rozdział 3.pdf

(61 KB) Pobierz
rozdział 3
TRZECI
Marco odetchną pełna piersią, próbując wyrównać bicie serca, trzepoczące w jego klatce
piersiowej niczym skrzydła ptaka. Nerwowo wyłamywał knykcie u rąk. Skóra wewnątrz nich
była zimna oraz wilgotna.
W Kościele nie było zbyt wiele osób. Po jego prawej stronie grupka mniszek z pobliskiego
zakonu odmawiała wieczorną litanię. Ich cichy szept unosił się echem po sali. Nieco dalej,
bliżej marmurowego ołtarza siedzieli inni wierni pokrążeni w modlitwie. Mocniej otulił się
atłasowym płaszczem. Skrajne emocje jakie odczuwał – strach i podniecenie - buzowały w
jego żyłach, wywołując dreszcze.
Do nozdrzy wdzierał się ostry zapach kadzidła, który przyprawiał o zawrót głowy. To
wszystko w połączeniu z przeżyciami ostatnich dni, sprawiały, że czuł się nieswojo.
Nerwowym spojrzeniem przeczesywał wnętrze Kościoła w poszukiwaniu znajomego kapłana,
lecz nigdzie nie było go widać. Pewnie przygotowywał się do odprawienia wieczornej mszy,
pocieszał się Marco.
Przez całą noc zastanawiał się nad słowami, które usłyszał wczoraj od spowiednika. Gnębiło
go pytanie skąd znał jego ojca. I te aluzje do postaci diabła. W racjonalnym świecie w którym
żył, nie było zbyt wiele miejsca na magię i zjawiska nadprzyrodzone. Wprawdzie został
wychowany w religii katolickiej, a przez całe życie nasiąkał niczym roślinka prawami
głoszonymi przez Kościół, lecz nie przywiązywał do nich prawdziwej wagi. Był jak niewierny
Tomasz - nie uznawał bytu czegoś, czego nie może wyczuć zmysłami. A teraz raptem wszyscy
insynuują mu, że diabeł istnieje i co gorsza jego słudzy podnieśli dłoń na życie jego siostry.
Totalna bzdura. Niedorzeczność, która sprawiła, iż miał jeszcze większy mętlik w głowie.
Marco był tak pogrążony we własnych myślach, że nie usłyszał dzwonów wzywających na
wieczorną modlitwę. Nieprzytomnie rozejrzał się wokół siebie, badając nowo przybyłych.
RZECI
Kościół był prawie pusty. Pojawiło się zaledwie kilku wiernych, którzy zajęli miejsca po
przeciwległych nawach. Uwagę chłopaka przykuła tajemnicza aura otaczająca nieznajomych.
Ich twarze spowijał mrok kapturów. Chwilę potem głęboki głos odprawiającego mszę odbił
się echem od kamiennych ścian świątyni, skupiając na sobie uwagę zebranych.
Z każdą mijaną minutą Marco czuł narastającą frustrację. Nie mógł skupić się ani na
modlitwie ani na własnych myślach. Drażniło go spojrzenie, jakim obdarzał go ów nieznajomy
kapłan. Czuł się tak, jakby tamten wiedział o nim wszystko, samym wzrokiem sięgając głębi
duszy, wzbudzając w niej jeszcze większą pożogę. A Marco nie wiedział o nim nic, prócz tego,
że ów nieznajomy posiada wiedzę, która może mu się przydać. Niepewność strasznie go
frustrowała. Jeszcze z większą siłą zacisnął wilgotne palce na fałdach płaszcza.
Po wygłoszeniu ostatniego błogosławieństwa, Kościół zaczął powoli wyludniać się.
Młodzieniec nie wiedział co uczynić. Pójść poszukać księdza, czy czekać aż sam do niego
podejdzie? Już miał opuścić ławkę, gdy usłyszał za plecami szept.
- Zaraz przyjdzie. Niecierpliwi idą prosto do piekła.
Marco z wrażenia przysiadł. Gdy odwrócił się, żeby zobaczyć kto do niego mówił okazało się,
że miejsce zanim było puste.
- Co do …?
Oblał się zimnym potem. Tego było dla niego za wiele. Gdy przemierzał boczną nawę,
kierując się ku wyjściu, poczuł na swoim ramieniu mocny uścisk.
- Taki duży, a taki tchórzliwy. Jeśli w dalszym ciągu chcesz się spotkać z ojcem Novellim, a
przy tym nie narobisz ze strachu w portki, to chodź za mną.
- Pan mnie obraża! – oburzył się Marco. Ze złością patrzył w oczy przemądrzałemu
nieznajomemu. Mógł mieć mniej więcej tyle samo lat co on. Miał jasne, prawie białe włosy
oraz bladą cerę. Jego uroda była powalająca. Szczególnie tutaj, na południu europy, gdzie
przeważnie wszyscy mają ciemną karnację.
- Chcesz czy nie? – dopytywał się chłopak. Na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech
zwycięstwa.
Marco przełknął głośno ślinę. Nie może dopuścić do tego, aby jego poczucie godności
przeszkodziło mu w poznaniu prawdy. Taka szansa może się już nigdy nie powtórzyć. Spiął się
w sobie i odpowiedział, jak tylko mógł spokojnie.
- Prowadź – I nie patrząc na towarzysza ruszył przed siebie.
Chłopak roześmiał się tylko głośno, co jeszcze bardziej wzburzyło Marco. Raz jeszcze
odetchnął głęboko, postanawiając, że nie da się już więcej sprowokować. A przynajmniej
postara się o to.
W prezbiterium znajdowały się kamienne, kręte schody do podziemi kościoła. Chłopak
chwycił kaganek wiszący na ścianie i ruszył w dół ku ciemności, nie oglądając się na Marco.
Płomień drgał silnie pod wpływem podmuchów powietrza.
- Nie ociągaj się! – krzyknął jasnowłosy w kierunku gościa, który ostrożnie stawiał kroki na
stromych schodach.
- A ty uważaj żebyś przypadkiem nie spadł – powiedział pod nosem Marco. Co za
nieokrzesany człowiek – myślał zbulwersowany.
Szli kilka dobrych minut, krążąc po spowitych w mroku korytarzach. Wilgoć panująca w
podziemiach wzmagała tylko zapach stęchlizny, a stopy raz po raz nieznośnie ślizgały się po
mokrej posadce. Nagle, na końcu korytarza pojawiło światełko, które z każdym krokiem
robiło się jaśniejsze. Ciarki podniecenia przebiegły po plecach Marco. Przyspieszył więc,
prawie doganiając swojego przewodnika.
Gdy wstąpił w krąg światła, okazało się, że w pomieszczeniu jest ów ksiądz, który go wczoraj
wyspowiadał.
- Długo kazałeś na siebie czekać młody człowieku – powiedział uśmiechając się ciepło.
- Ja naprawdę… - z zawstydzeniem wyjąkał.
- Dobrze, już dobrze. Rozumiem. Usiądź proszę – mówiąc to wskazał na stojące naprzeciwko
niego obłożone purpurowym aksamitem krzesło.
Marco posłusznie wykonał prośbę Kaplana.
- Poznałeś już Joachima – machnął dłonią na chłopaka z kagankiem przy drzwiach, a ten w
odpowiedzi ukłonił się żartobliwie niczym dworzanin.
- Tak, miałem tą przyjemność – kpiąco odpowiedział Marco. Czuł, że chyba nie polubił go, a
najprawdopodobniej jego odczucia są odwzajemnione. Joachim odwdzięczył się mu
uśmiechem od ucha do ucha, pokazując rząd śnieżnobiałych zębów.
Ksiądz uważnie przyglądał się chłopakowi. Współczuł mu całym sercem. Jest zbyt młody na
poznanie prawdy, zbyt młody na wzięcie na swoje barki takiej odpowiedzialności. Wiedział
jednakże, że po stracie kilkorga swych uczniów potrzebna jest mu nowa krew. I do tego
jaka…
Sam nie wierzył we własne szczęście. Gdyby nie przypadek, syn tego podłego człowieka nie
siedziałby teraz przed nim. Już dawno temu nauczył się zagłuszać głosy wyrzutów sumienia.
Nawet teraz, gdy w perfidny sposób wykorzystuje furię Marco do własnych celów, siedzi
opanowany z chłodnym, racjonalnym umysłem. Zakon wart jest każdego poświęcenia.
- Ojciec wie, że pojechałeś na mszę? – spytał niespodziewanie Novelli, sprowadzając
chłopaka na ziemię.
- Myślę, że nie. Powiedziałem matce, że jadę spotkać się z moimi towarzyszami. Często
znikam na cała noc, więc nie będą nic podejrzewać. Na wszelki wypadek poprosiłem
przyjaciółkę, żeby zapewniła mi odpowiednie alibi.
- Dobrze. W takim razie muszę ponowić wczorajsze pytanie. Czy jesteś gotów poświęcić
wiele, żeby poznać prawdę o śmierci Lidii?
- Tak – bez wahania odpowiedział Marco.
- Przemyśl to raz jeszcze, bo nie będzie odwrotu.
Marco pochylił się na krześle, patrząc księdzu prosto w oczy.
- Tak, jestem gotów.
- Żal mi ciebie drogi synu, ale wiem, że nie masz wyjścia. To co dziś usłyszysz i zobaczysz
sprawi, że świat jaki dotychczas znałeś przestanie istnieć. Obawiam się, że nie będzie ci łatwo
się z tym pogodzić.
Marco nie wiedział co powiedzieć. Brzmiało to wszystko niezwykle tajemniczo i …
makabrycznie. Tak jakby miał się zaraz pożegnać z życiem. Nie wiedział co powiedzieć, ale w
sercu czuł, że czyni dobrze. Chyba…
- Musisz przyrzec mi coś jeszcze – odezwał się Novelli – Wiedza, którą zaraz posiądziesz może
kosztować cię życie. Jeśli zdradzisz się przed nieodpowiednimi ludźmi kim naprawdę jesteś i
co wiesz, poniesiesz odpowiednią karę. Nie mogę dopuścić by ktokolwiek nas zdradził. –
stanowczość jaka pobrzmiewała w jego głosie sprawiła, iż Marco wiedział, że mówi prawdę.
Cóż to za tajemnica na śmierć i życie?
Zmarszczył brwi.
- Dlaczego w takim razie mi zaufałeś? Nie boisz się, że i tak wiem za dużo, aby ci zaszkodzić?
Zgłoś jeśli naruszono regulamin