Durrenmatt_Friedrich_-_Kraksa.rtf

(117 KB) Pobierz

Friedrich Dürrenmatt

 

 

 

Kraksa

(Tłumaczył Andrzej Wirth)


CZĘŚĆ PIERWSZA

 

Czy istnieją jeszcze jakieś historie możliwe, historie godne pisarza? Jeśli ktoś nie chce mówić o sobie, romantycznie i lirycznie uogólniać swojej osobowości, jeśli nie czuje się zmuszony, aby opowiedzieć szczerze o swych nadziejach i porażkach, o tym, jak sypia z kobietami - jak gdyby prawdomówność mogła to wszystko podnieść do rangi uogólnienia, nie zaś w sferę medycyny lub w najlepszym razie psychologii - jeśli ktoś nie chce tego robić, woli zaś dyskretnie pozostać w cieniu, ukrywając taktownie sprawy osobiste, wpatrzony w swoje tworzywo jak rzeźbiarz w swój materiał, kształtując go, ucząc się jednocześnie na nim, jeśli jak pewien typ klasyków stara się nie popadać łatwo w zwątpienie - nawet kiedy nie da się zaprzeczyć, że czysty nonsens jawi się na każdym kroku - wówczas pisanie staje się czynnością trudniejszą i bardziej samotną, a także bardziej bezsensowną. Nie chodzi przecież o dobrą notę w historii literatury - komu nie zdarzyło się otrzymać dobrej noty, jakaż miernota nie została już wyróżniona - postulaty dnia są ważniejsze. Lecz i tutaj znów dylemat i niekorzystna sytuacja na rynku. Życie oferuje nam same rozrywki: wieczorem dostarcza ich kino, poezję daje codzienna gazeta w felietonie, za większą sumkę, w praktyce - począwszy od jednego franka, już żąda się duszy, wyznań, właśnie prawdy, wymaga się wyższych wartości, morału, efektownych powiedzonek, zawsze coś musi być przezwyciężone albo spotkać się z afirmacją, raz jest to chrystianizm, kiedy indziej znów powszechne zwątpienie, wszystko może stać się literaturą. Lecz jeśli autor właśnie wzbrania się przed produkowaniem takiej strawy, coraz bardziej, z rosnącą stanowczością, bo wprawdzie świadom jest, że impuls zmuszający do pisania tkwi w nim, w zależnej od przypadku grze świadomości i nieświadomości, w jego wierze i wątpliwościach, sądzi jednak, że właśnie te sprawy z pewnością nie obchodzą publiczności - wystarczy to, co on pisze, kształtuje, formuje - niechaj więc apetycznie przedstawia samą tylko powierzchnię i wyłącznie nad nią pracuje, poza tym zachowa milczenie, nie rozwodząc się zbytnio ani nie komentując. Kiedy dojdzie do takiego przeświadczenia, zatrzyma się, będzie zwlekał, stanie bezradny, jest to prawie nieuniknione. Rodzi się przeczucie, że nie ma już co opowiadać, zaczyna się poważnie myśleć o rezygnacji, być może, jest jeszcze miejsce na parę zdań, poza tym można tylko wziąć kurs na biologię, by przynajmniej myślowo zbliżyć się jakoś do wybuchu ludzkości, do rosnących miliardów ludzi, do nieustannie produkujących macic - albo też zwrócić się ku fizyce, astronomii, ażeby uświadomić sobie strukturę wszechświata, w którym krążymy. Reszta dla magazynów, dla takich tygodników, jak “Life”, “Match”, “Quick i dla “Sie und Er” - prezydent z tlenowym aparatem, wujek Bułganin w swoim ogrodzie, księżniczka w towarzystwie zuchowatego pilota, głośne gwiazdy filmowe i potentaci dolara, wielkości wymienne, już wyszły z mody, ledwie się o nich czasem wspomni. Obok powszedni dzień przeciętnego człowieka, w moim przypadku zachodnioeuropejski, ściślej szwajcarski, zła pogoda i zła koniunktura, troski i nieszczęścia, wstrząsy wywołane perypetiami osobistymi, bez związku wszakże z całością świata, z biegiem rzeczy i nonsensów, z rozwojem konieczności.

Los zeszedł ze sceny, na której toczy się gra, aby czaić się za kulisami, poza obowiązującą dramaturgią - na pierwszym planie wszystko jawi się jako katastrofa, choroba, kryzys. Nawet wojna zaczyna być zależna od tego, czy mózgi elektronowe przepowiedzą jej rentowność, lecz wiadomo, że to nigdy nie nastąpi, jeśli maszyny rachunkowe prawidłowo funkcjonują. Klęski można sobie już tylko matematycznie wyobrazić, lecz biada, jeśli do sztucznych mózgów zakradnie się jakieś fałszerstwo, jeśli zostaną zastosowane niedozwolone chwyty. A to wszystko jeszcze nie jest tak przykre jak sama możliwość, że nagle puszcza jakaś śruba, psuje się cewka, jakiś guzik błędnie reaguje i już mamy koniec świata, z powodu technicznego krótkiego spięcia, z powodu włączenia niewłaściwej dźwigni. Tak więc nie grozi już żaden Bóg, żadna sprawiedliwość, żadne fatum jak w Piątej symfonii - lecz wypadki drogowe, tamy walące się na skutek zastosowania fałszywej konstrukcji, eksplozja fabryki bomb atomowych spowodowana przez roztargnionego laboranta, źle wyregulowane wylęgarnie. Nasza droga prowadzi obok ścian wypełnionych reklamami butów Bally, wozów Studebakera, lodów śmietankowych i tablicami pamiątkowymi znaczącymi miejsca spoczynku nieszczęśliwych ofiar wypadków, zdarzają się jeszcze historie możliwe, w których z tuzinkowej twarzy wyziera nagle ludzkość, czyjś pech nabiera mimochodem sensu ogólnego, sąd i sprawiedliwość stają się nagle widoczne, może i łaska, wyjednana przypadkiem, odbita w monoklu pijanego.


CZĘŚĆ DRUGA

 

Wypadek, wprawdzie nie poważny, kraksa również i tutaj: Alfredo Traps, żeby wymienić nazwisko, zatrudniony w branży tekstylnej, lat czterdzieści pięć, bynajmniej jeszcze nie otyły, zjawisko pociągające, o poprawnych manierach zdradzających wprawdzie pewną tresurę, trącących czymś prymitywnym i handlarskim - ten nasz współcześnik jechał właśnie swym studebakerem jedną z większych dróg kraju. Już mógł się spodziewać, że za godzinę będzie u siebie w domu, w pewnym znaczniejszym mieście, gdy nagle wóz zastrajkował. Po prostu przestał się poruszać. połyskująca czerwonym lakierem maszyna spoczęła bezradnie u stóp niewielkiego wzgórza, na które pięła się droga; na północy utworzyła się kumulusowa chmura, na zachodzie słońce stało wciąż jeszcze wysoko, tak niemal jak po południu. Traps wypalił papierosa i zajął się tym, czego wymagała sytuacja. Mechanik, który w końcu wziął na hol studebakera, oświadczył, że nie może usunąć uszkodzenia wcześniej niż następnego dnia - defekt gaźnika. Czy odpowiadało to rzeczywistości, tego nie można było ani stwierdzić, ani też nie byłoby wskazane podejmować takiej próby - jest się wydanym na łup mechaników, jak niegdyś było się zdanym na laskę rycerzy rozbójników, a jeszcze przed tym na łaskę bóstw lokalnych i demonów. Za wygodny, aby odbyć półgodzinną drogę do następnej stacji kolejowej i podjąć nieco skomplikowaną, choć krótką podróż do domu, do żony, do czworga swych dzieci - sami chłopcy - postanowił Traps przenocować. Była godzina szósta wieczór, ciepło, zbliżał się najdłuższy dzień lata, wioska, na której skraju stał warsztat samochodowy, miła, rozsypana u stóp zalesionych wzgórz, z kościółkiem na pagórku, plebanią, z dębem prastarym, ujętym w żelazne obręcze i podpory, wszystko solidne, czyściutkie, nawet kupy gnoju przed chłopskimi domami starannie spiętrzone i szykowne. Była tu również gdzieś w pobliżu jakaś fabryczka, kilka szynków i gospód, jedną z nich Trapsowi już nieraz polecano, lecz wszystkie pokoje były zajęte - jakiś zjazd hodowców drobiu zarezerwował łóżka - agentowi tekstylnemu wskazano willę, gdzie przyjmuje się czasem przyjezdnych. Traps ociągał się. Jeszcze można było wrócić koleją, lecz wabiła go nadzieja, że przeżyje tu jakąś przygodę. Nieraz trafiały się po wsiach dziewczęta, jak ostatnio w Grossbiestringen, umiejące docenić agentów tekstylnych. Ożywiony nowym impulsem ruszył w stronę willi. Od kościoła dolatywało bicie dzwonów. Krowy minęły go porykując. Piętrowy domek stał w dość rozległym ogrodzie, ściany oślepiająco białe, płaski dach, zielone okiennice, do połowy przesłonięte krzewami, buki i świerki, od frontu kwiaty, głównie róże, wśród nich człowieczek w podeszłym wieku, w skórzanym fartuchu, być może właściciel posesji, zajęty lekką robotą w ogrodzie: Traps przedstawił się i poprosił o nocleg.

- Pański zawód - zapytał stary, który zbliżył się do parkanu, paląc brissago, głowa jego ledwie wystawała nad furtkę.

- Pracuje w branży tekstylnej.

Stary bacznie zlustrował Trapsa, spoglądając w sposób właściwy dalekowidzom ponad małymi, nieoprawnymi szkłami.

- Oczywiście, może pan tutaj przenocować.

Traps spytał o cenę.

Nie zwykł za to przyjmować zapłaty, wyjaśnił stary, jest samotny, jego syn przebywa w Stanach Zjednoczonych, nad nim ma pieczę gosposia, panna Simona, jest więc rad, jeśli od czasu do czasu może przyjąć kogoś w gościnę.

Agent podziękował. Był wzruszony tą gościnnością i zauważył, że na wsi nie wymarły bynajmniej cnoty i dobre zwyczaje przodków. Otworzono mu furtkę. Traps rozejrzał się: żwirowane dróżki, trawniki, głębokie cienie, fragmenty oświetlone słońcem.

Dzisiaj wieczorem spodziewa się kilku panów, powiedział stary, kiedy zbliżyli się do kwiatów, i zaczął starannie przycinać krzak róży. Mają przyjść przyjaciele, którzy mieszkają w sąsiedztwie, bądź we wsi, bądź dalej aż u stóp wzgórza, emeryci, jak on, ściągnęli tutaj dla łagodnego klimatu i dlatego, że tutaj nie czuje się fenu, wszyscy samotni, wdowcy, spragnieni czegoś nowego, jakiegoś urozmaicenia, będzie więc to dla niego wielka przyjemność móc zaprosić pana Trapsa na kolację i na następujący po niej kawalerski wieczór.

Agent był zaskoczony. Właściwie chciał zjeść we wsi, w szeroko znanej gospodzie, lecz nie śmiał odrzucić zaproszenia. Czuł się zobowiązany. Przyjął propozycję bezpłatnego noclegu. Nie chciał robić wrażenia nieuprzejmego mieszczucha. Udawał więc zadowolonego. Gospodarz zaprowadził go na pierwsze piętro. Miły pokój. Bieżąca woda, szerokie łoże, stół, wygodne krzesło, na ścianie obraz Hodlera, stare, oprawne w skórę tomiska na półce. Agent otworzył swoją walizeczkę, umył się, ogolił, spowił się w chmurę wody kolońskiej, podszedł do okna, zapalił papierosa. Wielka tarcza słoneczna opadała za wzgórza opromieniając buki. Podsumował pobieżnie interesy dnia, zlecenie firmy Rotacher niczego sobie, kłopot w Wildholzem, pięć procent zażądał łajdak, on mu jeszcze pokaże. Potem wyłoniły się wspomnienia. Powszednie, nieuporządkowane, zdrada małżeńska planowana w hotelu Touring, problem, czy  najmłodszemu synkowi (którego najbardziej kocha) kupić elektryczną kolejkę, uprzejmość, a właściwie obowiązek nakazywał telefonicznie powiadomić żonę o niezamierzonej zwłoce. Jednak zaniechał tego, jak to już często bywało. Żona zdążyła się nawet przyzwyczaić, a poza tym i tak by mu nie uwierzyła. Ziewnął, pozwolił sobie na jeszcze jednego papierosa. Widział, jak trzej starsi panowie zbliżali się krocząc żwirowaną alejką, dwóch ramię w ramię, gruby i łysy za nimi. Powitanie, uściski rąk, objęcia, rozmowy o różach. Traps odsunął się od okna, podszedł do półki z książkami. Sądząc po tytułach, które odczytał, można się było spodziewać nudnego wieczoru - Hotzendorff, “Zbrodnia morderstwa i kara śmierci”, Savingy, “System współczesnego prawa rzymskiego”, Ernst David Holle, “Praktyka przesłuchania”. Agent zrozumiał. Gospodarz był prawnikiem, może byłym adwokatem. Przygotował się już na rozwlekłe dysputy - cóż wie o prawdziwym życiu taki mól książkowy, świadczą o tym jego kodeksy. Było również do przewidzenia, że będzie się mówiło o sztuce albo o czymś podobnym, tematy, przy których mógł się łatwo zbłaźnić - dobre sobie, gdyby nie musiał trwać w centrum walki konkurencyjnej, on także nabrałby biegłości w subtelniejszych sprawach. Niechętni schodził więc na dół, gdzie na otwartej, wciąż oświetlonej słońcem werandzie zajęto miejsca, podczas gdy gosposia, tęga osoba, nakrywała stół w przyległej jadalni. Lecz zdumiał się, kiedy ujrzał oczekujące go towarzystwo. Był rad, że najpierw zbliżył się doń pan domu, teraz wyglądający niemal jak fircyk, nieliczne włosy starannie zaczesane, w znacznie za obszernym surducie. Powitano Trapsa krótkim przemówieniem. Zdążył ukryć swe zaskoczenie, bąknął, że całą przyjemność po jego stronie, skłonił się chłodno, pełen rezerwy, grał rolę bywałego w świecie fachowca od tekstyliów i pomyślał z żalem, że został przecież w tej wiosce tylko po to, aby przygadać sobie jakąś dziewczynę. To się nie udało. Zobaczył przed sobą trzech pozostałych starców, którzy w niczym nie ustępowali zdziwaczałemu gospodarzowi. Jak niesamowite kruki wypełniali słoneczną werandę z wyplatanymi meblami i powiewnymi firankami, zgrzybiali, wymiętoszeni i zaniedbani, chociaż ich surduty zdawały się być w najlepszym gatunku - co spostrzegł natychmiast - jeśli nie brać pod uwagę łysego (nazwiskiem Pilet, siedemdziesiąt siedem lat, jak oświadczył pan domu przy prezentacji, która teraz nastąpiła), sztywno i godnie siedzącego na bardzo niewygodnym taborecie, chociaż wokół stało kilka wygodnych krzeseł. Więcej niż starannie ubrany, w butonierce biały goździk, gładził nieustannie przyczernionego krzaczastego wąsa, emeryt zapewne, może jakiś były, przez szczęśliwy przypadek wzbogacony zakrystian albo kominiarz, lub - co równie nie wykluczone - maszynista. Tym nędzniej prezentowali się dwaj pozostali. Jeden (pan Kummer, lat osiemdziesiąt dwa), grubszy jeszcze od Pileta, otyły, złożony jakby z połci słoniny, siedział w fotelu na biegunach, twarz miał jaskrawoczerwoną, potężny nochal pijaka, jowialne wyłupiaste oczy za złotym cwikierem, do tego, pewnie na skutek przeoczenia, nocna koszula pod czarnym garniturem i kieszenie wypchane gazetami i papierami, podczas gdy drugi (pan Zorn, lat osiemdziesiąt sześć), wysoki i chudy, monokl wciśnięty w lewe oko, blizny na twarzy, haczykowaty nos, śnieżnobiała lwia grzywa, zapadłe usta, pod każdym względem staroświeckie zjawisko - miał źle zapiętą kamizelkę i na nogach dwie różne skarpetki.

- Campari ? - spytał gospodarz.

- Proszę bardzo - odpowiedział Traps i usiadł w fotelu, podczas gdy wysoki i chudy z zainteresowaniem oglądał go przez monokl.

- Pan Traps weźmie zapewne udział w naszej zabawie ?

- Ależ oczywiście. Bardzo lubię zabawy.

Starsi panowie uśmiechnęli się, pokręcili głowami.

- Nasza zabawa jest być może szczególnego rodzaju - dorzucił gospodarz ostrożnie, jakby się ociągając. - Polega ona na tym, że wieczorem odgrywamy nasze dawne zawody.

Starcy uśmiechnęli się znów grzecznie, dyskretnie.

Traps zdziwił się. Jak ma to rozumieć ?

- A no tak - sprecyzował gospodarz - ja byłem kiedyś sędzią, pan Zorn prokuratorem, a pan Kummer adwokatem, zabawiamy się zatem w sąd.

- Ach tak. - Traps zrozumiał i pomysł wydał mu się możliwy do przyjęcia. A może jednak wieczór nie był jeszcze całkiem stracony.

Gospodarz przypatrywał się agentowi z uroczystą miną.

- W zasadzie - wyjaśnił łagodnym głosem - odtwarzaliśmy słynne procesy historyczne, proces Sokratesa, proces Jezusa, proces Joanny d'Arc, proces Dreyfusa, ostatnio podpalenie Reichstagu. Kiedyś znów Fryderyk Wielki uznany został przez nas za niepoczytalnego.

Traps zdumiał się.

- I odgrywacie to każdego wieczoru ?

Sędzia przytaknął.

- Ale oczywiście najpiękniej jest - wyjaśnił dalej - kiedy się gra w oparciu o żywy materiał, wtedy wynikają szczególnie interesujące sytuacje. Nie dalej jak wczoraj był pewien poseł, który we wsi wygłosił przemówienie wyborcze i przegapił ostatni pociąg. Został skazany na czternaście lat więzienia za szantaż i przekupstwo.

- Surowy sąd - stwierdził rozbawiony Traps.

- To sprawa honoru - rozpromienili się starcy.

- A jakąż rolę mógłbym odegrać ?

Znów uśmieszki, niemal śmiech.

- Mamy już sędziego, prokuratora i obrońcę - są to stanowiska zakładające znajomość przedmiotu i reguł gry - powiedział gospodarz. - Jedynie stanowisko oskarżonego pozostaje nie obsadzone, chciałbym wszakże jeszcze raz podkreślić, że pan Traps nie powinien się w żadnym wypadku czuć zmuszonym do wzięcia udziału w zabawie.

Pomysł starszych panów rozweselił agenta. Wieczór był uratowany. Może obejdzie się bez uczonej i nudnej atmosfery, zapowiada się, że będzie wesoło. Był człowiekiem prostym, nie wyróżniającym się intelektem i bez szczególnej skłonności do zajęć intelektualnych, człowiekiem interesu - sprytnym, kiedy trzeba, gotowym w sprawach zawodowych na wszystko. Lubił przy tym dobrze zjeść i wypić, miał skłonność do rubasznych żartów. Weźmie udział w zabawie, powiedział, to zaszczyt dla niego zająć osierocone stanowisko oskarżonego.

- Brawo - zarechotał prokurator i zaklaskał w dłonie - brawo, tak mówi prawdziwy mężczyzna, to się nazywa odwaga.

Agent zaczął rozpytywać się z ciekawością o zbrodnie, która mu teraz zostanie przypisana.

- To bez znaczenia - odpowiedział prokurator wycierając monokl - zbrodni zawsze można się doszukać.

Wszyscy się roześmieli.

Pan Kummer podniósł się.

- Niech pan pozwoli, panie Traps - rzekł tonem niemal ojcowskim - musimy jeszcze spróbować naszego porto: jest stare, musi się pan z nim zapoznać.

Poprowadził Trapsa do jadalni. Wielki okrągły stół był teraz odświętnie nakryty. Stare krzesła z wysokimi oparciami, na ścianach poczerniałe obrazy, wszystko solidne, staromodne. Z werandy dobiegała paplanina starców, w otwartych oknach pełgało światło wieczoru, wdzierał się świergot ptaków. Na jakimś stoliczku stały butelki, jeszcze inne na kominku, bordeaux ułożone w koszyczkach. Obrońca starannie nalał porto drżącą nieco ręką ze starej flaszki do dwóch małych kieliszków, napełnił je po brzegi, trącił się z agentem przepijając do niego, zrobił to ostrożnie, kieliszki z kosztownym płynem ledwie się musnęły.

Traps skosztował.

- Wyborne - pochwalił.

- Jestem pańskim obrońcą, panie Traps - powiedział pan Kummer. - Powinniśmy zatem wypić za naszą przyjaźń !

- Za naszą przyjaźń !

Najlepiej będzie - osądził adwokat, tak nacierając na Trapsa swoją czerwoną twarzą, pijackim nosem i cwikierem, że aż trącił go swym olbrzymim brzuchem, nieprzyjemną miękką masą - najlepiej będzie, jeśli pan Traps od razu wyzna mu swoje przestępstwo. Wtedy on mógłby zagwarantować, że i w sądzie jakoś to pójdzie. Sytuacja nie jest wprawdzie groźna, ale nie należy jej bagatelizować. Wysoki, chudy prokurator, wciąż jeszcze w pełni sił umysłowych, wydaje się niebezpieczny, a także sam gospodarz zdaje się skłaniać do surowości, a może nawet pewnej pedanterii, które z wiekiem - liczy sobie już osiemdziesiąt siedem lat - jeszcze przybrały na sile. Mimo to udało się jemu, obrońcy, przeforsować większość spraw, a przynajmniej nie dopuścić do najgorszego. Raz tylko, chodziło wtedy o  mord rabunkowy, nie można było naprawdę nic pomóc. Ale przecież mord rabunkowy nie wchodzi tu zapewne w rachubę, na to jego zdaniem, pan Traps nie wygląda, a może jednak ?

Agent roześmiał się, nie popełnił na szczęście żadnej zbrodni. Następnie powiedział: “Na zdrowie !”

- Niech pan mi się zwierzy ! - zachęcał go obrońca. - Nie powinien pan się wstydzić. Ja znam życie, mnie już nic nie zadziwi. Losy ludzkie rozwijały się przed moimi oczami, panie Traps, otwierały się otchłanie, może mi pan wierzyć.

Bardzo mu naprawdę przykro, uśmiechnął się zalotnie agent, że jest oskarżonym, który nie popełnił przestępstwa - a poza tym to już rzecz prokuratora coś wynaleźć, przecież sam obrońca to powiedział, nieprawda ? Jak zabawa, to zabawa. On sam jest ciekaw, co z tego wyniknie. Czy odbędzie się prawdziwe przesłuchanie ?

- Spodziewam się !

- Bardzo mnie to cieszy.

Obrońca przybrał zakłopotany wyraz twarzy.

- Pan się czuje niewinny, panie Traps ?

Agent roześmiał się: - Zupełnie niewinny - i rozmowa wydała mu się nad wyraz zabawna.

Obrońca przecierał cwikier.

- Niech pan to sobie dobrze zakarbuje, młody przyjacielu - winny czy niewinny - chodzi o taktykę ! To wielce ryzykowne, mówiąc łagodnie, obstawać przy niewinności przed naszym sądem. Przeciwnie, byłoby najrozsądniej od razu obwinić się o jakieś przestępstwo, na przykład, rzecz korzystna szczególnie dla ludzi interesu: oszustwo. Wtedy zawsze można jeszcze ustalić na podstawie przesłuchania, że oskarżony przesadza, że właściwie nie można mówić o oszustwie, lecz raczej o niewinnym zatuszowaniu faktów ze względu na reklamę, jak to często w handlu bywa. Droga od winy do niewinności jest wprawdzie trudna, ale możliwa, natomiast jest zgoła beznadziejne i ma katastrofalny wpływ na wynik, jeśli ktoś chce koniecznie zachować niewinność. Traci pan tam, gdzie mógłby pan jeszcze zyskać. Jest pan w sytuacji przymusowej, nie może pan już wybrać sobie winy, lecz musi pan pozwolić na narzucenie jej sobie.

Agent, rozbawiony, wzruszył ramionami. Ubolewa, że nie może zadowolić sądu, ale naprawdę nie przypomina sobie niestety żadnego wykroczenia, które by go skłóciło z prawem.

Obrońca znów założył cwikier. Z Trapsem będzie miał kłopot, powiedział z namysłem, niełatwa to będzie sprawa. - Ale przede wszystkim - zakończył rozmowę - niech pan się zastanawia nad każdym słowem, nie paple bez zastanowienia, bo inaczej zostanie pan skazany na wieloletnie więzienie, a wtedy nic zrobić się nie da.

Potem nadeszli inni. Zajęto miejsca za okrągłym stołem. Swojski nastrój, żarciki. Nasamprzód podano najrozmaitsze zakąski, wędliny, jajka po rosyjsku, ślimaki, zupę żółwiową. Nastrój był znakomity, zjadano ze smakiem, chlipiąc bez żenady.

- No, oskarżony, cóż pan może nam zaprezentować, spodziewam się jakiegoś pięknego, solidnego morderstwa - zarechotał prokurator.

Obrońca zaprotestował.

- Mój klient został oskarżony, chociaż nie dopuścił się żadnego przestępstwa, jest to, można by rzec, niezwykle rzadki wypadek w sądownictwie. Oświadcza, że jest niewinny.

- Niewinny - zdziwił się prokurator. Szramy na twarzy błysnęły czerwienią, monokl o mało nie wpadł mu do talerza, kołysał się jak wahadło na czarnym sznureczku. Karłowaty sędzia, który właśnie wrzucał do zupy kawałki chleba, znieruchomiał, spojrzał z wyrzutem na agenta, pokręcił głową, nawet milczący łysek z białym goździkiem wytrzeszczył w zdumieniu oczy. Zapadła niepokojąca cisza. Przestały brzękać łyżki i widelce, umilkły sapania i mlaskanie. Tylko Simona w głębi pokoju chichotała cichutko.

- Musimy przeprowadzić śledztwo - powiedział wreszcie prokurator. - Co nie może istnieć, nie istnieje.

- No proszę - zaśmiał się Traps. - Jestem do dyspozycji !

Do ryb podano wino, lekkiego, musującego neuchatela.

- A zatem - powiedział prokurator oczyszczając z ości pstrąga - przekonamy się. Żonaty ?

- Od jedenastu lat.

- Dzieciaki są ?

- Czworo.

- Zawód ?

- W branży tekstylnej.

- Jest pan agentem firmy, drogi panie Traps ?

- Przedstawicielem generalnym.

- Świetnie. Miał pan kraksę ?

- Przypadek. Pierwszy raz od roku.

- Ach, a przed rokiem ?

- No tak, ale wtedy jechałem starym wozem - wyjaśnił Traps. - Citroenem, model 1939, teraz mam studebakera, czerwony, na zamówienie.

- Studebaker, ach, to interesujące, i to od niedawna ? Przedtem nie był pan pewnie przedstawicielem generalnym ?

- Prostym, zwykłym agentem w branży tekstylnej.

- Koniunktura - przytaknął prokurator.

Obok Trapsa siedział obrońca.

- Uważaj pan - powiedział szeptem.

Agent branży tekstylnej, przedstawiciel generalny, jak możemy go już teraz nazywać, zajął się beztrosko befsztykiem po tatarsku, wycisnął cytrynę, była to jego własna recepta - odrobina koniaku, papryka i sól. Lepszego jedzenia nie zdarzyło mu się nigdy kosztować, rozpromienił się cały, jak dotąd wieczory w “Schlaraffii” uważał za zaszczyt, największą przyjemność, jakiej mógł zaznać człowiek jego pokroju, lecz ten kawalerski wieczór zapowiadał jeszcze lepszą zabawę.

- Aha - zauważył prokurator - należy pan do “Schlaraffii”. Jakiego pseudonimu używa pan tam ?

- Markiz de Casanova.

- Świetnie ! - zachichotał radośnie prokurator, jakby informacja ta miała szczególną wagę, wciskając znów monokl. - Bardzo nam przyjemnie to usłyszeć. Czy można z pańskiego pseudonimu wnosić o pańskim życiu prywatnym, mój drogi ?

- Uwaga ! - syknął obrońca.

- Drogi panie - odpowiedział Traps. - Tylko w pewnej mierze. Kiedy z kobietami przytrafia mi się coś pozamałżeńskiego, to tylko przypadkowo i bez ambicji.

Czy pan Traps nie byłby tak dobry i nie zechciał opowiedzieć zebranemu tu towarzystwu swego życia w krótkim zarysie, zapytał sędzia rozlewając do kieliszków neuchatela. Skoro już postanowiono odbyć sąd nad miłym gościem i grzesznikiem i, jeśli się uda, zamknąć go na długie lata, to byłoby rzeczą najwłaściwszą usłyszeć od niego coś bardziej szczegółowego, prywatnego, intymnego, jakiejś historyjki o kobietach, jeśli można - z pieprzykiem.

- Opowiadać, opowiadać ! - domagali się chichocząc starsi panowie. Zaprosili raz do stołu jakiegoś alfonsa, który opowiadał najciekawsze i najbardziej pikantne rzeczy ze swojej dziedziny i udało mu się wykręcić czterema latami więzienia.

- No, no - zaśmiał się również Traps - cóż o mnie można powiedzieć. Prowadzę zupełnie powszednie życie, moi panowie, pospolite życie, jak to zaraz wyznam. Pijemy !

- Pijemy !

Przedstawiciel generalny uniósł kieliszek, spojrzał głęboko w nieruchome, ptasie oczy czterech starców utkwione w nim tak, jakby był szczególnie smakowitym kąskiem, po czym brzęknęły trącane kieliszki.

Na dworze słońce wreszcie zaszło, ucichł także piekielny skwir ptaków, krajobraz jednak rysował się jeszcze ostro - ogrody i czerwone dachy pośród drzew, lasy na wzgórzach, w oddali góry i kilka lodowców - nastrój spokoju, wiejska cisza, uroczyste przeczucie szczęścia, błogosławieństwa bożego i kosmicznej harmonii.

- Miałem twardą młodość - zaczął Traps, kiedy Simona zmieniła talerz i podała potężny dymiący półmisek. Champignons a la creme. - Ojciec mój był robotnikiem, proletariuszem, który padł ofiarą herezji Marksa i Engelsa, był to zgorzkniały, ponury człowiek, który nigdy nie zatroszczył się o swoje jedyne dziecko, matka była praczką, przekwitła wcześnie.

Mogłem chodzić tylko do szkoły powszechnej, tylko do powszechniaka - wyznał ze łzami w oczach, rozgoryczony i wzruszony zarazem swoją surową przeszłością, podczas gdy panowie powściągliwie trącali się kieliszkami marechaux.

- Ciekawe - powiedział prokurato...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin