Rozdział 11.doc

(108 KB) Pobierz

11. Najeźdźcy z piekła rodem

 

 

- Valentine – wydyszał Jace. Jego twarz zrobiła się biała gdy patrzył w dół na miasto. Przez warstwy dymu Clary prawie mogła zobaczyć labirynt krętych uliczek, zapchany biegającymi postaciami, które wyglądały jak malutkie czarne mrówki desperacko kręcące się tam i z powrotem. Spojrzała jeszcze raz ale nie zobaczyła już niczego oprócz gęstych czarnych oparów, płomieni i dymu.

- Myślisz, że Valentine to zrobił? – poczuła w gardle gorzki smak dymu. – To wygląda na zwykły pożar. Może wybuchł sam z siebie...

- Północna Brama jest otwarta – Jace wskazał ręką w kierunku czegoś, co ledwie widziała przez zbyt dużą odległość i zniekształcający wszystko dym. – Nigdy nie pozostawiano jej otwartej. A na dodatek wieże straciły swoje światło. Straże musiały zostać obalone – wyciągnął zza pasa seraficki nóż, ściskając go tak mocno, że aż kłykcie mu zbielały. – Musimy się tam dostać.

              Przerażenie ścisnęło Clary za gardło.

- Simon...

- Wyprowadzą go z Gardu. Nie martw się, Clary. Pewnie ma się lepiej niż reszta ludzi tam w dole. Demony nic mu nie zrobią. Zazwyczaj zostawiają Podziemnych w spokoju.

- Tak mi przykro – wyszeptała. – Lightwoodowie... Alec... Isabelle...

- Jahoel – powiedział Jace, a ostrze rozjarzyło się jaskrawym światłem w jego obandażowanej lewej dłoni. – Clary, masz tu zostać. Wrócę po ciebie – gniew, który pojawił sie w jego oczach odkąd opuścili rezydenzję, wyparował. Teraz Jace był już tylko żołnierzem.

              Potrząsnęła głową.

- Nie, chcę iść z tobą.

- Clary... – urwał, sztywniejąc na całym ciele. W chwilę później Clary też to usłyszała – ciężkie, rytmiczne uderzenia, a potem coś jak trzask olbrzymiego ogniska. Kilka długich minut zajęło jej rozłożenie tych dźwięków w swoim umysle, tak jak podzielenie fragmentu muzyki na jego poszczególne nuty. – To...

- Wilkołaki – Jace patrzył na coś za jej plecami. Podążając za jego spojrzeniem dostrzegła ich, zalewających pobliskie wzgórze jak rozprzestrzeniający się cień, połyskujący tu i ówdzie płonącymi jasno ślepiami. Sfora wilków – a nawet więcej niż sfora. Musiały ich być całe setki, a nawet tysiące. Ich ujadanie i szczek było tym, co wzięła na początku za ogłos strzelającego ognia, który narastał wśród nocy, twardy i chropawy.

              Żołądek Clary wywrócił się na drugą stronę. Znała wilkołaki. Walczyła u ich boku. Ale to nie były wilki Luke’a, nie takie, które wiedziały, że mają się nią opiekować i jej nie krzywdzić. Pomyślała o zabójczych zdolnościach watahy Luke’a, które ujawniały się gdy tylko spuszczało się ich ze smyczy, i nagle zdała sobie sprawę z tego, że się boi.

              Stojący obok niej Jace zaklął siarczyście. Nie było czasu na wyciągnięcie kolejnej broni. Przyciagnął ją do siebie i otoczył wolnym ramieniem. Drugą ręką podniósł wysoko Jahoela. Jego światło oślepiało. Clary zacisnęła zęby...

