Rozdział 16.doc

(118 KB) Pobierz

Część trzecia

 

Droga do nieba

 

 

Och tak, wiem, że droga do nieba była łatwa.

Odnaleźliśmy małe królestwo naszych namiętności

Które dzielą wszyscy zakochani.

Ukryliśmy się w dzikiej i sekretnej radości

A bogowie i demony krzyczeli w naszych zmysłach.

 

 

- Siegfried Sassoon, „The Imperfect Lover”

 

 

16. Zasady wiary

 

 

Od pamiętnej nocy kiedy wróciła do domu i nie zastała w nim swojej matki, Clary wyobrażała sobie że znów ją zobaczy, całą i zdrową, tak często, że jej wyobrażenia nabrały cech typowych dla zdjęcia, które wyblakło od zbyt częstego oglądania. Te obrazki stanęły jej teraz przed oczami, nawet gdy gapiła się z niedowierzaniem – obrazki w których jej matka, wyglądająca na całą i zdrową, uściskała ją i powiedziała, jak bardzo za nią tęskniła, i że od teraz już wszystko będzie dobrze.

Tamto wyobrażenie jej matki prawie wcale nie pokrywało się z postacią, która przed nią stała. Clary pamiętała Jocelyn jako łagodną i wrażliwą na sztukę kobietę, wyglądającą odrobinę cygańsko w swoim kombinezonie pochlapanym farbą, z włosami splecionymi w warkocze lub upiętymi za pomocą ołówków w niedbały kok. Ta Jocelyn była ostra jak nóż, z gładko zaczesanymi włosami, w czarnej zbroi która sprawiała, że jej twarz wyglądała na bladą i zaciętą. Również jej spojrzenie nie było takie, jak Clary sobie wymyśliła. Zamiast radości, w sposobie w jaki na nią patrzyła było przerażenie, a jej zielone oczy otwarły się szeroko.

- Clary – szepnęła. – Twoje ubranie.

              Clary spojrzałała w dół. Miała na sobie czarną zbroję Nocnego Łowcy Amatis, dokładnie to czemu jej matka poświęciła całe życie, upewniając się, że nigdy nie będzie musiała jej nosić. Z trudem przełknęła ślinę i wstała, ściskając dłońmi krawędź stołu. Mogła dostrzec jak białe zrobiły się jej kostki, ale czuła jakby jej dłonie jakimś cudem odłączyły się od ciała, tak jakby należały do kogoś innego.

              Jocelyn zrobiła krok do przodu, wyciągając ramiona.

- Clary...

              A ona cofnęła się do tyłu, tak pośpiesznie, że uderzyła plecami o blat. Przeszył ją ból ale nawet nie zwróciła na to uwagi; wpatrywała się w swoją matkę. Tak samo jak Simon z otwartymi ustami i Amatis, wyglądajaca na nawiedzona. Isabelle stanęła pomiędzy Clary i jej matką, jej dłonie wślizgnęły się pod fartuch a Clary miała wrażenie, ze zaraz wyciągnie stamtąd swój smukły bat z elektrum.

- Co się tutaj dzieje? – spytała z naciskiem. – Kim jesteś?

              Jej mocny głos zadrżał lekko gdy zauważyła wyraz twarzy Jocelyn, która wpatrywała się w nią, przykładając dłoń do serca.

- Maryse – jej głos zniżył się prawie do szeptu.

              Isabelle wyglądała na zaskoczoną.

- Skąd znasz imię mojej matki?

              Kolor natychmiast wrócił na twarz Jocelyn.

- Oczywiście. Jesteś córką Maryse. Po prostu... jesteś do niej taka podobna – powoli opuściła rekę. – Nazywam się Jocelyn Fr... Fairchild. Jestem matką Clary.

              Isabelle wyjęła dłoń spod fartucha i zerknęła na Clary, jej oczy wypełniało zakłopotanie.

- Ale przecież byłaś w szpitalu... w Nowym Jorku...

- Byłam – powiedziała Jocelyn silniejszym głosem. – Ale dzięki mojej córce, teraz mam się dobrze. I chciałabym z nią chwilę porozmawiać.

- Nie jestem pewna – odezwała się Amatis – czy ona chce rozmawiać z tobą – wyciągnęła dłoń żeby położyć ją na jej ramieniu. – To musi być dla niej szok...

              Jocelyn strząsnęła dłoń i ruszyła w stronę Clary, wyciągajac ręce.

- Clary...

              W końcu Clary odzyskała głos. Był to zimny, lodowaty głos, tak pełen złości, że ją samą to zaskoczyło.

- Jak się tu dostałaś, Jocelyn?

              Jej matka zatrzymała się w miejscu. Przez jej twarz przemknął wyraz niepewności.

- Przeszłam przez Portal razem z Magnusem Bane’m. Wczoraj przyszedł do mnie do szpitala... przyniósł ze sobą antidotum. Powiedział o wszystkim co dla mnie zrobiłaś. Chciałam się z tobą zobaczyć od momentu, w którym się obudziłam... – jej głos ścichł. – Clary, czy coś się stało?

- Dlaczego nigdy nie powiedziałaś mi, że mam brata? – spytała Clary. Nie przypuszczała, że to powie, nawet nie miała zamiaru tego mówić. Ale słowa same wyszły z jej ust.

              Jocelyn załamała dłonie.

- Myślałam, że nie żyje. Myślałam, że niepotrzebnie cię to zrani gdy się już dowiesz.

- Pozwól, że coś ci powiem, mamo – odparła Clary. – Wiedza jest lepsza od niewiedzy. Zawsze.

- Tak mi przykro... – zaczęła Jocelyn.

- Przykro?! – Clary podniosła głos. Czuła się tak, jakby coś w jej wnętrzu pękło, i wszystko się z niej wylewało, cała jej gorycz, cała powstrzymywana dotychczas wściekłość. – Wytłumaczysz mi czemu nigdy mi nie powiedziałaś, że jestem Nocnym Łowcą? Albo że mój ojciec nadal żyje? Och, i jeszcze o tym, za jaką sumkę kazałaś Magnusowi ukraść moje wspomnienia?

- Chciałam cię chronić...

- W takim razie gratuluję mistrzowsko wykonanego zadania! – głos Clary podniósł się jeszcze wyżej. – Co według ciebie miało się ze mną stać po twoim zniknięciu? Gdyby nie Jace i reszta, już dawno bym nie żyła. Nigdy mi nie pokazałaś jak mam się bronić. Nigdy nie powiedziałaś jak naprawde się sprawy mają i jakie to może być niebezpieczne. Co ty sobie myślałaś? Że jeśli nie zobaczę ich na własne oczy, to co, to znaczy że one nie mogą zobaczyć mnie? – jej oczy płonęły. – Wiedziałaś, że Valentine żyje. Powiedziałaś Lukowi, że masz powody by przypuszczać, że ciągle żyje.

- I dlatego musiałam cię ukryć – odparła Jocelyn. – Nie mogłam ryzykować, że Valentine dowie się gdzie jesteś. Nie mogłam pozwolić żeby cię tknął...

- Dlatego, że twoje pierwsze dziecko zmienił w potwora – odparowała Clary – i nie chciałaś, żeby to samo zrobił ze mną.

              Oniemiała z szoku Jocelyn mogła tylko patrzeć.

- Tak – powiedziała w końcu. – Tak, ale nie tylko o to chodziło...

- Ukradłaś mi wspomnienia – ciagnęła Clary. – Odebrałaś mi je. Odebrałaś mi to kim byłam.

- Nie jesteś taka! – krzyknęła płaczliwie Jocelyn. – Nigdy nie chciałam, żebyś się taka stała...

- To czego chciałaś nie ma teraz żadnego znaczenia! – wrzasnęła Clary. – Taka właśnie jestem. Odebrałaś mi coś, co wcale do ciebie nie należało!

              Jocelyn poszarzała na twarzy. Łzy wezbrały w oczach Clary – nie mogła znieść widoku swojej matki, oglądać jej tak zranionej, a jednak to ona była tą która ją raniła – i wiedziała, że gdyby znów otworzyła usta, wylałoby się z nich więcej zaprawionych nienawiścią, gniewnych słów. Przycisnęła więc do nich dłoń i rzuciła się w stronę wyjścia, przepychając się obok matki i wyciagniętej dłoni Simona. Jedyne czego chciała to uciec. Pchnęła na oślep frontowe drzwi i prawie wypadła na ulicę. Za jej plecami ktoś wołał jej imię, ale nie odwróciła się ani razu. Biegła.

 

 

              Jace był nieco zaskoczony odkryciem, że Sebastian zostawił konia Varlaców w stajni zamiast wziąć go ze sobą tej nocy kiedy uciekł. Pewnie bał się, że Wędrowiec może zostać w jakiś sposób namierzony. Pewną satysfakcję sprawiło mu osiodłanie konia i wyjechanie na nim z miasta. Gdyby Sebastian potrzebował Wędrowca, to by go tu nie zostawił... A poza tym, koń wcale nie należał do niego. Jednak faktem było, że Jace lubił konie. Ostatnim razem jechał na jakimś gdy miał dziesięć lat, ale wspomnienia, co zauważył z zadowoleniem, wracały szybko.

              Sześć godzin zajęła jemu i Clary droga powrotna z rezydencji Waylandów do Alicante. Teraz jadąc niemal cwałem, zajęło mu to prawie dwie godziny. Zanim dotarli do mostu, mijając po drodze domy i ogrody, on i koń byli pokryci cienką warstewką potu. Zaklęcia mylące, które ukrywały rezydencję, zostały zniszczone razem z jej fundamentami. Jedyne co pozostało po tym eleganckim budynku była bezładna sterta zetlałych kamieni. Ogrody, osmalone na krańcach, ciagle przywoływały wspomnienia czasu gdy mieszkał tu jako dziecko. Rosły tu krzewy róż, ogołocone z pąków i porosłe chwastami; kamienne ławki stały przy pustych sadzawkach, widać było zagłębienie w ziemi gdzie leżał z Clary w nocy, kiedy rezydencja się zawaliła. Między pniami drzew mógł dostrzec skrzącą się niebiesko taflę pobliskiego jeziora.

              Zalała go fala goryczy. Wsadził rękę do kieszeni i wyciągnął najpierw stelę – którą „pożyczył” z pokoju Aleca zanim wyszedł, jako zastępstwo tej którą zgubiła Clary. Alec zawsze mógł dostać nową. Potem wyjął nić, którą wyrwał z rękawa płaszcza Clary. Leżała na jego dłoni, poplamiona na czerwonobrązowo na jednym końcu. Zacisnął wokół niej rękę, tak mocno że aż kości wystawały mu spod skóry, i używając steli, nakreślił runę na jej grzbiecie. Słabe ukłucie było bardziej znajome niż bolesne. Obserwował jak znak wtapia się w jego skórę, tak jak kamień tonący w wodzie, i zamknął oczy.

              Zamiast wnętrza swoich powiek zobaczył dolinę. Stał na skarpie, patrząc w dół, i tak jakby patrzył na mapę z oznaczonymi pinezkami punktami, tak zobaczył dokładne miejsce pobytu Sebastiana. Przypomniał sobie skąd Inkwizytor wiedział że łódź Valentine’a była na środku East River i zdał sobie sprawę, z tego że właśnie tak go namierzył. Każdy szczegół był wyraźny – każde źdźbło trawy, brązowawe liście rozrzucone wokół jego stóp... ale nie było słychać żadnego dźwięku. Krajobraz tonął w niesamowitej ciszy.

              Dolina miała kształt podkowy, z jednym końcem węższym od drugiego. Jasny, srebrzysty brzeg – jeziora lub strumienia – przecinał jej środek i znikał pomiędzy skałami w węższym końcu. Przy strumieniu stały domy wzniesione z szarego kamienia. Białe kłęby dymu unosiły się z ich kominów. Ta dziwnie sielankowa scena sprawiała wrażenie cichej i spokojnej pod błękitem nieba. W miarę jak patrzył, w zasięgu jego wzroku pojawiła się smukła postać. Sebastian. Odkąd nie musiał się przejmować udawaniem, jego arogancja była dobrze widoczna w sposobie w jaki chodził, w ułożeniu jego ramion i uśmieszku na jego twarzy. Ukląkł nad brzegiem i zanurzył w nim dłonie, spryskując wodą twarz i włosy.

              Jace otworzył oczy. Pod nim Wędrowiec z zadowoleniem skubał trawę. Jace schował stelę i nić z powrotem do kieszeni, a rzucając ostatnie spojrzenie na ruiny domu w którym się wychował, ściągnął wodze i szturchnął piętami boki konia.

 

 

              Clary leżała w trawie nad krańcem Zbocza Gardu i patrzyła ponuro na Alicante. Widok jaki się przed nią rozciągał był spektakularny, musiała to przyznać. Mogła spoglądać na dachy miejskich budynków, ozdobionych wymyślnymi rzeźbami i oznaczonymi runami chorągiewkami, poprzez iglice Sali Porozumień, w kierunku czegoś, co połyskiwało w oddali jak srebrna moneta... Jezioro Lyn? Za nią stały czarne ruiny Gardu. Wieże demonów lśniły jak kryształ. Clary pomyślała, że prawie może dostrzec zaklęcia chroniące, migoczące jak niewidzialna sieć utkana dookoła granic miasta.

              Spojrzała w dół na swoje dłonie. Rozszarpała kilka garści trawy w ostatnich, targających nią spazmach gniewu, i teraz jej palce kleiły się od brudu i krwi, kiedy prawie oderwała sobie paznokieć. Kiedy wściekłość jej przeszła, zastąpiło ją uczucie całkowitej pustki. Nie zdawała sobie sprawy z tego jak bardzo była zła na swoją matkę, aż do momentu gdy stanęła w progu i gdy odsunęła na bok swój strach o jej życie, i nagle zdała sobie sprawę z tego co kryło się pod spodem. Teraz, odkąd się uspokoiła, zastanawiała się, czy jakaś jej część chciała ukarać ją za to co stało się z Jasem. Gdyby nie został okłamany – gdyby oboje nie zostali okłamani – to może szok związany z odkryciem co Valentine zrobił mu gdy był zaledwie dzieckiem nie doprowadziłby go do zrobienia tego, co dla Clary równało się niemal z samobójstwem.

- Mogę się przyłączyć?

              Podskoczyła zaskoczona i przekręciła się na bok by spojrzeć w górę. Nad nią stał Simon z rękami wciśniętymi w kieszenie. Ktoś – pewnie Isabelle – dał mu ciemną kurtkę z materiału, z którego zrobione były zbroje Nocnych Łowców. Wampir w zbroi, pomyślała Clary, zastanawiając się czy to był pierwszy taki raz.

- Podkradłeś się – powiedziała. – Chyba marny ze mnie Nocny Łowca.

              Simon wzruszył ramionami.

- No cóż, na twoją obronę mogę powiedzieć, że poruszam się z bezszelestną gracją pantery.

              Wbrew sobie, uśmiechnęła się. Usiadła i otrzepała dłonie z brudu.

- W takim razie dołącz do mnie. Ta stypa jest otwarta dla wszystkich.

              Siadając obok niej, Simon spojrzał  na miasto i zagwizdał.

- Niezły widok.

- Tak – zgodziła się Clary, przyglądając mu się z ukosa. – Jak mnie znalazłeś?

- Zajęło mi to parę godzin – uśmiechnął się krzywo. – Potem przypomniałem sobie jak się kłociliśmy gdy byliśmy w pierwszej klasie, i jak się wtedy dąsałaś i właziłaś na dach naszego domu, a wtedy moja mama musiała cię stamtąd ściągać.

- No i?

- Znam cię – powiedział. – Gdy się czymś denerwujesz, idziesz gdzieś wysoko.

              Wyciagnął coś w jej stronę – jej zielony, schludnie złożony płaszcz. Wzięła go i włożyła – biedak zaczął już zdradzać pierwsze objawy noszenia. Na łokciu była nawet dziura, dostatecznie duża by można było w nią wsadzić palec.

- Dzięki, Simon – oplotła dłońmi kolana i zapatrzyła się na miasto. Słońce wisiało nisko na niebie a wieże zaczęły lśnić czerwonawym różem.

- To moja matka cię tu wysłała?

              Potrząsnął głową.

- Właściwie to Luke. Poprosił mnie tylko żebym ci przekazał żebys wróciła przez zachodem słońca. Coś ważnego zaczyna się dziać.

- Co takiego?

- Luke powiedział Clave żeby do zachodu słońca podjęli decyzję czy zgadzają się oddać Podziemnym stanowiska w Radzie. O zmierzchu wszyscy mają się stawić pod Północną Bramą. Jeśli Clave się zgodzi, to wejdą do Alicante. Jeśli nie...

- To odejdą – dokończyła za niego Clary. – A Clave podda się przed Valentinem.

- Uhm.

- Zgodzą się – powiedziała. – Muszą – objęła kolana ramionami. – Nigdy nie wybiorą Valentine’a. Nikt by nie wybrał.

- Cieszę się, że twój idealizm nie uległ zniszczeniu – odparł Simon, i mimo że ton głosu jakim to powiedział był swobodny, Clary usłyszała w nim czyjś inny. Usłyszała głos Jace, który powiedział że nigdy nie był marzycielem, i zadrżała z zimna pomimo płaszcza.

- Simon – odezwała się. – Mam głupie pytanie.

- O co chodzi?

- Spałeś z Isabelle?

              Simon wydał z siebie zdławiony odgłos. Clary obróciła się powoli żeby na niego spojrzeć.

- Dobrze się czujesz? – spytała.

- Tak myślę – odparł, z widocznym wysiłkiem odzyskując rownowagę. – Pytasz poważnie?

- No cóż, nie było cię przez całą noc.

              Simon milczał przez długą chwilę.

- To chyba nie jest twoja sprawa, ale nie – powiedział  w końcu.

- No tak – podjęła Clary po przerwie. – Nie wykorzystałbyś jej gdy była pogrążona w smutku i w ogóle.

              Simon prychnął.

- Jeśli kiedykolwiek spotkasz faceta, który byłby zdolny do wykorzystania Isabelle, to musisz dać mi znać. Chciałbym móc uścisnąć mu dłoń. Albo bardzo szybko od niego uciec, nie wiem co lepsze.

- Więc nie spotykasz się z Isabelle?

- Clary, dlaczego mnie o nią pytasz? Nie wolisz porozmawiać o swojej mamie? Albo o Jasie? Izzy powiedziała mi że odszedł. Wiem jak musisz się teraz czuć.

- Nie – odparła. – Nie sądzę żebyś wiedział.

- Nie jesteś jedyną osobą, która kiedyś czuła się opuszczona – w głosie Simona pobrzmiewała nuta zniecierpliwienia. – Po prostu chyba myślałem... To znaczy, nigdy nie widziałem, żebyś aż tak się wściekła. I to na dodatek na swoją matkę. Myślałem, że za nią tęskniłaś.

- Oczywiście, że tęskniłam! – zawołała Clary, uświadamiając sobie w miarę mówienia jak ta scena w kuchni musiała wyglądać. Zwłaszcza dla jej matki. Odepchnęła od siebie tą myśl. – Po prostu byłam tak skupiona na tym żeby ją ratować – ochronić ją przed Valentinem a potem znaleźć sposób na jej uzdrowienie – że nigdy nawet nie pomyślałam o tym, jak mogę być na nią wściekła za te wszystkie lata kiedy mnie okłamywała. Że utrzymywała to przede mną w tajemnicy, nie pozwalała mi poznać prawdy. Nigdy nie dała mi szansy żebym dowiedziała się kim tak naprawdę jestem.

- Ale nie to powiedziałaś kiedy weszła do pokoju – odezwał się cicho Simon. – Spytałaś: „Dlaczego nigdy nie powiedziałaś mi, że mam brata?

- Wiem – Clary urwała źdźbło trawy i zaczęła je obracać w palcach. – Chyba nie mogę przestać myśleć o tym, że gdybym znała prawdę, to nie poznałabym Jace’a w tych samych okolicznościach. Nie zakochałabym się z nim.

              Simon milczał przez chwilę

- Nie sądzę żebym kiedykolwiek słyszał jak to mówisz.

- Że go kocham? – zaśmiała się, ale nawet w jej własnych uszach zabrzmiało to ponuro. – W tej chwili udawanie że go nie kocham nie ma żadnego sensu. I pewnie wcale nie ma znaczenia. Możliwe że i tak już nigdy go nie zobaczę.

- Wróci.

- Może.

- Wróci – powtórzył Simon. – Po ciebie.

- Nie wiem – Clary pokręciła głową. Robiło się coraz zimniej a słońce zachodziło już za horyzont. Zmrużyła oczy, pochylając się do przodu i wysilając wzrok. – Simon, spójrz.

              Podążył za jej wzrokiem. Za magiczną barierą, tuż przy Północnej Bramie wiodącej do miasta, gromadziły się setki ciemnych sylwetek, jedni stali w grupach a drudzy osobno: Podziemni, których Luke wezwał by pomóc miastu, czekający cierpliwie na werdykt Clave który pozwoli im wejść do środka. Dreszcz przeszedł Clary po krzyżu. Nie tylko stała na szczycie wzgórza, spoglądając na widoczne w dole miast, ale także na krawędzi kryzysu, wydarzeniu, które zmieni funkcjonowanie całego świata Nocnych Łowców.

- Są tutaj – powiedział Simon, jakby do siebie. – Ciekawe czy to oznacza, że Clave podjęło już jakąś decyzję?

- Mam nadzieję – źdźbło trawy, które obracała w palcach, zmieniło się z bezkształtną zieloną masę; wyrzuciła je i wyrwała następne. – Nie mam pojęcia co zrobię, jeśli zdecydują się poddać. Może uda mi się stworzyć Portal który przeniesie nas wszystkich gdzieś, gdzie Valentine nigdy nas nie znajdzie. Na bezludną wyspę czy coś takiego.

- Okej, teraz to ja mam do ciebie głupie pytanie – powiedział Simon. – Potrafisz stworzyć nowe runy, prawda? Dlaczego po prostu nie stworzysz takiej, która zniszczy wszystkie demony na świecie? Albo zabije Valentine’a?

- To nie działa w ten sposób – zaczęła tłumaczyć Clary. – Moge narysować tylko te runy, które uprzednio zwizualizuję. Gotowy obraz musi pojawić się w mojej głowie, tak jak zdjęcie. Kiedy staram się wyobrazić sobie „zabij Valentine’a” albo „rządź światem” czy coś podobnego, to nie widzę żadnych obrazków. Tylko mgła.

- Jak myślisz, skąd biorą się te obrazy run?

- Nie wiem – odparła. – Wszystkie runy jakie znają Nocni Łowcy pochodzą z Szarej Księgi. Dlatego mogą ich używać tylko Nefilim; to po to zostały stworzone. Ale są też inne, starsze. Magnus mi powiedział. Tak jak to Piętno Kaina. To Znak ochronny, ale nie pochodzi z Szarej Księgi. Więc kiedy myślę o tych runach, tak jak w przypadku Nieustraszonego, to nie wiem, czy to coś, co sama to wymyślam, czy pamiętam... runy starsze niż Nocni Łowcy. Runy tak stare jak same anioły.

              Pomyślała o znaku jaki pokazał jej Ithuriel, prostej jak pojedynczy supeł. Czy pochodziła z jej umysłu czy z umysłu anioła? A może po prostu istniały od zawsze, tak jak morze lub niebo?  Ta myśl sprawiła, że zadrżała.

- Zimno ci? – spytał Simon.

- Tak... a tobie nie?

- Ja już nie odczuwam zimna – objął ją ramieniem, zataczajac dlonią powolne kręgi na jej plecach. Zachichotał żałośnie. – To pewnie i tak niewiele pomoże, skoro moje ciało nie wydziela już ciepła.

- Nie – powiedziała Clary. – To znaczy... tak, pomaga. Zostań tak jak jesteś – spojrzała na niego. Patrzył w kierunku Północnej Bramy otoczonej przez stłoczone, ciemne postacie Podziemnych, stojących prawie w bezruchu. W jego oczach odbijało się czerwone światło wieży demonów przez co wyglądał jak ktoś na zdjęciu zrobionym z włączonym fleszem. Mogła dostrzec bladoniebieskie żyły rozgałęziające się tuż pod jego skórą, w miejscach gdzie była najcieńsza: na jego skroniach, u podstawy obojczyków. Wiedziała wystarczająco dużo o wampirach by wiedzieć, że oznaczało to, że od jego ostatniego posiłku musiało już upłynąć trochę czasu.

- Jesteś głodny?

              W końcu na nią spojrzał.

- Boisz się że cię ugryzę?

- Dobrze wiesz, że możesz się napić mojej krwi zawsze jeśli będziesz tego potrzebował.

              Dreszcz, ale nie z powodu zimna, targnął jego ciałem, i przyciągnął ją bliżej do swojego boku.

- Nigdy bym tego nie zrobił – powiedział. – Poza tym, piłem już krew Jace’a... i mam dość wysysania moich przyjaciół.

              Clary przypomniała sobie o srebrzystej bliźnie na gardle Jace’a. Powoli, z myślami wypełnionymi jego obrazami, powiedziała:

- Myślisz, że to dlatego...?

- Dlaczego co?

- Dlaczego słońce cię nie rani. To znaczy, raniło przed tym, prawda? Przed tą nocą na łodzi?

              Niechętnie skinął głową.

- Więc co się jeszcze zmieniło? Czy po prostu chodzi o to że napiłeś się jego krwi?

- Masz na myśli to, że jest Nefilim? Nie. Nie, to coś innego. Ty i Jace... nie jesteście całkiem normalni, prawda? Mam na myśli, że nie jesteście normalnymi Nocnymi Łowcami. Jest w was coś wyjątkowego. Tak jak powiedziała Królowa Jasnego Dworu. Byliście eksperymentami – uśmiechnął się, widząc jej zdumione spojrzenie. – Nie jestem głupi. Potrafię dodać dwa do dwóch. Ty ze swoją zdolnością do tworzenia nowych run, a Jace... no cóż, nikt nie może być aż tak irytujący bez posiadania jakichś nadprzyrodzonych mocy.

- Naprawdę aż tak bardzo go nie znosisz?

- To nie jest tak że go nie znoszę – zaprotestował Simon. – To znaczy, nienawidziłem go na początku. Sprawiał wrażenie takiego aroganckiego i pewnego siebie, a ty byłaś w niego wpatrzona jak w obrazek.

- Nieprawda.

- Daj mi skończyć, Clary – w głosie Simona słychać było lekkie zdyszanie, jeśli można tak było powiedzieć o kims kto wcale nie oddychał. Brzmiał jakby biegł w kierunku czegoś. – Mogę powiedzieć jak bardzo go lubiłaś a ja myślałem, że on cię wykorzystuje, że byłaś tylko głupią Przyziemną, której mogły zaimponować jego sztuczki Nocnego Łowcy. Za pierwszym razem wmówiłem sobie, że nigdy nie dałabyś się na to złapać, a potem, że nawet gdyby się tak stało, że znudziłby się tobą i w końcu wróciłabyś do mnie. Nie jestem z tego dumny, ale kiedy jesteś zdesperowany, uwierzysz we wszystko. A kiedy okazało się, że jest twoim bratem, to było jak odroczenie wyroku w ostatniej chwili... i cieszyłem się z tego. Cieszyłem się nawet z tego, gdy widziałem jak bardzo musiał cierpieć, aż do tamtej nocy na Jasnym Dworze kiedy go pocałowałaś. Widziałem...

- Co takiego? – spytała Clary, nie mogąc znieść tego że przerwał.

- Sposób w jaki na ciebie patrzył. Wtedy to zrozumiałem. On nigdy cię nie wykorzystywał. Kochał cię i to go zabijało.

- To dlatego poszedłeś do Dumort? – szepnęła Clary. To było coś co od zawsze chciała wiedzieć, tylko nigdy nie miała dość odwagi żeby go spytać.

- Przez ciebie i Jace’a? To nie był żaden rzeczywisty powód. Chciałem tam wrócić od czasu tamtej nocy w hotelu. Śniłem o tym. Wstawałem z łóżka, ubierałem się i byłem już na ulicy, i wiedziałem, że chcę tam wrócić. Nocą zawsze się pogarszało. Pogarszało się za każdym razem gdy byłem w jego pobliżu. Nawet do głowy mi nie przyszło, że to miało związek z czymś nadnaturalnym... Myślałem, że to jakiś stres pourazowy czy coś takiego. Tamtego wieczoru byłem już tak zmęczony i wściekły, a my byliśmy tak blisko hotelu i była noc... Ledwo pamiętam co się wtedy właściwie stało. Pamiętam tylko spacer przez park a potem... Pustka.

- Gdybyś się wtedy na mnie nie wściekł... Gdybyśmy cię nie zdenerwowali...

- To nie jest tak że miałaś jakiś wybór – powiedział Simon. – I to nie jest tak że o tym nie wiedziałem. Można tylko unikać prawdy tak długo aż sama da o sobie znać. Zrobiłem błąd nie mówiąc ci o tym co się ze mną działo ani o moich snach. Ale nie żałuję że się spotykaliśmy. Cieszy mnie to że spróbowaliśmy. Kocham cię za to że próbowałaś, nawet jeśli i tak nic by z tego nie wyszło.

- Z całych sił pragnęłam by nam wyszło – powiedziała miękko Clary. – Nigdy nie chciałam cię zranić.

- I tak bym tego nie zmienił – odparł Simon. – Nigdy nie przestałbym cię kochać. Za nic w świecie. Wiesz co powiedział mi Raphael? Że nie wiedziałem jak to jest być dobrym wampirem, że wampiry akceptują to, że są martwe. Ale tak długo jak będę pamiętał jak to było kochać cię, to zawsze będę miał wrażenie że żyję.

- Simon...

- Popatrz – przerwał jej, jego ciemne oczy rozszerzyły się. – Tam w dole.

              Srebrnoczerwona słoneczna tarcza widniała na horyzoncie. W miarę jak patrzyła, obniżała się aż całkiem znikła, chowając się za ciemną krawędzią świata. Wieże demonów Alicante zbudziły się nagle do życia, rozjarzając się się światłem. W ich blasku Clary mogła dostrzec ciemny tłum tłoczący się niespokojnie przy Północnej Bramie.

- O co chodzi? – szepnęła. – Słońce zaszło. Czemu nie otwierają Bramy?

              Simon zastygł w bezruchu.

- Clave – powiedział. – Widocznie musieli odmówić Lukowi.

- Nie mogą tego zrobić! – powiedziała Clary podniesionym głosem. – To by znaczyło, że...

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin