Rozdzial 1.pdf
(
38 KB
)
Pobierz
Rozdzial 1
PIERWSZY
Marco rzucał się nerwowo po posłaniu, mamrocząc różne pozbawione wspólnego sensu
słowa. Jego czoło pokryła cieniutka warstwa potu. Nagle zerwał się z krzykiem.
- Lidio!
Przez kilka długich minut dochodził do siebie. Klatka piersiowa młodzieńca poruszała się
gwałtownie. Łapczywie chwytał powietrze, próbując wyrównać oddech. Wierzchem dłoni
przetarł wilgotne powieki.
Już blisko dwa miesiące minęły od śmierci jego jedynej, ukochanej siostry. Dopiero jej strata
uświadomiła mu, jak ważną osobą była w jego życiu. Pustka, jaką po sobie zostawiła była
trudna do zniesienia - nie tylko dla niego. Matka kompletnie oszalała. W ciągu jednej nocy
osiwiała, przestała jeść i normalnie spać. Nie chce z nikim rozmawiać. Cały swój czas spędza
na modlitwie, prosząc Boga o zbawienie dla duszy Lidii. Z ojcem było wprawdzie trochę
lepiej, ale tylko na pozór. Marco wiedział, jak trudno jest mu okazywać emocje, także te
negatywne. To, że nie pokazywał na zewnątrz żalu po stracie córki, nie znaczy, że nie
cierpiał. Jednak tylko w nim miał teraz względne oparcie. Marco strasznie źle czuł się w
domu. Budynek zdawał się umrzeć razem z Lidią. Jakby wraz z nią zostały wyssane
wszystkie życiowe soki z otoczenia, w którym żyła. Samotność stała się zbyt przytłaczająca.
Znów śnił mu się ten sam koszmar. Chyba już nigdy nie zapomni dnia, w którym ujrzał
martwe ciało siostry. Było nagie, pokryte siniakami i zakrzepłą krwią. Ale najgorsza była
rana na krtani. Ktoś lub coś wgryzło się jej w szyję, rozrywając na strzępy.
Zakrył twarz dłońmi.
Kto był zdolny do takiej zbrodni? Marco nie mógł uzmysłowić sobie, w jaki sposób Lidia
została zwabiona, a potem zamordowana. Sama nigdy nie opuszczała posiadłości - tym
bardziej w nocy. Po raz ostatni widział ją, gdy udawała się na spoczynek po wspólnej kolacji.
Następnego dnia jakiś bezdomny odnalazł jej zmasakrowane ciało pod Kościołem Santa
Maria delle Grazie. Gdyby tylko wiedział, że po posiłku ostatni raz widzi te roześmiane oczy!
Dopiero po jej śmierci, gdy długo myślał o tym ostatnim spotkaniu, uzmysłowił sobie, że
oczy siostry nie błyszczały tak jak zwykle. Wydawała się zamyślona i… spięta? Nie mógł
darować sobie, że nie zapytał o powód jej trosk.
Zaschło mu w ustach z wrażenia. Powoli wysunął się z pościeli, stawiając gołe stopy na
zimnej posadce. Zmierzwił włosy, jakby tym gestem starał się odegnać od siebie marę
nocną, dręczącą jego duszę od dwóch miesięcy.
Na stole stał dzban z doskonałej jakości winem. Marco przyłożył spragnione wargi do
kielicha, delektując się rarytasem, na jaki stać było jego rodzinę. Nigdy nie musiał
zastanawiać się nad rzeczywistą wartością pieniądza. Zawsze miał to, czego tylko
zapragnął. Ale wydarzenia ostatnich miesięcy udowodniły mu, że za złoto nie można kupić
wszystkiego.
Nagle do jego uszu doszedł hałas dobiegający z podwórza. Ktoś rozdzierającym głosem
wzywał pomocy. Marco nasłuchiwał przez chwilę tych dźwięków, nie czyniąc nic więcej. Po
chwili poczuł, że jego powieki stają się coraz cięższe. Położył się do łóżka, mając nadzieję, że
tym razem uda mu się przespać kilka godzin w spokoju.
Następnego dnia obudził się dosyć późno. Miał wrażenie, jakby całą noc spędził ze swoimi
ziomkami na zabawie z dziewkami. Głowa pękała mu z niewyspania. Z głośnym jękiem
podniósł się z posłania. Chciał obmyć się z potu, który pokrył jego skórę po przeżyciach
ostatniej nocy. Uchylił drzwi na korytarz i zawołał swojego majordomusa.
- Federico? Federico chodźże do mnie natychmiast!
Z irytacją trzasnął drzwiami.
Po minucie do jego sypialni wbiegł zdyszany sługa. Jego pomarszczona twarz była
wykrzywiona w grymasie zmęczenia.
- Tak, panie? W czym mogę ci pomóc?
- Jak to, w czym? A co ja mogę o tej porze robić?
Federico w geście przeprosin pochylił się.
- Tak, panie. Już karzę grzać wodę. – Bardzo szybko opuścił pomieszczenie.
- Głupiec… - młodzieniec przeklął ze złością pod nosem. Rzucił się ponownie na łóżko,
wpatrując się uporczywie w baldachim.
Po kilkunastu minutach ponownie pojawił się Federico, niosąc ze sobą misę wody oraz
czystą bieliznę.
Marco szybko zrzucił z siebie przepocone ubranie, po czym zanurzył dłonie w wodzie. Gdy
umył się, władczym gestem wyciągnął dłoń w stronę sługi, aby ten podał mu świeżą koszulę.
- Co to za krzyki słyszałem dziś nad ranem z ulicy? Nie mogłem spać.
W oczach Federica pojawiła się iskierka strachu.
- Przed domem Donata Bramante znaleziono dziś zwłoki mężczyzny. Ludzie gadają, że leżał
tam kompletnie nagi i miał poderżnięte gardło. Niestety ja nie załapałem się na to
widowisko, bo szybko zabrali ciało denata. Powiadają jednak, że był to makabryczny widok.
Jego gardło było całe w strzępach, jakby jakieś zwierze wyżarło mu szyję. Matko Boska, co
za świat – wyjąkał majordomus, żegnając się szybko.
Marco zastygł w bezruchu. Poczuł jak ponownie wilgotnieje mu wnętrze dłoni. Przed
oczami, bez jego woli, pojawił się obraz martwego ciała Lidii.
- Gdzie go zabrali? – wychrypiał.
- Panie, nie wiem.
- To się dowiedz! – wrzasnął chłopak, szybkimi ruchami nakładając resztę odzienia. Musiał
natychmiast porozmawiać z ojcem.
Z impetem wybiegł z pokoju, udając się do gabinetu głowy rodziny. Przed samymi drzwiami
zwolnił i nacisnął klamkę.
- Ojcze, ojcze! –wykrzyczał już w progu.
W pomieszczeniu nie było jednak nikogo.
- Do diabła! – ryknął Marco. Czuł palącą potrzebę zobaczenia się z ojcem.
Pobiegł do jadalni, licząc na to, iż tam go zastanie. Jednak i tam spotkał go zawód. Pewnie
udał się w interesach do miasta.
Marco odczuwał coraz większy niepokój. Okaleczone ciało mężczyzny za bardzo
przypominało mu o jego Lidii. Może uda mu się rozwikłać zagadkę jej tajemniczej śmierci?
Mógłby zwierzyć się teraz matce, ale ta myślami była w innym świecie. Nie chciał jeszcze
bardziej narażać jej zmysłów na szwank.
Postanowił nie czekać ani na ojca, ani na Francisco. Każda chwila może zatrzeć cenny ślad.
Gdzie znaleźli ciało? Był zbyt zafrasowany samym faktem okoliczności morderstwa, aby
przypomnieć sobie ten szczegół. Z irytacją uderzył pięścią w drzwi. Starał się przypomnieć
sobie nazwiska wszystkich rodzin mieszkających w okolicy.
Nagle doznał olśnienia.
- Bramante! – Jakże mógł zapomnieć nazwisko jednego z najznakomitszych przedstawicieli
Mediolanu.
Kazał osiodłać konia. Powóz jedynie spowalniałby podróż.
Przede wszystkim musiał pojawić się na miejscu, w którym znaleziono zwłoki. Może ktoś
coś widział? W międzyczasie Federico powinien dowiedzieć się do jakiej kostnicy
przewieziono denata. Będzie mógł wtedy porozmawiać z jakimś wyższym rangą
przedstawicielem prawa. Pełna sakiewka otwiera wiele, na pozór zamkniętych, drzwi.
Nie miał ani chwili do stracenia.
Na miejscu okazało się, że pod domem architekta zgromadził się spory tłum. Jego sługom
niezbyt skutecznie wychodziło przepędzanie ciekawskiej gawiedzi. Z plotek, które usłyszał
dowiedział się, że na ciele były rozrysowane jakieś magiczne wzory, a same zwłoki należą do
syna zubożałego szlachcica de Vivon. To już coś! Ofiarami nie padały osoby z plebsu.
Wiedział, że to stanowczo zbyt wcześnie na wysuwanie tego typu wniosków, ale był niemal
pewien, że obie te zbrodnie mają ze sobą wiele wspólnego.
Zanim ruszył do komendanta miasta, postanowił odwiedzić barona de Vivon. Pochodził on z
dawnego, majętnego francuskiego rodu, który pojawił się w Mediolanie za czasów wojen
włoskich i dominacji Franciszka I. Jednak, gdy władzę nad północnymi Włochami przejęła
hiszpańska gałąź Habsburgów pozycja rodu stopniowo, ale nieubłaganie zaczęła spadać.
Francuzi, rodacy największego wroga cesarza, nie byli mile widziani w strefie wpływów
Habsburgów. Po śmierci swego ojca, de Vivon przepuścił większość majątku, grając w karty
oraz wykupując dziewki. Zarówno on sam, jak i jego rodzina stracili niemal wszystkie
wpływy na hiszpańskim dworze. Marco doskonale o tym wiedział. Mimo, iż jego własna
rodzina nie posiadała tytułów, była poważana w mieście właśnie ze względu na majątek i
wpływy handlowe.
W bramie domu barona spotkał jego odźwiernego.
- Hola, hola. Pana nie ma w domu.
- A kiedy będzie? – zapytał Marco, nie schodząc z konia.
- Nie wiem. Nie mówił, kiedy wróci, ale nie sądzę, aby prędko pojawił się z powrotem. Dziś
nad ranem znaleziono zmasakrowane zwłoki jego syna Dominica. Co za tragedia… -
westchnął.
Marco pogrzebał w sakiewce w poszukiwaniu magicznej rzeczy niemal każdemu
rozwiązującej język.
Sługa chwycił złotą monetę, sprawdzając zębami, czy aby nie jest fałszywa. Po czym
schował ją głęboko w fałdy portek. Na ustach chłopaka pojawił się kpiący uśmieszek.
- Czy wiesz jak to się stało?
- Panie, nikt tego nie wie. Ale pan Dominic wmieszał się w nieciekawe towarzystwo.
Wychodził nocami, myśląc że nikt go nie widzi. Słyszałem jak kiedyś jego ojciec…
Nastąpiła cisza. Zniecierpliwiony Marco po raz wtóry sięgnął do sakiewki. Poskutkowało.
- Słyszałem, jak kiedyś pan de Vivon oskarżył syna o ….
- Mówże!
Sługa rozejrzał się na wszystkie strony, sprawdzając czy nikt ich nie podsłuchuje.
Dla bezpieczeństwa ściszył głos niemal do szeptu. Marco pochylił się w siodle.
- Powiadają, że Dominic de Vivon uprawiał czarną magię! – mówiąc to wykonał na piersiach
znak krzyża.
Czarna magia? Jakieś bractwo? Marco nie mógł w to uwierzyć. To, co właśnie usłyszał było
tak nieprawdopodobne… Mimo, że kościół uparcie pali heretyków, nikt normalny nie
wierzył w istnienie czarnej magii. Ale może to on sam był za normalny dla tego dziwnego
świata.
Bez słowa pożegnania spiął konia i pognał do domu. Miał cichą nadzieję, że odnajdzie tam
zarówno ojca, jak i Federica. Musiał podzielić się z kimś tymi fantastycznymi
wiadomościami, bo sam nie wiedział, co tak naprawdę o tym myśleć.
Plik z chomika:
Arabella88
Inne pliki z tego folderu:
Rozdział 8.doc
(90 KB)
Rozdział_7.pdf
(75 KB)
rozdział 6.pdf
(83 KB)
Rozdział 5.pdf
(56 KB)
rozdział 4.pdf
(88 KB)
Inne foldery tego chomika:
Midnight desire (+18)
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin