Clive Staples Lewis
1
Zanim ostatnie krople ulewy przestały spadać ciężko na ziemię, wędrowiec schował mapę do kieszeni, poprawił plecak na zmęczonych ramionach i wyszedł na drogę spod wielkiego kasztana, pod którym znalazł schronienie w czasie burzy. Jaskrawożółty blask zachodzącego słońca przedarł się przez szczelinę w chmurach, lecz tam, dokąd szedł, niebo wciąż miało kolor ciemnoszarego łupku. Drzewa i wysokie trawy ociekały wodą, a droga lśniła jak potok. Nie tracił czasu na rozglądanie się po okolicy, lecz od razu ruszył w drogę zdecydowanym krokiem wędrowca, który zbyt późno spostrzegł, że tego dnia będzie musiał przejść więcej, niż zamierzał. Tak właśnie było. Gdyby spojrzał za siebie - czego nie zrobił - zobaczyłby strzelisty szczyt Much Nadderby i z pewnością wyrwałoby mu się z ust przekleństwo na wspomnienie niegościnnego hoteliku, w którym odmówiono mu noclegu. Od czasu jego ostatniego pobytu w tych okolicach hotelik zmienił właściciela. Miłego, starego gospodarza, na którego gościnność dzisiaj liczył, zastąpił ktoś, kogo bufetowa nazwała “panią”. “Pani” należała najwidoczniej do owej ortodoksyjnej szkoły angielskich właścicieli hoteli, którym goście sprawiają wyraźny kłopot.
Jego ostatnią szansą było teraz miasteczko Sterk, położone po drugiej stronie wzgórz, czyli o dobre sześć mil marszu. Według mapy powinna tam być gospoda. Wędrowiec miał zbyt wiele doświadczenia, by wiązać większe nadzieje z czarnym znaczkiem na mapie, ale i tak wszystko wskazywało na to, że przed nadejściem nocy nie zdoła dojść do żadnej innej miejscowości.
Maszerował zdecydowanie szybkim krokiem nie rozglądając się wokół siebie, jak człowiek próbujący skrócić sobie drogę zajmującym rozmyślaniem.
Był to wysoki, lecz niezbyt szeroki w ramionach mężczyzna, zapewne dobiegający czterdziestki, a jego ubiór odznaczał się owym szczególnym rodzajem zaniedbania, jaki często zdradza inteligenta na urlopie. Na pierwszy rzut oka mógłby być wzięty za lekarza lub nauczyciela, choć brakowało mu pewnej światowości pierwszego i nieokreślonej dziarskości drugiego. W rzeczywistości był filologiem, wykładowcą w jednym z koledżów w Cambridge. Nazywał się Ransom.
Kiedy opuszczał Nadderby, miał nadzieję, że może uda mu się znaleźć nocleg w jakiejś gościnnej farmie i nie będzie musiał wędrować aż do Sterk. Po tej stronie wzgórz okolica wyglądała jednak na prawie nie zamieszkaną. Był to odludny, monotonny kraj, w którym między rzadkimi żywopłotami i pojedynczymi drzewami ciągnęły się pola kapusty i rzepy. Nic tu nie przyciągało turystów, którzy wybierali raczej ciekawsze okolice, leżące na południe od Nadderby. Ponure wzgórza oddzielały go od uprzemysłowionych rejonów położonych za Sterk. W miarę jak zapadał zmrok i milkły głosy ptaków, robiło się coraz bardziej cicho, prawdę mówiąc, bardziej niż w przeciętnym krajobrazie angielskiej wsi. Odgłos jego własnych kroków po kamienistej drodze zaczynał mu działać na nerwy.
Przeszedł już ze dwie mile, gdy zobaczył przed sobą światło. Wzgórza były już blisko i prawie zapadał zmrok. Ożyła w nim nadzieja na nocleg w jakiejś zasobnej farmie. Dotarł do źródła światła i stwierdził, że stoi przed niewielkim domkiem z brzydkiej, dziewiętnastowiecznej cegły. Kiedy podszedł do drzwi, otworzyły się raptownie i wypadła z nich starsza kobieta, prawie się z nim zderzając.
- Och, bardzo przepraszam - powiedziała. - Myślałam, że to mój Harry.
Ransom zapytał, czy przed Sterk znajdzie dom, w którym by go przenocowano.
- Nie, proszę pana. Dopiero w Sterk. Ośmielam się zauważyć, że można było znaleźć coś w Nadderby.
W jej głosie, prócz uniżoności, wyczuł pewne zdenerwowanie, jakby coś jeszcze ją niepokoiło. Wyjaśnił, że już próbował w Nadderby.
- No to naprawdę nie wiem, proszę pana. Przed Sterk nie ma żadnego domu, nic, co by panu odpowiadało. Jest tylko “The Rise”, gdzie pracuje mój Harry. Myślałam, że pan właśnie stamtąd idzie i dlatego wyszłam na dwór. To znaczy, usłyszałam kroki i pomyślałam, że to może on. Już dawno powinien wrócić.
- “The Rise” - powtórzył Ransom. - Co to takiego? Jakaś farma? Czy tam by mnie nie przenocowali?
- O nie, proszę pana. Widzi pan, od czasu jak pani Alice umarła, nie ma tam nikogo, tylko ten profesor i jakiś pan z Londynu. Nie trzymają nawet żadnej służby, tylko mój Harry pali im w piecu. Ale on nie jest na stałe.
- Jak się nazywa ten profesor? - zapytał z nikłą nadzieją Ransom.
- Nie wiem, proszę pana. Ten drugi pan to się nazywa Devine, a Harry mówi, że tamten to jakiś profesor. Pan rozumie, Harry nie ma do tego głowy, a w ogóle to on nie jest za mądry i dlatego niepokoję się, jak tak późno wraca. Oni mówią, że zawsze wysyłają go do domu o szóstej. Ale to nie znaczy, że się dobrze nie narobi przez cały dzień.
Monotonny głos i dość ubogi zasób słów nie zdradzały napięcia, lecz mimo to Ransom odczuł, że kobieta drży i jest bliska płaczu. Przyszło mu do głowy, że powinien pójść do owego tajemniczego profesora i poprosić go, by odesłał chłopca do domu, a w ułamek sekundy później pomyślał, że jak już raz znajdzie się w “The Rise” - wśród ludzi podobnych sobie - może z powodzeniem liczyć na zaproszenie do spędzenia tam nocy. Jakkolwiek przebiegał ten proces myślowy, po chwili mglista wizja siebie samego pukającego do drzwi “The Rise” przybrała bardziej trwałą postać decyzji. Powiedział kobiecie, co zamierza zrobić.
- Och, bardzo panu dziękuję, proszę pana, naprawdę. I gdyby pan był taki dobry, żeby z nim wyjść z domu i odprowadzić do drogi, pan rozumie. On tak się boi tego profesora, że gdy tylko pan zawróci, nie ruszy się z miejsca, chyba że oni sami każą mu iść.
Ransom uspokoił kobietę, jak tylko potrafił, a potem pożegnał ją upewniwszy się, że znajdzie “The Rise” po lewej stronie drogi, po pięciu minutach marszu. Kiedy zaczął iść, poczuł, jak boleśnie zesztywniały mu mięśnie, podczas gdy stał rozmawiając z kobietą.
Po lewej stronie drogi nie dostrzegał żadnego światła - nic prócz płaskich pól i jakiejś ciemnej masy, którą wziął za zagajnik. Minęło chyba więcej niż pięć minut, zanim do niego doszedł i stwierdził, że się mylił. Zobaczył ogrodzenie z gęstego żywopłotu, a w nim białą bramę. Wznoszące się nad jego głową drzewa nie były brzegiem zagajnika, prześwitywało przez nie niebo. Teraz był już prawie pewien, że to brama do willi “The Rise”, i że drzewa są częścią otaczającego dom ogrodu. Spróbował otworzyć bramę, lecz okazało się, że zamknięto ją od wewnątrz. Stał przez chwilę niezdecydowany, nagle zniechęcony ciszą i ciemnością. Pomimo zmęczenia najchętniej poszedłby dalej, gdyby nie kłopotliwe zobowiązanie wobec tej kobiety. Wiedział, że jeśli się postara, może się przedrzeć przez żywopłot, ale nie miał na to wielkiej ochoty. Ładnie by wyglądało, gdyby natknął się przypadkiem na jakiegoś emeryta-dziwaka - z rodzaju tych, co to mieszkając na wsi, zamykają na klucz bramę swego domu - i zaczął mu opowiadać tę głupią historyjkę o rozhisteryzowanej matce pogrążonej we łzach, bo jej przygłupiego synalka zatrzymano w pracy pół godziny dłużej niż zwykle! Było jednak zupełnie oczywiste, że musi tam wejść. Przez żywopłot od biedy się przeciśnie, ale z całą pewnością nie zrobi tego z plecakiem na grzbiecie. Zdjął go więc, przerzucił przez bramę i nagle uświadomił sobie, że aż to tej chwili nie bardzo wiedział, co robi. Teraz musi już włamać się do cudzego ogrodu, choćby tylko po to, aby odzyskać plecak. Ogarnęła go złość na ową kobietę i na siebie, ale ukląkł i zaczął się przedzierać na czworakach przez gęsty żywopłot.
Operacja okazała się trudniejsza, niż oczekiwał. Minęło kilka dobrych minut, zanim stał w wilgotnej ciemności po drugiej stronie żywopłotu, boleśnie podrapany kolcami i poparzony pokrzywami. Doszedł po omacku do bramy, podniósł plecak i po raz pierwszy rozejrzał się uważnie dookoła. W szerokiej alei było o wiele jaśniej niż pod drzewami i nie miał trudności w rozpoznaniu kształtów dużego, kamiennego domu, od którego oddzielał go zaniedbany, dawno nie strzyżony trawnik. Po kilkunastu metrach aleja rozwidlała się: prawa droga prowadziła łagodnym łukiem pod frontowe drzwi domu, podczas gdy lewa biegła prosto, bez wątpienia do pomieszczeń gospodarczych. Na tej drugiej drodze zauważył głębokie koleiny - teraz pełne wody - jakby po niej często przejeżdżały ciężarówki. W domu nie paliło się żadne światło; niektóre okna zakryte były okiennicami, inne, bez okiennic i zasłon, ziały ciemną pustką. Całe to miejsce sprawiało wrażenie martwego, opuszczonego i niegościnnego. Jedyną oznaką, że ktoś tu jednak mieszka, był słup dymu unoszący się spoza budynku. Jego wielkość i kształt sugerował bardziej jakąś fabryczkę czy pralnię niż kuchnię. W każdym razie nie ulegało wątpliwości, że “The Rise” jest ostatnim miejscem na ziemi, w którym obcy przybysz może liczyć na nocleg. Ransom, straciwszy już sporo czasu na odkrycie tej smutnej prawdy, ruszyłby mimo to dalej w drogę, gdyby nie owa nieszczęsna obietnica dana starej kobiecie.
Wszedł po trzech schodkach na obszerny ganek, pociągnął za dzwonek i czekał. Po jakimś czasie zadzwonił ponownie i usiadł na drewnianej ławce biegnącej wzdłuż jednego z boków ganku. Siedział tak długo, że chociaż noc była ciepła i jasna, pot wyschnął mu na twarzy, a w plecach poczuł słabe dreszcze. Ogarnęło go tak wielkie zmęczenie, że nie chciało mu się nawet wstać, aby zadzwonić po raz trzeci. Siedział, chłonąc kojącą ciszę ogrodu, piękno letniego nieba i pohukiwanie sowy gdzieś w pobliżu, jeszcze bardziej pogłębiające spokój tego miejsca. Poczuł senność i chyba już zapadał w drzemkę, gdy nagle usłyszał coś, co przywróciło mu czujność. Były to dość dziwne, nieregularne odgłosy, jakieś szuranie i głośne, przyspieszone oddechy, przywodzące na myśl odgłosy wydawane przez graczy w piłkę nożną. Wstał. Teraz był prawie pewien: jacyś ludzie w ciężkich butach bili się, siłowali lub uprawiali jakiś dziwny rodzaj sportu. Usłyszał urywane okrzyki, monosylabiczne, krótkie wrzaski zadyszanych i rozwścieczonych mężczyzn. Pakowanie się w awanturę było ostatnią rzeczą, na jaką Ransom miał ochotę, niemniej narastało w nim przekonanie, że powinien sprawdzić, co się tam właściwie dzieje. Nagle mocniejszy głos zawołał wyraźnie: “Zostawcie mnie!”, a w chwilę później: “Nie pójdę tam! Chcę iść do domu!”
Ransom zbiegł ze schodków zrzucając plecak i popędził naokoło domu tak szybko, jak mu na to pozwalały zesztywniałe mięśnie i obtarte stopy. Pożłobiona koleinami, pełna kałuż, błotnista droga zawiodła go na coś w rodzaju podwórza otoczonego niezwykłą liczbą szop i przybudówek. Uchwycił spojrzeniem wysoki komin, niskie drzwi wypełnione czerwonym odblaskiem kominka lub pieca i jakiś olbrzymi kształt czerniejący na tle rozgwieżdżonego nieba. Przemknęło mu przez głowę, że przypomina to kopułę niewielkiego obserwatorium astronomicznego, lecz w tej samej chwili jego uwagę całkowicie pochłonęło coś zupełnie innego: zobaczył trzech mężczyzn walczących ze sobą tak blisko niego, że niewiele brakowało, by na nich wpadł. Już od pierwszej chwili nie miał wątpliwości, że młodym chłopakiem, wyraźnie wyrywającym się dwóm mężczyznom, jest syn owej starej kobiety, Harry. Czuł, że powinien zagrzmieć: “Co wy robicie temu chłopcu!”, ale zamiast tego zawołał tylko słabym głosem: “Hej! Proszę panów!...”
Walczący raptownie odpadli od siebie. Chłopiec wybuchnął płaczem.
- Czy mogę zapytać - odezwał się wyższy i tęższy z dwu mężczyzn - kim, do diabła, pan jest i co pan tu robi?
Jego głos miał wszystkie te cechy, których, niestety, zabrakło w głosie Ransoma.
- Jestem na wycieczce - odpowiedział Ransom - i obiecałem tej biednej kobiecie...
- Niech szlag trafi tę biedną kobietę! - warknął mężczyzna. - Jak pan tu się dostał?!
- Przez żywopłot - odparł Ransom, czując, że narasta w nim gniew. - Nie mam pojęcia, co chcecie zrobić z tym chłopcem, ale...
- Mówiłem, że powinniśmy tu trzymać psa - zwrócił się grubas do swego towarzysza ignorując Ransoma.
- Chcesz powiedzieć, że mielibyśmy psa, gdybyś się nie uparł, by eksperymentować na Tartarze - odezwał się po raz pierwszy drugi mężczyzna. Był prawie tak wysoki jak jego towarzysz, lecz o wiele szczuplejszy i najwyraźniej młodszy. Jego głos wydał się Ransomowi dziwnie znajomy.
- Proszę mnie wysłuchać - Ransom spróbował zacząć wszystko od początku - nie wiem, co chcecie zrobić z tym chłopcem, ale jego dzień pracy dawno już minął i najwyższy czas, by go odesłać do domu. Nie mam najmniejszej ochoty wtrącać się w wasze prywatne spory, ale...
- Kim pan jest? - przerwał mu grubas.
- Nazywam się Ransom, jeśli o to panu chodzi. I...
- Do cholery, chyba nie Ransom, który był w Wedenshaw? - zawołał młodszy.
- Zgadza się, byłem w tej szkole.
- Od razu mi się zdawało, że cię poznałem, jak tylko przemówiłeś. Jestem Devine. Nie pamiętasz mnie?
- Ależ oczywiście! Pomyśleć tylko! - powiedział Ransom, gdy ściskali sobie ręce ze zwykłą przy takich okazjach, nieco wymuszoną serdecznością. Prawdę mówiąc, to właśnie Devine’a najbardziej w szkole nie znosił.
- Niesamowite! - rzekł Devine. - I gdzie jak gdzie, ale na pustkowiu Nadderby. Chyba nie będziemy wspominać niedzielnych wieczorów w kaplicy U.S.D., bo się popłaczemy. Czy miałeś okazję poznać Westona? - Devine wskazał na swego masywnego towarzysza. - To ten Weston. Chyba wiesz. Ten wielki fizyk. Na śniadanie połyka Einsteina z grzankami i wypija ćwiartkę krwi Schrödingera. Weston, pozwól że ci przedstawię mojego starego kumpla ze szkoły, Ransoma. Doktor Elwin Ransom. Ten Ransom, chyba wiesz. Wielki filolog. Połyka Jaspersona z grzankami i wypija ćwiartkę...
- Mało mnie to obchodzi - przerwał mu Weston, który wciąż trzymał nieszczęsnego Harry’ego za kołnierz. - Jeżeli sądzisz, że będę piał z zachwytu na widok faceta, który właśnie włamał się do mojego ogrodu, to się grubo mylisz. Guzik mnie obchodzi, do jakiej szkoły chodził i na jakie pseudonaukowe brednie marnuje teraz pieniądze, których brakuje na porządne badania. Chcę tylko wiedzieć, skąd się tutaj wziął, a potem niech się wynosi do diabła.
- Nie bądź osłem, Weston - powiedział Devine poważniejszym tonem. - Uważam, że jego niespodziewane odwiedziny są cudownie à propos. Nie obrażaj się, Ransom, Westona trzeba poznać. Wierz mi, pod tą ponurą powłoką kryje się naprawdę złote serce. No, ale chodźmy do środka. Na pewno byś coś wypił i przekąsił.
- To bardzo miłe z twojej strony - rzekł Ransom - ale co do tego chłopca...
Devine wziął go pod ramię i odprowadził na stronę.
- On ma bzika - powiedział cicho. - Normalnie pracuje jak bóbr, ale od czasu do czasu miewa takie napady. Chcieliśmy go tylko zamknąć na jakąś godzinę w pralni, żeby się uspokoił. To mu zwykle pomaga. Przecież nie można go wysłać do domu w takim stanie. Zrozum, to wszystko dla jego dobra. Jak chcesz, możesz go zaraz zaprowadzić do matki, a potem wrócić tu na noc.
Ransoma ogarnęły wątpliwości i zakłopotanie. Cała ta scena była wystarczająco niejasna i budząca sprzeciw, by zrodzić w nim podejrzenie, iż wdepnął w coś wyraźnie niezgodnego z prawem, z drugiej jednak strony tkwiło w nim właściwe jego wiekowi i warstwie społecznej irracjonalne przekonanie, że takie rzeczy mogą się przydarzyć zwykłym ludziom tylko w powieści, a już z pewnością trudno je łączyć z profesorami i kolegami ze szkoły. Zresztą, gdyby nawet chłopca rzeczywiście maltretowano, nie widział większej szansy, by go z tego wyciągnąć siłą.
Kiedy tak rozmyślał, Devine mówił coś do Westona przyciszonym głosem. Nie na tyle jednak cichym, by podejrzewać, że chodzi o coś więcej, niż tylko o uzgodnienie w obecności gościa spraw związanych z zaoferowaną mu gościną. W końcu Weston mruknął coś, co wyglądało na wyrażenie zgody. Ransom poczuł, że ze względów czysto towarzyskich powinien teraz coś powiedzieć, lecz Weston zwrócił się do chłopca:
- Dość nam już sprawiłeś kłopotu jak na jeden wieczór, Harry. We właściwie rządzonym kraju wiedziałbym, co z tobą zrobić. Przestań wreszcie chlipać. Jeżeli nie chcesz, to nie musisz iść do pralni...
- To wcale nie jest pralnia - wykrztusił chłopiec przez łzy. - Pan dobrze wie. Nie chcę już więcej włazić do tego...
- Chodzi mu o laboratorium - wtrącił szybko Devine. - Wszedł tam pewnego razu i został przypadkowo zamknięty na parę godzin. Okropnie to przeżył. Biedny dzikus! - Zwrócił się do chłopca: - Posłuchaj, Harry. Ten pan jest tak dobry, że zamierza odprowadzić cię do domu, jak tylko trochę odpocznie. Jeśli wejdziesz do środka i usiądziesz sobie spokojnie w hallu, dam ci coś, co bardzo lubisz. - Wydał z siebie odgłos do złudzenia przypominający wyciągnięcie korka z butelki (Ransom przypomniał sobie, że była to jedna ze znanych sztuczek Devine’a w szkole), a z ust Harry’ego wydobyło się infantylne, głupkowate parsknięcie.
- Weź go do środka - powiedział Weston, odwrócił się i zniknął we wnętrzu domu. Ransom wahał się, ale Devine pospieszył z zapewnieniem, że Westonowi będzie bardzo miło go gościć. Kłamstwo było szyte grubymi nićmi, ale Ransom szybko pokonał w sobie towarzyskie skrupuły, gdy pomyślał, że będzie mógł wreszcie odpocząć i napić się czegoś. Wszedł za Devinem i Harrym do domu i po chwili siedział już w fotelu, czekając na powrót swego szkolnego kolegi, który poszedł przygotować coś do picia i jedzenia.
2
W pokoju, w którym się znalazł, panowało dziwaczne pomieszanie zbytku z niechlujnym ubóstwem. Okna bez zasłon, z opuszczonymi żaluzjami, goła podłoga zawalona skrzynkami, wiórami, gazetami i starymi butami, na wypłowiałych tapetach ślady po obrazach i meblach poprzednich mieszkańców. Jednocześnie dwa jedyne fotele z pewnością musiały słono kosztować, a na stołach, między tanią zastawą, ułomkami chleba, filiżankami z nie dopitą herbatą i niedopałkami papierosów walały się drogie cygara, butelki po szampanie, skorupy ostryg, puszki skondensowanego mleka i otwarte pudełka sardynek.
Czekając na gospodarzy, Ransom rozmyślał o Devinie. Czuł do niego ów szczególny rodzaj niechęci, jaki miewa się do kogoś, kogo się w dzieciństwie przez krótki czas bardzo podziwiało, a potem z tej fascynacji wyrosło. Devine opanował o jakieś pół semestru wcześniej od innych znaną sztukę szkolnego humoru, polegającą na nieustannym przedrzeźnianiu sentymentalnych i idealistycznych frazesów dorosłych. Przez kilka tygodni jego ironiczne uwagi na temat Ukochanego Starego Domu, Postępowania Zgodnego z Honorem, Misji Białego Człowieka i Zachowania Twarzy zachwycały każdego, nie wyłączając Ransoma. Jednak na długo przed opuszczeniem Wedenshaw, Ransoma zaczęły nudzić dowcipy Devine’a, a na uniwersytecie w Cambridge wprost go unikał, dziwiąc się, jak ktoś tak błyskotliwy i jednocześnie szablonowy, może odnosić takie sukcesy. Potem Devine został w dość tajemniczy sposób wybrany członkiem rady naukowej i wykładowcą koledżu Leicester, a później równie tajemniczo zaczął mieć coraz więcej pieniędzy. Już dość dawno mieszkał w Londynie i był tam jakąś ważną figurą. Co jakiś czas słyszało się o nim, a przynoszący nowiny rozmówca kończył zwykle uwagą: “Niegłupi facet z tego cholernego Devine’a, potrafi się urządzić” albo: “Jest dla mnie zagadką, jak ten człowiek osiągnął to wszystko”, albo czymś w tym rodzaju. Sądząc z tego, co Ransom usłyszał w czasie ich krótkiej rozmowy na podwórzu, jego dawny kolega niewiele się zmienił.
Drzwi otworzyły się i Ransom przerwał swe rozmyślanie. Wszedł Devine, niosąc na tacy butelkę whisky, syfon z wodą sodową i szklanki.
- Weston szuka czegoś do zjedzenia - powiedział. Postawił tacę na podłodze przy fotelu Ransoma i zabrał się do otwierania butelki. Ransom, któremu na ten widok jeszcze bardziej zachciało się pić, zauważył, że jego gospodarz należy do tych denerwujących ludzi, którzy nie potrafią jednocześnie mówić i posługiwać się rękami. Devine zaczął przecinać końcem korkociąga kapturek ze srebrnej folii okrywający koniec butelki, lecz nagle przerwał tę czynność i zapytał:
- Jak trafiłeś do tego pogrążonego w mrokach barbarzyństwa zakątka?
- Wybrałem się na dłuższą wycieczkę - odrzekł Ransom. - Zeszłej nocy spałem w Stoke Underwood i miałem zamiar dojść dziś wieczorem do Nadderby. Ale nie dostałem tam noclegu, więc wyruszyłem do Sterk.
- Daj spokój! - zawołał Devine, opierając wciąż korkociąg nieruchomo na szyjce butelki. - Przyznaj się, stary, robisz to dla forsy, czy z czystego masochizmu?
- Po prostu to lubię - odparł Ransom, wpatrując się w ciągle nie otwartą butelkę.
- Czy możesz wyjaśnić profanowi, na czym ta przyjemność polega? - zapytał Devine, przecinając końcem korkociąga następne pół centymetra srebrnej banderoli.
- To nie takie proste. Zaczyna się od tego, że po prostu lubię chodzić...
- A to dopiero! Musiałeś się dobrze czuć w wojsku. Do rejonu iks biegiem marsz!
- Nie, nie. To zupełnie coś innego niż w wojsku. Cały gips polega na tym, że w wojsku nigdy nie jesteś sam i nigdy nie możesz wybrać sobie celu marszu, czy nawet czasu odpoczynku. A na takiej włóczędze jesteś zależny tylko od siebie. Zatrzymujesz się, gdy zechcesz, i ruszasz w drogę, kiedy masz na to ochotę. Od początku do końca robisz, co chcesz, i naradzasz się tylko ze sobą.
- Do czasu, gdy pewnego wieczoru zastajesz w jakimś hotelu depeszę: “Wracaj natychmiast” - zauważył ironicznie Devine, któremu w końcu udało się zdjąć srebrny kołpak z szyjki butelki.
- Tylko wtedy, gdy jesteś na tyle głupi, by zostawić w domu listę swoich spodziewanych adresów, a potem rzeczywiście trzymasz się ściśle tej marszruty. Najgorsze, co się może zdarzyć, to ten facet w radiu, który mówi: “Doktor Erwin Ransom, przebywający na urlopie w Middlands, proszony jest...”
- Zaczynam rozumieć - rzekł Devine, robiąc przerwę w rozpoczętej już ceremonii wyciągania korka z butelki. - Podróż służbowa nigdy ci tego nie zapewni. Cholerny szczęściarz z ciebie! Ale czy możesz tak po prostu zniknąć? Nie masz na karku żony, dzieci, jakichś wiekowych, lecz miłych staruszków albo czegoś w tym rodzaju?
- Mam tylko zamężną siostrę w Indiach. A poza tym, widzisz, jestem samodzielnym wykładowcą. Chyba pamiętasz, że to taki facet, który w środku letnich wakacji po prostu nie istnieje. W koledżu nie mają pojęcia, gdzie się podziewam, i w ogóle ich to nie obchodzi. I zapewniam cię, że w tym kraju nie ma takiej osoby, którą by to obchodziło.
Rozkoszny odgłos oznajmił, że butelka została wreszcie otwarta.
- Powiedz, ile - rzekł Devine, gdy Ransom wyciągnął swoją szklankę. - Ale trudno mi uwierzyć, że w tym wszystkim nie ma jakiejś dziury. Czy chcesz powiedzieć, że naprawdę zupełnie nikt nie wie, gdzie jesteś i kiedy powinieneś wrócić? Nikt nie może cię dopaść?
Ransom w odpowiedzi tylko pokiwał głową. Devine podniósł syfon i nagle zaklął.
- Obawiam się, że chyba jest pusty. Może być z wodą? Zaraz pójdę do umywalni. Ile ci nalać?
- Do pełna, jeśli łaska.
W kilka minut później Devine wrócił i wręczył mu długo oczekiwanego drinka. Ransom pociągnął kilka porządnych łyków i kiedy z westchnieniem ulgi odstawił do połowy opróżnioną szklankę, zauważył na głos, że miejsce zamieszkania wybrane przez Devine’a jest przynajmniej równie dziwaczne, jak jego własny sposób spędzania urlopu.
- I chyba masz rację - odrzekł Devine. - Ale gdybyś znał Westona, to byś wiedział, że o wiele mniej kłopotu sprawia robienie tego, co on chce, niż przekonywanie go, że mogłoby być inaczej. To się chyba nazywa silny wspólnik.
- Wspólnik? - powtórzył Ransom z zainteresowaniem.
- W pewnym sensie. - Devine spojrzał na drzwi, przysunął bliżej swój fotel i ciągnął dalej nieco konfidencjonalnym tonem. - Ale to naprawdę równy facet. Mówiąc między nami, włożyłem trochę forsy w pewien eksperyment, nad którym on pracuje. Jest w tym, naturalnie, sporo drętwej mowy o zwycięskim marszu postępu, o dobru ludzkości i tak dalej, ale cała rzecz ma również przemysłowe znaczenie.
Podczas gdy Devine mówił, z Ransomem zaczęło się dziać coś dziwnego. Z początku zdawało mu się, że słowa gospodarza przestały mieć sens: plótł coś o swoim namiętnym zainteresowaniu jakąś produkcją na wielką skalę i o tym, że nie udawało mu się znaleźć czegoś obiecującego w Londynie. Potem Ransom zdał sobie nagle sprawę z tego, że nie tyle przestał Devine’a rozumieć, co słyszeć, ale nawet go to nie zdziwiło, ...
Sabaidee