              Otoczyła ich sfora. Przypominało to uderzającą falę – nagły wybuch ogłuszającej wrzawy i podmuch powietrza, gdy kilka pierwszych wilków wysunęło się do przodu i skoczyło. Ich oczy płonęły a szczęki były rozwarte. Jace wczepił palce w bok Clary... Wilki otaczały ich z każdej strony, trzymając się na odległość dobrych dwóch stóp. Clary rozejrzała się dookoła z niedowierzaniem gdy dwójka wilków – jeden smukły i centkowany a drugi ogromny i stalowoszary – opadły miękko na ziemię, zatrzymały się na chwilę, a potem na nowo podjęły bieg, nie patrząc nawet wstecz. Dookoła wszędzie były wilki a mimo wszystko żaden z nich się do nich nie zbliżył. Okrążały ich jak powódź cieni, ich futra lśniły w świetle księżyca jak srebro, przez co wyglądały jak jedna, wielka, żywa rzeka kształtów – która nagle rozdzieliła się tak, jak woda opływa kamień. Wilki poświęciły dwójce Nocnych Łowców zaledwie tyle uwagi co parze nieruchomych rzeźb, a potem przebiegły obok nich z rozwartymi pyskami i oczami utkwionymi w drodze. Po chwili już ich nie było. Jace odwrócił się, żeby zobaczyć jak ostatni z wilków przeleciał obok nich i pośpieszył za resztą swoich towarzyszy. Zapadła cisza. Słychać było jedynie bardzo słabe odgłosy miasta w oddali. Jace uwolnił Clary z uścisku i opuścił nóż.

- Wszystko w porządku?

- Co to było? – wyszeptała. – Te wilkołaki... po prostu nas ominęły...

- Zmierzają w kierunku miasta. Do Alicante – wyjął zza pasa drugi nóż i wyciągnął w jej stronę. – Będziesz tego potrzebowała.

- Wiec nie zostawisz mnie tutaj?

- Nie ma mowy. Już nigdzie nie jest bezpiecznie. Ale... – zawahał się. – Będziesz ostrożna?

- Bedę – zapewniła go. – Co teraz robimy?

              Jace spojrzał na płonące w dole Alicante.

- Teraz pobiegniemy.

 

 

              Nigdy nie było łatwo nadążyć za Jasem, a teraz, gdy pędził na zamanie karku, to było praktycznie niemożliwe. Clary wyczuwała, że musiał się powstrzymywać i dostosować swoją prędkość tak by mogła za nim nadążyć, i że na pewno sporo go to kosztowało.

              Droga spłaszczała się u podnóża zbocza i wiła między wysokimi, gęstymi kępami drzew, dającymi wrażenie jakby biegli przez tunel. Gdy wybiegli na drugą stronę, Clary stwierdziła, że znaleźli się przed Północną Bramą. Przez łukowate wejście dostrzegła mieszaninę dymu i płomieni. Jace stał przy furtce i czekał na nią. W jednej ręce trzymał Jahoela a w drugiej inny nóż, ale nawet ich połączony blask ginął w jaskrawym świetle płonącego miasta.

- Strażnicy – wydyszała. – Dlaczego ich tu nie ma?

- Co najmniej jeden z nich leży teraz w tej kępie drzew – wskazał podbródkiem kierunek z którego przyszli. – W kawałkach. Nie patrz w tamtą stronę – spojrzał w dół. – Źle trzymasz nóż. Trzymaj go w ten sposób – pokazał jej jak. – I musisz go nazwać. Cassiel będzie dobrze.

- Cassiel – powtórzyła Clary, a ostrze rozjarzyło się blaskiem.

              Jace spojrzał na nią uważnie.

- Żałuję, że nie miałem wystarczająco dużo czasu, żeby cię do tego przygotować. Oczywiście, ze względu na prawo, nikt z tak niewielkim doświadczeniem jak twoje nie powinien w ogóle posługiwać się serafickimi nożami. Przedtem byłem zaskoczony, ale skoro teraz już wiemy, co zrobił Valentine...

              Ostatnią rzeczą o której chciała teraz rozmawiać Clary było to co zrobił Valentine.

- A może po prostu zmartwiło cię to, że jeśli odpowiednio mnie wytrenujesz, to wkrótce okaże się, że jestem lepsza od ciebie – powiedziała.

              Cień uśmiechu zamajaczył w kąciku jego ust.

- Cokolwiek się stanie, Clary – powiedział, patrząc na nią przez światło Jahoela – trzymaj się blisko mnie. Zrozumiałaś? – wbił w nią wzrok, zmuszając do złożenia obietnicy.

              Z jakiegoś powodu w jej umyśle pojawiło się wspomnienie ich pocałunku na trawie przed rezydencją Waylandów. Odniosła wrażenie jakby to wydarzyło się milion lat temu. Zupełnie jakby przydarzyło się to komuś innemu.

- Będę trzymać się blisko ciebie.

- Dobrze – odwrócił wzrok. – W takim razie chodźmy.

Przeszli powoli przez bramę, ramię w ramię. Gdy weszli w obręb miasta, po raz pierwszy zdała sobie sprawę z odgłosów bitwy – ludzkich krzyków, nieludzkiego wycia, tłuczonego szkła i syku ognia. Krew zaczęła jej szumieć w uszach.

Dziedziniec zaraz przy bramie był pusty. Gdzieniegdzie zaścielały go skurczone ciała, porzucone na bruku. Clary starała się nie przyglądać im za bardzo. Zastanawiała się, jak to było możliwe, że nawet patrząc z dystansu człowiek wiedział, że ktoś jest martwy. Martwe ciała w niczym nie przypominały tych pozbawionych przytomności. Można było wyczuć, że coś z nich uleciało, jakaś niezbędna do życia iskra.

Jace poprowadził ich szybko przez dziedziniec – Clary domyśliła się, że to dlatego że pewnie nie lubił pozostawać długo na otwartej przestrzeni – i ruszyli w dół ulicy odchodzącej od placu. Tutaj było jeszcze więcej szczątków. Sklepowe witryny zostały porozbijane a cała zawartość splądrowanych wnętrz walała się po ulicach. W powietrzu unosił się zapach – zjełczały, cuchnący odór odpadków. Clary dobrze go znała. Oznaczał obecność demonów.

- Tędy – syknął Jace. Przemknęli do kolejnej wąskiej uliczki. Pożar szalał na piętrze jednego z domów przylegających do drogi, mimo że reszta budynków pozostała nietknięta. Clary nasunęło się dziwaczne skojarzenie z bombardowaniem Londynu podczas wojny, kiedy to zniszczenia dotknęły przypadkowe części miasta. Zadzierając głowę do góry zobaczyła, że twierdzę ponad miastem spowijał kłąb czarnego dymu.

- Gard.

- Mówiłem ci, że ich ewakuują... – Jace urwał, gdy znaleźli się na szerszej ulicy. Na ziemi leżało kilka ciał. Niektóre były niewielkie. Należały do dzieci. Jace rzucił się do przodu. Clary podążyła za nim z wahaniem. Gdy podbiegli bliżej, zauważyła z ulgą zmieszaną z poczuciem winy, że cała trójka nie była wcale w wieku Maxa. Obok nich leżały zwłoki starszego mężczyzny, który ciągle zdawał się ochraniać trójkę dzieci swoim ciałem. Twarz Jace stwardniała.

- Clary... odwróć się. Powoli.

              Zrobiła co jej kazał. Tuż za sobą zobaczyła zniszczoną sklepową witrynę. Kiedyś na wystawie musiały tu stać ciasta – cały ich stos udekorowany jasnym lukrem. Teraz leżały porozrzucane na podłodze razem z potłuczonym szkłem. Chodnik przed sklepem plamiła zmieszana z lukrem krew, tworząca długie różowawe smugi. Jednak to nie z tego powodu w głosie Jace’a zabrzmiała ostrzegawcza nuta. Z rozbitego okna coś wypełzało – coś bezkształtnego, ogromnego i oślizgłego. Coś uzbrojonego w podwójny rząd zębów biegnący przez całą długość ciała, usmarowanych lukrem i odłamkami szkła wyglądającymi jak warstwa połyskującego cukru. Demon wypadł z okna na bruk i zaczął pełznąć w ich stronę. Coś w jego płynnym, jakby pozbawionym kości ruchu spowodowało, że Clary poczuła jak żółć podchodzi jej go gardła. Cofnęła się do tyłu, prawie wpadając na Jace’a.

- To demon Behemota – powiedział, wpatrując się w pełznącego potwora przed nimi. – Pożerają wszystko na swojej drodze.

- Czy zjadają też...?

- Ludzi? Tak – odparł Jace. – Schowaj się za mną.

              Zrobiła kilka kroków do tyłu, nie odrywając wzroku od Behemota. Było w nim coś takiego, co odrzucało ją bardziej niż od jakiegokolwiek innego napotkanego wcześniej demona. Wyglądał jak pozbawiona oczu uzębiona bryła, i ten sposób w jaki wszystko się w nim przelewało... Ale przynajmniej nie poruszał się szybko. Jace nie powinien mieć problemów z zabiciem go.

              Zupełnie jakby był pod wpływem jej myśli, Jace wystrzelił do przodu, tnąc swoim świetlistym serafickim nożem. Zatopił go w grzbiecie Behemota. Rozległ się taki dźwięk jak przy nadepnięciu na przejrzały owoc. Ciało demona przebiegł skurcz. Zadygotał a potem zmienił kształt, niespodziewanie przesuwając się kilka stóp od miejsca, w którym stał. Jace opuścił Jahoela.

- Tego się właśnie obawiałem – wyszeptał. – Jest tylko w połowie cielesny. Trudno będzie go zabić.

- Więc nie rób tego – Clary szarpnęła go za rękaw. – Przynajmniej jest powolny. Wynośmy się stąd.

              Jace niechętnie pozwolił się odciągnąć na bok. Odwrócili się, żeby pobiec w kierunku z którego przyszli... A demon już tam był, tuż przed nimi, i blokował ulicę. Wyglądał jakby trochę urósł. Wydał z siebie niski pomruk, coś jak wściekłe owadzie bzyczenie.

- On chyba nie chce żebyśmy sobie poszli – mruknął Jace.

- Jace...

              Ale on już biegł w stronę potwora, biorąc szeroki zamach Jahoelem żeby ściąć mu łeb, ale stwór znów zadygotał i zmienił kształt, tym razem pojawiając się za jego plecami. Cofnął się, pokazując opancerzony spód jak u karalucha. Jace obrócił się wokół własnej osi i ciął stwora przez podbrzusze. Zielona ciecz, gęsta niczym śluz, spryskała ostrze. Jace odsunął się, krzywiąc twarz w wyrazie obrzydzenia. Behemot ciągle wydawał z siebie ten sam bzyczący odgłos. Tryskało z niego coraz więcej cieczy, ale nie wyglądał wcale na zranionego. Celowo posuwał się naprzód.

- Jace! – zawołała Clary. – Twój nóż!

              Spojrzał na trzymane w ręku ostrze. Śluz demona pokrywał ostrze Jahoela, tłumiąc jego blask. W miarę jak patrzył, jego wewnętrze światło nikło aż w końcu zgasło, jak ogień zasypany piaskiem. Odrzucił broń z przekleństwem, zanim jakikolwiek strzęp śluzu demona dotkął jego ręki. Behemot znów się wycofał, gotowy do kolejnego starcia. Jace zrobił unik – a wtedy Clary rzuciła się do przodu, wpadając pomiędzy niego a demona, i wymachując serafickim nożem. Dźgnęła stwora tuż poniżej rzędu zębów, zatapiając je w jego cielsku z obrzydliwym, mokrym mlaśnięciem.

              Szarpnęła się do tyłu, dysząc ciężko, a demona przeszył kolejny skurcz. Wyglądało na to, że zmiana kształtu kosztowała go pewną ilość energii za każdym razem gdy był raniony. Więc gdyby tylko zdążyli dźgnąć go odpowiednią ilość razy... Kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Mignięcie szarości i brązu, poruszające się z dużą prędkością. Nie byli sami na ulicy. Jace odwrócił się a jego oczy otwarły się szeroko.

- Clary! – wrzasnął. – Za tobą!

              Clary obróciła się dookoła z Cassielem płonącym w jej dłoni dokładnie w chwili, gdy wilk rzucił się w jej stronę, odsłaniając zęby we wściekłym warkocie.  Jace coś do niej krzyczał, ale ona nie rozumiała z tego ani słowa. Dostrzegła dzikość w jego oczach, pomimo tego że zeszła wilkowi z drogi. Zwierzę zaatakowało, z ciałem wygiętym w łuk i wyciągniętymi pazurami, i sięgnęło swojego celu – Behemota – powaliło go na ziemię zanim natarło na niego z obnażonymi zębami. Demon zawył, a przynajmniej wydał z siebie dźwięk podobny do wycia – wysoki, piskliwy dźwięk, jak powietrze spuszczane z balonu. Wilk siedział na nim, przyszpilając go do ziemi, z pyskiem zatopionym w oślizgłej skórze demona. Behemot zadrżał i ostatkiem sił spróbował dokonać przemiany i wyleczyć obrażenia, ale wilk nie dał mu na to szansy. Jego pazury wbiły się głęboko w skórę stwora i zaczął wyrywać zębami kawały galaretowatego ciała, ignorując tryskającą z rany zieloną ciecz. Behemot zaczął wić się w ostatniej, desperackiej serii drgawek, kłapiąc szczękami gdy się rozpadał – i po chwili już go nie było – została po nim tylko lepka kałuża zielonej cieczy, rozlewająca się po bruku.

              Wilk wydał z siebie odgłos, coś w rodzaju pomruku satysfakcji, i odwrócił się żeby popatrzeć na Clary i Jace’a połyskującymi w świetle księżyca srebrzyście oczami. Jace wyciągnął kolejny nóż zza pasa, znacząc w powietrzu ognisty łuk dzielący ich od wilkołaka. Wilk warknął i nastroszył futro. Clary złapała Jace’a za ramię.

- Nie.. Nie rób tego.

- To wilkołak, Clary...

- Zabił dla nas demona! Jest po naszej stronie! – wyrwała się Jace’owi zanim zdążył ją zawrócić, i podeszła do zwierzęcia powoli, wyciągając płasko ręce.

- Przepraszam. Przepraszamy. Wiemy, że nie chcesz nas skrzywdzić – odezwała się niskim, spokojnym głosem. Zatrzymała się, rozkładając ręce, a wilk patrzył na nią obojętnie. – Kim... kim jesteś? – zapytała. Spojrzała przez ramię na Jace’a i zmarszczyła brwi. – Mógłbyś to odłożyć?

              Jace wyglądał, jakby miał jej zaraz nie przebierając w słowach powiedzieć, że nie odkładało się tak po prostu serafickiego noża, który płonął w obecności niebezpieczeństwa. Ale zanim zdażył się odezwać, wilk zawarczał nisko i zaczął sie zmieniać. Jego nogi się wydłużyły, kręgosłup wyprostował a szczęki zmniejszyły. Po kilku sekundach stanęła przed nimi dziewczyna. Miała na sobie poplamioną białą sukienkę a jej kręcone włosy były zaplecione w mnóstwo warkoczyków. Blizna przecinała jej gardło.

- Kim jesteś? – jej twarz wykrzywiła się z udawanym niesmakiem. – Nie wierzę, że mnie nie poznałaś. W końcu nie wszystkie wilki wyglądają tak samo. Ech, ludzie.

              Clary odetchnęła z ulgą.

- Maia!

- Tak, to ja. Ratuję wasze tyłki, jak zwykle – uśmiechnęła się. Była zbryzgana krwią od stóp do głów. Nie było tego tak widać gdy była w swojej wilczej postaci, ale teraz czarne i czerwone smugi odcinały się przeraźliwie od jej brązowej skóry. Położyła dłoń na brzuchu. – Ohyda, nie wierzę, że właśnie przeżułam tego demona. Mam nadzieję, że nie jestem uczulona.

- Co ty tutaj w ogóle robisz? – ponagliła ją Clary. – To znaczy, nie że się nie cieszymy z tego powodu, ale...

- To ty nic nie wiesz? – Maia patrzyła ze zakłopotaniem raz na Clary, raz na Jace’a. – Luke nas tu sprowadził.

- Luke? – Clary zaczęła się na nią gapić. – Luke... jest tutaj?

              Maia skinęła głową.

- Skontaktował się ze swoją sforą i z kilkoma innymi i powiedział, że musimy udać się do Idris. My dotarliśmy do granicy i biegliśmy od tamtej strony. Niektórzy teleportowali się do lasu i dołączyli do nas. Luke powiedział, że Nefilim będą potrzebować naszej pomocy... – urwała. – Naprawdę o tym nie wiedziałaś?

- Nie – odezwał się Jace – i wątpię żeby Clave też o tym wiedziało. Nie palą się do przyjmowania pomocy od Podziemnych.

              Maia wyprostowała się, w jej oczach połyskiwał gniew.

- Gdyby nie my, już dawno by was wszystkich wyrżnęli. Nikt nie ochraniał miasta, gdy się tam zjawiliśmy...

- Nawet o tym nie myśl – powiedziała Clary, rzucając Jace’owi wściekłe spojrzenie. – Jestem naprawdę bardzo, bardzo wdzięczna że nas uratowałaś, Maiu. Jace również, mimo że jest taki uparty, że prędzej wsadziłby sobie nóż w oko niż się do tego przyznał. I nie rób sobie nadziei, że to zrobi – dodała pośpiesznie, widząc wyraz twarzy dziewczyny – bo to i tak w niczym to nie pomoże. Teraz musimy znaleźć dom Lightwoodów, a potem ja muszę odnaleźć Luke’a...

- Lightwoodowie? Chyba są w Sali Porozumień. To tam wszyscy się gromadzą. Przynajmniej tam widziałam Aleca – powiedziała Maia – i tego czarownika ze sterczącymi włosami. Magnusa.

- Skoro jest tam Alec, to reszta też musi być – ulga na twarzy Jace’a sprawiła, że poczuła chęć położenia mu dłoni na ramieniu. Nie zrobiła tego jednak. – Mądre posunięcie bo Sala jest chroniona – wsunął płonący seraficki nóż za pas. – W porządku, chodźmy.

 

 

              Clary rozpoznała wnętrze Sali Porozumień w momencie, w którym przekroczyła jej próg. To było to miejsce o którym śniła, gdzie tańczyła najpierw z Simonem a potem Jasem.

              To tutaj próbowałam się przenieść gdy weszłam do Portalu, pomyślała, przyglądając się jasnobiałym ścianom i wysokiemu sklepieniu z ogromną szklaną kopułą, przez którą widać było nocne niebo. Pomieszczenie, mimo że było bardzo rozległe, wyglądało na mniejsze i obskurniejsze niż to z jej snu. Fontanna z syreną ciągle stała w na jego środku ale straciła cały swój połysk a prowadzące do niej schody były zapełnione ludźmi, z których większa część miała na sobie bandaże. Pomieszczenie było pełne Nocnych Łowców. Ludzie krążyli w tłumie, zatrzymując się czasami by przyjrzeć się twarzy innych przchodniów w nadziei, że znajdą swoich przyjaciół lub krewnych. Podłoga była brudna i poznaczona rozmazanymi smugami błota i krwi.

              Tym, co uderzyło ją najbardziej, była panująca tu cisza. Gdyby coś takiego nastąpiło w świecie Przyziemnych, to ludzie krzyczeliby, wrzeszczeli, nawoływali jedni drugich. A tutaj panowała niemal idealna cisza. Ludzie siedzili w ciszy, niektórzy z twarzami schowanymi w dłoniach, niektórzy wpatrujący się w przestrzeń. Dzieci tuliły się do swoich rozdziców ale żadne z nich nie płakało. Zauważyła jeszcze coś gdy weszła do środka, z Jasem i Maią po bokach. Grupę niedbale wyglądających ludzi stojących przy fontannie w nierównym kręgu. Trzymali się trochę na uboczu, a gdy tylko Maia ich dostrzegła i na jej twarzy pojawił się uśmiech, Clary zdała sobie sprawę z tego kim byli.

- Moja sfora! – zawołała Maia i popędziła w ich stronę, zatrzymując się tylko na sekundę żeby zerknąć przez ramię na Clary. – Jestem pewna, że Luke gdzieś tu jest – powiedziała i zniknęła pośród swoich ludzi. Przez moment Clary zastanawiała się co by się stało, gdyby i ona dołączyła do tego kręgu. Czy powitaliby ją jak przyjaciółkę Luke’a czy okazali podejrzliwość bo była tylko kolejnym Nocnym Łowcą?

- Nie rób tego – odezwał się Jace, jakby czytając jej w myślach. – To nie jest dobry...

              Ale Clary już nigdy się nie dowiedziała co miał na myśli, bo nagle rozległ się głośny okrzyk „Jace!” i pojawił się Alec, całkiem bez tchu po tym jak udało mu się przepchnąć przez tłum. Ciemne włosy miał kompletnie potargane a ubranie plamiła mu krew. W jego oczach połyskiwała mieszanina wściekłości i ulgi. Złapał Jace’a za przód kurtki.

- Co się z tobą stało?!

              Jace wyglądał na obrażonego.

- Co się stało ze mną?

              Alec potrząsnął nim dość mocno.

- Powiedziałeś, że idziesz się przejść! Jaki cholerny spacer zajmuje aż sześć godzin?!

- Eee, dość długi? – podsunął Jace.

- Mógłbym cię teraz zabić – warknął Alec, puszczając jego ubranie. – Poważnie się nad tym zastanawiam.

- To by się chyba mijało z celem, nie sądzisz? – odparł Jace. Rozejrzał się dookoła. – Gdzie są wszyscy. Isabelle i...

- Isabelle i Max zostali u Penhallowów, razem z Sebastianem – wyjaśnił Alec. – Rodzice już do nich jadą. Aline jest tutaj razem ze swoimi, ale nie mówi zbyt wiele. Miała dość paskudną przygodę z Rezkorem przy kanale. Na szczęście Izzy ją uratowała.

- A Simon? – spytała Clary z niepokojem. – Widziałeś gdzieś Simona? Powinien tu przyjść razem z resztą ludzi z Gardu.

              Alec potrząsnął głową.

- Nie, nie widziałem go... Tak samo jak nie widziałem Inkwizytora ani Konsula. Pewnie jest teraz z którymś z nich. Może gdzieś się zatrzymali, albo... – urwał, gdy przez pokój przebiegł szmer. Clary zobaczyła grupę lykantropów patrzącą w jakimś kierunku, zaalarmowaną czymś jak sfora psów która wyczuła zwierzynę. Odwróciła się...

              I zobaczyła Luke’a, zmęczonego i poplamionego krwią, jak przekraczał próg podwójnych drzwi Sali.

              Ruszyła biegiem w jego stronę. Zapomniała o tym, jak bardzo była zła gdy ją zostawił, o tym jak wściekł się gdy ich tu sprowadziła, zapomniała o wszystkim, poza radością jaką odczuła na jego widok. Przez chwilę wyglądał na zaskoczonego gdy biegła ku niemu, a potem uśmiechnął się, wyciągnął ramiona i podniósł ją do góry, gdy go przytuliła, zupełnie jak wtedy gdy była mała. Pachniał krwią, flanelą i dymem. Clary przymknęła na chwilę oczy i pomyślała o tym, jak Alec złapał Jace’a w momencie, w którym zobaczył go w Sali. Tak się właśnie robiło, gdy martwiło się o swoją rodzinę, łapało się ich i trzymało w uścisku, i wrzeszczało jak bardzo cię wkurzyli. Ale to było w porządku, bo choćby nie wiem jak ktoś był wściekły, to oni ciągle byli częścią ciebie. I dlatego to, co powiedziała Valentine’owi, było prawdą. Luke był jej rodziną.

              Postawił ją z powrotem na ziemi, krzywiąc się lekko.

- Ostrożnie – powiedział. – Croucher trafił mnie w ramię przy Merryweather Brigde – położył dłonie na jeje ramionach, przyglądając się uważnie jej twarzy. – Ale tobie nic nie jest, prawda?

- Cóż za wzruszjąca scena – odezwał się chłodny głos.

              Clary odwróciła się, dłoń Luke’a spoczywała ciągle na jej ramieniu. Za nią stał wysoki mężczyzna w niebieskim płaszczu, który zawirował u jego stóp gdy do nich podszedł. Twarz pod kaputrem wyglądała jak rzeźba – z wysokimi kośćmi policzkowymi, jastrzębimi rysami twarzy i ciężkimi powiekami.

- Lucian – powiedział, nie patrząc na Clary. – Mogłem się spodziewać, że to ty stoisz za tą... inwazją.

- Inwazją? – powtórzył jak echo Luke, a w sekundę później otaczała go już sfora likantropów. Stanęły za nim tak szybko i cicho, że wyglądało to tak, jakby zmaterializowały się z powietrza. – To nie my najechaliśmy wasze miasto, Konsulu. To Valentine. My tylko chcemy wam pomóc.

- Clave nie potrzebuje niczyjej pomocy – warknął Konsul. – Nie od takich stworzeń jak wy. Złamałeś Prawo wkraczając do Szklanego Miasta, bez względu na to czy są straże czy ich nie ma. Musisz zdawać sobie z tego sprawę.

- Myślę, że dostatecznie jasne jest, że Clave potrzebuje naszej pomocy. Gdybyśmy nie przybyli na czas, wielu z was byłoby teraz martwych – rozejrzał się po Sali. Kilka grup Nocnych Łowców przysunęło się bliżej chcąc wiedzieć co się dzieje. Jedni patrzyli Lukowi prosto w oczy, inni spuszczali wzrok jak gdyby zawstydzeni. Ale żaden z nich, pomyślała z zaskoczeniem Clary, nie wyglądał na złego z tego powodu. – Zrobiłem to, żeby coś udowodnić, Malachi.

              Głos Konsula pozostał zimny.

- I cóż to takiego?

- Potrzebujecie nas – odparł Luke. – Żeby pokonać Valentine’a potrzebujecie naszej pomocy. Nie tylko pomocy likantropów, ale wszystkich Podziemnych.

- A cóż takiego Podziemni mogą zdziałać przeciwko Valentine’owi? – spytał kpiąco Malachi. – Lucianie, powinieneś to wiedzieć najlepiej z nas wszystkich. Przecież byłeś kiedyś jednym z nas. Zawsze samotnie przeciwwstawialiśmy się wszelkim zagrożeniom i chroniliśmy świat od zła. Odeprzemy siły Valentine’a naszymi własnymi. Podziemni zrobią najlepiej jak usuną się nam z drogi. Jesteśmy Nefilim. Sami prowadzimy swoje wojny.

- To chyba nie do końca prawda – odezwał się aksamitny głos. To był Magnus Bane, w długim, połyskującym płaszczu, z niezliczonymi kolczykamiw uszach i łobuzerskim wyrazem twarzy. Clary nie miała pojęcia skąd się tu wziął.

- Niejeden raz korzystaliście z pomocy czarowników i nieźle ich za to wynagradzaliście.

              Malachi spojrzał na niego spode łba.

- Nie przypominam sobie żeby Clave cię tu zaprosiło, Magnusie Bane.

- Nie zaprosiło – odparł Magnus. – Straże zostały obalone.

- Naprawdę? – głos Konsula ociekał sarkazmem. – Nie zauważyłem.

              Magnus wyglądał na zmartwionego.

- To straszne. Ktoś powinien ci o tym powiedzieć – spojrzał na Luke’a. – Powiedz mu, że straże zostały obalone.

              Luke wyglądał na rozdrażnionego.

- Malachi, na litość boską, Podziemni są silni. Jest nas dużo. Tłumaczę ci, że możemy wam pomóc.

              Głos Konsula podniósł się o oktawę.

- A ja ci tłumaczę, że nie potrzebujemy waszej pomocy!

- Magnus – wyszeptała Clary, prześlizgując się w jego stronę. Dookoła nich zebrał się już mały tłumek, obserwując sprzeczkę pomiędzy Lukiem a Konsulem. Była prawie pewna, że nikt nie zwraca na nią uwagi. – Musimy porozmawiać. Teraz, gdy są zbyt zajęci sprzeczaniem się ze sobą żeby cokolwiek zauważyć.

              Magnus obrzucił ją szybkim pytającym spojrzeniem, skinął głową i odprowadził ją na bok, przecinając tłum jak otwieracz do puszek. Żaden ze zgromadzonych tu Nocnych Łowców czy wilkołaków nie sprawiał wrażenia, jakby chciał wejść w drogę wysokiemu na sześć stóp czarownikowi z kocimi oczami i uśmiechem maniaka. Pociągnął ją w stronę zacisznego kąta.

- O co chodzi?

- Mam księgę – Clary wyciągnęła ją z kieszeni swojego zszarganego płaszcza, zostawiając rozsmarowane odciski palców na białej jak kość słoniowa okładce. – Poszłam do rezydencji Valentine’a. Była w bibliotece, tak jak mówiłeś. I... – urwała, myśląc o uwięzionym aniele. – Nieważne – wręczyła mu księgę. – Weź ją.

              Magnus pochwycił księgę w swoje ręce. Przewracał kartki z szeroko otwartymi oczami.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin