HERBERT GEORGE WELLS
SEN
POWIEŚĆ
PRZEKŁAD AUTORYZOWANY J. SUJKOWSKIEJ
TŁOCZONO W ZAKŁADACH GRAFICZNYCH "DRUKARNIA BANKOWA",
WARSZAWA, MONIUSZKI 11.
1929 R.
CZĘŚĆ I.
JAK POWSTAŁ HENRYK MORTIMER SMITH?
ROZDZIAŁ PIERWSZY
WYCIECZKA.
1.
Sarnac pracował prawie bez przerwy przez większą część roku nad pewnemi bardzo subtelnemi reakcjami, zachodzącemi w komórkach nerwowych systemu sympatycznego. Wstępne badania otworzyły przed nim świeże i zdumiewające możliwości. Te zaś z kolei ukazały mu horyzonty jeszcze rozleglejsze i bardziej nęcące.
Pracował może za gorliwie, gdyż pomimo że nadzieje jego i ciekawość nie straciły wcale na natężeniu, to przecież zdał sobie sprawę, że zaczyna manipulować z mniejszą delikatnością wyczucia, i że mózg jego nie funkcjonuje już z taką akuratnością i zwrotnością, jak poprzednio.
Najwidoczniej potrzebował wypoczynku. Doszedł do końca rozdziału swej pracy i chciał nabrać sił do nowego początku. Słoneczna Iskra z dawna cieszyła się myślą, że wyjadą razem. I ona również była w takiej fazie pracy, że mogła sobie pozwolić na przerwę, to też oboje wyruszyli razem na wędrówkę wśród gór i jezior.
Stosunki ich przeszły właśnie w bardzo rozkoszne stadjum. Znajomość ich i przyjaźń datowały się już od dość dawnych czasów, tak, że czuli się ze sobą zupełnie swobodnie, ale nie do tego stopnia, żeby stracić intensywne, obopólne zainteresowanie dla swoich osób i poczynań.
Słoneczna Iskra kochała się w Sarnacu na zabój i radowała się tą miłością, on zaś czuł się zawsze w jej towarzystwie szczęśliwy i przyjemnie podniecony. Słoneczna Iskra odznaczała się głębszą uczuciowością i wnikliwością w sprawach sercowych, niż jej kochanek. Rozprawiali o wszystkiem z wyjątkiem pracy Sarnaca, gdyż pragnęli wypocząć i nabrać sił do nowej pracy. O swej własnej pracy Słoneczna Iskra mówiła dużo i często. Odtwarzała piórem obrazy szczęścia i niedoli dawno minionych wieków, i umysł jej przepełniały rozważania na temat myśli, i uczuć, ożywiających niegdyś śpiących w grobach przodków.
Przez kilka dni pływali łódkami po wielkiem jeziorze, żeglowali i wiosłowali, czasami znów pozostawiali czółno koło jakiejś wysepki, wśród słodko woniejącego sitowia i kąpali się i pływali. Przenosili się z jednego pensjonatu do drugiego nad brzegiem wody i narobili wiele interesujących i ekscytujących znajomości.
W jednym pensjonacie, bawił 98-letni starzec, który na schyłku życia zajmował się wyrobem posążków wielkiej piękności i prawdy życiowej. Zdumienie ogarniało, gdy się patrzało, jak glina przybierała w jego rękach żywe kształty. Ponadto umiał przyrządzać w pewien bardzo apetyczny sposób ryby z jeziora - przyprawiał ich wielki półmisek i częstował wszystkich chwilowych mieszkańców willi.
Poznali również jednego muzyka, który skłonił Słoneczną Iskrę, by mu opowiadała o dawno minionych czasach, a potem wygrał na klawjaturze uczucia minionych pokoleń. Zagrał jedną rzecz, która, jak wyjaśnił, powstała przed dwoma tysiącami lat. Twórcą jej był niejaki Chopin, a nosiła tytuł etiudy Rewolucyjnej. Słoneczna Iskra nie mogła wprost uwierzyć, żeby fortepian mógł wyrazić tak namiętne porywy niechęci i buntu. Później wygrywał dziwaczne, gniewne, bojowe melodje i zgrzytliwe marsze z dawnych czasów, wreszcie zaimprowizował coś własnego, huczącego namiętnością i wzburzeniem.
Słoneczna Iskra, siedząc pod złotą latarnią, przysłuchiwała się muzyce i przyglądała zwinnym palcom artysty, ale Sarnac doznał wstrząśnienia, o wiele głębszego, W życiu rzadko mu się zdarzało słuchać muzyki, ten zaś muzyk zdawał się otwierać wierzeje na rzeczy, głębokie, ciemne i gwałtowne, które od dawien dawna zamknęły się przed duchowym wzrokiem ludzkości.
Uczony siedział z policzkiem, wspartym na dłoni, z łokciem na parapecie ogrodowego muru, spoglądając poprzez stalowo-błękitne jezioro na ciemniejące zwolna niebo. Migotały gwiazdy, ale niebawem olbrzymi zwał chmur, w kształcie półksiężyca niby zaciskająca się ręka, zaczął je zagarniać w kolosalną pięść ciemności.
Może jutro będzie deszcz. Latarnie wisiały nieruchomo, tylko od czasu do czasu lekki podmuch wiatru wprawiał je w przelotne kołysanie. Niekiedy znów wielka biała ćma nadlatywała z ciemności, trzepotała się chwilę między latarniami i znikała. Za moment ukazywała się z powrotem albo też nadlatywała inna towarzyszka, taka samą, jak i ona. Chwilami te przelotne widziadła zjawiały się po trzy, cztery naraz. Wydawało się, że tej nocy były one jedynemi owadami, które z nastaniem zmierzchu wychyliły się z tajemniczych kryjówek.
Słaby plusk w dole skierował uwagę Sarnaca na światło łodzi, która wynurzyła się z granatowych toni zmroku i podpłynęła tuż pod wał, zamykający taras. Było to okrągłe, żółte światło niby rozpłomieniona pomarańcza. Słychać było, jak wciągnięto wiosła i jak ustało kapanie wody, ale ludzie w łodzi nie poruszali się, dopóki muzyk nie skończył na dobre grać. Wtedy weszli po schodkach na taras i poprosili gospodarza o pokoje na nocleg. Obiad zjedli w innem miejscu, w górze jeziora.
Było ich czworo. Dwoje rodzeństwa o pięknym czarnym południowym typie i dwie piękne kobiety, jedna błękitno-, a druga - piwno-oka, najwidoczniej bardzo przywiązane do brata i siostry. Weszli i zaczęli rozmawiać o muzyce, a następnie o wielkiej wyprawie, jaką obiecali sobie urządzić w ogromne góry, rozciągające się nad jeziorami.
Brat i siostra nosili imiona: Promiennego i Gwiaździstej. Zadaniem ich życia, jak wyjaśnili, było wychowywanie zwierząt, do czego mieli prawie instynktowną skłonność i wrodzoną zdolność. Dwie młode blondynki, Wierzba i Świecąca Muszka, były elektrotechniczkami.
W ciągu kilku ostatnich dni Słoneczna Iskra spoglądała co chwila tęsknym wzrokiem na błyszczące pola śniegowe, przejęta pragnieniem udania się w śnieżne góry, które zawsze miały dla niej po prostu magiczny urok. Wmieszała się bardzo skwapliwie do rozmowy o górach, i niebawem postanowiono,, że ona wraz z Sarnacem przyłączą się do nowo poznanego towarzystwa i razem wedrą się na upragnione szczyty. Jednakowoż przed pójściem w góry chcieli oboje zwiedzić jakieś starożytne mury, które właśnie odkopano w dolinie, graniczącej z jeziorem od stromy zachodu. Czwórka nowoprzybyłych okazała żywe zainteresowanie ruinami i zmieniła swe plany celem obejrzenia ich w towarzystwie Słonecznej Iskry i Sarnaca. Potem wszyscy sześcioro mieli się udać w góry.
2.
Wspomniane ruiny liczyły pewnie więcej niż dwa tysiące lat wieku.
Były to szczątki starożytnego miasteczka, dosyć dużej stacji kolei żelaznej i tunelu, przechodzącego prosto przez góry. Tunel zawalił się, ale odkopujący, posuwając się ze swemi pracami wzdłuż jego linji, znaleźli kilka zgruchotanych pociągów, które najwidoczniej były przepełnione wojskiem i uciekinierami.
Szczątki tych nieszczęśliwych, pogryzione przez szczury i robactwo, były rozrzucone po wagonach i szynach toru kolejowego. Jasnem było, że tunel został zatarasowany za pomocą materjałów wybuchowych, a wszyscy ludzie, znajdujący się w pociągach, żywcem pogrzebani pod gruzami.
Później zniszczono miasto, a wszystkich mieszkańców wytruto gazami trującemi, ale nie wiadomo było jeszcze, co to były właściwie za gazy, i badania trwały w dalszym ciągu. Gazy te miały jakieś konserwujące właściwości, gdyż wiele ciał zachowało się nie tyle w postaci szkieletów, ile mumij, a w wielu domach znaleziono sporo książek, papierów i przedmiotów; z papier m?ché w zupełnie dobrym stanie. Zachowały się nawet tanie, bawełniane towary, jakkolwiek straciły wszelką barwę.
Po tej wielkiej katastrofie, ta część świata musiała przez czas pewien faktycznie pozostać niezamieszkaną. Wkrótce bowiem obsunięcie się ziemi zablokowało niższą część doliny i zatamowało jej wody, które zalały miasto, pokryły je rzadkim mułem i zapieczętowały kompletnie tunel. Obecnie przekopano zaporę, osuszono z powrotem dolinę i wydobyto na światło dzienne wszystkie te ślady jednej z charakterystycznych klęsk ostatniego okresu wojen w historji ludzkości.
Wycieczkowicze, udawszy się na miejsce, doznali bardzo silnego wstrząśnienia, aż zbyt silnego, żeby to odczuć jako przyjemność, zaś na zmęczonym umyśle Sarnaca zrodziło to szczególnie głębokie wrażenie. Przedmioty, znalezione w mieście, umieszczono w długiej muzealnej galerji, zbudowanej ze szkła i stali. Było tam wiele ciał, prawie nienaruszonych; stara, chora kobieta, zabalsamowana przez gaz, została złożona z powrotem na łóżku, z którego ją zniosła woda, a w kołysce umieszczono również z powrotem pomarszczone, maleńkie dziecko. Prześcieradła i kołdry zbielały i zbrunatniały, ale łatwo się było zorjentować, jak niegdyś wyglądały.
Zdaje się, że ludzie zostali zaskoczeni niespodziewanie w czasie przygotowywania południowego posiłku; w wielu domach ponakrywano do stołów. I teraz, po 20 wiekach, badacze starożytności wydobyli z pod pokładów mułów, zielsk i ryb starodawne fabryczne obrusy i naczynia stołowe. Nagromadziły się wielkie stosy tych żałosnych bezbarwnych resztek po minionem życiu z owych czasów.
Zwiedzający nie posunęli się daleko w głąb tunelu; byli w takim nastroju, że świadomość okropności, jakieby tam zobaczyli, wydała im się zbyt wstrząsająca, a nadto Sarnac potknął się o szynę i skaleczył rękę o wystający odłamek stłuczonej szyby w oknie wagonu. Rana była bardzo bolesna i nie goiła się tak prędko, jak się tego można było spodziewać, zupełnie, jakby dostała się do niej jakaś trucizna. Noc przepędził bezsennie.
Przez resztę dnia rozmawiano o strasznych czasach ostatnich wojen świata i okropnościach ówczesnego życia. Świecąca Muszka i Słoneczna Iskra pomyślały, że egzystencja musiała się wtedy wydawać nieznośnym ciężarem, przędzą nienawiści, terroru, braków i niewygód od kołyski aż do grobu.
Promienny wszakże wystąpił z twierdzeniem, że ludzie ówcześni byli niemniej szczęśliwi lub nieszczęśliwi niż om sam; że dla każdego człowieka w każdym wieku istnieje pewien stan normalny, i ewentualne wyniesienie się nadzieją lub odczuciem ponad poziom codzienności stanowi szczęście, a obniżenie tego poziomu - nieszczęście. Wszystko jedno, jaki jest w danym razie ten stan normalny.
- W obydwóch kierunkach dochodzili do ostateczności - mówił. - W życiu ich było więcej ciemności i bólu, ale nie więcej nieszczęścia.
Słoneczna Iskra skłaniała się do tej samej opinji; za to Wierzbina wystąpiła z zarzutami przeciwko psychologicznym wywodom Promiennego, dowodząc, że możliwy jest stan ciągłej depresji - w chórem ciele lub w życiu, pędzonem pod przymusem i grozą. Mogły być istoty, z natury nieszczęśliwe, zarówno, jak i stale i zasadniczo szczęśliwe.
- Naturalnie - wtrącił Sarnac - pod warunkiem istnienia jakiejś modły na zewnątrz ich samych.
- Ale dlaczego oni prowadzili takie wojny? - wykrzyknęła Świecąca Muszka. - Dlaczego wyrządzali sobie nawzajem takie straszne, rzeczy ? Wszak byli ludźmi, takimi, jak i my?
- Ani Jepszymi - rzekł Promienny - ani gorszymi,- z punktu widzenia ich wrodzonych właściwości. To nawet nie sto pokoleń temu.
- Ich czaszki były takie duże, jak nasze, i tak samo dobrze ukształtowane.
- Ci biedacy w tunelu! - westchnął Sarnac.
- Ci nieszczęśnicy zaskoczeni w tunelu! Ale każdy człowiek w owych wiekach musiał się czuć jak zaskoczony w tunelu.
Niebawem dogoniła ich burza i przerwała rozmowę. Szli w górę wąskim przesmykiem ku pensjonatowi, położonemu nad jeziorem, i właśnie, gdy znajdowali się koło wierzchołka przesmyku, wybuchła burza. Błyskawice były wprost straszliwe, i piorun uderzył w sosnę, znajdującą się w odległości niecałych stu jardów. Na ten widok wydali okrzyk radości. Rozpętanie żywiołów, huk i trzask napełniły wszystkich wesołem podnieceniem. Deszcz chłostał ich nagie, silne ciała, a wicher dął chwilami tak silnie, że zatrzymywali się, ledwie mogąc ustać, niezdolni zrobić kroku naprzód, co nie przeszkadzało im zaśmiewać się prawie do utraty tchu.
Mieli kłopoty ze ścieżką i wątpliwości, czy nie zabłądzili. Przez czas pewien z powodu ogni, wybuchających na skałach i drzewach, stracili orjentację. Idąc ciągle z biegiem płynącej strumieniem wody deszczowej, opryskując się i potykając, dostali się wreszcie na zalaną., skalistą ścieżkę i stamtąd do miejsca przeznaczenia.
Przemoknięci byli jak po pływaniu, zgrzani i rozpaleni, tylko Sarnac, który przyszedł ze Słoneczną Iskrą za innymi, był zmęczony i zziębnięty. Gospodarz pensjonatu zamknął okiennice i rozpalił dla nich wielki ogień z szyszek i gałęzi sosnowych, poczem przygotował gorący posiłek.
Po chwili znów zaczęli rozmawiać o odkopanem mieście i o zeschniętych ciałach, leżących cicho w elektrycznem świetle oszklonych sal muzealnych, tych biednych ciałach, obojętnych na zawsze na blaski słońca i burze życia.
- Czy oni się kiedy śmiali tak, jak my? - zapytała Wierzbina. - dla samej radości życia? Sarnac prawie się nie odzywał. Siedząc koło ognia, rzucał weń sosnowe szyszki i przyglądał się, jak stawały z trzaskiem w płomieniach. Wkrótce wstał, wytłumaczył się zmęczeniem i poszedł do łózka.
3.
Deszcz lał rzęsiście przez całą noc i prawie do południa dnia następnego, ale potem nastąpiło nagłe wypogodzenie. Po południu mała gromadka wybrała się na wycieczkę przez dolinę w góry, które postanowili przebyć pieszo. Szli powolnym marszem i w półtora dnia zrobili zaledwie łatwy kurs jednodniowy. Deszcz napełnił świeżością górną dolinę i zasłał ziemię mnóstwem kwiecia.
Następny dzień był pogodny i złocisty. Wczesnem popołudniem doszli do płaskowzgórza, pokrytego łąkami i złotogłowiem, i tam rozsiedli się, by spożyć przyniesione zapasy. Znajdowali się tylko o dwie godziny drogi od górskiego schroniska, dokąd mieli się udać na nocleg, i nie było się czego śpieszyć.
Sarnac rozleniwił się na dobre. Wyznał, że jest bardzo śpiący. W nocy miał gorączkę, a we śnie majaczyli mu się ludzie, pogrzebani w tunelu i zabici przez gazy trujące. Pozostali wyrazili żartobliwie zdumienie, że ktoś może chcieć spać wśród białego dnia, ale Słoneczna Iskra postanowiła nad nim czuwać.
Wyszukała mu miejsce na murawie, a on położył się obok niej i usnął tak nagle i ufnie, jak małe dziecko, z policzkiem, przytulonym do jej boku. Siedziała nieruchomo niby piastunka, gestami nakazując innym milczenie.
- Potem będzie znów zdrowy - zaśmiał się Promienny j, w towarzystwie Świecącej Muszki czmychnął w jedną stronę, podczas gdy Wierzbina i Gwiaździsta udały się w drugą, by wdrapać się na pobliski skalisty występ, z którego, jak sądziły, roztaczał się rozległy i może bardzo piękny widok na położone w dole jeziora.
Przez czas pewien Sarnac leżał cicho, pogrążony w głębokiem uśpieniu, ale potem zaczął się poruszać i rzucać. Słoneczna Iskra pochyliła się nad nim troskliwie, prawie że dotykając jego głowy swoją ciepłą twarzą. Znów się uspokoił na chwilę, ale niebawem jął się miotać, przyczem mruczał coś, z czego nie mogła rozróżnić ani słowa.
Odwrócił się od niej, wyrzucił przed siebie ramiona i zawołał:
- Nie mogę tego znieść, nie mogę: Teraz nic już tego nie zmieni. Jesteś nieczysta, skalana.
Objęła go łagodnie i ułożyła znów w wygodnej pozycji, niby piastunka dziecko.
- Kochanie! - szepnął i przez sen wyciągnął rękę ku jej ręce.
Kiedy tamci powrócili, przebudził się właśnie.
Siedział na trawie z sennym wyrazem twarzy, a przy nim klęczała Słoneczna Iskra z ręką na jego ramieniu.
- Przebudź się! - mówiła. Spojrzał na nią tak, jakby jej nie poznawał, a potem zwrócił zdumione oczy na Promiennego.
- A więc istnieje drugie życie! - rzekł w końcu.
- Sarnac! - krzyknęła Słoneczna Iskra, potrząsając nim z całej siły. - Czy mnie nie poznajesz?
Przesunął ręką po twarzy.
- Tak - odparł powoli. - Nazywasz się Słoneczna Iskra. Zdaje się, że pamiętam. Słoneczna Iskra... Nie, Hetty. Nie, chociaż jesteś bardzo podobna do Hetty. Dziwne! A ja - ja nazywam się Sarnac. Naturalnie! Jestem Sarnac.
Roześmiał się i spojrzał na Wierzbinę.
- A myślałem, że nazywam się; Henryk Mortimer Smith - ciągnął dalej. - Doprawdy, tak myślałem. Przed chwilą byłem Henrykiem Mortimerem Smithem..... Henrykiem Mortimerem Smithem.
Rozejrzał się naokoło.
- Góry - rzekł. - Słońce, białe narcyzy. Naturalnie, weszliśmy tutaj, dzisiaj rano. Słoneczna Iskra opryskała mnie wodą, przy kaskadzie... Doskonale to sobie przypominam... A przecież leżałem w łóżku - przestrzelony. Leżałem w łóżku... Sen? A więc miałem sen, sen całego życia, dwa tysiące lat temu!
- Co ty wygadujesz? - zapytała Słoneczna Iskra.
- Całe życie: dzieciństwo, wiek chłopięcy, wiek męski. I śmierć. Zabił mnie, biednego szczura. Zabił mnie!.
- Sen?
- Sen, ale bardzo żywy sen. Najrzeczywistszy ze snów. Jeżeli to był sen... Teraz mogę ci odpowiedzieć na wszystkie pytania, Słoneczna Iskro. Przeżyłem całe życie w tym starym świecie. Wiem... Mam jeszcze uczucie, jakby tamto życie było rzeczywiste, a to tylko snem. Leżałem w łóżku. Pięć minut temu leżałem w łóżku. Byłem umierający... Doktor powiedział: "Kona!", i słyszałem szelest sukien mojej żony, idącej przez pokój...
- Twojej żony? - krzyknęła Słoneczna Iskra.
- Tak, mojej żony, Milly!
Słoneczna Iskra spojrzała na Wierzbinę z podniesionemi brwiami i bezradnym wyrazem twarzy.
Sarnac zapatrzył się w nią zdziwionemi, rozespanemi oczyma.
- Milly - powtórzył bardzo słabym głosem. - Stała przy oknie.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
Promienny stał z ręką, wspartą o ramię Świecącej Muszki.
- Opowiedz nam o tem, Sarnac. Czy ciężko było umierać?
- Zdawało mi się, że zapadam się coraz to niżej w ciszę i spokój; i nagle przebudziłem się tutaj.
- Opowiedz nam teraz za świeżej pamięci.
- Czy nie postanowiliśmy dojść do schroniska przed zapadnięciem, nocy? - rzekła Wierzbina, spoglądając na słońce.
- Jest tu malutki pensjonat w odległości pięciu minut drogi - odparła Świecąca Muszka.
Promienny usiadł przy Sarnacu.
- Opowiedz nam teraz swój sen. Jeżeli ci uleci z pamięci albo jeżeli okaże się nieinteresujący, to ruszymy w dalszą drogę; ale jeżeli nas zajmie, to go wysłuchamy do końca i tutaj przenocujemy. To bardzo miłe miejsce, a tamte fioletowe zręby skalne za wąwozem, ze słabo mglistemi tonami w zagłębieniach, są tak piękne, że mógłbym na nie patrzeć przez cały tydzień bez zniecierpliwienia. Opowiedz nam swój sen, Sarnacu.
Potrząsnął przyjacielem.
- Obudź się, Sarnac!
Sarnac potarł oczy.
- To taka dziwna historja i wymaga tylu objaśnień.
Zastanawiał się przez chwilę.
- To będzie długa historja.
- Naturalnie, jeżeli obejmuje całe życie.
- Pozwólcie mi naprzód przynieść z pensjonatu śmietany i owoców dla nas wszystkich - rzekła Świecąca Muszka - a potem Sarnac opowie nam swój sen. Pięć minut, Sarnacu, i będę tutaj, z powrotem.
- Pójdę z tobą - zawołał Promienny, śpiesząc za nią.
Oto historja, którą opowiedział Sarnac:
ROZDZIAŁ DRUGI.
POCZĄTEK SNU.
- Sen mój zaczął się - rzekł opowiadający - tak, jak zaczynają się wszystkie nasze życia, od fragmentarycznych, niepowiązanych z sobą wrażeń. Przypominam sobie, jak leżałem na sofie, pokrytej ciekawym rodzajem twardej, błyszczącej materji w czerwone i czarne desenie, i wydzierałem się na całe gardło, ale nie wiem, dlaczego tak krzyczałem.
Zauważyłem, że ojciec stoi w drzwiach pokoju i patrzy na mnie. Wyglądał straszliwie; był częściowo rozebrany, miał na sobie spodnie i flanelową koszulę, a włosy jego tworzyły na głowie jasną, zwichrzoną zawieruchę. Golił się właśnie, i całą brodę pokrywała mu piana z mydlin.
Rozgniewały go moje wrzaski. Przypuszczam,, że się uciszyłem, ale nie jestem tego pewien.
Przypominam też sobie siebie, klęczącego na tej czarno-czerwonej kanapie obok mej matki i wyglądającego oknem - sofa stała oparciem do okna - na deszcz, zalewający jezdnie. Ramę okna czuć było słabo farbą, miękką, złą farbą, która popękała na słońcu. Była burza, deszcz lał jak z cebra, droga była źle wybrukowana i rozmiękła od żółtej, piaszczystej gliny. Pokrywała ją warstwa mętnej wody, na której krople deszczu tworzyły mnóstwo błyszczących bąbelków. Wiatr gnał je przed sobą - rozpryskiwały się momentalnie, ale w ślad za niemi nadpływały coraz to inne i inne.
- Popatrz-no, syneczku - rzekła matka. - Jedne za drugiemi jak żołnierze.
Przypuszczam, że byłem jeszcze bardzo młody, kiedy się to zdarzyło, ale nie do tego stopnia, żeby nie zauważyć i nie zapamiętać żołnierzy w hełmach i z bagnetami, maszerujących często drogą.
- Więc to musiało mieć miejsce - zauważył Promienny - na jakiś czas przed Wielką Wojną i Społecznem Przesileniem.
- Jakiś czas przedtem - rzekł Sarnac i zadumał się. - Na 21 lat przedtem. Dom, w którym się urodziłem, znajdował się zaledwie w odległości dwóch mil angielskich od wielkiego brytyjskiego obozu wojskowego w Lowcliff, w Anglji, zaś stacja kolei żelaznej w Lowcliff oddalona była tylko o kilkaset jardów.
Poza mojem ogniskiem domowem najbardziej interesowali mnie żołnierze. Ubrani byli bardziej kolorowo niż inni ludzie. Matka wywoziła mnie codzień na świeże powietrze w dziecinnym wózeczku, i ilekroć spotkaliśmy żołnierzy, zwracała się do mnie ze słowami:
- Oh! Śliczne żołnierzyki!
Jednem z moich najwcześniejszych słów musieli być "żołnierze". Wytykałem malutki omotany w wełnę paluszek - gdyż w owych czasach straszliwie opatulano dzieci, tak, że nosiłem nawet rękawiczki - i wołałem:
- Żołnierze!
Pozwólcie, że spróbuję wam opisać, w jakim domu mieszkałem i co to byli za ludzie, ci moi rodzice.
Tego rodzaju mieszkania, domy i siedziby od dawna znikły ze świata; nie pozostało po nich wiele pamiątek i, chociaż prawdopodobnie dużoście się o tych rzeczach uczyli, to przecież pozwalam sobie wątpić, czy jesteście w możności pojąć w całej pełni tamtą rzeczywistość, która się roztoczyła naokoło mojej osoby. Miejscowość nazywała się Cherry Gardens; leżała ona w odległości dwóch mil angielskich od morza i Sandbourne; z jednej strony mieliśmy miasto Cliffstone, z którego statki parowe odpływały do Francji, a z drugiej Lowcliff z jego nieskończonemi szeregami brzydkich koszarowych budynków z czerwonej cegły i wielkim placem ćwiczeń.
Za nami w głąb lądu rozciągało się płaskowzgórze, poprzerzynane nowemi, prowizorycznemi drogami z luźnego kamienia - nie wyobrażacie sobie takich dróg! - warzywnemi ogrodami, nowo-wybudowanemi i budującemi się domami, a dalej jeszcze linja wzgórz, nieba rdzo wysokich, ale stromych, zielonych i nagich. Były to wydmy piaszczyste.
Wydmy te tworzyły wdzięczną linję na horyzoncie, która zamykała mój świat od strony północy tak, jak szafirowa smuga morza ograniczała go od południa. W tym moim świecie stanowiły one prawie jedyne czyste i piękne rzeczy. Reszta została skażona i boleśnie przeobrażona pod wpływem mętnych ludzkich działań i pojęć.
Kiedy byłem bardzo małym chłopcem, zastanawiałem się, co też tam leży za temi wydmami, ale przekonałem się o tem naocznie dopiero wtedy, gdym doszedł do siedmiu-ośmiu lat życia.
- To było przed wynalezieniem aeroplanów? - zapytał Promienny.
- Pojawiły się, kiedy miałem lat jedenaście lub dwanaście. Zobaczyłem wtedy pierwszy aeroplan, który przeleciał przez kanał, dzielący Anglję od europejskiego kontynentu. Uważano to za czyn po prostu cudowny.
- To była cudowna rzecz - zauważyła Słoneczna Iskra.
- Poszedłem z gromadą innych chłopców, i przepchnęliśmy się przez tłum, który stał, gapiąc się z niedowierzaniem na dziwaczną, staroświecką maszynę, podobną do olbrzymiego, płóciennego polnego konika o rozpostartych skrzydłach. Leżała ona na polu, gdzieś za Cliffstone, otaczały ją straże, a ludzie cisnęli się wzdłuż ogrodzenia z kołków i sznura.
Trudno mi będzie opisać wam Cherry Gardens i Cliffstone - pomimo że świeżo zwiedziliśmy ruiny Domodossoli. Domodossola była dość rozległem i niedorzecznem miastem, ale tamte dwie miejscowości rozpościerały się na daleko większej przestrzeni i z większą jeszcze pustą bezcelowością spoglądały w twarz Boga.
Widzicie, ma jakieś trzydzieści-czterdzieści lat przed mojem urodzeniem nastał okres, stosunkowo pomyślny dla ludzkich spraw, poczynań i wytwórczości. Naturalnie, w owych czasach nie było to rezultatem żadnej przezornej działalności ze strony rządu i państwa. Po prostu zdarzyło się to tak jak niekiedy, idąc za rwącym, wezbranym w czasie deszczu potokiem, spotyka się wpośród wirów jeziorka stojącej wody.
System walutowo-kredytowy funkcjonował przeto prawie zadawalniająco. Stosunki handlowe były bardzo ożywione, epidemje zbytnio się nie szerzyły, zdarzały się pomyślne sezony, a wielkie wojny wybuchały dość rzadko.
Skutkiem tego współdziałania korzystnych i pomyślnych czynników było znaczne podniesienie się skali życia szerokich mas ludowych, ale po większej części olbrzymi wzrost ludności wprędce niweczył te dobroczynne rezultaty.
Jak mówią nasze dzisiejsze książki szkolne:
"W owych czasach człowiek był swoją własną szarańczą."
Później miałem usłyszeć ukradkowe szepty o zakazanym temacie kontroli urodzeń, ale w okresie mego dzieciństwa cała ludzkość z bardzo małemi wyjątkami znajdowała się w stanie kompletnej i starannie ochranianej ignorancji w kwestji elementarnych faktów ludzkiego życia i szczęśliwości. Atmosferę mego dzieciństwa cechowała przedewszystkiem nieprzewidziana i niekontrolowana płodność. Tania płodność była moim horyzontem, moim dramatem, moją atmosferą.
- Ale mieli przecież nauczycieli, księży, doktorów i kierowników, którzy ich mogli pouczyć - rzekła Wierzbina.
- To nie było ich zadaniem - odparł Sarnac. - Dziwni to byli ludzie ci przewodnicy i przodownicy życia. Było ich niezmierne mnóstwo, ale nie przewodzili nikomu. Dalecy od uczenia mężczyzn i kobiet, jak ograniczać urodzenia, unikać chorób lub pracować szlachetnie wspólnemi siłami, przeciwstawiali się raczej tego rodzaju oświecającej działalności.
Miejscowość Cherry Gardens powstała właściwie na pięćdziesiąt lat przed mojem urodzeniem. Z maleńkiej wioseczki przeobraziła się w tzw. "miejski okrąg".
W tamtym starym świecie, w którym nie znano ani wolności, ani dyrektywy, kraj podzielony był na kawałki różnego rodzaju i różnej wielkości, znajdujące się w posiadaniu ludzi, którzy robili z tą swoją własnością, co im się żywnie podobało. W parze z tem szły różne niedogodności i twarde ograniczenia.
W Cherry Gardens ludzie, zwani spekulantami kupowali kawałki gruntu, często zupełnie nie nadające się do tego celu, i budowali domy dla rojów ludności, które w przeciwnym razie nie miałyby się gdzie podziać. Ta rozbudowa nie szła po linii żadnego wytkniętego z góry planu. Jeden spekulant budował tutaj, drugi tam, a każdy możliwie tanio, potem zaś sprzedawali lub wynajmowali domy możliwie drogo.
Niektóre domy budowali rzędami, inne znów jeden zdała od drugiego, przyczem przy każdym znajdował się malutki prywatny ogródeczek - nazywali to ogródkami, chociaż to były albo błotniste placyki, albo nieużytki, poogradzane celem ochrony przed ludźmi.
- Dlaczegóż bronili tam ludziom wchodzić?
- Lubili zakazy. Sprawiało im to satysfakcję. Nie były to wszakże tajne ogródki, bo kto chciał, mógł zaglądać przez płot do środka.
Każdy dom miał swoją własną kuchnię, gdzie gotowano jedzenie - w Cherry Gardens nie było żadnych publicznych jadłodajni - i każdy posiadał oddzielny zasób domowych sprzętów.
W każdym prawie domu mieszkał człowiek, który chodził specjalnie zarabiać na życie - w owych dniach ludzie nie tyle żyli, ile zarabiali na życie - i wracał do ogniska domowego, by się posilić i wyspać.
Ponadto znajdowała się tam kobieta, jego żona, która pełniła wszelkie posługi, gotowała, sprzątała itp., jak również rodziła dzieci, masy niespodziewanych dzieci - gdyż wcale się w tem nie orjentowała. Za bardzo była zapracowana, by się niemi, jak należy, opiekować, toteż wiele z nich umierało. Całemi dniami gotowała obiady. Gotowała... Obiady gotowano!
Sarnac urwał i zmarszczył czoło.
- Gotowano! Ah! W każdym razie to już przeszło! - zauważył.
Promienny roześmiał się radośnie.
- Prawie każdy człowiek cierpiał na niestrawność. W gazetach roiło się od ogłoszeń o lekarstwach - rzekł Sarnac - ciągle jeszcze ponuro zapatrzony w ciemne dni przeszłości.
- Nigdy nie zastanawiałam się nad tą strojną życia starego świata - wtrąciła Słoneczna Iskra.
- To było zasadnicze - odparł Sarnac. - Był to świat, pod każdym względem chory.
Każdego rana (z wyjątkiem niedzieli), kiedy mężczyzna poszedł do roboty, dzieci wstały i postały ubrane, a starsze z nich posłane do szkoły, kobieta robiła trochę sprzątania i przygotowywała jedzenie, gotując je prywatnie, na własną rękę. Każdego dnia z wyjątkiem niedzieli drogami, wiodącemi do Cherry Gardens, nadciągały z trzaskiem i hałasem procesje wózków, zaprzężone w małe koniki, oraz taczek, pchanych ręcznie i wyładowanych mięsem, rybami, warzywami i owocami - wszystko to bez żadnej ochrony przed pogodą lub unoszonemi wiatrem śmieciami. Handlarze darli się na całe gardło, reklamując swoje towary.
Pamięć prowadzi mnie z powrotem na czerwono-czarną sofę koło frontowego okna. Znów czuję się małem dzieckiem.
Przypominam sobie jednego naprawdę wspaniałego przekupnia, który handlował rybami. Jakiż miał głos! Swym dziecinnym, piskliwym głosem starałem się naśladować grzmiące tony krzykacza:
"Makreleee... Makreeeleee! Piękny Makreelee! Jak malowani! Makreeeleee!!
Gospodynie wynurzały się z tajemniczych domowych kryjówek, robiły zakupy, targowały się i, jak to mówiono: "ugadywały" z sąsiadkami. Ale wszystko, co im było potrzebne, można było dostać u przekupniów, i temu właśnie brakowi zaradzał mój ojciec. Miał on mały sklep z żywnością, którym sprzedawał owoce i warzywa, takie nędzne owoce i (warzywa, jakie ludzie wtedy umieli hodować; sprzedawał również węgiel i naftę (używaną w lampkach), czekoladę, imbirowe piwo i k rzeczy, niezbędne w barbarzyńskiem gospodarstwie ówczesnem.
Sprzedawał też kwiaty, cięte i w doniczkach, nasiona, drążki, szpagat i truciznę na zielsko do małych ogródków. Sklepik jego stał w jednym rzędzie z mnóstwem innych sklepów. Rząd sklepów t" było to samo, co rząd zwyczajnych domów, z tą różnicą, że dolne apartamenty zamieniono na sklepy. Ojciec "zarabiał na życie" swoje i nasze,...
Velevit