Rozdział 18.doc

(151 KB) Pobierz

18.   Witaj i żegnaj

 

 

Dolina była o wiele piękniejsza w rzeczywistości niż z wizji Jace’a. Może działo się tak za sprawą księżycowego światła posrebrzającego rzekę, która przecinała jej zielone dno. Po obu jej stronach tu i ówdzie rosły białe brzozy i osiki. Ich liście drżały na wietrze. Na niczym nieosłoniętym szczycie wzgórza było chłodno. To bez wątpienia była ta sama dolina, w której widział ostatnio Sebastiana. Wreszcie go doganiał. Po tym jak przywiązał Wędrowca do drzewa, wyjął z kieszeni zakrwawiony kawałek nitki i powtórzył cały rytuał tylko po to, żeby się upewnić. Zamknął oczy, spodziewając się zobaczyć Sebastiana, z nadzieją że będzie gdzieś blisko... może nawet ciągle w dolinie.

Zamiast tego zobaczył ciemność.

Jego serce zaczęło walić. Spróbował jeszcze raz, przekładając nić do lewej ręki i rysując niezdarnie namierzającą runę na jej grzbiecie za pomocą prawej, mniej zwinnej dłoni. Tym razem zanim zamknął oczy, wziął głęboki oddech.

I znów nic. Tylko drżąca, cienista czerń. Stał przez kilka minut zaciskając zęby. Zimny, kąsający wiatr wciskał mu się pod kurtkę, przyprawiając go o gęsią skórkę. W końcu, przeklinając, otworzył oczy... i potem, w przypływie potwornej złości, otworzył też dłoń. Wiatr porwał nić i uniósł w powietrze tak szybko, że nawet gdyby pożałował tego co zrobił, to i tak nie mógłby jej odzyskać.

Jego myśli pędziły jak szalone. Było jasne, że namierzająca runa już nie działała. Prawdopodobnie Sebastian zorientował się, że jest śledzony i zrobił coś, żeby złamać zaklęcie... Ale co można było zrobić, żeby przerwać namierzanie? Moża znalazł większy zbiornik wody. Woda zaburzała działanie magii.

Nie bardzo mu to pomogło. Przecież nie mógł sprawdzać każdego jeziora w kraju żeby zobaczyć, czy na środku jakiegoś nie pływa Sebastian. Był już tak blisko... tak blisko. Widział tą dolinę, widział w niej Sebastiana. Dostrzegł ledwie widoczny dom, usadowiony przy zagajniku na dnie doliny. Przynajmniej mógł tam pójść i rozejrzeć się w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby naprowadzić go na położenie Sebastiana lub Valentine’a.

Z poczuciem rezygnacji, Jace wziął stelę i narysował na swojej skórze kilka błyskawicznie działających i szybko znikających Znaków bitewnych: jeden zapewnił mu bezszelestność, drugi szybkość, kolejny pewny krok. Kiedy skończył, czując znajome kłucie bólu na skórze, wsunął stelę do kieszeni, poklepał Wędrowca po szyi i ruszył w stronę doliny.

Jej zbocza były zdradziecko strome i pełne osypisk. Zamiast ostrożnego schodzenia w dół, zjechał po osypisku, co było o wiele szybsze ale i niebezpieczne. Zanim dotarł do dna doliny, jego dłonie krwawiły od niejednego upadku na żwir. Obmył je w czystym, bystro płynącym strumieniu; jego woda była odrętwiająco zimna.

Kiedy się wyprostował i rozejrzał dookoła, zdał sobie sprawę z tego, że teraz całkiem inaczej postrzegał dolinę niż wcześniej w swojej wizji. Sękate drzewa z zagajniku tworzyły splątany gąszcz, zbocza doliny wznosiły się ze wszystkich stron, i widać było niewielki dom. Okna były ciemne a z komina nie unosił się dym. Jace poczuł ukłucie ulgi połączonej z rozczarowaniem. Będzie łatwiej przeszukać dom jeśli nikogo w nim nie było. Jednak z drugiej strony był pusty. Kiedy podszedł bliżej, zastanawiał się co w wyglądzie domu z wizji było takiego dziwnego. Z bliska wyglądał na zwykły wiejski dom w Idris, wzniesiony z bloków białego i szarego kamienia. Okiennice musiały być kiedyś pomalowane na jasny błękit, ale wygladało na to, że minęły lata od kiedy ktoś je przemalowywał. Były wyblakłe i farba się z nich łuszczyła.

Chwytając się okna, Jace podciągnął się na parapet i zajrzał do środka przez brudną szybę. Zobaczył duży, lekko przykurzony pokój ze stołami stojącymi pod jedną ścianą. Narzędzia, jakie na nich leżały, nie miały nic wspólnego z majsterkowaniem. To były przyrządy czarownika: stosy poplamionych pergaminów, czarne woskowe świece, miedziane misy z ciemnym płynem zaschniętym na ich brzegach, kolekcja noży. Niektóre z nich były cienkie jak szydło, a inne miały solidne szerokie ostrza. Na podłodze narysowano pentagram. Linie zdążyły się zatrzeć. Na każdym końcu ramienia wyrysowana była inna runa. Żołądek Jace zacisnął się w supeł... Te runy wyglądały tak samo, jak tamte wyryte u stóp Ithuriela. Czy to Valentine mógł je zrobić... Czy te rzeczy mogły należeć do niego? Czy to była jego kryjówka... Kryjówka w której istnieniu Jace nie miał pojęcia?

Ześlizgnął się z parapetu, ladując na zeschniętej trawie... dokładnie w momencie, w którym jakiś cień przeciął tarczę księżyca. Tyle że tutaj nie było żadnych ptaków, pomyślał, i uniósł głowę akurat w chwili, by zobaczyć kruka kołującego w górze. Zamarł a potem błyskawicznie schował się w cieniu drzewa i wyjrzał spomiędzy jego gałęzi. W miarę jak kruk obniżał lot, Jace wiedział że instynkt go nie zawiódł. To nie był zwykły kruk... To był Hugo, kruk, który należał kiedyś do Hodge’a. Hodge używał go do wysyłania wiadomości poza Instytutem. Od tamtej pory Jace dowiedział się, że początkowo należał do jego ojca. Przysunął się bliżej pnia drzewa. Jego serce na powrót zaczęło szybciej bić, ale tym razem z podniecenia. Jeśli Hugo tu był, to mogło to oznaczać, że niósł dla kogoś wiadomość, i że tym razem widomość nie była do Hodge’a. Była do Valentine’a. Musiała być. Gdyby tylko udało mu się za nim pójść...

Przysiadając na parapecie, Hugo zajrzał przed jedno okno do środka. Zdając sobie widocznie sprawę z tego, że był pusty, zerwał się do lotu z irytującym krakaniem i poleciał w stronę strumienia. Jace wyszedł z cienia i rzucił się za nim w pogoń.

 

 

- Więc, technicznie rzecz biorąc – powiedział Simon – mimo tego, że Jace nie jest z tobą spokrewniony, to naprawdę pocałowałaś swojego brata.

- Simon! – Clary była zmiesmaczona. – Zamknij SIĘ.

              Obróciła się szybko w miejscu, żeby sprawdzić czy nikt tego nie usłyszał, ale na szczęście wyglądało na to że nie. Razem z Simonem siedziała na podium w Sali Porozumień. Jej matka stała przy jego krawędzi, pochylając się, żeby porozmawiać z Amatis. Dookoła nich utworzył się chaos w miarę jak Podziemni napływali tu od strony Północnej Bramy, tłocząc się pod ścianami. Clary rozpoznała kilku członków sfory Luke, w tym Maię, która posłała jej uśmiech z drugiego końca Sali. Były tu faerie, jasne zimne i piękne jak sople lodu, czarownicy z nietoperzymi skrzydłami, kopytami a nawet z rogami, z niebieskimi iskrami strzelającymi im z koniuszków palców gdy przemierzali pomieszczenie. Między nimi krążyli poddenerwowani Nocni Łowcy.

              Ściskając stelę w obu dłoniach, Clary rozejrzała się dookoła z niepokojem. Gdzie był Luke? Zniknął gdzieś w tłumie. Znalazła go po chwili, gdy rozmawiał z Malachim, który gwałtownie potrząsał głową. Obok stała Amatis, wbijając w niego spojrzenia ostre jak sztylety.

- Nie każ mi przepraszać za wszystko co ci powiedziałam, Simon – powiedziała Clary, piorunujac go wzrokiem. Zrobiła wszystko co w jej mocy, by opowiedzieć mu okrojoną wersję historii Jocelyn, w większość wyszeptaną pod nosem, gdy szła w stronę podium żeby zająć swoje miejsce. To było dziwne, siedzieć tu na górze i spoglądać w dół na to tak jakby była królową wszystkich poddanych. Tyle że królowa nie byłaby aż tak bliska paniki. – Poza tym okropnie całował.

- A może to po prostu dlatego że był, o rany no, wiesz, że był twoim bratem – Simon wygladał na na bardziej rozbawionego całą tą sytuacją niż Clary przypuszczała.

- Nie mów tego wtedy, gdy może cię usłyszeć moja matka, albo cię zabiję – powiedziała, rzucając mu kolejne miażdżące spojrzenie. – I tak już się czuję jakbym miała zaraz zwymiotować albo zemdleć. Nie pogarszaj tego.

              Jocelyn zeszła z krawędzi podium akurat w momencie, żeby usłyszeć ostatnie słowa Clary a nie, na całe szczęście, to o czym właśnie rozmawiali. Poklepała ją uspokajająco po ramieniu.

- Nie denerwuj się, kochanie. Byłaś dzisiaj taka dzielna. Potrzebujesz czegoś? Koca, ciepłej wody...

- Nie jest mi zimno – odparła cierpliwie Clary. – I nie potrzebuję też kąpieli. Czuję się dobrze. Chcę tylko żeby Luke tu podszedł i powiedział mi co się dzieje.

              Jocelyn pomachała ręką w stronę Luke’a żeby zwrócić jego uwagę, mówiąc mu bezgłośnie coś, czego Clary nie mogła rozszyfrować.

- Mamo – rzuciła szybko – nie rób tego.

              Ale było już za późno. Luke spojrzał w górę... i to samo zrobiło całkiem sporo innych Nocnych Łowców. Większość z nich błyskawicznie odwróciła spojrzenia ale Clary wyczuła w nich fascynację. Dziwnie było myśleć, że jej matka była tu postacią niemal legendarną. Każdy w tym pomieszczeniu słyszał jej imię i miał na jej temat wyrobioną opinię, dobrą lub złą. Clary zastanawiał się, jak jej matce udawało się nie przejmować tym wszystkim. Nie wyglądała na zmartwioną... wyglądała na spokojną, opanowaną i groźną.

W następnej chwili dołączył do nich Luke, z Amatis u boku. Ciagle wyglądał na zmęczonego, ale również na czujnego i nawet odrobinę podekscytowanego.

- Poczekajcie jeszcze chwilę – powiedział. – Wszyscy się tu schodzą.

- Malachi – odezwała się Jocelyn, nie patrząc bezpośrednio na Luke’a gdy mówiła. – Sprawiał wam jakieś kłopoty?

              Luke machnął lekceważąco ręką.

- Uważa, że powinniśmy wysłać wiadomość do Valentine’a, że odmawiamy przyjęcia jego warunków. Ja ważam, że nie powinniśmy przechylać szali zwycięstwa na jego korzyść. Niech pojawi się na Równinie Brocelind razem ze swoją armią, oczekując naszego poddania. Malachi sądzi, że to by nie było ośmieszające, a kiedy powiedziałem mu, że wojna to nie szkolna gra w krykieta, odparł że jeśli choć jeden z Podziemnych straci nad sobą kontrolę, to on wkroczy do akcji i zakończy to wszystko. Nie mam pojęcia co on sobie wyobraża... przecież Podziemni nie potrafią przestać walczyć chociaż na pięć minut.

- I właśnie o tym sobie myślał – wtrąciła Amatis. – To cały Malachi. Pewnie martwi się, że zaczniecie się zagryzać nawzajem.

- Amatis – upomniał ją Luke. – Ktoś może cię usłyszeć.

              Odwrócił się, gdy po stopniach podium wspięła się dwójka mężczyzn. Jednym był wysoki i szczupły rycerz faerie z długimi, czarnymi włosami opadającymi po obu stronach jego wąskiej twarz. Miał na sobie jasny pancerz z zachodzących na siebie kręgów z twardego metalu, który wygladał jak rybia łuska. Jego oczy były zielone jak liście. Drugim był Magnus Bane. Nie uśmiechnął się do Clary, gdy zajął swoje miejsce obok Luke’a. Miał na sobie długi, zapięty pod samą szyję ciemny płaszcz, a czarne włosy miał gładko zebrane do tyłu.

- Wyglądasz tak zwyczajnie – powiedziała Clary, wpatrując się w niego.

              Na twarzy Magnusa pojawił się nikły uśmiech.

- Słyszałem, że masz nam do pokazania jakąś runę – powiedział tylko.

              Clary spojrzała na Luke’a, który skinął głową.

- A, tak... – odparła. – Potrzebuję tylko czegoś do pisania... kawałka papieru.

- Przecież pytałam cię czy czegoś nie potrzebujesz – powiedziała Jocelyn pod nosem, brzmiąc bardziej jak matka, którą pamiętała Clary.

- Ja mam papier – odezwał się Simon, grzebiąc w kieszeniach dżinsów. Wręczył jej coś. Pogniecioną ulotkę o występie swojej kapeli w Knitting Factory z lipca. Wzruszyła ramionami i wygładziła ją, biorąc do ręki pożyczoną stelę. Zalśniła jasno gdy dotknęła końcem papieru i przez chwilę Clary bała się, że ulotka może spłonąć, ale słaby płomyczek zgasł. Przystąpiła do rysowania, robiąc co w jej mocy by odciąć się od wszystkiego innego: od gwaru jaki robił tłum, od uczucia że wszyscy się na nią gapią. Runa pojawiła się w jej głowie tak jak poprzednio – wzór z zachodzących na siebie linii, rozciągający się po stronie jak gdyby szukał swojego dopełnienia, którego tam nie było. Strzepnęła kurz z kartki i podniosła ją, odnosząc absurdalne wrażenie jakby była w szkole i miała wygłosić prezentację przed swoją klasą.

- To jest runa – powiedziała. – Wymaga drugiej jako dopełnienia żeby zadziałać. Partnera.

- Jeden Podziemny, jeden Łowca. Każda połówka musi zostać naznaczona – Luke nabazgrał pośpiesznie kopię runy na spodzie strony, oderwał skrawek papieru i wręczył jeden obrazek Amatis. – Zacznij krążyć po Sali i pokazywać runę. Zademonstruj Nefilim jak działa.

              Amatis kiwnęła twierdząco, zeszła ze schodków i zniknęła w tłumie. Patrząc w ślad za nią, rycerz faerie potrząsnął głową.

- Zawsze mi mówiono, że tylko Nefilim mogą nosić Znak Anioła – powiedział z pewną dozą nieufności. – Że inni mogą od tego stracić zmysły lub umrzeć.

- To nie jest jeden ze Znaków Anioła – wyjaśniła Clary. – Nie pochodzi z Szarej Księgi. Jest bezpieczny, przysięgam.

              Faerie nie wyglądał na przekonanego.

              Wzdychając głośno, Magnus podwinął rękaw i wyciągnął rękę w stronę Clary.

- Zrób to.

- Nie mogę – odparła. – Nocny Łowca, który cię naznaczy będzie twoim partnerem, a ja nie biorę udziału w walce.

- Nie liczyłem na to – odparł Magnus. Spojrzał na Luke’a i Jocelyn stojących blisko siebie. – Wy dwoje – powiedział. – W takim razie wy to zrobicie. Pokażcie faerie jak to działa.

              Jocelyn zamrugała zaskoczona.

- Co takiego?

- Zakładam – ciągnął dalej Magnus – że będziecie partnerami, skoro i tak praktycznie jesteście już małżeństwem.

              Policzki Jocelyn zalał rumieniec. Starannie unikała wzroku Luke’a.

- Nie mam steli...

- Weź moją – zasugerowała Clary. – No dalej, pokaż im.

              Jocelyn odwróciła się do Luke’a, który wygladał na całkowicie zaskoczonego. Podał jej swoją rękę zanim zdążyła go o to poprosić. Jocelyn narysowała runę na jego dłoni z błyskawiczną precyzją. Jego dłoń drżała więc musiała przytrzymać go mocniej za nadgarstek. Luke przygladał się jej gdy rysowała, a Clary przypomniała sobie ich rozmowę o jej matce i o tym jak powiedział jej o swoich uczuciach względem Jocelyn, i poczuła nagłe ukłucie smutku. Zastanawiała się, czy jej matka wiedziała, że Luke ją kocha, a gdyby nawet, to co by na to powiedziała.

- Już – Jocelyn zabrała stelę. – Gotowe.

              Luke uniósł rękę grzbietem do góry i pokazał rycerzowi faerie wirujący czarny znak na jej środku.

- Czy to cię satysfakcjonuje, Meliornie?

- Meliorn? – odezwała się Clary. – Spotkałam cię już kiedyś, prawda? Spotykałeś się z Isabelle Lightwood.

              Twarz Meliorna była prawie bez wyrazu, ale Clary mogła przysiąc, że wyglądał na lekko skrępowanego. Luke pokręcił głową.

- Clary, Meliorn to rycerz z Jasnego Dworu. Mało prawdopodobne by...

- Oczywiście, że się z nią spotykał – wtrącił Simon – i jego też rzuciła. Przynajmniej powiedziała, że zamierza to zrobić. Ciężkie zerwanie, facet.

              Meliorn zerknął na niego.

- Ty – powiedział z niesmakiem – ty jesteś wybranym przedstawicielem Dzieci Nocy?

              Simon pokręcił głową.

- Nie. Jestem tu dla niej – wskazał na Clary.

- Dzieci Nocy – odezwał się Luke po krótkiej chwili wahania – nie biorą w tym udziału. Przekazałem tę wiadomość twojej Królowej. Zdecydowali, że... pójdą własną drogą.

              Delikatna twarz Meliorna nachmurzyła się.

- Wiem o tym – odparł. – Dzieci Nocy to mądre i ostrożne istoty. Jakikolwiek spisek, który może ściągnąć ich gniew wzbudza moje podejrzenia.

- Nie mówiłem nic o żadnym gniewie – zaczął Luke z zamierzonym spokojem i lekkim rozdrażnieniem... Clary wątpiła, czy ktoś, kto nie znał go zbyt dobrze wiedział, że był zirytowany. Mogła wyczuć zmianę w jego zachowaniu. Patrzył teraz z góry na tłum. Idąc za jego spojrzeniem, po drugiej stronie Sali Clary dojrzała znajomą postać. Isabelle, z falującymi czarnymi włosami i batem owiniętym wokół nadgarstka jak rząd złotych bransolet. Chwyciła Simona za rękę.

- Lightwoodowie. Właśnie zobaczyłam Isabelle.

              Spojrzał w kierunku tłumu, marszcząc brwi.

- Nie wiedziałem, że ich szukasz.

- Proszę, idź tam i porozmawiaj z nią w moim imieniu – wyszeptała, rozglądając się na boki, żeby sprawdzić, czy ktoś nie zwraca na nich uwagi. Nikt tego nie robił. Luke machał do kogoś w tłumie podczas gdy Jocelyn rozmawiała o czymś z Meliornem, który przyglądał się jej z niejakim niepokojem. – Muszę tu zostać ale... błagam, musisz powiedzieć jej i Alecowi o tym, co przekazała mi mama. O tym, kim naprawdę jest Jace i o Sebastianie. Muszą wiedzieć. Powiedz, żeby przyszli do mnie jak tylko będą mogli. Błagam cię, Simon.

- W porządku – poruszony intensywnością jej tonu, Simon uwolnił nadgarstek z jej uścisku i dotknął uspokajająco jej policzka. – Zaraz wracam.

              Zszedł ze schodów i zniknął w tłumie. Kiedy się odwróciła, zobaczyła że Magnus jej się przyglądał, z ustami wykrzywionymi uśmieszkiem.

- Jasne – odparł na jakieś pytanie, które zadał mu Luke. – Znam Równinę Brocelind. Otworzę Portal na placu. Tak duży nie będzie działał długo, więc lepiej żebyś zdążył szybko wszystkich przeprowadzić, kiedy już zostaną naznaczeni.

              Kiedy Luke skinął głową i odwrócił się, żeby porozmawiać z Jocelyn, Clary pochyliła się i powiedziała cicho:

- Chciałam ci podziękować. Za wszystko co zrobiłeś dla mojej mamy.

              Nierówny uśmiech Magnusa poszerzył się.

- Nie sądziłaś, że to zrobię, prawda?

- Miałam wątpliwości – przyznała Clary. – Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że gdy widzieliśmy się w tym wiejskim domu, to nawet nie pofatygowałeś się, żeby powiedzieć mi że Jace przeprowadził Simona przez Portal. Nie dałeś mi wtedy szansy na siebie nawrzeszczeć, ale co ty sobie właściwie myślałeś? Że mnie to nie zainteresuje?

- Że zainteresuje cię aż za bardzo – odparł Magnus. – Że rzucisz wszystko i polecisz prosto do Gardu. A ja chciałem żebyś najpierw poszukała Białej Księgi.

- To bezwzględne – powiedziała gniewnie Clary. – I mylisz się. Zrobiłabym...

- To, co każdy by zrobił na twoim miejscu. To, co sam bym zrobił, gdybym to ja był kimś na kim by mi zależało. Nie obwiniam cię, Clary. Nie zrobiłem tego bo myślałem, że nie podołasz. Zrobiłem to dlatego, bo jesteś człowiekiem a ja znam ludzki sposób rozumowania. Żyję na tym świecie już od bardzo dawna.

- Tak jakbyś nigdy nie zrobił czegoś głupiego bo masz uczucia – mruknęła Clary. – Gdzie jest Alec tak w ogóle? Dlaczego jeszcze nie poszedłeś żeby wybrać go jako swojego partnera?

              Magnus skrzywił się odrobinę.

- Nie podszedłbym do niego skoro są tu jego rodzice. Wiesz o tym.

              Clary wsparła podbródek na dłoni.

- Robienie tego, co trzeba dlatego, że kogoś kochasz czasami jest do kitu.

- To prawda – zgodził  się Magnus.

 

 

              Kruk zataczał powolne, leniwe koła, lecąc ponad wierzchołkami drzew ku zachodniemu zboczu doliny. Księżyc świecił wysoko na niebie, pozwalając zrezygnować z użycia magicznego światła. Jace śledził go, trzymając się linii drzew. Stroma ściana doliny z szarego kamienia wznosiła się wysoko w górę. Kruk zdawał się podążać za wijącą się wstęgą strumienia, która prowadziła na zachód, znikając w wąskiej szczelinie w zboczu. Jace kilka razy już prawie skręcił sobie kostkę od ślizgania się na mokrych kamieniach i pragnął sobie poprzeklinać na głos, ale wtedy Hugo by go usłyszał. Zamiast tego, zgięty w niewygodnym półprzysiadzie, skoncentrował się na tym by nie złamać sobie nogi.

              Zanim dotarł do krawędzi doliny, jego koszulka była przesiąknięta potem. Przez chwilę myślał, że stracił Huga z pola widzenia i serce z nim zamarło... Ale potem dostrzegł czarny, obniżający lot kształt, gdy kruk pikował w dół i zniknął w ciemnej szczelinie w kamiennej ścianie doliny. Jace rzucił się biegiem do przodu... To była ulga móc znowu biec zamiast pełzać. Kiedy zbliżył się do szczeliny, zobaczył za nią o wiele większą, ciemniejszą przerwę w skale – jaskinię. Wygrzebawszy swój magiczny kamień z kieszeni, Jace wszedł do środka za krukiem. Do wnętrza jaskini wpadało niewiele światła a po kilku krokach nawet ono zostało pochłonięte przez napierającą ze wszystkich stron ciemność. Jace podniósł wyżej kamień, pozwalając by światło przeciekło mu przez palce.

              Z początku pomyślał, że jakims cudem znalazł drogę powrotną i że gwiazdy były widoczne ponad jego głową, rozświetlając niebo swoim blaskiem. Gwiazdy nigdzie indziej nie świeciły tak, jak w Idris... A teraz nie świeciły wcale. Magiczne światło wydobyło z ciemności tuziny migoczących złóż miki w otaczających go skałach. Kamienne ściany ożyły za sprawą połyskujących punkcików światła. Dzięki nim zorientował się, że stał w wąskim przejściu wyciętym w litej skale. Za sobą miał wejście do jaskini a przed nim rozciągały się dwa ciemne tunele. Jace przypomniał sobie o opowieściach snutych przez jego ojca o bohaterach zagubionych w labiryntach, którzy za pomocą kawałka sznurka lub liny odnajdywali drogę powrotną. On nie miał ani jednego ani drugiego. Podszedł bliżej do tuneli i stał w milczeniu przez długą chwilę, nasłuchując. Usłyszał słaby odgłos spadających kropel wody dobiegający z bardzo daleka, szum strumienia, szelest skrzydeł... i głosy.

              Szarpnął się do tyłu. Głosy dochodziły z tunelu po lewej stronie, był tego pewny. Zacisnął palce na kamieniu tak by stłumić jego światło. Kiedy zmatowiał na tyle by dać tylko tyle światła ile było potrzebne do oświetlenia drogi, Jace ruszył do przodu i zniknął w ciemnościach.

 

 

- Simon, mówisz poważnie? To prawda? Fantastycznie! Wspaniale! – Isabelle złapała brata za rękę. – Alec, słyszałeś co powiedział Simon? Jace nie jest synem Valentine’a. Nigdy nim nie był.

- Więc czyim synem jest? – zapytał Alec, a Simon odniósł wrażenie, że myślami był gdzie indziej. Wydawał się przeczesywać wzrokiem pomieszczenie w poszukiwaniu kogoś. Jego rodzice stali niedaleko i przyglądali im się. Simon obawiał się, że również im będzie musiał wszystko wytłumaczyć, ale na szczęście pozwolili mu porozmawiać przez chwilę z Alekiem i Isabelle na osobności.

- A kogo to obchodzi! – Isabelle machnęła reką ale potem zmarszczyła brwi. – Hmm, właściwie to trafna uwaga. Kto był w końcu jego ojcem? Michael Wayland?

              Simon pokręcił głową.

- Stephen Herondale.

- Więc był wnukiem Inkwizytorki – powiedział Alec. – To dlatego musiała... – urwał, wpatrując się w przestrzeń.

- Dlaczego musiała co? – spytała z naciskiem Isabelle. – Alec, skup się. Albo przynajmniej powiedz nam czego właściwie szukasz.

- Nie czego – odparł Alec – tylko kogo. Magnusa. Chciałem go spytać, czy będzie moim partnerem w bitwie. Ale nie mam pojęcia gdzie on może być. Może ty go widziałeś? – skierował pytanie do Simona.

              Simon pokręcił głową.

- Był na podium razem z Clary, ale... – wykręcił szyję by spojrzeć - ...teraz go tam nie ma. Pewnie jest gdzieś w tłumie.

- Serio? Chcesz go poprosić, żeby był twoim partnerem? – spytała Isabelle. – To całe zamieszanie z partnerami jest jak kotylion. Z wyjątkiem zabijania.

- Dokładnie, jak kotylion – zgodził się Simon.

- Więc może poproszę cię, żebyś ty został moim partnerem – odparła Isabelle, unosząc delikatnie brew.

              Alec zmarszczył czoło. Był w pełnym runsztunku, tak jak reszta Nocnych Łowców w pomieszczeniu – cały w czerni i z pasem, za który zatknięta była najróżniejsza broń. Do pleców miał przytroczony łuk. Simon ucieszył się, ze znalazł sobie kolejny po tym, jak poprzedni zniszczył Sebastian.

- Isabelle, ty nie potrzebujesz partnera, bo nie będziesz walczyć. Jesteś za młoda. A jak tylko spróbujesz o tym pomyślec, to sam cię zabiję – podniósł głowę. – Chwila... czy to Magnus?

              Isabelle podążyła za jego spojrzeniem i parsknęła śmiechem.

- Alec, to wilkołak. Dziewczyna. Ma na imię May.

- Maia – poprawił Simon.

              Stała niedaleko. Miała na sobie brązowe, skórzane spodnie i czarną, obcisłą koszulkę z napisem CO MNIE NIE ZABIJE... NIECH LEPIEJ ZACZNIE UCIEKAĆ. Jej splecione w warkoczyki włosy przytrzymywała opaska. Odwróciła się, jakby wyczuła na sobie jego wzrok, i uśmiechnęła się. Simon odwzajemnił uśmiech. Isabelle rzuciła mu groźnie spojrzenie. Natychmiast przestał się uśmiechać... Od kiedy dokładnie jego życie aż tak się skomplikowało?

              Twarz Aleca rozjaśniła się.

- Magnus – powiedział i ruszył z miejsca, nawet nie oglądając się za siebie. Torował sobie drogę przez tłum do miejsca, w którym stał wysoki czarownik. Zaskoczenie na twarzy Magnusa, gdy Alec do niego podszedł, było widoczne nawet stąd.

- Jakie to słodkie – odezwała się Isabelle, patrząc na nich. – No wiesz, w taki głupawy sposób.

- Dlaczego głupawy?

- Bo Alec chce, żeby Magnus traktował go na poważnie, ale sam nigdy nie powiedział o nim naszym rodzicom, ani nawet o tym, że lubi...

- Czarowników? – podsunął Simon.

- Bardzo zabawne – Isabelle spiorunowała go wzrokiem. – Wiesz, co mam na myśli. Tu chodzi o to, że...

- O co dokładnie? – spytała Maia, gdy znalazła się w zasięgu słuchu. – To znaczy, nie całkiem łapię o co chodzi z tym zamieszaniem z partnerami. Na jakiej zasadzie to ma działać?

- Na takiej – powiedział Simon, wskazując na Aleca i Magnusa, którzy stali trochę z dala od tłumu. Alec rysował runę na dłoni Magnusa. Jego twarz wyrażała skupienie a ciemne włosy opadały mu na oczy.

- Więc wszyscy musimy to zrobić? – spytała Maia. – To znaczy, dać sobie narysować to coś?

- Tylko jeśli będziesz brać udział w bitwie – powiedziała Isabelle, spoglądając chłodno na dziewczynę. – Nie wygladasz na osiemnaście lat.

              Maia uśmiechnęła się w przymusem.

- Nie jestem Nocnym Łowcą. Likantropy są uważane za dorosłych gdy skończą szesnaście.

- W takim razie musisz dać się naznaczyć – odparła Isabelle. – Nocnemu Łowcy. Więc lepiej zacznij sobie jakiegoś szukać.

- Ale... – Maia urwała, wciąż patrząc na Aleca i Magnusa, i uniosła wysoko brwi. Simon odwrócił się, by spojrzeć w tym samym kierunku... i szczę...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin