Cabot Meg - Poszła na całość.rtf

(642 KB) Pobierz
MEG

MEG Cabot

POSZŁA NA CAŁOŚĆ

1

ŚLUB - NIESPODZIANKA ROKU Namiętny romans gwiazd Hindenburga wzbudza liczne kontrowersje: aktorzy Bruno di Blase i Greta Woolston pobierają się w samym środku medialnej burzy...

Uczucie tych dwojga rozkwitło na planie Hindenburga, zeszłorocznego filmowego megahitu, który pobił wszystkie dotychczasowe rekordy kasowe i zgarnął siedem Oscarów, także w kategorii dla najlepszego filmu. Romans ten zdaniem wielu nie miał prawa przetrwać próby czasu, a jednak... Dwoje najpopularniejszych aktorów Hollywood sprawiło swoim fanom nie lada niespodziankę, obracając ekranowy związek w rzeczywistość...

- Ej!

Posterunkowy Nick Calabrese nie odrywał oczu od pierwszej strony nowojorskiego „Post”. „Post”, człowieku. Ta cholerna awantura trafiła do „Post”. Gorzej nawet, na czołówkę „Post”.

- Ej, mógłbyś mi tu łaskawie trochę pomóc?

Nick zerknął na inne gazety rozłożone na ladzie stoiska. W „Daily News” też się to ukazało. I w „Newsday”. Nawet w „USA Today”. Nie trafiło chyba tylko na okładkę „New York Timesa”, ale Nick był pewien, że znalazło się gdzieś w środku. Pewnie w części miejskiej.

Jezu!

- Ej, Calabrese! - warknął posterunkowy Gerard West, znany jako G. Właśnie usiłował założyć kajdanki miejscowemu ćpunowi. Ćpun okazał się niezbyt chętny do współpracy. - Będziesz tak sterczał i czytał komiksy czy raczysz mi pomóc z tym tutaj?

Nick wziął „Post” i podszedł do swojego partnera, pokazując palcem zdjęcie atrakcyjnej pary na pierwszej stronie i ustawiając gazetę pod takim kątem, żeby zatrzymany też mógł zobaczyć.

- Spójrzcie tylko - powiedział. - Widzicie tego typka? Tego w smokingu? To chłopak mojej siostry. A raczej były chłopak.

Ćpun przyjrzał się fotografii i zanim się połapał, G wykorzystał jego chwilową nieuwagę i zatrzasnął mu wreszcie kajdanki na nadgarstkach.

- A odwal się! - stęknął.

- Nie - odparł Nick. - Serio.

Nawet G, który nadal trzymał ćpuna za ramiona, popatrzył sceptycznie.

- Tak... A moja siostra chodzi z Denzelem Washingtonem. Daj spokój, Nick. Chcę iść na zapiekankę z ziemniaków z cebulą do Ds. Wiesz, że po dziesiątej trzydzieści już ich nie dają.

- No mówię panu - upierał się Nick, podtykając pismo właścicielowi stoiska z prasą który z zainteresowaniem obserwował całą scenę. - To chłopak mojej siostry. Mieszkali ze sobą aż tu jakieś kilka miesięcy temu szczur jeden wyprowadził się, a teraz wziął i ożenił się z inną. Da pan wiarę?

- Nie, panie władzo, raczej nie - odparł właściciel stoiska z tak silnym akcentem mieszkańca Bangladeszu, że jego angielszczyzna była prawie niezrozumiała.

- Widzi pan, ona napisała ten scenariusz. Moja siostra, znaczy. To ona zrobiła z nich gwiazdy.

- A pan mnie robi w bambuko - stwierdził grzecznie gazeciarz.

- Ależ skąd - oburzył się Nick. - Przysięgam. Lou napisała tego, no, jak to się tam nazywa... samograja. Dla Barry'ego.

- Kto to jest Barry, panie władzo? - zaciekawił się właściciel stoiska z gazetami.

- Ten koleś. - Nick pokazał palcem zdjęcie. - Bruno di Blase. To nie jest jego prawdziwe nazwisko. To jest, rozumie pan, taki pseudonim artystyczny. Naprawdę nazywa się Barry. Barry Kimmel. Dorastał w naszej okolicy, na Long Island. Kiedyś zmuszałem go, żeby jadł robaki. - Zauważył potępiające spojrzenie swojego partnera i dodał, wzruszając ramionami: - No cóż, tak bywa. Byliśmy jeszcze mali. G, wciąż przytrzymując ćpuna, mruknął:

- A fakt. Barry. Zapomniałem. Lou chyba mocno przeżyła to rozstanie. Jeśli nie przestaniesz się wyrywać, to przysięgam na Boga...

Ćpun jednak nie potrafił ukryć zainteresowania.

- Hej, powaga? - spytał Nicka. - Twoja siostra naprawdę pieprzyła się z tym gościem z Hindenburga?

- Uważaj, facet - warknął Nick. - Moja siostra się z nikim nie pieprzy, jasne?

- No tak - powiedział G. - Już nie. To znaczy, nie teraz, skoro ten gość ożenił się z...

- A ty też licz się ze słowami. - Nick rzucił swojemu partnerowi gniewne spojrzenie ponad czubkiem głowy niziutkiego ćpuna. Jednocześnie pogrzebał w kieszeni i wyciągnął kilka monet, które usiłował wręczyć właścicielowi stoiska z prasą w zamian za „ Post” trzymany pod drugim ramieniem.

- O nie, panie władzo - zaprotestował właściciel stoiska. - Na koszt firmy. Za to, że panowie zapewniają praworządnym obywatelom spokój na tych ulicach.

Zadowolony Nick z powrotem wsunął drobne do kieszeni.

- Dzięki.

- I proszę przekazać siostrze, że naprawdę podobał mi się ten jej film, Hindenburg! - zawołał gazeciarz. - I mojej żonie też. Prawdziwie poruszający obraz triumfu ludzkiego ducha.

- Nie omieszkam - powiedział Nick, kiedy ruszyli w stronę wozu patrolowego. - Jezu, wciąż w to nie wierzę! Barry ją rzucił i się ożenił! Biedna mała.

ZAŚLUBINY W GWIAZDORSKIEJ OBSADZIE To wielkie wydarzenie miało miejsce w nowo otwartej Sali Hindenburga - pełnej rekwizytów z głośnego filmu pod tym tytułem - w Kasynie Trumpa w Las Vegas. Para gwiazd Hindenburga, Bruno di Blase i Greta Woolston, związała się węzłem małżeńskim zaledwie kilka dni po zerwaniu panny Woolston z jej długoletnim partnerem, znakomitym aktorem, Jackiem Townsendem.

Townsend, niezapomniany doktor Paul Rourke w popularnym serialu telewizyjnym Izba przyjęć, ulubieniec miłośników kina akcji, dzięki roli zbuntowanego policjanta Pete'a Logana w Gliniarzu zabójcy, nie przyjął wiadomości o małżeństwie swojej byłej narzeczonej ze spokojem.

- Dobry Boże! - Eleonora Townsend spojrzała na gazetę schludnie ułożoną na srebrnej tacy. - Richards, co to ma znaczyć?

Kamerdyner odchrząknął.

- Pozwoliłem sobie nabyć dziś rano „Post”, proszę pani, kiedy wyprowadzałem Alessandra na spacer. Jest tu na pierwszej stronie artykuł, który chyba powinien panią zainteresować.

Eleonora rzuciła swojemu kamerdynerowi spojrzenie równie czułe jak karcące, sięgnęła po gazetę ponad maleńkim yorkshire terrierem rozpartym na jej kolanach i, założywszy okulary, przyjrzała się czołówce.

- Ach, tak - westchnęła, przeglądając artykuł umieszczony tuż pod dużą kolorową fotografią. - Rozumiem. Co za ambaras. „Jak podają nasze źródła w hotelu Cztery Pory Roku w Anchorage, gdzie zatrzymał się Townsend na czas zdjęć do Gliniarza zabójcy 4, wkrótce po ujawnieniu w wieczornych wiadomościach informacji o ślubie z apartamentu gwiazdora dobiegły odgłosy tłuczonego szkła - odczytała. - Interweniowała ochrona hotelowa. Zniszczeniu uległy oszklone balkonowe drzwi, ściany pokoju hotelowego nosiły wyraźne ślady ciosów, prawdopodobnie zadanych pięścią. Dwuosobowa kozetka dla zakochanych niemal doszczętnie spłonęła”. O Matko Boska!

- Nie ma żadnej wzmianki - zauważył Richards — o ewentualnym aresztowaniu panicza Jacka.

- Nie... - Eleonora jeszcze raz przebiegła wzrokiem artykuł. - Nie, chyba nie. Dziury w ścianach po ciosach pięścią, też coś?! I podpalenie dwuosobowej kozetki? Dziecinada! Jack nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Poza tym, nie wierzę, żeby się w ogóle zanadto przejmował tą całą Woolston. Ona jest tak strasznie... pospolita. Chociaż niełatwo to stwierdzić, kiedy mają brytyjski akcent.

- Być może rzecz nie w tym, że ona wyszła za mąż zaraz po ich zerwaniu, ale raczej w tym, za kogo wyszła - podsunął Richards, sięgnął po srebrny dzbanek z kawą i ponownie napełnił filiżankę z chińskiej porcelany, stojącą przed Eleonorą.

- Tak - przyznała Eleonora, zmrużonymi oczami wpatrując się w zdjęcie. - Rozumiem. Bruno di Blase. Grał główną rolę w tym głośnym filmie, nieprawdaż? Tym o... Przypomnij mi, jak się to nazywa.... A, już wiem. O sterowcu.

- Istotnie, proszę pani - potwierdził Richards. - Hindenburg. Poruszający obraz triumfu ludzkiego ducha, jak mi mówiono.

Eleonora uniosła jedną, starannie wyregulowaną brew.

- O mój Boże! Di Blase. Czy on czasem nie pochodzi z tych di Blase z Toskanii? Pamiętasz, taka urocza rodzina, poznałam ich we Florencji zeszłej wiosny.

- Wydaje mi się, proszę pani - odparł Richards, znów odchrząknąwszy - że di Blase to pseudonim artystyczny.

Eleonora odłożyła gazetę i lekko zadrżała.

- Och, Richards! - zawołała. - To straszne! Żeby jakaś kobieta rzuciła Jacka dla mężczyzny, który używa pseudonimu artystycznego...

- Podejrzewam, że nazwisko panny Woolston również zostało... no cóż, w pewnym sensie nieco podrasowane.

Eleonora zdjęła z nosa okulary i spojrzała na kamerdynera z niedowierzaniem.

- Nie! Ale może masz rację... Pewnie było okropne. Doris Mudge albo Vivian Sloth, albo coś podobnego.

- Allegra Mooch - wycedził Richards. Eleonora otrząsnęła się z niesmakiem.

- Przestań. Tylko nie Allegra. Nie przed śniadaniem.

- Proszę o wybaczenie. Spróbujemy skontaktować się z paniczem Jackiem i przekonać, czy nie możemy służyć mu pomocą?

Eleonora zerknęła na elegancki złoty zegarek.

- Nie, to się mija z celem. I tak prawie nigdy nie można go złapać, a już na pewno nie na planie zdjęciowym. Zresztą po czymś takim za żadne skarby nie zbliży się do telefonu. Och, Richards - westchnęła. - Wygląda na to, że minie jeszcze sporo czasu, zanim doczekam się wnuków.

WZGARDZONE SŁAWY

Chociaż sam Jack Townsend jeszcze nie skomentował publicznie informacji o nagłym ślubie swojej byłej narzeczonej Grety Woolston z Brunem di Blase, jej partnerem z filmu Hindenburg, wydaje się, że małżeństwo to stanowi takie samo zaskoczenie dla rodzin i przyjaciół zainteresowanych, jak i dla ich fanów. Nadal oczekujemy również oficjalnego komentarza zdobywczyni Oscara za scenariusz do Hindenburga, Lou Calabrese, ód wielu lat przyjaciółki pana młodego...

- Oczekujemy, bo nic nie wiemy, cholera - warknęła Beverly Tennant i ze złością cisnęła gazetą gdzieś w kierunku swojego biurowego pozłacanego kosza na śmieci. - Chloe! - ryknęła. - Chloe!

Młoda osóbka o znękanej minie wpadła do gabinetu jak bomba. Widać było, że dopiero przyszła, bo wciąż miała na głowie nauszniki, płaszcz zapięty, a w dłoniach dwa jednorazowe kubki z kawą.

- Och - powiedziała Beverly, zauważając kawę. - To dla mnie? Chloe pokiwała głową, usiłując złapać oddech.

- Wi... Widziałam... nagłówki - wykrztusiła. - Po drodze... Pomyślałam sobie, że ci się przyda... Podwójna. Wzięłam z pianką. Odtłuszczone mleko.

- Życie mi ratujesz. - Beverly postukała w blat biurka starannie wymanikiurowanym paznokciem. - Postaw tutaj. I nie łącz mnie z nikim. Spróbuję ją namierzyć.

- Och! - Chloe szybko postawiła kubki. - Możesz pozdrowić Lou ode mnie? I powtórzyć, że mi strasznie przykro? Powiedz, że jeśli to dla niej jakaś pociecha, żadna z nas —to znaczy tu, w agencji - nie uważa, że Bruno di Blase jest taki seksowny, jak wszyscy twierdzą. To znaczy... My go nie reprezentujemy, prawda?

Beverly, z palcem zawieszonym nad klawiszem szybkiego wybierania numeru, rzuciła asystentce miażdżące spojrzenie.

- Istotnie, nie - odparła. - Ale przekażę twoją wiadomość. Jestem pewna, że ją niezmiernie pocieszy.

Chloe, lekko zmieszana, wyszła z gabinetu, starannie zamykając za sobą drzwi.

Beverly, która już zdążyła zsunąć buty od Manolo Blahnika, rozparła się w fotelu i położyła nogi na biurku, zdjęła pokrywkę z cappuccino i połączyła się z numerem swojej klientki w Los Angeles.

- No, odbierz - mruknęła przy pierwszym sygnale. - Odbierz, odbierz, odbierz...

Włączyła się automatyczna sekretarka Lou.

- Cześć. Nie ma nas w tej chwili w domu, ale jeśli zostawisz wiadomość po sygnale, na pewno postaramy się jak najszybciej oddzwonić...

Beverly skrzywiła się, słysząc to „my”. Ale kiedy zagruchała do słuchawki, w jej głosie brzmiało wyłącznie współczucie.

- Lou, słonko, Bev z tej strony. Jeśli tam jesteś, odbierz proszę. Ja wiem, że u ciebie jest teraz... - spojrzała na inkrustowany diamentowym pyłem zegarek i szybko sobie policzyła - .. .jakaś szósta rano, Boże, jak ty to znosisz? Ale posłuchaj, kochanie, mówię ci, to najlepsza rzecz, jaka ci się mogła zdarzyć. Wierz mi, sama przez to przeszłam, wiem, co mówię. Ten facet to szumowina z dna stawu. Gorzej niż szumowina. To szumowina, która wyrosła na... szumowinie.

Zadowolona z celnego określenia, Beverly ciągnęła:

- A ona to już w ogóle! Brytyjska biała hołota. Jedno warte drugiego. A w ogóle, gdzie jesteś? Tylko mi nie mów, że wzorem całego Zachodniego Wybrzeża zaczęłaś uprawiać jogging czy jogę, czy jakieś inne beznadziejne głupoty...

Beverly zdjęła nogi z biurka i usiadła prosto w obrotowym fotelu, jakby tknięta odkrywczą myślą.

- No tak, racja. Przecież miałaś dzisiaj lecieć na plan, wybić Timowi Lordowi z głowy wysadzenie w powietrze tej góry i uspokoić tych wszystkich działaczy na rzecz ochrony środowiska. Boże, ale ze mnie kretynka. Ja tu siedzę i ględzę do maszyny, a ty wyjechałaś... Na pustkowie Alaski, cholera jasna. Tak mi przykro. Alaska, ze wszystkich miejsc na ziemi... Zimno mi się robi na samą myśl...

Beverly wzięła się w garść.

- Nie, zaczekaj, to dobrze! Dobrze, że jesteś na Alasce, Lou. Alaska oderwie cię od myśli o... No cóż, fakt, nie bardzo wierzę, że cię oderwie, skoro jest tam też Jack Townsend, prawda? Wiem, co o nim sądzisz. Chryste. No cóż, słonko, tak czy inaczej, oddzwoń do mnie. I jak tylko wrócisz, idziemy na lunch.

Beverly odłożyła słuchawkę. Spojrzała ponuro w kubek swojego cappuccino.

- Mój Boże - powiedziała w przestrzeń. - Biedna LOU. Założę się, że w tej chwili żałuje, że w ogóle napisała ten kawałek.

2

- Mój Boże! - Lou Calabrese położyła głowę na lepkim blacie stolika w poczekalni lotniska. - Po co ja w ogóle napisałam ten kawałek?

Vicky Lord, siedząca po drugiej stronie stołu, przyjrzała się przyjaciółce z wyrazem troski na starannie umalowanej twarzy.

- Lou, kotku. Maczasz włosy w keczupie.

- No i co z tego? - Keczup nie keczup, blat stolika przyjemnie chłodził czoło. - Chciałam mu podarować coś, co mu da swobodę. Czemu po prostu nie kupiłam mu porsche?

- Kotku, podnieś głowę. Nie wiesz, co ludzie mogli robić na tym stoliku.

- Jasne, że prędzej czy później odjechałby w siną dal - ciągnęła Lou z rozpaczą, nie ruszając głowy z miejsca. - Ale przynajmniej nie każdy człowiek na zachodniej półkuli by o tym wiedział. Nie trąbiliby o tym w CNN.

- Posłuchaj mnie, Lou. - Otworzyła torebkę Prady, którą ostrożnie trzymała na kolanach, chcąc ją uchronić przed kontaktem z resztkami rozmaitych artykułów spożywczych. - Nie każdy człowiek na zachodniej półkuli wie o Barrym i Grecie. Jestem pewna, że są jacyś pustelnicy w Montanie - no wiesz, jak ten wariat Unabomber - którzy nic o tym nie słyszeli.

- Chryste - jęknęła Lou. - Czemu nie napisałam zwyczajnej romantycznej komedii? Na planie romantycznej komedii nie mogliby się zejść. To by było za bardzo, rozumiesz... Przewidywalne. Ci od public relations by im nie pozwolili.

- Lou, kotku, posłuchaj - powtórzyła Vicky, przekopując się przez zawartość torby. - Nie możesz całej winy zwalać na Hindenburga. Ty i Barry mieliście pewne problemy na długo przed Hindenburgiem, o ile pamiętam.

Lou, wciąż trzymając głowę na stoliku, zamrugała powiekami i spojrzała na przyjaciółkę. Poranne słońce wpadało ukośnie przez okna lotniskowej poczekalni. Jasny promień obejmował Vicky, która wyglądała jak anioł w tej różanej poświacie.

No, ale z drugiej strony, Vicky Lord zawsze wyglądała jak anioł. I nie chodziło tylko o nieskazitelną cerę. O nie. Vicky promieniała, i to od środka. Dla Lou, spędzającej o wiele za dużo czasu przed ekranem komputera, tego rodzaju blask był zupełnie nieosiągalny, od środka czy od zewnątrz.

- No pewnie - zgodziła się Lou. - Oczywiście, że miewaliśmy problemy. Byliśmy ze sobą... ile? Dziesięć lat? Dziesięć lat, a facet nadal nie chciał się poważnie zaangażować. Istotnie, przyznaję, to jest pewien problem.

Lou nie bardzo wiedziała, czemu chce się tłumaczyć tej anielskiej istocie siedzącej naprzeciwko. Czy Vicky mogłaby to w ogóle pojąć? Vicky - modelka, aktorka i obecna hollywoodzka dziewczyna na topie - która zawsze dostawała to, na co miała ochotę.

No cóż, niezupełnie. Było coś, czego Vicky pragnęła i nie dostała - facet, za którym szalała, a który rzucił ją, gdy tylko wspomniała o zaangażowaniu. Fakt, od tamtej pory minęło parę lat i teraz Vicky była szczęśliwą mężatką - żoną człowieka, który uwielbiał ją tak bezgranicznie, że ich małżeństwo z zasady podawano jako przykład najbardziej udanego związku w Hollywood. A jednak - mimo wszystko - może będzie umiała zrozumieć, co czuje Lou.

- Barry mi wmawiał, że nie może się bardziej zaangażować w nasz związek, bo nie chce, żebym miała na karku bezrobotnego aktora - dodała Lou. - No więc napisałam ten scenariusz, żeby miał wreszcie jakieś zajęcie.

Vicky wyłowiła z torebki to, czego szukała - puderniczkę od Diora. Otworzyła ją, żeby przyjrzeć się swoim wargom, niedawno powiększonym zastrzykami z kolagenu.

- Kotku... - westchnęła, studiując własne odbicie. - Nie napisałaś scenariusza, który dał mu jakieś zajęcie. Napisałaś coś, co w pięć minut z nieudacznika zrobiło Pana Osiem Cyfr na Czeku. A jak on ci się odwdzięcza? - Vicky podniosła oczy znad lusterka i całą siłę lazurowego spojrzenia skierowała na przyjaciółkę. - Żeniąc się z tą zimną suką zrobioną na blond. Ja tylko nie mogę zrozumieć, czemu jesteś tak strasznie zaskoczona.

Przecież wyprowadził się już jakiś czas temu, prawda? Ile to minęło?

- Kilka miesięcy. - Głos LOLI był pełen smutku. - Ale nic nie wspominał, że się w kimś zakochał. Powiedział tylko, że mimo wszystko nie może się wiązać na stałe.

- Tymczasem w gruncie rzeczy - to przecież jasne - miał na myśli, że nie może się związać z tobą. Kotku, ja to znam. Jack wyciął mi ten sam numer, pamiętasz? Tylko że on jeszcze sobie chyba nie znalazł tej jedynej. Może dlatego, że jego zdaniem taka kobieta nie istnieje. - Vicky potrząsnęła głową, przy czym na moment złapała w lusterku puderniczki odbicie barowego kontuaru. - Czy do ciebie dotarło, że oni tu nie podają kawy espresso? Ja wszystko rozumiem, Anchorage to nie Los Angeles, ale jesteśmy chyba jeszcze w Ameryce, prawda?

- Boże! - zawołała Lou. Podniosła głowę znad stolika, ale czoło ukryła w dłoniach. - Kiedy pomyślę, ile dla niego zrobiłam! Mówię ci, napisanie tego durnego scenariusza to mój największy życiowy błąd!

Wyraźnie zadowolona ze swojej konturówki do ust, Vicky zamknęła puderniczkę i wsunęła ją z powrotem do torby.

- Twoim największym życiowym błędem był związek z Barrym - powiedziała. - A napisanie Hindenburga to genialne posunięcie. Na miłość boską, Lou, przecież to już klasyka amerykańskiego kina.

- Klasyczna kupa łajna - powiedziała gorzko Lou.

- Brakowało mu głębi - przyznała Vicky, wzruszając ramionami. - Nie da się ukryć. Ale sceny akcji robiły wrażenie. A te sceny miłosne między Barrym i Gretą... - Nie umknęło uwagi Lou, że Vicky z wysiłkiem otrząsnęła się z rozmarzenia, w które zaczynała popadać. Przyjaciółka przygryzła dolną wargę - rujnując przy okazji linię konturówki - i dodała: - O Boże, kotku, przepraszam.

- Nie trzeba. - Lou skuliła się na plastikowym krześle. - Nic się nie stało. Poradzę sobie. W sumie to wszystko nie jest dla mnie taką totalną niespodzianką. Miałam pewne podejrzenia. W przeciwieństwie do niektórych.

Vicky uniosła brew.

- Mówisz o Jacku? - spytała. - On wiedział. Lou roześmiała się gorzko.

- Daj spokój, Vicky. Nic nie wiedział. Nie miał pojęcia.

- O Grecie i Barrym? - Vicky potrząsnęła głową tak mocno, że zburzyła śliczną krótką fryzurkę. - Mówię ci, wiedział. Nie jest wcale taki głupi, Lou.

- Rzucił cię, nie? - spytała ostro Lou. - Jeżeli to nie jest objaw kardynalnej głupoty, to ja już nie wiem, co jest głupie.

- Kochana jesteś! - Vicky posłała jej jeszcze jeden anielski uśmiech ze swojego bogatego repertuaru. - Ale, kotku, przysięgam ci, on nie zdemolował tego pokoju hotelowego przez Gretę. To znaczy, żeby Jack tak się zdenerwował, musiałby, no wiesz, przejmować się nią.

- A to jest biologicznie niemożliwe dla kogoś zupełnie pozbawionego serca - mruknęła Lou.

Zresztą sama Vicky, jedna z wielu gwiazdeczek, które Jack porzucił na swojej drodze, powinna dobrze o tym wiedzieć. Jedyny człowiek w Hollywood, który miał na koncie więcej romansów niż Jack Townsend, to Tim Lord, reżyser i Hindenburga, i najnowszej części Gliniarza zabójcy...

Jack przynajmniej wyświadczał swoim podrywkom tę uprzejmość, że ich nie poślubiał, a potem nie ciągał całymi tygodniami po sądach, co Timowi Lordowi przytrafiało się notorycznie. Vicky była jego trzecią żoną. Facet miał niefartowną skłonność - nie tak znów rzadką w Hollywood - do zawierania małżeństw z odtwórczyniami głównych ról swoich filmów, a chociaż rólka Vicky w Hindenburgu - grała tam żonę kapitana sterowca - była niewielka, i tak udało jej się skraść serca zarówno publiczności, jak i reżysera.

Nie można powiedzieć, żeby Vicky wpadła z deszczu pod rynnę, zamieniając Jacka na Tima. Kochała swojego męża, a Tim był nią ewidentnie zauroczony, tymczasem Jack...

No cóż. Dzień, w którym się okaże, że Jacka Townsenda choć trochę obchodzi ktoś, kto się nie nazywa Jack Townsend, będzie dniem, w którym Lou pojawi się przy basenie hotelu Beverly Hills ubrana wyłącznie w stringi.

- Och, czekaj - powiedziała Vicky i rozjaśniła się. - Idzie tu do nas facet, który wygląda, jakby się nigdy nie mył. Może nam powie, skąd to opóźnienie.

Niedomyty dżentelmen, krzepki typek w wełnianej czapce, okazał się członkiem załogi. Więcej nawet, okazał się głównym pilotem.

- Czekamy już tylko na pana Townsenda - poinformował, nawet dość grzecznie. - A potem ruszamy w drogę.

Lou była pewna, że się przesłyszała.

- Jack Townsend? - powtórzyła, szeroko otwierając oczy. - Powiedział pan, że czekamy na Jacka Townsenda?

Pilotowi niełatwo było oderwać oczy od promiennej Vicky, ale jakoś mu się w końcu udało.

- Zgadza się, proszę pani - powiedział do Lou, a potem niechętnie - bo jak wszystkich mężczyzn ciągnęło go do eterycznej Vicky Lord - poczłapał w swoją stronę.

- O mój Boże ...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin