DANIELLE STEEL
Kassandra von Gotthard siedziała w swobodnej pozie na brzegu jeziora w parku Charlottenburger, spoglądając, jak po wodzie rozbiegają się falki spowodowane przez kamyk, który przed chwilą cisnęła. Długie smukłe palce ujęły następny gładki kamyczek, zastygły na sekundę, a potem mimochodem posłały w stronę tafli jeziora kolejny miniaturowy pocisk.
Był upalny dzień późnego lata i słońce migotało na złocistych włosach Kassandry, spływających gładką falą na ramiona i przytrzymywanych z jednej strony twarzy grzebykiem z kości słoniowej. Ów drobny akcent był równie doskonały i pełen wdzięku jak cała sylwetka i rysy młodej kobiety. Jej ogromne oczy o kształcie migdałów miały ten sam głęboki błękit co zdobiące park klomby kwiatów; były to oczy skłonne do śmiechu, a zarazem szepczące coś czułego, oczy w jednej chwili przepełnione pieszczotą lub kpiną, a już w następnej - zadumane, jakby oglądały jakiś fantastyczny pejzaż równie odległy od rzeczywistości, jak zgiełkliwe miasto od wypiętrzonego na drugim brzegu jeziora zamku Charlottenburger. Majestatyczny gmach zdawał się wpatrywać w Kassandrę, jakby należała raczej do jego czasów niźli do swoich.
Kassandra sprawiała wrażenie postaci z osiemnastowiecznego płótna, kiedy leniwie wyciągnięta na brzegu, przeczesywała smukłymi palcami trawę w poszukiwaniu jeszcze jednego kamyka. W pobliżu stadko kaczek wmaszerowywało do wody, co dwójka dzieci kwitowała radosnym klaskaniem w łapki. Po chwili odbiegły, odprowadzane przez Kassandrę zadumanym spojrzeniem.
- O czym pani teraz myślała? - wyrwał ją z mrzonek męski głos. Z uśmiechem zwróciła się w stronę towarzysza.
- O niczym - odparła wyciągając w jego stronę dłoń, przy czym zamigotały w słońcu brylanciki zdobiące misterny sygnet, który miała na palcu. Mężczyzna jednak nie zwrócił najmniejszej uwagi na przepiękny pierścień, klejnoty nie miały dlań żadnego znaczenia. Intrygowała go wyłącznie Kassandra, będąca w jego oczach ucieleśnieniem odwiecznej tajemnicy życia i piękna. Była pytaniem, na które nigdy do końca nie znajdzie odpowiedzi, darem, który nigdy w całości nie będzie do niego należeć.
Poznali się minionej zimy na przyjęciu z okazji ukazania się drugiej jego powieści, zatytułowanej „Der Kuss”, utworu szokującego zuchwałym erotyzmem, a zarazem przepełnionego głęboką wrażliwością. Ta książka odniosła równie wielki sukces jak pierwsza i definitywnie zapewniła autorowi miejsce na Parnasie współczesnej literatury niemieckiej.
Był kontrowersyjny, awangardowy, czasem skandalizujący, ale przede wszystkim bardzo, bardzo utalentowany. W wieku trzydziestu lat Dolff Sterne znalazł się u szczytów sławy. I wtedy spotkał swoje marzenie.
W wieczór pierwszego spotkania jej uroda zaparła mu dech w piersiach. Słyszał o niej już wcześniej; znała ją cała berlińska socjeta. Sprawiała wrażenie nieziemskiej i nieosiągalnej, a zarazem aż przerażająco kruchej.
Kiedy ją ujrzał ubraną w obcisłą, przetykaną złotą nitką jedwabną suknię, w miniaturowej czapeczce, spod której spływała burza lśniących włosów, z przerzuconym przez ramię sobolowym futrem, doświadczył czegoś na kształt ukłucia dojmującego bólu. Nie oszołomiło go jednak złoto ani sobole, lecz ona sama - jej odmienność, jej milczenie wśród zgiełku sali, a wreszcie jej oczy. Kiedy nań popatrzyła z uśmiechem, poczuł się jak człowiek umierający.
- Gratuluję panu.
- Czego? - zapytał kompletnie zdezorientowany. Wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, czując, jak ubywa mu lat, i to w takim tempie, że z trzydziestu trzech rychło zostało zaledwie dziesięć... aż wreszcie pojął, że i ona jest mocno zdenerwowana. Stanowiła całkowite zaprzeczenie jego wyobrażeń: była dystyngowana, lecz pozbawiona wszelkiej wyniosłości; żywił podejrzenia, iż hałaśliwy tłum i wścibskie oczy napawają ją lękiem. Jak Kopciuszek umknęła bardzo wcześnie, kiedy wciąż był zajęty witaniem nowych gości. Korciło go, by za nią pobiec, odnaleźć ją i raz jeszcze, choćby na krótką chwilę, spojrzeć w te fiołkowe oczy...
Dwa tygodnie później spotkali się ponownie, właśnie tu, w parku. Przypatrywał się, jak z uśmiechem spogląda na zamek i pływające po jeziorze kaczki.
- Często tu pani przychodzi? - Stali ramię przy ramieniu, a wysoka ciemna sylwetka Dolffa uderzająco kontrastowała z porcelanową urodą Kassandry. Miał włosy koloru jej soboli i oczy, które przywodziły na myśl dwa onyksy.
Skinęła głową i przyoblekła twarz w ten swój zagadkowy, na poły dziecinny uśmiech.
- W dzieciństwie bywałam tu znacznie częściej.
- Pochodzi pani z Berlina? - Głupie pytanie, ale nie przyszło mu do głowy nic lepszego.
Roześmiała się bez złośliwości.
- Tak, a pan?
- Z Monachium - odparł. Potem stali w milczeniu, a Dolff zastanawiał się, ile lat może liczyć Kassandra. Dwadzieścia dwa? Dwadzieścia cztery? Trudno było powiedzieć.
Niespodziewanie parsknęła krystalicznym śmiechem na widok trojga dzieci, które podczas zabawy z psem wymknęły się spod opieki niańki i w ślad za swoim ulubieńcem zapędziły po kolana do wody.
- Kiedyś i ja zrobiłam coś podobnego - powiedziała. - Potem przez miesiąc niania nie zabrała mnie do parku.
Potrafił sobie wyobrazić tę scenę: opiekunka w nakrochmalonym mundurku gromi z brzegu nieposłuszną rozdokazywaną dziewczynkę. Kiedy mogło się to wydarzyć? W 1920? 1915 roku? Całe wieki temu. Jakże odmiennie wyglądało w tamtych czasach jego życie! Musiał godzić pracę z nauką, dni zatem spędzał w szkole, poranki zaś, całe popołudnia i wieczory - w piekarni rodziców. Jego świat stanowił całkowite zaprzeczenie świata tej złocistej istoty.
Od poznania jej bywał w parku regularnie, wmawiając sobie, że po wielogodzinnym pisaniu potrzebuje świeżego powietrza i ruchu. Doskonale jednak pojmował, jakie są jego prawdziwe motywy - szukał tej twarzyczki, oczu, złotych włosów... i na koniec je znalazł. Kassandra też sprawiała wrażenie radej z ponownego spotkania. I wkrótce zapanował między nimi rodzaj nie wypowiedzianego porozumienia - Dolff po pracy wyruszał na spacer, a jeśli właściwie wyliczył moment, Kassandra już czekała.
Stali się duchowymi strażnikami zamku i zastępczymi rodzicami dzieci bawiących się na brzegu jeziora, chciwie czerpali szczęście ze wszystkiego, co ich otaczało, dzielili się wspomnieniami z dzieciństwa i odkrywali przed sobą marzenia. Kassandra, co zapewne przepełniłoby jej ojca zgrozą, pragnęła związać życie z teatrem. Świadoma, że ten sen nigdy się nie spełni, fantazjowała jednak czasem, iż pewnego dnia napisze przynajmniej sztukę. Fascynowały ją monologi Dolffa o tworzeniu, o uczuciu, jakie staje się udziałem autora, kiedy jego dzieło odnosi sukces. Sława zresztą wciąż wydawała się Dolffowi - i może zawsze będzie się wydawać - czymś niezupełnie rzeczywistym. Minęło siedem lat, odkąd przeniósł się z Monachium do Berlina, pięć, odkąd tak udanie zadebiutował, trzy od chwili, gdy sprawił sobie bugatti, dwa zaś od kupna pięknego starego domu w Charlottenburgu. Mimo to nadal postrzegał to wszystko jako coś na kształt snu. Może właśnie dzięki temu zachowywał młodzieńczość i ten wiecznie dostrzegalny w jego oczach wyraz zachwytu i zdumienia. Tak, Dolff Sterne nie był jeszcze człowiekiem zblazowanym - ani w stosunku do życia, ani swojego pisarstwa, a przede wszystkim w stosunku do Kassandry.
Jego opowieści o książce zawsze słuchała oczarowana, mając wrażenie, że fabuły nabierają życia, bohaterowie zaś stają się ludźmi z krwi i kości; ba, towarzystwo Dolffa sprawiało, że jej samej krew szybciej krążyła w żyłach. On natomiast dostrzegał, jak z każdym spotkaniem słabnie lęk przyczajony w jej oczach. Od chwili kiedy się poznali, w Kassandrze zagościło coś zupełnie nowego, coś beztroskiego - młodzieńczego i apetycznego.
- Czy zdaje sobie pani sprawę, jak bardzo panią lubię, Kassandro? - zapytał żartobliwie pewnego dnia, kiedy muskani aromatycznym wiosennym wietrzykiem okrążali spacerkiem jezioro.
- Czyżby w związku z tym zamierzał pan napisać o mnie książkę?
- A powinienem?
Na moment opuściła fiołkowe oczy, potem pokręciła głową.
- Chyba nie. Bo o czym miałby pan pisać? Nie odnosiłam w życiu triumfów, nie miałam sukcesów ani osiągnięć. Żadnych, ale to żadnych.
Przez kilka sekund oczy fiołkowe i czarne mówiły sobie coś, czego jeszcze nie śmiały sformułować usta.
- Tak pani sądzi?.
- Taka jest prawda. Urodziłam się do swojego życia i umierając rozstanę się ze swoim życiem. Życiem, którego treść stanowią i będą stanowić dziesiątki eleganckich sukien, tysiące oficjalnych kolacji i nienagannie wykonanych oper... nic więcej, drogi przyjacielu.
Miała dopiero dwadzieścia dziewięć lat, a mogło się zdawać, iż straciła wszelką nadzieję, że w jej losach nastąpi jakakolwiek odmiana.
- Pozostaje ta sztuka, którą zamierza pani napisać.
Wzruszyła ramionami. Oboje znali odpowiedź. Była więźniem zamkniętym w diamentowej klatce. Po chwili jednak roześmiała się serdecznie.
- No cóż, w panu jedyna nadzieja, że zdobędę sławę. Pod warunkiem, rzecz jasna, że uczyni mnie pan bohaterką którejś ze swoich książek, przemieni w swej wyobraźni w jakąś egzotyczną postać.
Już to zrobił, chociaż nie miał śmiałości jej o tym powiedzieć. Zamiast tego podjął rozmowę w żartobliwej tonacji.
- Zgoda, ale w takim razie muszę uzyskać pani aprobatę. Kim chciałaby pani zostać? Jaka postać wydaje się pani odpowiednio egzotyczna? Szpiega? Lekarki? Kochanki wybitnej osobistości?
Z udanym niesmakiem skrzywiła usta.
- Ależ, Dolffie, to okropne, cóż za brak wyobraźni! Nie, pomyślmy... - Usiadła na trawie, zdjęła szerokoskrzydły kapelusz słomkowy i wstrząsnęła swą złocistą grzywą. - Chyba aktorki... mógłby mnie pan zrobić gwiazdą scen londyńskich, a potem... - przechyliła głowę, nawijając na smukły palec kosmyk lśniących włosów. - A potem wysłać do Ameryki, gdzie też bym podbiła widownię.
- Do Ameryki? To ogromny kraj, proszę uściślić.
- Do Nowego Jorku.
- Była pani w tym mieście?
Skinęła głową.
- Tak, z ojcem, kiedy skończyłam osiemnaście lat. Było cudownie. Czułam, że... - urwała nagle. Zamierzała powiedzieć, iż w Nowym Jorku byli gośćmi Astorów, w Waszyngtonie zaś przyjął ich sam prezydent, w ostatniej jednak chwili zdała sobie sprawę, że byłoby to błędem. Nie chciała imponować Dolffowi, zbyt go lubiła, aby prowadzić z nim takie rozmowy. Mimo sukcesów i sławy nie miał szans przekroczyć progów jej świata. Oboje zdawali sobie z tego sprawę i zgodnie przemilczeli ten temat.
- Czuła zatem pani, że... - powiedział patrząc jej w oczy.
- Że zakochałam się w Nowym Jorku. - Westchnęła i tęsknie spojrzała na jezioro.
- Czy przypomina Berlin?
Żywo pokręciła głową i zmrużyła oczy, jak gdyby pragnęła wymazać z nich obraz charlottenburskiego zamku.
- Nie, jest cudowny... nowoczesny, ruchliwy i podniecający.
- W przeciwieństwie do nudnego prowincjonalnego Berlina? - Miał ochotę parsknąć śmiechem. Dla niego Berlin wciąż był takim miastem, jakim Kassandrze jawił się Nowy Jork.
- Kpi pan sobie ze mnie - powiedziała z przyganą, której jednak wcale nie wyrażało jej spojrzenie. Uwielbiała towarzystwo Dolffa, uwielbiała rytuał ich popołudniowych spacerów. Coraz częściej zrywała dla tych spacerów więzy swych codziennych ograniczeń i powinności.
- Istotnie, pokpiwam z pani sobie, Kassandro - odparł łagodnie. - Czy ma mi to pani za złe?
Wolno pokręciła głową.
- Ależ skąd... Mam wrażenie - dodała po chwili - że znam pana lepiej niż kogokolwiek na świecie.
Niepokojące, że odczuwał tak samo. Ale nadal pozostawała jego marzeniem, ułudą zupełnie dlań - poza wspólnymi spacerami w parku - nieuchwytną.
- Rozumie pan, co mam na myśli?
- Oczywiście - przytaknął nie bardzo wiedząc, co ma odpowiedzieć. Nie chciał jej nieopatrznie spłoszyć. Nie chciał, by ich spotkania urwały się gwałtownie. A rozumiał znaczenie lepiej, niż sądziła. Naraz w porywie szaleństwa uchwycił smukłe kruche dłonie Kassandry. - Czy nie zechciałaby pani wpaść do mnie na herbatę?
- Teraz? - zapytała czując, że jej serce trzepocze się jak motyl. Chciała... nie była jednak pewna... nie sądziła, że...
- Tak, teraz. A może ma pani inne zobowiązania?
Pokręciła głową.
- Nie, żadnych. - Mogła wprawdzie skłamać, że idzie gdzieś na podwieczorek, jest z kimś umówiona, lecz nie skłamała. Obróciła tylko na Dolffa swoje wielkie fiołkowe oczy i wyszeptała: - Bardzo chętnie.
Szli ramię przy ramieniu, usiłując beztroską rozmową i śmiechem pokryć zakłopotanie: po raz pierwszy opuszczali wrota swojego raju. Nagle ogarnęło ich zniecierpliwienie, jakby do tej właśnie chwili przygotowywali się przez wszystkie miesiące wspólnych spacerów w parku.
Ciężkie bogato rzeźbione drzwi uchyliły się powoli i Kassandra znalazła się w przestronnym holu o marmurowej posadzce, gdzie nad biedermeierowskim biurkiem wisiał wielki i bardzo ładny obraz.
- A więc to tutaj mieszka sławny pisarz!...
Dolff uśmiechnął się nerwowo i rzucił kapelusz na blat biurka.
- Dom jest znacznie sławniejszy niż ja. Od siedemnastego wieku, kiedy to wzniósł go jakiś baron, bywał w rękach osób o wiele wybitniejszych.
- Jest przepiękny, Dolffie - powiedziała ze szczerym zachwytem Kassandra, spoglądając na zdobione wspaniałą snycerką rokokowe sklepienie.
Wyciągnął rękę.
- Proszę za mną, pokażę pani resztę.
Owa reszta - wysokie rzeźbione sufity, cudowne mozaiki parkietów, kryształowe kandelabry i smukłe eleganckie okna dające widok na ukwiecony ogród - spełniała wszystkie obietnice, jakie dom składał przy wejściu. Na parterze znajdował się główny salon i nieco mniejszy pokój, wykorzystywany przez Dolffa jako gabinet; na pierwszym piętrze była kuchnia, jadalnia i służbówka, gdzie gospodarz trzymał rower i trzy pary nart, na drugim zaś dwie przestronne sypialnie z widokiem na zamek i park. Obydwie miały zgrabne balkony, z kąta większej wąskie spiralne schody prowadziły na górę.
- Co tam jest? - spytała zaintrygowana Kassandra. Dom był naprawdę wspaniały i słusznie napełniał Dolffa dumą.
- Moja wieża z kości słoniowej. Tam zawsze pracuję.
- Sądziłam, że pisze pan w gabinecie na dole.
- Nie, w nim podejmuję tylko przyjaciół, bo salon wciąż mnie troszkę przytłacza. Pracuję tylko tam - powiedział wyciągając ramię w stronę spiralnych schodów.
- Czy mogę zerknąć?
- Oczywiście, jeśli tylko nie utonie pani w papierzyskach porozrzucanych wokół biurka.
Nic jednak nie było porozrzucane ani na starannie uporządkowanym biurku, ani wokół niego. Pokój był niewielkim pomieszczeniem o pięknych proporcjach, z którego rozpościerał się widok na wszystkie strony świata; zgrabny sympatyczny kominek obiecywał ciepło, w każdym zaś możliwym kącie i zakątku piętrzyły się książki. Kassandra z westchnieniem usadowiła się w ogromnym fotelu obitym czerwoną skórą.
- Cóż za cudowne, doprawdy cudowne miejsce - powiedziała, spoglądając marzycielsko na zamek.
- Chyba właśnie dlatego kupiłem ten dom. Dla mojej wieży z kości słoniowej i widoku.
- Rozumiem pana, chociaż i cała reszta jest piękna. - Podwinęła nogę i patrząc na Dolffa, miała na twarzy wyraz takiego spokoju, jakiego nigdy dotąd u niej nie widział. - Wie pan co, Dolffie? Czuję się tak, jakbym wreszcie wróciła do domu, jakby nastąpiła chwila, na którą czekałam całe życie - rzekła nie odrywając wzroku od jego oczu.
- Może... - odpowiedział ledwie słyszalnym szeptem. - Może ten dom również czekał na panią przez wszystkie te lata... tak samo jak ja.
Przerażenie febrycznym dreszczem przepełzło po całym jego ciele. Nie chciał tego powiedzieć. Oczy Kassandry nie wyrażały jednak gniewu.
- Przepraszam, zagalopowałem się trochę.
- Nie ma za co, Dolffie. - Wyciągnęła do niego rękę, przy czym brylantowy sygnet na jej palcu roziskrzył się w słońcu.
Dolff delikatnie ujął dłoń Kassandry i bez namysłu powoli przyciągnął ją w swoje ramiona. Tulił ją, zda się, przez całą wieczność, rozpalany coraz silniej łapczywością i namiętnością jej pocałunków. Kiedy wreszcie oderwał się od niej, w jego oczach szczęście szło o lepsze z udręką.
- Kassandro...
Odwróciła się od niego i popatrzyła na park.
- Przestań - szepnęła. - Nie mów tylko, że żałujesz. Nie chcę tego słyszeć... Nie umiałabym... - Gwałtownie obróciła się na pięcie i uniosła płonące oczy ku jego twarzy. - Pragnę cię od tak dawna!
- Ale... - Brzydził się swego wahania, musiał to jednak powiedzieć, chociażby w jej imieniu.
Uniosła dłoń, żeby mu przerwać.
- Rozumiem. Kassandra von Gotthard nie mówi takich rzeczy, to zapewne masz na myśli? - Jej spojrzenie stwardniało. - Racja. Ale chciałam to powiedzieć. Dobry Boże, jak bardzo chciałam... Dopiero przed chwilą ostatecznie to pojęłam. Przedtem nie zdawałam sobie z tego sprawy. Żyłam dotąd tak, jak tego po mnie oczekiwano. I wiesz, co mi z tego przyszło, Dolffie? Nic. Czy wiesz, kim jestem? Nikim. Jestem pusta. Liczyłam... - urwała czując, że łzy jak mgiełka przyćmiewają jej wzrok. - Liczyłam, że ty wypełnisz treścią moją duszę. - Znów odwróciła się do niego plecami. - Wybacz.
Zbliżył się do niej i od tyłu objął ramionami jej kibić.
- Nigdy więcej nie mów, że jesteś nikim. Bo dla mnie jesteś wszystkim. Od naszego pierwszego spotkania pragnąłem tylko poznać cię lepiej, być z tobą, dać ci jakąś cząstkę siebie i jakąś cząstkę ciebie otrzymać w zamian. A zarazem nie chciałem cię zranić, Kassandro. Wciąż nie chcę wciągać cię w mój świat, bo wiąże się to z ryzykiem, że stracisz zdolność życia we własnym. Nie mam prawa tego robić. Nie mam prawa zabierać cię tam, gdzie mogłabyś być nieszczęśliwa.
- Co? - Odwróciła się i popatrzyła na Dolffa z niedowierzaniem. - Sądzisz, że mogłabym być z tobą nieszczęśliwa? Chociażby przez chwilę?
- Właśnie o to mi chodzi. Jak długo może trwać nasze szczęście? Godzinę? Dwie? Całe popołudnie?
- To wystarczy. Nawet chwila z tobą jest w moim życiu czymś bezcennym. - Pochyliła głowę i z jej drżących ust spłynął szept: - Kocham cię, Dolffie... Kocham cię... Ja...
Zamknął jej usta pocałunkiem, po czym wolno zeszli po wąskich schodach na drugie piętro; tu przystanęli, a Dolff wziął Kassandrę za rękę i wprowadził ją do sypialni. Kassandra drżała z lekka, gdy delikatnie zdejmował z niej szarą jedwabną suknię, kremową halkę z atłasu, misterne koronkowe drobiazgi...
A potem leżeli wtuleni w siebie przez wiele godzin, ich usta zaś, dłonie, ciała i serca stapiały się w jedno.
Od tego dnia minęły cztery miesiące romansu, który odmienił ich oboje. W oczach Kassandry pląsały iskry, kiedy usadowiona po turecku na wielkim rzeźbionym łożu Dolffa dowcipkowała, przekomarzała się i żartobliwie relacjonowała wydarzenia poprzedniego dnia. Co się zaś tyczy Dolffa, to jego twórczość nabrała nowego impetu, nowej głębi, nowej siły, płynącej, rzekłbyś, z najdalszych zakamarków duszy autora. Dzielili coś, co w ich przekonaniu nie było dotąd dane nikomu innemu, tworzyli własny świat z doświadczeń swoich dwóch tak różnych światów: z jego uporczywej, twardej walki, by odnieść sukces, i jej słabego trzepotu, by wyzwolić się ze złotych więzów.
Niekiedy, chociaż ostatnimi czasy znacznie rzadziej, chodzili jeszcze na spacery po parku i wtedy Dolff dostrzegał, że Kassandrę ogarnia smutek. Bo było tam zbyt wiele ludzi - nianiek z dziećmi, innych par - którzy przypominali Kassandrze, iż poza ścianami domu Dolffa istnieje jakiś inny świat. Nie chciała, by jej o tym przypominano.
- Chcesz już wracać? - zapytał podczas jednej z takich przechadzek.
Obserwował Kassandrę przez dłuższy czas: we wdzięcznej pozie siedziała na trawie, fałdy jasnobeżowej sukni okrywały nogi, słońce krzesało iskry ze złocistych włosów. Jej szyję zdobił ciężki sznur pereł, w pobliżu leżał beżowy kapelusz, zamszowe rękawiczki i jedwabna zamszowa torebka, której zameczek z kości słoniowej miał tę samą barwę co pończochy i pantofelki.
- Tak, chcę już wracać. - Poderwała się z radosnym uśmiechem na twarzy. - W co się wpatrywałeś z takim nabożnym skupieniem?
- W ciebie.
- Dlaczego?
- Bo jesteś niewiarygodnie piękna. Czy wiesz, że gdybym postanowił cię opisać, pewno zabrakłoby mi słów?
- Więc po prostu napisz, że jestem szpetna, gruba i głupia.
Parsknęli śmiechem.
- A takie rozwiązanie sprawiłoby ci przyjemność?
- Bezgraniczną - odparła przekornie.
- Przynajmniej nikt nie mógłby się wtedy domyślić, że pisałem o tobie.
- A naprawdę zamierzasz mnie opisać?
- Pewnego dnia opiszę - odrzekł po dłuższym namyśle. - Ale jeszcze nie teraz.
- Bo wciąż jestem tobą zbyt odurzony, żeby napisać coś spójnego. Tyle że - uśmiechnął się do niej z wyżyn swego wzrostu - to odurzenie może się okazać stanem przewlekłym.
Ich wspólne popołudnia były dla obojga świętością i tylko często doznawali rozterki, czy spędzać je w łóżku, czy też na długich rozmowach w „wieży z kości słoniowej”. Kassandra była dla Dolffa kobietą, na którą czekał całe życie, w Dolffie zaś Kassandra znalazła kogoś, kto był jej zawsze tak rozpaczliwie potrzebny - mężczyznę zdolnego pojąć najbardziej zawikłane meandry jej duszy, wszelkie tęsknoty, niezdefiniowane uczucia, bunt wobec samotności i zakazów narzucanych przez jej świat. Osiągnęli pełne zrozumienie. I oboje zdawali sobie sprawę, że - przynajmniej chwilowo - nie mają innego wyboru.
- Napijesz się herbaty, kochanie? - Cisnęła kapelusz i rękawiczki na biedermeierowskie biurko w holu, wyjęła z torebki grzebień. Był wykładany onyksem i kością słoniową, piękny i jak wszystko, co należało do Kassandry, bardzo drogi. Poprawiła fryzurę, schowała grzebyk i z szerokim uśmiechem odwróciła głowę w stronę Dolffa. - Przestań szczerzyć do mnie zęby, głuptasie... Herbaty?
- Hmm... słucham? Tak. To jest, chciałem powiedzieć, nie. Dajmy sobie z tym spokój, Kassandro. - Stanowczym gestem ujął jej dłoń. - Chodźmy na górę.
- Chcesz mi pokazać nowy rozdział? - zapytała przewrotnie.
- Oczywiście. Mam nawet całą książkę, którą chciałbym z tobą jak najobszerniej przedyskutować.
Godzinę później ze łzami w oczach spojrzała na śpiącego Dolffa i ostrożnie wyśliznęła się z łóżka. Nienawidziła rozstań, ale była już prawie szósta wieczorem. Na dziesięć minut zniknęła w wielkiej, wyłożonej białym marmurem łazience, a kiedy z niej wyszła, była kompletnie ubrana i bardzo smutna. Przystanęła koło łóżka, Dolff zaś, jak gdyby wyczuwając jej bliskość, otworzył oczy.
- Wychodzisz? - zapytał.
Skinęła głową. Oboje mieli teraz w oczach taki sam wyraz cierpienia.
- Kocham cię.
- Ja też cię kocham. - Usiadł na łóżku i wyciągnął do niej ramiona. - Do zobaczenia jutro, najdroższa.
Uśmiechnęła się, pocałowała go w usta i stojąc już w drzwiach, posłała mu jeszcze jeden pocałunek. Dopiero wtedy zbiegła po schodach.
Jazda z Charlottenburga do Grunewaldu zajmowała Kassandrze niespełna pół godziny; już dawno opracowała najkrótszą trasę i mogłaby właściwie dotrzeć na miejsce w kwadrans, gdyby przez całą drogę przyciskała gaz do deski, zmuszając swojego granatowego fordzika do największego wysiłku. Z biciem serca zerknęła na zegarek.
Była dziś trochę spóźniona, ale powinno starczyć jej czasu na zmianę ubrania. Irytowało ją własne zdenerwowanie. To absurdalne, że czuje się jak piętnastolatka, która może nie zdążyć do domu przed zapadnięciem zmroku.
Pojawiły się przed nią i szybko zaczęły zbliżać wąskie, kręte uliczki Grunewaldu, po prawej zaś stronie legła nieskazitelnie zwierciadlana gładź jeziora Grunewaldsee. Flankujące szosę ogromne rezydencje majestatycznie trwały za szańcami bram, ogrodzeń i drzew; pokojówki zapewne pomagały już swym paniom przebrać się do kolacji. Ale Kassandra wciąż miała nieco czasu, jeszcze nie było za późno.
Zatrzymała wóz przed bramą, wysiadła, wsunęła klucz w masywny mosiężny zamek, pchnęła ciężkie skrzydła i wjechała na teren posiadłości, nie zawracając sobie głowy zamykaniem bramy. Wyśle kogoś, żeby to zrobił, ona nie ma czasu. Jadąc, omiatała dom czujnym spojrzeniem. Zbudowany w stylu zbliżonym do francuskiego, ciągnął się z pozoru bezkreśnie w lewo i prawo od głównego wejścia, miał trzy kondygnacje z szarego, dość surowego kamienia, a pod kształtnym dachem jeszcze mansardę przeznaczoną dla służby.
W tej chwili jarzyły się wszystkie okna na drugim piętrze, tylko jedno na pierwszym - gdzie znajdowały się apartamenty Kassandry i jej męża, dwie urocze biblioteki i kilka pokoi gościnnych - i znów wszystkie na parterz...
Neorator