Tischner Józef-Kapłan na manowcach(frg).pdf
(
743 KB
)
Pobierz
Józef Tischner
Józef Tischner
CIERPKIE WINOGRONA I CHYTROŚĆ ROZUMU
Czytając zbiór artykułów Teresy Boguckiej
Polak po komunizmie
, a także otwierający ten zeszyt
"Znaku" esej
Jacy jesteśmy?
, nie mogłem się opędzić przed dwoma "zdumieniami", które szły za mną
jak brzęczenie komara. Jedno było natury wspomnieniowej, drugie bardziej filozoficznej. Jak
żelazne zdrowie psychiczne i moralne - myślałem - musi mieć nasze społeczeństwo, skoro potrafiło
przetrzymać tyle głupot, jakimi karmili je po upadku komunizmu jego rozmaici "przywódcy"!?
Przypomniał mi się zjazd maturalny kolegów, którzy kończyli liceum w okresie stalinowskim.
W czasie spotkania po latach odczytano dziennik klasowy, w którym były dokładnie wymienione
tematy ówczesnych "lekcji wychowawczych". Jeden z uczestników powiedział potem: "Musieliśmy
być cholernie zdrowi moralnie, że po czymś takim wyszliśmy jednak na ludzi." Teresa Bogucka nie
przesadza z cytatami, ale to, co podaje, wystarczy. W 1991 roku Maciej Jankowski, przewodniczący
regionu "Mazowsze", nazywa Balcerowicza "małpą z brzytwą". W tym samym roku (listopad) Stefan
Kurowski stwierdza: "Mówiąc o zgliszczach i gruzach, które pozostawił po sobie Balcerowicz,
prezydent Wałęsa sam ocenił i potępił jego politykę." W sierpniu 1993 roku Jan Olszewski powiada:
"Polacy stają się narodem wymierającym. Mamy ujemny przyrost gospodarczy. Niedożywienie wśród
dzieci podobne jest do tego z okresu wojny i okupacji. Kryzys sięgnął do biologicznych podstaw
polskiego społeczeństwa." W 1994 roku poseł Soska stawia diagnozę o "wyższości Hitlera nad
Mazowieckim". Trzeba mieć wielkie zasoby zdrowego rozsądku, by pośród takiego "szumu
informacyjnego" nie dać się zwariować.
Druga refleksja ma charakter bardziej filozoficzny. Lektura książki kazała mi raz jeszcze zadumać
się nad poglądem Fryderyka Nietzschego, który brzmi: człowiekowi, aby żyć, nie jest potrzebna
prawda, lecz złudzenie; człowiek woli "słodkie złudzenia" niż "gorzkie prawdy". Złudzenia są
potrzebne, aby umocniła się "wola mocy". I znów Teresa Bogucka nie przesadza z ilustracjami, ale
dostarcza dostatecznie wielu celnych przykładów "ożywczych złudzeń", którymi posługiwali się
politycy, by mobilizować "masy" i stawać na ich czele. W 1991 roku autorka pisała: "Treścią
zbiorowego protestu jest jakieś żądanie i szukanie winnych jego niespełnienia. To na ogół rząd,
Balcerowicz, prezydent, czasem nomenklatura, komuna, Żydzi, obcy, aferzyści. Forma jaka jest,
każdy widzi: za kraty! na szubienicę! do gnoju! Ma ona zapewne udowadniać, że protest wznoszą
»prości ludzie«. Bardzo prości." Za każdym takim okrzykiem wyczuwamy iluzję, której główną
wartością jest to, że daje siłę i pozwala żyć. Prawdą nie jest to, co jest prawdą, ale to, co jest
pokarmem zniecierpliwienia, złości, gniewu i tysiąca innych uczuć, jakie chwilowo ludźmi rządzą.
Kto dostarcza pokarmu dla takich uczuć, staje się chwilowym "wodzem" wszystkich, którymi uczucia
te miotają.
Teresa Bogucka jest dziennikarką, która ma od Boga dany dar zatrzymywania widzenia na
przeciwieństwach i sprzecznościach naszego społecznego świata. Widzi powierzchnię i to, co kryje
się pod powierzchnią. Na powierzchni panuje względny spokój, jak na jeziorze. Urzędnicy urzędują,
rolnicy pracują na roli, robotnicy robią, co mogą. Jedni się rodzą, a inni umierają, jedni tracą,
a inni odzyskują władzę, jedni się kłócą, a inni żyją w spokoju. Wieje lekki wiatr, powierzchnia
wody faluje, nie słychać armat. Prawdziwa burza trwa we wnętrzu jeziora. Im głębiej, tym
burzliwiej. Od czasu do czasu ktoś pojedynczo, a czasem jakaś grupa ludzi wystawia głowę nad taflę
wody, wykrzykuje swe kwestie, płynie dalej lub najzwyczajniej tonie w głębi. Ludzie krzyczą nie
tyle z powodu tego, co widzą, lecz raczej z powodu tego, w czym są zanurzeni. A są zanurzeni
w jakiejś postkomunistycznej mazi. Nie ma już komunizmu na powierzchni, ale czuje się go w głębi.
Na ile jest to komunizm rzeczywisty, a na ile wyobrażony? Trudno powiedzieć, wiadomo jednak, że
wyobrażony może działać bardziej niż rzeczywisty.
Tak rodzi się jedno z pierwszych pytań Teresy Boguckiej: czym dla Polaków był komunizm?
Odpowiedź wcale nie jest jednoznaczna.
Natura komunizmu
W 1992 roku Teresa Bogucka pisze o kilku typowych interpretacjach natury komunizmu,
przypisując je poszczególnym ugrupowaniom politycznym: ówczesnej Unii Demokratycznej,
liberałom, Zjednoczeniu Chrześcijańsko-Narodowemu, Porozumieniu Centrum itd. Oto główne
obrazy.
"Unia Demokratyczna, skupiająca licznych weteranów opozycji, komunizm traktuje tak, jak został
w tych środowiskach opisany przed laty - jako system totalnej przemocy i demoralizacji
społeczeństwa, niewolący ludzi podstępnie, ale i wciągający ich w swe tryby i swą logikę." Staje
nam więc przed oczyma przede wszystkim system władzy politycznej. Jego istotą jest zniewolenie.
Stawką gry - wolność. Wolność buduje się przez demokrację i przestrzeganie prawa. Nic dodać, nic
ująć. A jednak koncepcja ta nie obejmowała całości komunistycznych doświadczeń. Brak wolności
bolał przede wszystkim inteligencję. Czy tak samo bolał chłopów i robotników? Z pewnością nie.
A przecież także tym ludziom komunizm dawał się we znaki. Mimo takich czy innych przywilejów
także oni mieli serdecznie tego dość. To nie żaden owczy pęd zagnał ich do "Solidarności". Więc co?
Otóż ci wszyscy opozycjoniści, którzy wywodzili się głównie ze środowisk inteligenckich i którym
doskwierał przede wszystkim "totalitaryzm", nie czuli specyfiki tamtego bólu. Zło komunizmu
musiało się zamknąć w pojęciu "zniewolenia". Kto nie czuł bólu zniewolenia, mógł być podejrzany
o komunizm.
W dalszym ciągu czytamy: "Kongres Liberałów mało teoretyzuje, ale można założyć, iż
koncentruje się na tym, że komunizm zniszczył w społeczeństwie przedsiębiorczość, rzutkość,
zasadę odpowiedzialności za swój los i wychował ludzi do roszczeniowej bierności." Mamy więc
obraz człowieka, którego pozbawiono prawa do własności prywatnej. Nie tylko upaństwowiono mu
narzędzia pracy, ale jego również upaństwowiono. Wolność jest niewątpliwie istotna, ale głębiej
leży "własność". Aby rozporządzać własną wolnością, trzeba się poczuć panem samego siebie. Cóż
z tego, że niewolnik odzyska wolność, jeśli nie zechce stać się "panem" odzyskanej wolności? Wciąż
będzie szukał kogoś, kto zechciałby zdjąć z niego jej ciężar. Propozycja liberałów chciała uczynić
człowieka doskonałym "właścicielem". Dla wielu "najemników" oznaczało to jednak dobrowolną
śmierć. Jak mieli brać swe losy we własne ręce, skoro nigdy nie byli sobą? A poza tym nie tylko
"socjalizm", także religia stawała okoniem. Pierwsi wołali, że człowiek jest "własnością wspólnoty",
drudzy - że jest "własnością Boga".
Trzeci przypadek: "Zgoła inaczej rzecz wygląda w oczach Zjednoczenia Chrześcijańsko-
Narodowego. Istotą Polski jest katolicyzm. Komunizm, niewoląc Polskę, zwalczał wiarę i Kościół,
katolicy byli ofiarami wszechstronnej dyskryminacji - prawdziwy podział przebiegał między
wierzącymi i ateistami, którzy - cokolwiek myśleli o komunizmie, aprobowali go czy nie - w istocie
brali czynny, bierny lub wręcz nieświadomy udział w zwalczaniu polskości. Ta walka zresztą wcale
się nie skończyła i pierwsze wybory były jedynie jakimś jej etapem. Bowiem katolicy nie czują się
jeszcze swojsko i bezpiecznie w swoim państwie, zagrożenia są zewsząd: komuniści, niewierzący,
ci, co ciągle atakują Kościół, no i ta Europa zlaicyzowana i konsumpcyjna, mamiąca dobrobytem,
a oferująca jedynie pustkę duchową. Słowem siły bezbożnictwa, które z różnych stron i z różnych
powodów zagrażają Polsce, zlewają się w jednego wroga, przed którym musi się ona obronić."
Komunizm zadawał ból dopiero wtedy, gdy zadawał go katolikowi i Polakowi. Wszystkie inne bóle
schodziły na plan dalszy. Miarą bólów prześladowanego przez komunizm świata stał się ból Polaka-
katolika. Zniewolenie? Oczywiście, to jest naganne, ale czasem trochę potrzeba, aby było wiadomo,
gdzie jest dobro i zło. Poczucie własności? Oczywiście, to jest ważne, pod warunkiem jednak, że nie
służy egoizmowi. Prawa człowieka? Tak, ale pod warunkiem, że nie uszczuplają praw Boga.
W każdym przeciwnym przypadku mamy prawo dmuchać na zimne.
Dalsze określenia są mniej rozbudowane. Porozumienie Centrum widzi komunizm
w "powiązaniach nomenklatury", Jan Olszewski w horyzoncie zwykłej "podłości". Można jednak
mnożyć interpretacje.
Jaki jest skutek wieloznaczności w samym punkcie wyjścia? Jest łatwy do przewidzenia: to się
musiało skończyć podejrzeniami, oskarżeniami, podziałami i walką w łonie dawnej "Solidarności".
Zarzewiem konfliktu były nie tylko ogniste temperamenty, ale również zabałaganione głowy.
Wydawało się, że retoryka "sporu w rodzinie", pełna podejrzeń i oskarżeń, demaskująca rozmaite
rodzaje "grzęźnięcia" w "komunistycznym bagnie", była tworem dość swobodnej fantazji. Każdy
prokurator bliźniego swego starał się być unikalnym artystą. Przy bliższym wejrzeniu okazuje się
jednak, że rządziła nią pewna logika. Była to logika sporu o władzę. Siły antykomunistyczne stanęły
naprzeciw siebie i weszły w śmiertelny spór o władzę. Wrogiem "obozu reform" nie był już
rzeczywisty spadkobierca komunistycznych idei, lecz ten, kto w wyścigu o władzę stał najbliżej.
Spektakularnym wynikiem takiej logiki była najpierw "afera teczkowa", w której "brat w Chrystusie"
rzucał najgorsze oskarżenia pod adresem innego "brata w Chrystusie", a następnie obalenie
"solidarnościowego" rządu Hanny Suchockiej przez "solidarnościowych" deputowanych.
Tak potwierdziła się przynajmniej częściowo teza Nietzschego: nie prawdy nam potrzeba, ale
pokarmu do życia. W pewnym momencie nastąpiło jednak przejedzenie. Pokarm okazał się trucizną.
Losy "ludu pracującego miast i wsi"
Innym wątkiem artykułów Teresy Boguckiej jest - najogólniej - sprawa "ludu", który w "Polsce
Ludowej" stanowił "prawdziwą Polskę". Wszystko było wtedy "dla ludu" i wszystko dokonywało się
"przez lud". A "ludem" były "masy pracujące miast i wsi". Słowem, które dookreślało pojęcie "ludu",
było słowo "praca". Co robi "lud"? Lud "pracuje". Czym jest praca? Jest tym, co "robi lud"; pracą jest
wszystko, co "robi lud". Obok "ludu" ustawiali się "aktywiści". Aktywiści w zasadzie nie pracują, ale
spełniają funkcje kierownicze wobec "ludu". Ważne jest, by w funkcjach tych nie "odrywali się od
ludu". A co robi inteligencja? Inteligencja "żyje z ludu i dla ludu". Czy inteligencja pracuje? To wielki
problem! Pisarz "pracuje", gdy opisuje "pracę ludu". Jeśli tego nie robi, lepiej niech nic nie robi.
Z innymi podobnie.
Teresa Bogucka zwraca uwagę na rozkład "mitologii ludu", a także na - dostrzegalne nierzadko
także podczas manifestacji ulicznych - skutki tego rozkładu. Na podstawie jej obserwacji można
pokusić się o pewną syntezę. W formule: "lud pracujący" rozkładowi ulega najpierw przymiotnik
"pracujący". Okazuje się, że to, co "robi lud", w coraz mniejszym stopniu jest pracą, a w coraz
większym ślepym i bezowocnym "wydatkowaniem energii". Ale "lud" nie zdaje sobie jeszcze sprawy
z "choroby pracy", w jaką został wpędzony, lecz wciąż - zwłaszcza po upadku komunizmu - żyje
w przeświadczeniu, że jest niszczony przez "pasożytów". Wraz z rozkładem pracy idzie rozkład
"uznania", jakim ideologia komunizmu darzyła "lud". Teraz, w nowych czasach, nic już się nie dzieje
"dla ludu", "z ludem", "dzięki ludowi". Stara władza może i wyzyskiwała "lud", ale śpiewała mu także
kołysanki nad uchem. Nowej władzy ani się śni taki śpiew.
Nie jest łatwo człowiekowi przyjąć do wiadomości, że jego codzienny wysiłek w fabryce, kopalni,
na roli czy w biurze nie jest już w sensie ścisłym "pracą", lecz zajęciem, które - mimo zmęczenia,
jakie niekiedy powoduje - spadło do poziomu czynności nikomu niepotrzebnej. Czas komunizmu był
czasem zahamowania rozwoju pracy. "Uspołeczniona" praca znalazła się w zaułku bez wyjścia.
Upadek komunizmu zniszczył fasadę, zdarł transparenty z hasłami i obnażył głębię rozkładu. Teresa
Bogucka pokazuje kłębowisko sprzeczności (rok 1992): "Ekologowie domagają się zlikwidowania
trujących zakładów, załogi ich utrzymania, bo bronią przed bezrobociem. Właściciele kamienic chcą
prawa dysponowania swą własnością, lokatorzy ochrony przed właścicielami. Przemysł żąda
zmniejszenia ciężarów podatkowych, sfera budżetowa zwiększenia świadczeń. Chłopi chcą cen
gwarantowanych i tanich kredytów - przeciw są ci, którzy bronią interesu konsumenta, reguł
wolnorynkowych i budżetu."
Z głębi takich sprzeczności wyłania się strajk i krzyk na ulicy. Autorka porównuje manifestacje
z pierwszego okresu "Solidarności" z manifestacjami w okresie transformacji ustrojowej. Widać
różnicę. Różnica dotyczy
poczucia godności
.
Czytamy (1994 r.): "Organizacje o korzeniu ludowym,
typu związki zawodowe i partie chłopskie, wytworzyły już i zrutynizowały pewien sposób bycia na
scenie publicznej, przyjmując styl agresywno-prostacki. Taki, którego syntezą jest zdanie: ja tam
się nie znam, ale ten minister jest idiota. Budzi to oczywiście zgrozę wśród inteligentów, którzy
pamiętają Sierpień. A to przypomnienie dowodzi jednego: wyrażanie swoich potrzeb w sposób
godny, znaczony roztropnością i otwartością lub roszczeniowo-
-agresywny nie zależy od poziomu danej grupy, ale od różnych okoliczności. Można się zastanawiać,
dlaczego pierwsza »Solidarność« traktowała komunistyczny rząd z godnym, ale pełnym respektu
umiarem, a druga rządy demokratycznie wybrane lży przy byle okazji grubym słowem. Dlaczego
w pierwszej istniała gotowość uczenia się, argumentowania, bycia lepszym, a w drugiej ministrowie
i ich racje zasługują jedynie na pogardę."
Skąd ta przemiana?
Oczywiście, źródła są rozmaite. Wydaje się jednak, że jest ona częścią
szerszej sprawy, którą należałoby nazwać sprawą tożsamości
.
Przemiany, w których bierzemy
udział, są głębsze, niż się nam na początku wydawało. Właściwie wszystkie fundamenty
dotychczasowej tożsamości ulegają zakwestionowaniu. Nie tylko tożsamość "ludowa", "klasowa" czy
"ideologiczna", ale również tożsamość "religijna", "katolicka" czy "narodowa" wymaga nowego
rozumienia. Wraz z pytaniem o tożsamość idzie pytanie o rację "uznania", bez którego nie jest
możliwa żadna wspólnota. Skąd bierze się i na czym polega nasze społeczne "my"? Demokracja
proponuje: nasze społeczne "my" to "my obywatelskie". Jesteśmy podmiotami praw i zobowiązań.
Łączy nas "godność człowieka". Ale czy to wystarcza? Czy nie jest to tylko początek drogi?
Brutalny krzyk robotnika pod Belwederem czy smutek w oczach chłopa stojącego przed walącą
się stajnią to nie tylko znak zagubienia ludzi, którzy "nie poznali czasu nawiedzenia swego" i w porę
nie odbudowali siebie, ale również wezwanie do nowej wspólnoty, nowej solidarności, nowego
braterstwa.
Kościół
Kościół jest, oczywiście, zbyt bogatą rzeczywistością, by można ją było zamknąć w jednym czy
dwóch artykułach. Aby uzyskać bardziej pełny obraz sytuacji, trzeba połączyć uwagi Teresy
Boguckiej z książką Jarosława Gowina
Kościół po komunizmie.
Uwzględniwszy wszystkie
zastrzeżenia, należy jednak raz jeszcze przyjrzeć się "intuicji sprzeczności", jaka prowadzi autorkę
w głąb religijno-kościelnej rzeczywistości. Dlatego dobrze będzie, jeśli do uwag, jakie znajdujemy
w książce, dołączymy to, co napisała później ("Gazeta Wyborcza",
23
-
24
maja 1998).
Polski Kościół stał się po części miejscem wylęgu i pielęgnacji szczególnych mitów, którym, choć
są oczywistym fałszem, nieźle się powodzi, ponieważ w cieniu przykościelnych drzew wciąż
znajdują się "grupy", którym mity te "pozwalają żyć".
W przedmowie
Polaka po komunizmie
czytamy: "Kościół (...) być może zwiększa zamęt związany
z oceną zaszłości. Oto bowiem o pokusach liberalnych, o niebezpieczeństwach konsumpcji mówi
językiem tak surowym i piętnującym, jakiego do komunizmu nigdy nie zastosował. Ludzie mogą
odnieść wrażenie, że za PRL-u jakoś się żyło, a teraz dopiero Kościół i wiara znalazły się
w prawdziwym okrążeniu i zagrożeniu, dopiero teraz zło zewsząd wyłazi i wszystkie moce się
sprzysięgają. Wobec obwieszczonej »kultury śmierci« komunizm jawić się może jak kultura życia,
w dodatku niekonsumpcyjnego i przaśnego." Znamienne, że w retoryce przykościelnej nie ma ani
śladu oceny komunizmu, z jaką wystąpił Papież. Rzeczywiście, zamęt związany z oceną przeszłości
nie zmniejsza się, lecz zwiększa. Staje problem stosunku "polskiej religijności" do doktryny Jana
Pawła II.
W artykule z maja bieżącego roku czytamy o ludziach, których przemiany ustrojowe wyrzuciły na
margines życia:
Po 1989 r. po tych ludzi strwożonych i niepewnych sięgali różni polityczni demagodzy, pragnący
zamienić ich w swe zaplecze, i ideolodzy szukający przeciwwagi dla napływających do Polski
groźnych miazmatów. Naprawdę powiodło się ks. Rydzykowi - ma armię, którą posłał już przeciw
ginekologom i przeciw niewłaściwym filmom, użył jej w obronie Stoczni Gdańskiej i w walce z nową
konstytucją, rzucił jej głosy w wyborach na swoich posłów. Daje ludziom zagubionym oparcie
i wyjaśnienie zawiłości dzisiejszego świata - ich poczucie klęski zamienia w poczucie godności, ich
odczucie gorszości w moralną wyższość, niezrozumiałą, zawiłą rzeczywistość w oczywisty spisek
wrogów, a oszałamiający jazgot informacji unieważnia prostymi regułami walki z wiadomym
żydomasońskim knowaniem. Do knowań tych należy nie tylko gospodarcza ruina Polski, powiaty
i wchodzenie do Europy, ale i zło, które szerzy
się w Kościele - katolicyzm otwarty. Jego
przedstawiciele są po prostu żydowskimi pachołkami.
Jakim pojęciem określić opisane zjawisko? Pojęcie jest znane, brzmi: resentyment
.
Najpierw
Fryderyk Nietzsche tłumaczył istotę chrześcijaństwa resentymentem, czyli "buntem karłów na polu
moralności", potem Max Scheler określał tym samym pojęciem naturę buntu burżuazyjnego przeciw
chrześcijaństwu. Dwie przeciwne interpretacje pojęcia wcale go nie unieważniają, lecz raczej
dowodzą, że resentyment może się pojawić zarówno w religii, jak poza religią. Bo o cóż w nim
chodzi? Chodzi o przewrót w "królestwie wartości". Oto lis ma ochotę na słodkie winogrona, ale
winogrona wiszą zbyt wysoko, by mógł po nie sięgnąć. Wmawia sobie więc, że winogrona są
cierpkie. Podobnie z człowiekiem resentymentu: wszystko to, co go przerasta, staje się podejrzane,
gorzkie, cierpkie, złe, a ci, którzy twierdzą inaczej, oczywiście kłamią. Przewrotny lis może i czuje
w głębi duszy, że jest inaczej, ale wybiera "prawdę", jaka pozwala mu żyć.
Cokolwiek by się rzekło, środowisko Radia Maryja jest nadal częścią polskiego Kościoła. Oznacza
to, że w jakiejś części polskiego Kościoła znalazło schronienie to wszystko, co nie mieści się
w przestrzeniach nowego systemu pracy, instytucji demokratycznych, wczorajszego poczucia
godności. Zamknięci w tym schronieniu wyznawcy uzyskują duchowy pokarm, kościelną
legitymizację działania i wzajemne utwierdzenie w resentymencie.
Kto jest tak okrutny, by odebrać im ich złudzenia?
U autorki daje o sobie znać "intuicja sprzeczności": "Watykan może ogłaszać posłanie o Szoah,
Papież może chodzić do synagogi, a polskie katolickie radio i tak wie lepiej, co myśleć o Żydach,
którzy pragną zniszczyć Polskę. Katolicyzm ludowy już raz pokazał, że jest odporny na istotę
Kościoła powszechnego. Chłopska emigracja do Ameryki odbywała się parafiami - i tam, na
obczyźnie, ludzie trwali razem, modlili się po polsku i nie chcąc włączyć się w obce struktury
kościelne, powołali swój Polski Kościół Katolicki."
Ale rozziew między doktryną Jana Pawła II a doktryną "schroniska" dotyczy nie tylko sprawy
Żydów i oceny komunizmu. Dotyczy również oceny wolności, oceny demokracji, wolnego rynku,
państwa wyznaniowego, zjednoczenia Europy, etyki środków masowego przekazu, nie wspominając
już o ocenie konkretnych ludzi.
***
Człowiek nie jest "istotą myślącą", ponieważ woli słodką iluzję niż gorzką prawdę - to
Nietzscheańskie odkrycie powraca jak brzęczenie komara. "Słodkie iluzje" tym się jednak
Plik z chomika:
inacosiegapisz
Inne pliki z tego folderu:
Józef Tischner- O dobrobycie.mp3
(2610 KB)
Józef Tischner- Boski rodowód wolnosci.pdf
(86 KB)
Klub Trójki 2008-03-12-Wspomnienie o Józefie Tischnerze.mp3
(19470 KB)
Filozofia ks. Józefa Tischnera. Cz. 1.mp3
(24880 KB)
Filozofia ks. Józefa Tischnera. Cz. 2.mp3
(24545 KB)
Inne foldery tego chomika:
Abelard Piotr
Ajdukiewicz Kazimierz
Arystoteles
Augustyn Święty
Awicenna
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin