym. Nogami ledwie dotykał stołka, nieruchomiał, zastygał jakby na wieki. Lewen widział ciemny zarys jego głowy. Tłumaczył mu: - Dużo jeszcze spotkasz takich kobiet. - Nie - szeptał Graj - gdyby pan ją widział. Już takiej drugiej nie spotkam. - “Każda - myślał Lewen - od której przedzieli cię mur rozpaczy, będzie taką drugą.”
Na nowo rozpamiętywał ubiegłe miesiące.
Cywil w binoklach, który prowadził śledztwo, czerwieniał z gniewu po jego odpowiedziach. Lecz zaraz potem uśmiechał się: - Co z pana za człowiek, chciałbym panu pomóc. - Chce mi pan pomóc? - szydził Lewen - nic prostszego: proszę podpisać nakaz zwolnienia, zachowam pana w pamięci.
Wracał do celi z nadzieją, że otrzyma jakiś znak od partii. Przyszła tylko paczka. Bez słowa. Widocznie były trudności. W paczce znalazł własną bieliznę. Zastanawiał się: jak ją zdobyli? Przez adwokata? W czasie widzenia zapytał go o to. - Nie - zdziwił się adwokat - nic o tym nie wiem. - Wreszcie, po wyroku, druga paczka. Tym razem z MOPR-u. Nadeszła w przeddzień wywiezienia. W pociągu strażnik dał mu do przeczytania numer “Polski Zbrojnej”. Na pierwszej stronie widniał tłusty nagłówek: “Oczyścić kraj z miazmatów Wschodu! - powiedział poseł Buchner w Sejmie.”
Lewen wpatrywał się w czarne litery nazwiska. Ten człowiek ożył, zadziałał. W porę go przed nim ostrzegli. List, który do niego napisał w sprawie Łucji Król, zaczynał się od słów: “Szanowny Towarzyszu Buchner”. Konszachty ze zdrajcą. Na szczęście podarł go, nie wysłał. Teraz pomyślał z ulgą: “Nie mogłem inaczej postąpić, partia miała słuszność”.
Zmiął gazetę i położył ją obok drzemiącego strażnika. Pociąg wlókł się w ciemności. Lewen przypomniał sobie brązowo-szare, poważne oczy Łucji. O nic go nie spytała, do końca. Dlaczego jej nie powiedział, że podarł list do Buchnera? Mógł łatwo to wytłumaczyć, we wszystko by uwierzyła. Potem zaczął uczyć Klemensa. Klemens patrzył na niego ufnymi oczyma swojej matki. - Ma charakter - twierdził Lewen - w przyszłym roku będzie mógł zdawać do gimnazjum. - Adwokat Stecki był w radzie opiekuńczej, wystarczyłoby jego poparcie, żeby syna Łucji zwolniono z opłat szkolnych. Po aresztowaniu Lewen często wspominał lekcje z Klemensem. Co mały z nich zapamięta? Niepokoił się, że wszedł w cudze życie, poruszył czyjeś nadzieje i zniknął. Kiedy kazano mu wysiąść z pociągu, na małej stacyjce było trochę ludzi. Wskazywali go sobie, gdy szedł konwojowany przez strażnika. Czekał na jakieś słowa, spodziewał się życzliwego gestu, pozdrowienia. Usłyszał szepty: - Wywrotowiec... - i spotkał wzrok, jakim chłopi patrzą na Cyganów.
W październiku do celi wprowadzono nowego więźnia. Błysk latarki oświetlił jego twarz i Lewen poznał Grzegorza.
“...Przesyłam ukłony - pisała Łucja - i dziękuję za list. Już trzy lata, jak Pana nie ma. Wczoraj Klemens znowu się pytał, kiedy wróci Pan Doktor Lew. Życie jest teraz ciężkie. Na wiosnę Roman i Zenon pójdą do ślusarskiego warsztatu. Staś już nie gorączkuje. Cyga, tragarz, od dawna nie przychodzi. Podobno stracił pracę i wstydzi się pokazać...”
Przeciągnęła stalówką po włosach i przygryzając wargę dopisała jeszcze takie słowa:
“Nie wiem, czy się kiedy znowu zobaczymy. Ale ja będę Pana zawsze pamiętać. I nigdy nie uwierzę, żeby Pan zrobił coś złego. Chyba że przez pomyłkę. Łucja Król”.
Ten list nie może dotrzeć tam, gdzie Lewen się teraz znajduje: na dno rzeki, prześwietlonej lśniącym, rozgrzanym światłem; można nim oddychać. W tej chwili nad Lewenem przepływa spalony dom z zerwanymi schodami. Suną brunatne kawały ziemi przylepione do fundamentów. Jeśli potrącą jego pierś albo głowę, to koniec. Lewen wie o tym i cały, plecami i czaszką, wciska się w dno. Nagle jednak staje się rzecz dziwna, bo dom przepływając ...
Sabaidee