Zizek Slavoj - Jeżeli Boga nie ma wszystko jest zakazane.pdf

(483 KB) Pobierz
Slavoj Zizek - Jeżeli Boga nie ma, wszystko jest zakazane
Slavoj Žižek – wywiad
Jeżeli Boga nie ma, wszystko jest zakazan e 1
Podkreśla   pan,  że  żyjemy   w   społeczeństwie   skrajnie   permisywnym.   A   jednocześnie 
takim,   w   którym   straciliśmy   wszelką  wolność  wyboru   –   wybory   istotne   zostały   zastąpione 
wyborami   pozornymi.   Stąd   pana   główna   rada,   zapożyczona   z   pism   Alaina   Badiou:   aby 
odzyskać wolność, musimy stać się bezlitosnymi cenzorami samych siebie. W jaki sposób można 
odnaleźć wolność jako cenzor?
Problem polega na tym, że ceną za dzisiejszy permisywizm jest coraz większe skoszarowanie. 
Z jednej strony geje czy lesbijki wchodzą do mainstreamu. Z drugiej strony nasza egzystencja jest 
coraz bardziej regulowana. Ten paradoks zawsze mnie fascynował – na jakich zasadach, w imię czego 
permisywizm współistnieje z rozmnożeniem nakazów, które wdzierają się we wszystkie zakamarki 
codziennego życia?
Socjologowie   i   filozofowie  nie   przestają  podkreślać,  że   nasz świat   to  świat,   w  którym 
ludzie nie odnajdują wartości. Pana diagnoza jest dokładnie odwrotna – mamy do czynienia z 
universum skrajnie przesyconym nakazami etycznymi.
Jak wszyscy pamiętamy, Dostojewski napisał, że jeśli Boga nie ma, wszystko jest dozwolone. 
To, co dziś widzimy, dowodzi czegoś wręcz odwrotnego: jeżeli Boga nie ma, wszystko jest zakazane. 
Tzw.   fundamentalistyczni   terroryści   są  tego  żywym   dowodem   –   Bóg   istnieje   i   wszystko   jest 
dozwolone. Zresztą nie trzeba wcale odwoływać się do islamskich terrorystów. Serbski dziennikarz, 
Aleksander Bialicz, napisał kiedyś bardzo piękny tekst, który był niemal promiloseviciowski.
Zastanawiał  się  w  nim,  dlaczego  Milosević  był   przez   długie  lata  tak  bardzo  popularny   w 
swoim  kraju.  Jego  odpowiedź  brzmiała:  „Ponieważ  dał  on  swoim  poddanym  złudzenie  wiecznych 
wakacji”.  Odwiedziłem  Belgrad  jakieś  10  lat  temu   i   miałem  niezwykle  traumatyczne  spotkanie  z 
kilkoma typami rozkochanymi w nacjonalizmie. Wtedy na dobre zrozumiałem, że opis dzisiejszego 
społeczeństwa,   o   którym   pan   wspomniał   –   ludzie   nie   odnajdują  wartości   w   dzisiejszych 
społeczeństwach i dlatego uciekają do dawnych systemów fundamentalistycznych – jest całkowicie 
błędny.   Oni  powiedzieli:  „Jeżeli  chce  się  być  normalnym  obywatelem  dzisiejszego świata,  trzeba 
przestrzegać nieskończonej ilości reguł. Nie można palić w miejscach publicznych, nie można bić 
swojej żony itd. Trzeba nieustannie uważać, co się robi. A jeżeli jest się nacjonalistą, można robić 
niemal wszystko. Można nawet zabijać”. Adorno (niektórzy robią dziś z niego kretyna, ja się z tym 
nie zgadzam) w bardzo interesującym tekście o strukturze propagandy faszystowskiej podkreślał, że 
Hitler nie był tylko i wyłącznie panem, który stwierdzał: „Musisz być posłuszny” – on jednocześnie 
obiecywał  jakąś  obsceniczną  rozkosz.  Myślę, że  wszystkie  reżimy  totalitarne  działały  podobnie  – 
poza stalinizmem. Tu zresztą wracamy do tego, o czym mówiłem wcześniej: permisywizm ma zawsze 
swoje drugie oblicze, niezwykle dyscyplinujące.
Dlatego   jest   pan   tak   nieufny   wobec   powszechnego   dziś  dążenia   ku   przyjemności   i 
podkreśla, że nie powinniśmy sobie pozwalać na zbyt wiele. Dzisiejsze społeczeństwo opisuje pan 
językiem Hegla jako „uduchowione społeczeństwo zwierząt”. Używamy rozumu tylko po to, by 
wyartykułować  nasze   indywidualne   interesy,   by   wmanipulować  innych   w   służbę  naszym 
przyjemnościom.   To  świat,   któremu   brak   wszelkiej   duchowej   substancji,   w   którym   ludzie 
zachowują  się  jak   inteligentne   zwierzęta.   Chcemy   myśleć,  że   nasz  świat   jest  światem   praw 
1 Źródło: „EUROPA” Numer 155/2007­03­24, strona 2.
1 / 7
 
 
Slavoj Žižek – wywiad
człowieka, ale w gruncie rzeczy jest tylko światem walki o prawa ludzkich zwierząt...
Musimy sobie zadać podstawowe pytanie: „Czym jest wolność?”. Odpowiadając na to pytanie, 
jestem całkowicie nie tylko po stronie Badiou, ale także po stronie chrześcijaństwa czy kantyzmu. Nie 
sądzę,   by   wolność  miała   cokolwiek   wspólnego   ze   spontanicznością.   Myślę,  że   na   poziomie 
spontanicznym jesteśmy niewolnikami, chcemy tylko rozkoszy i przyjemności. Nie piję, nie palę, jako 
jedyny   przedstawiciel   mojej   generacji  nigdy   nawet   nie   dotknąłem   narkotyków.   Pozwalam   sobie 
wyłącznie na colę light. Myślę, że wolność jest czymś, co trzeba zdobyć i że wyzwolenie bardzo boli. 
Dlatego  mam  gigantyczny   problem  z  dominującą  dziś  etyką,  która  opiera  się  na  samorealizacji  – 
„Musisz   pozostać  wierny   samemu  sobie”.   Tymczasem,  jeżeli   chcesz  być  wierny   samemu   sobie, 
musisz   zreprodukować  całe  to   g...,   które  jest   w  środku.   Przecież  w   nas  samych   są  także  rzeczy 
odrażające.   Jestem   starym   lewakiem.  Ale   na   poziomie   psychologicznym   mam   konserwatywną  i 
pesymistyczną wizję człowieka – w każdym z nas jest coś strasznego i za wszelką cenę musimy to 
zniszczyć.
Atak na społeczeństwo permisywne jest w gruncie rzeczy tylko wstępem do sporu jeszcze 
istotniejszego – ataku na ideologię multikulturalizmu, z którego dzisiejsza lewica uczyniła swą 
główną broń. To właśnie kampania na rzecz uznania kolejnych grup czy kultur miała zapewnić 
jej zwycięstwo w politycznej walce. Pan jest radykalnym lewicowcem – i jednocześnie zawzięcie 
atakuje multikulturalizm.
Dla wielu dawnych  lewaków  multikulturalizm jest  rzeczywiście  ersatzem  polityki  na  rzecz 
ludu – skoro nie wiemy nawet, czy proletariat jeszcze istnieje, to porozmawiajmy o prześladowaniu 
różnych mniejszości. Dziś praca fizyczna – a nie seks – jest coraz wyraźniej postrzegana jako coś 
obscenicznego, co musi być ukrywane przed publicznością. Ciężka praca fizyczna kojarzy się nam ze 
zbrodniczym  spiskiem. W filmach  z  Bondem  jest zawsze  taka  scena:  czarny charakter  oprowadza 
agenta 007 po swojej fabryce, z dumą pokazując wszystkie urządzenia. A potem Bond wysadza to 
wszystko w powietrze – dzięki czemu możemy na zawsze zapomnieć o proletariacie. I powrócić do 
miejsca, które kochamy najbardziej – do konsumerystycznego raju...
To   wszystko   jest   niezwykle   charakterystyczne   dla   –   jak   to   nazywa   Jacques   Ranci`ere  – 
postpolityki. Wszelkie konflikty mają zostać ukryte.
To dość powszechne rozpoznanie: żyjemy w postpolitycznym świecie. Pan je uważa za 
kłamstwo?
Żyjemy   w  świecie,   który   fałszywie   przedstawia   się  jako   postpolityczny,   aby   pewne 
podstawowe   decyzje   społeczne   nie   były   już  dyskutowane.   To   rodzaj   samosprawdzającej   się 
przepowiedni: kiedy mówimy, że żyjemy w postpolitycznym świecie, wszystko staje się postpolityką. 
Przyjrzyjmy   się  ostatnim   2­3   dekadom  naszej  historii.   Ja   tu   nie   dostrzegam  żadnej  postpolityki. 
Gospodarka   uległa   gruntownej   przemianie   wraz   z   globalizacją,   ubezpieczenia   społeczne   są 
postrzegane w całkowicie inny sposób, społeczna rola państwa także się zmieniła. Nastąpiło wielkie 
zerwanie – i nie mieliśmy na to żadnego wpływu. Nikt z nas nie głosował w tej sprawie. To sprawia, 
że powinniśmy sobie przynajmniej zadać pewne pytania: „Co dziś naprawdę oznacza demokracja? I 
w   jaki   sposób   ona   funkcjonuje?”.   Kiedyś  zastanawiano   się,   jaka   będzie   przyszłość świata   – 
kapitalistyczna czy socjalistyczna? A może faszystowska? Tego już nie ma.
Jaki   z   tego   wszystkiego   wniosek?  Że   między   multikulturalizmem   a   globalnym 
2 / 7
Slavoj Žižek – wywiad
kapitalizmem nie ma żadnego istotnego konfliktu. Lub – ujmując to w języku stalinowskim, 
który pan tak lubi – multikulturalizm jest obiektywnym sprzymierzeńcem kapitalizmu.
To   jest   zupełnie   jasne.   Dzisiejszy   kapitalizm   rozwija   się  dzięki   różnicom,  a   nie   dzięki 
uniformizacji   społeczeństwa   opartego   na   jakimś  jednym   kulturowym,   patriarchalnym   wzorcu. 
Kapitalizm, aby się nieustannie odradzać, aby sprostać wymaganiom społeczeństwa konsumpcyjnego 
i dotrzymać kroku szalonej dynamice rynku, nie może obyć się bez multikulturalizmu. Ten ostatni 
jest   nie   tylko   obiektywnym   sprzymierzeńcem,   ale   wręcz   główną  ideologią  zglobalizowanego 
kapitalizmu. Moi przyjaciele lewacy kompletnie to przegapili. Chodzi o stworzenie świata, w którym 
każdy, nawet najbardziej szczególny styl życia może się rozwinąć w całej swej pełni.
Takie   przekonanie   wyraził   już  przed   laty   Peter   Sloterdijk   –   twierdził,  że   dynamika 
dzisiejszego społeczeństwa opiera się na nieustannym wymyślaniu samego siebie od początku i 
testowaniu kolejnych wersji „ja” we wszystkich możliwych warunkach.
Sloterdijk to wielki filozof, któremu bardzo dużo zawdzięczam, choć jest moim politycznym 
wrogiem. Fakt, że w Niemczech nie traktuje się go dziś poważnie, stanowi jeden z dowodów na to, że 
Duch, który niegdyś tak kochał ten kraj, dziś go opuścił. Wróćmy jednak do tego, co pan mówił. 
Doświadczenie przemiany samego siebie niegdyś było uważane za traumatyczne – dziś ma dowodzić 
wolności. Tak to brzmi w języku kultury. A teraz to samo wyraźmy w języku ekonomii. Jak wiadomo, 
jednym   z   największych   problemów  dzisiejszego świata   jest   to,  że   wielu   ludzi   musi   nieustannie 
zmieniać pracę. Oczywiście takie doświadczenie jest traumatyzujące – nikt nie lubi być niepewny 
własnego jutra. Tymczasem mówi się nam: „Jakie to wspaniałe, możesz się wymyślać od nowa co 
kilka lat”. To jest to, o czym mówiłem: kulturalizuje się problemy ekonomiczne, aby wejść w obszar 
postpolityki.
Spójrzmy   na   Hiszpanię.   Zapatero   wkłada   niespożytą  energię  w   to,   by   zalegalizować 
małżeństwa homoseksualne, zagwarantować prawa rodzicielskie gejom. Przecież on to wszystko robi 
tylko dlatego, by nie zajmować się ekonomią! Dla mnie takie postępowanie nie ma nic wspólnego z 
prawdziwą polityką.
Tak więc problem polega na tym, że wszystko sprowadza się dziś do wojen kulturowych...
Dokładnie. W tym sensie jest coś prawdziwego w „Zderzeniu cywilizacji” Huntingtona, tyle 
że nie w sensie, o którym on myślał. Odbyłem niedawno debatę z Fukuyamą. Powiedziałem mu: „Czy 
pan nie widzi, że między panem a Huntingtonem tak naprawdę nie ma żadnej sprzeczności. Wojny 
kulturowe są jedyną polityką na końcu historii. Jedyne problemy, którymi się dziś interesujemy, to 
problemy kultury”. Porzuciliśmy poszukiwanie uniwersalnej prawdy. I zamiast tego mamy tylko różne 
narracje na temat tego, kim jesteśmy, historyjki, które opowiadamy o nas samych. Sprzeciwiam się 
temu   całkowicie.   Jestem   starym   uniwersalistycznym   goszystą  i   jedyne   problemy,   które   mnie 
interesują,  to   te,  które  mają  wymiar  uniwersalny.   Nie   zgadzam  się  na  sytuację,   w  której  wielość 
opowieści   jest   ostatecznym   horyzontem   etycznym.   Nie   wystarczy,   by   jakaś  grupa   powiedziała: 
„Chcemy,   aby   reszta   społeczeństwa   usłyszała   naszą  historię”.   Nie,   opowieść  tej   grupy   powinna 
stanowić oznakę tego, co z dzisiejszym społeczeństwem jest naprawdę nie tak.
Stwierdził   pan   jednoznacznie,  że   multikulturalizm   stanowi   doskonały   sposób   na 
utrzymanie status quo – liberalny kapitalizm doskonale sobie z nim radzi, w gruncie rzeczy to 
on, a nie lewica, wypracował ideologię multikulturalną. Zadam w takim razie naiwne pytanie: 
3 / 7
Slavoj Žižek – wywiad
co   mogłoby   liberalnemu   kapitalizmowi   zagrozić?   Co   jest   dla   niego  śmiertelnym 
niebezpieczeństwem? I czy rzeczywiście sądzi pan, że liberalny kapitalizm czeka rychły koniec? 
Przecież każdy, kto pana czyta z odrobiną uwagi, widzi, że nie wierzy pan w to, że rewolucja stoi 
u bram...
Moim  problemem  nie  jest  bliski   koniec  kapitalizmu  liberalnego.  Bądźmy   poważni.  Trzeba 
sobie   powiedzieć  jedno:   jeżeli   przyglądamy   się  zachodniej  części  Europy,   jest   rzeczą  absolutnie 
oczywistą, że jeszcze nigdy w całej historii ludzkości tak wielka część populacji nie żyła w takim 
bogactwie. Nie chodzi o to, by dzisiaj walczyć z kapitalizmem liberalnym. Mnie interesuje to, czym 
stanie się kapitalizm za 20 lat – i chcę walczyć właśnie z tym, czym on się stanie. Bo przecież bardzo 
wyraźnie widać narodziny nowego społeczeństwa, nowego apartheidu. Ta tendencja jest niezwykle 
wyraźna w Stanach...
Faktycznie,   jest   coraz   więcej   analiz,   które   pokazują,  że   społeczeństwo   amerykańskie 
staje się coraz mniej egalitarne. Cofa się do stanu sprzed kilkudziesięciu lat, z wczesnych lat 60.
W  Ameryce   ta   tendencja  jest   najwyraźniejsza,   ale   coś  podobnego  widzimy   właściwie   we 
wszystkich   krajach   Zachodu.   Wszędzie  są  z   grubsza  mówiąc  trzy  grupy.   Po   pierwsze  tzw.   klasa 
symboliczna,   do   której   należą  dziś  dziennikarze,   menedżerowie,   wykładowcy   uniwersyteccy  itd. 
Należy  do  niej  jakieś  20  proc.  społeczeństwa.  Potem  jest  dawna  klasa średnia, żyjąca  w  ciągłym 
zagrożeniu, coraz bardziej nacjonalistyczna. I wreszcie klasa wykluczonych, niemająca dostępu do 
niczego. Otóż pomiędzy tymi klasami nie ma dziś żadnych kontaktów, one się rozwijają w zupełnie 
innych kierunkach, stają się zupełnie innymi społeczeństwami. Przedstawiciele amerykańskiej klasy 
symbolicznej czytają mniej więcej te same książki co ja, dogadujemy się bez problemu. A kto jest 
ulubionym   autorem   amerykańskiej   klasy  średniej?   Otóż  jest   nim   Tim   LaHaye,   który   pisze 
chrześcijańsko­fundamentalistyczne   thrillery   polityczne   –   sprzedał   ich   już  ponad   60   milionów 
egzemplarzy.   Dla  niego  Antychryst   to   nie   są  Arabowie.  Oni  są  tylko   marionetkami   prawdziwego 
Antychrysta czyli Europy, która ich wynajęła. Do zamachów 11 września doszło dlatego, że Unia 
Europejska chciała zrujnować Nowy Jork, aby przenieść siedzibę ONZ do Brukseli. Ktoś powie: „To 
jakaś  niewiarygodna  głupota.   Po   co   się  tym   zajmować?”.   Ale   tu   właśnie  o   to   chodzi  –   kulturą 
amerykańskiej klasy średniej staje się niewiarygodna głupota. Dla mnie to wszystko zwiastuje jedno: 
zbliżamy się do momentu rozkładu narodów, bo poszczególne klasy niewiele już łączy. Zamiast tego 
będziemy mieli nowy apartheid.
Prawdę  mówiąc   myślałem,  że   to   się  panu   bardzo   spodoba.   Jako   autorowi,   który 
nieustannie   podkreśla   obrzydzenie   wszelkimi   formami   uczuć  narodowych,   a   o   kulturach 
lokalnych pisze: „Nienawidzę ich!”.
OK, jestem stuprocentowym antynacjonalistą. I doskonale wiem, że dla wszystkich goszystów 
patriotyzm   jest   synonimem   protofaszyzmu.   Jednak   muszę  przyznać,  że   to   zniknięcie   ducha 
patriotycznego ma także złą stronę. Nawet moi jakobińscy przyjaciele we Francji – tacy jak Badiou – 
przyznają, że bez pewnej dozy patriotyzmu demokracja nie może funkcjonować. Bo patriotyzm daje 
nam  poczucie  przynależności  do  pewnej  grupy.   Nowy  apartheid  to   wszystko  niszczy.   Oczywiście 
można założyć, że potencjalnym rozwiązaniem byłoby społeczeństwo zarządzane przez ekspertów, 
gdzie są grupy reprezentujące różne style życia, które eksperci mają za zadanie koordynować.
Po   jednej   stronie   mamy   władzę  technokratów,   po   drugiej   małe   konflikty   kultur.   Jestem 
pewien,  że   to   jest   droga   ku   katastrofie.   Takie   społeczeństwo   nie   miałoby  żadnego   wymiaru 
uniwersalnego, żadnej  przestrzeni   wspólnej   debaty.   Czytałem   niedawno   Hannah  Arendt,   z   którą 
4 / 7
Slavoj Žižek – wywiad
raczej   niewiele   mnie   łączy.   Ją  zafascynowało   to,  że   w   czasie   wojny   w   Wietnamie   doszło   do 
prawdziwej   debaty   publicznej.   Oczywiście   można   cynicznie   zauważyć:   „Wiadomo,   dlaczego 
przeciwnicy wojny w Wietnamie wygrali. Ponieważ młodzi ludzie nie mieli najmniejszej ochoty się 
narażać”. Ale przecież – i tu Arendt miała rację – debata na temat Wietnamu nie dotyczyła wyłącznie 
Wietnamu. Co innego było w niej najważniejsze: zadawano w niej pytanie o to, w jaki sposób można 
zmienić nasze społeczeństwo. Dziś niczego takiego nie ma.
Mamy przecież ogólnoświatową debatę na temat wojny w Iraku. Tu nie chodzi tylko o 
kwestie militarne czy stosunek do polityki amerykańskiej. Niemal każdy uważa, że powinien 
mieć jakiś stosunek do tej wojny – ona stała się jednym ze stałych elementów naszej definicji 
samych siebie...
To jest nawet dość dobre. Tyle że brak w tym rzeczy podstawowej. Bo przecież nie chodzi tu o 
to, czy Amerykanie popełnili jakieś błędy w Iraku, tylko o to, czy lewica ma jakąś wizję. Ja nie mam 
żadnych   wątpliwości   co   do   militarnych   i   politycznych   skutków   okupacji   Iraku.   Tutaj   wielkim 
zwycięzcą  okazał  się  Iran.  Jako   witz  zaproponowałem, że   trzeba  sobie   wyobrazić  stalinowskiego 
prokuratora   w   dzisiejszej   Ameryce,   który   rozkaże  aresztować  Busha   i   torturować  go,   aby   Bush 
nareszcie przyznał, że jest irańskim agentem i wszystko zrobił na rozkaz Teheranu. Ale to nie jest 
problem lewicy. Problem lewicy to: „Jaka jest alternatywa?”.
Wielu   goszystów   nienawidzi   mnie,   kiedy   mówię:   „Nie   ulegajmy   łatwemu 
antyamerykanizmowi!”. Dlaczego? Ponieważ pułapka antyamerykanizmu sprowadza się do tego, że 
całe zło projektuje się na Amerykę, a przecież globalny kapitalizm jest naprawdę międzynarodowy. 
Nie ma żadnego sensu mówić, że on jest kontrolowany przez USA. Kapitalizm stracił swój związek z 
państwem   narodowym.   Wkroczyliśmy   w   nowy   etap   kolonializmu.   Kiedyś  państwa   kolonialne 
podporządkowywały  sobie  inne  państwa.  Dziś  istnieją  tylko  kolonie.  Władzą  kolonizującą  są  dziś 
wielkie firmy międzynarodowe. Dlatego każdy z nas – bez względu na kraj zamieszkania – jest dziś 
obywatelem bananowej republiki.
Jest pan dziś przeciwnikiem wszelkiego działania. Nieustannie podkreśla pan, że gdy ma 
pan wybór między zrobieniem czegoś a nierobieniem niczego, zawsze wybierze to drugie. Być 
może   więc   to   do   pana,   a   nie   do   Busha   należałoby   wysłać  stalinowskiego   prokuratora   z 
zarzutem: „obiektywny sojusznik kapitalizmu”?
Nienawidzę retoryki, która mówi: „Zróbmy coś, już dość tego gadania”. Nie i nie. Przecież to 
właśnie wielcy liberalni kapitaliści jak Bill Gates twierdzą: „To, co się dzieje, jest straszne, musimy 
coś zrobić”. Zarabiają miliardy, a potem zrzucają okruchy z pańskiego stołu. A po drugie – kiedy 
wreszcie  znajdziemy   właściwe  słowa,  nie  sposób  już  postępować  tak  jak  dotychczas.  Trzeba  dziś 
zmienić  słowa   Marksa   i   mówić:   „Zmieniliśmy   już świat   tak   bardzo,  że   nadszedł   czas,   by   go 
zinterpretować”. Albo przyjmujemy, że liberalny kapitalizm jest ostateczną granicą tego, co da się 
zrobić.   Albo  jesteśmy   zdania, że   powinniśmy   zrobić  coś  więcej.  Otóż  ja   absolutnie   uważam, że 
powinniśmy zrobić coś więcej. Tyle że jeśli chodzi o konkretne działania, jestem wielkim pesymistą – 
nie bardzo wiem, co należałoby zrobić. Jest taki stary dowcip. Pytają Marksa, Engelsa i Lenina, kogo 
wolą: żonę czy kochankę. Marks odpowiada: „Żonę”. Engels: „Kochankę”. A Lenin mówi: „Obie”. I 
wszyscy się dziwią: „Jak to, Lenin, przecież z ciebie jest taki asceta. Po co ci żona i kochanka?”. A on 
wyjaśnia: „Jak to po co? Kochance będę mówił, że jestem u żony, a żonie, że u kochanki”. „No, ale co 
będziesz  robił  w   tym  czasie?”.   Lenin   na  to:   „Jak  to   co?  Uczył  się”.   Kiedy  byłem   w   szkole,  na 
wszystkich ścianach wisiało przesłanie Lenina do młodych ludzi: „Uczitsia, uczitsia, uczitsia”. Dziś 
5 / 7
Zgłoś jeśli naruszono regulamin