Zizek Slavoj - Witajcie na pustyni rzeczywistosci -Zemsta światowych finansów.pdf

(473 KB) Pobierz
Slavoj Zizek - Witajcie na pustyni rzeczywistości, Zemsta światowych finansów
Slavoj Žižek
Witajcie na pustyni rzeczywistości 1
Współczesna   amerykańska   paranoja   jest   mniej   więcej   taka:   mieszkaniec   idyllicznego 
kalifornijskiego   miasteczka   –   synonimu   konsumpcyjnego   raju   –   nagle   zaczyna   podejrzewać,  że 
świat   w   którym  żyje   jest   nieprawdziwy,  że   jest   przedstawieniem   odgrywanym   po   to,   by   go 
przekonać, że żyje w prawdziwym świecie, podczas gdy wszyscy otaczający go ludzie są aktorami i 
statystami monstrualnego show.
Tak   dzieje   się  w   filmie   Petera   Weira   „Truman   Show”,   w   którym   Jim   Carrey   gra 
małomiasteczkowego   urzędnika,   odkrywającego   stopniowo,  że   jest   bohaterem   24­godzinnego 
reality show: jego rodzinne miasteczko to gigantyczne studio, w którym przez cały czas obserwują 
go kamery.
Podobnie jest w filmie Philipa Dicka pt. „Time Out of Joint” z 1959 roku. Główny bohater 
prowadzi skromne życie w kalifornijskim miasteczku końca lat 1950 i stopniowo odkrywa, że całe 
miasto jest sceną, stworzoną po to, by go uszczęśliwić...
U   podłoża   obu   filmów   leży   przekonanie,  że   Kalifornia   –   mityczna   kraina   rajskiej 
konsumpcji   późnego   kapitalizmu   –   jest,   w   samej   rzeczy   [w   sensie   hiper­rzeczywistym] 
NIEREALNA, pozbawiona materialnej substancji i właściwej jej inercji.
Można powiedzieć, że Hollywood przedstawia pozorowaną rzeczywistość nie bez powodu. 
Bowiem   społeczeństwo   konsumpcyjne   samo   zmienia   „prawdziwe  życie   społeczne”   w 
przedstawienie,   w   którym   nasi   sąsiedzi   zachowują  się  w   „prawdziwym”  życiu   jak   aktorzy   i 
statyści...   W   kapitalistycznym,   utylitarnym,   pozbawionym   duszy   wszechświecie   następuje 
dematerializacja   „prawdziwego  życia”,  które   zamienia   się  we  własne   przeciwieństwo:   widmowy 
show.
Tę nierzeczywistość amerykańskiej codzienności dobrze zilustrował Christopher Isherwood 
posługując   się  przykładem   motelu:   „Amerykańskie   motele   są  nierzeczywiste!   (...)   bo   są  tak 
zaprojektowane.   (...)   Europejczycy   nie   znoszą  nas,   bo  życie   zastąpiliśmy   reklamą”.   W   tej 
wypowiedzi   odnajdujemy   cień  „kuli”   Petera   Sloterdijka   –   gigantycznej   metalowej   kuli, 
przykrywającej i izolującej całe miasto.
Dzisiejszą  postmodernistyczną  predominantę  zapowiadały   filmy   science   fiction   takie,   jak 
„Zardoz”   czy   „Logan's   Run”,   które   przedstawiały   odseparowane,  żyjące   w   technologicznej, 
higienicznej   niszy   grupy   ludzi   tęskniące   za  doświadczeniem   prawdziwego  świata   i  materialnego 
rozkładu.
W   kultowym   „Matrixie”   braci   Wachowski   z   1999   roku   logika   ta   osiągnęła   apogeum: 
domniemana   materialna  rzeczywistość jest  cyfrową  projekcją generowaną przez mega­komputer, 
do   którego   podłączeni   są  wszyscy   mieszkańcy   Ziemi.   Gdy   główny   bohater   (grany   przez   Keanu 
Reevesa) trafia z Matrixu do „prawdziwej rzeczywistości” – zaśmieconych ruin przypominających 
Chicago po globalnej wojnie – przywódca rebeliantów Morpheus mówi do niego ironicznie: „Witaj 
na pustyni rzeczywistości”.
Czy nie to samo wydarzyło się 11 września w Nowym Jorku? Czy Nowojorczycy nie zostali 
brutalnie   wyrzuceni   na   „pustynię  rzeczywistości”?   Jedno   jest   pewne:   nam   –   ludziom 
skorumpowanym   przez   Hollywood   –   krajobraz   i   huk   upadających   wież  WTC   kojarzył   się  z 
katastroficznymi scenami wielkich filmowych produkcji.
Gdy słyszymy,  że atak był całkowicie nieoczekiwany,  że był szokiem,  że niewyobrażalne 
1 Źródło: „Magazyn Sztuki”, wersja on­line, 2001. Tłumaczenie: Beata Maciejewska.
1 / 6
 
 
Slavoj Žižek
„Niemożliwe”   wydarzyło   się,   powinniśmy   przypomnieć  sobie   inną  równie   charakterystyczną 
katastrofę z początku XX wieku – zatonięcie Titanica. To także był szok. Ale i ta katastrofa została 
przewidziana   przez   ideologicznych   fantastów,   dla   których   Titanic   był   symbolem   potęgi   XIX­
wiecznej   cywilizacji   industrialnej.   Czy   w   przypadku   ataku   na   WTC   nie   jest   tak   samo?   Media 
bombardowały nas informacjami o groźbie terroryzmu a ilustrowały ją dosadnie produkcje filmowe 
(poczynając od „Ucieczki z Nowego Jorku” a kończąc na „Dniu Niepodległości”). Tak więc to, co 
nie   do   pomyślenia,   było   obiektem   fantazji   od   dawna.   W  pewnym   sensie   Ameryka   dostała   to,   o 
czym fantazjowała. I to było największą niespodzianką.
Właśnie teraz, gdy nie okrzepła jeszcze Rzeczywistość po katastrofie, musimy pamiętać o 
ideologicznych i fantasmagorycznych czynnikach determinujących percepcję owej katastrofy. Jeśli 
upadek   wież  WTC   coś  symbolizuje,   to   na   pewno   nie   upadek   staromodnego   pojęcia   „centrum 
finansowego   kapitalizmu”.   Wieże   WTC   reprezentowały   raczej   centrum   WIRTUALNEGO 
kapitalizmu  – finansowych  spekulacji  oderwanych  od sfery materialnej  produkcji.  Niszczącą siłę 
tego aktu terroru można tłumaczyć tylko w odniesieniu do przeszłości, a więc do czasów narodzin 
granicy oddzielającej cyfrowe Centrum Pierwszego Świata od „pustyni Rzeczywistości” Trzeciego 
Świata. Atak uzmysłowił nam, że żyjemy w wyizolowanym, sztucznym wszechświecie, który sam 
generuje   poczucie   zagrożenia   personifikowane   przez   złowieszczego,   szykującego   nam   zagładę, 
agenta.
Idąc   tym   tropem,   Osama   bin   Laden,   domniemany   „mózg”   bombardowania,   jest 
odpowiednikiem   Ernesta   Stavro   Blofelda   –   super­kryminalisty   dążącego   do   zniszczenia   całego 
świata   z   filmowej   serii   Bonda.   Warto   zauważyć,  że   jedynym   obrazem   wytężonej   pracy 
(intensywnego   procesu   produkcji   narkotyków,   konstruowania   rakiety,   która   ma  zniszczyć  Nowy 
Jork...)   jest   odkryta   przez   Bonda   sekretna   kryjówka   super­kryminalisty.   Schwytawszy   Bonda, 
super­kryminalista   zabiera   go   na   przechadzkę  po   swojej   nielegalnej   fabryce.   W   tej   sekwencji 
wyczuwamy naiwną hollywoodzką fascynację realistycznością produkcji fabrycznej, a same sceny 
mają  w sobie  coś z  socrealizmu.   Funkcją  Bonda,  co oczywiste,   jest  wysadzić  tę  całą fabrykę  w 
powietrze... Czy to nie jest tak – z tymi wieżami WTC – że nasza własna broń wobec groźnego 
świata Zewnętrznego obróciła się przeciwko nam?
Zagrożenia   strefy   bezpieczeństwa   Amerykanie   upatrują  w   ataku   terrorystów   z   Zewnątrz. 
Terroryści   są  ludźmi   gotowymi   poświęcić  własne  życie,   ale   są  JEDNOCZEŚNIE   tchórzami,   są 
niezwykle inteligentni i JEDNOCZEŚNIE barbarzyńscy. Gdy stajemy oko w oko z czystym złem z 
Zewnątrz,   musimy   przypomnieć  sobie   lekcję  z   Hegla:   w   czystej   Zewnętrzności   rozpoznać 
przedestylowany obraz Własnej esencji. (...) Jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało, powinniśmy 
także pamiętać, że skutki ataku na Nowy Jork są raczej symboliczne. Stany Zjednoczone zaledwie 
posmakowały tego, co na co dzień dzieje się na całym świecie, od Sarajewa po Grozny, od Rwandy 
i Kongo  po Sierra  Leone.  Jeśli ktoś doda do sytuacji  w Nowym  Jorku  wyborowych  strzelców  i 
gangi rabusiów, może zacząć rozumieć, czym dziesięć lat temu było Sarajewo.
Oglądany   na   ekranach   telewizorów   upadek   dwóch   wież  WTC,   ujawnił   nieprawdziwość 
„telewizyjnych reality show”, które dzieją się „na prawdę” tylko w tym sensie, że ich bohaterowie 
występują  na  scenie   „grając”  samych   siebie.   (...)   Oczywiście   „powrót   do   Rzeczywistości”   może 
przyjąć  inny   obrót   –   prawicowi   komentatorzy,   m.in.   George   Will,   natychmiast   ogłosili   koniec 
amerykańskich „wakacji od historii”. (Oto wpływ rzeczywistości druzgocącej odosobnioną wieżę 
liberalnej tolerancji i uniwersyteckich Studiów Kulturalnych). Ale jest to powrót tekstualny. Mówi 
się:   teraz   musimy   oddać  cios,   walczyć  z   prawdziwymi   wrogami   w   prawdziwym  świecie...   Ale 
KOMU oddać? Żaden cios sam dla siebie nie rozwiąże problemu. Uderza głupota planów ataku na 
2 / 6
Slavoj Žižek
Afganistan:  czy zniszczenie przez najpotężniejszy  kraj świata jednego  z najbiedniejszych  krajów 
nie będzie wymownym przykładem impotencji?
W   pojęciu   „starcia   cywilizacji”   tkwi   częściowa   prawda.   Spójrzmy   na   zaskoczenie 
przeciętnego Amerykanina: „Jak to możliwe, że ci ludzie tak bardzo pogardzają własnym życiem?” 
Czy za tym zdziwieniem nie stoi smutny fakt, iż my mieszkańcy Pierwszego Świata nie potrafimy 
nawet   wyobrazić  sobie   publicznej   czy   uniwersalnej   Przyczyny,   dla   której   ktoś  byłby   gotów 
poświęcić własne życie?
(...)
Atak   ten   zmienił   jedno:   odbudował   poczucie   solidarności   –   widok   Afroamerykanów 
pomagających   przejść  przez   ulicę  starszemu  Żydowi,   był   jeszcze   kilka   dni   temu   nie   do 
wyobrażenia.
Teraz,   tuż  po   ataku,   zatrzymaliśmy   się  w   wyjątkowym   czasie   pomiędzy   traumatycznym 
przeżyciem a jego symbolicznym znaczeniem. W tych dniach, gdy zostaliśmy głęboko zranieni a 
nie odczuwamy jeszcze bólu – kwestia symboliki tych wydarzeń wciąż jest otwarta. Nie wiadomo 
jaka będzie symboliczna skuteczność wydarzeń i jakie usprawiedliwione czyny  wydarzenia te za 
sobą  pociągną.   Są  już  pierwsze   złe   znaki:   dzień  po   ataku   otrzymałem   wiadomość  od   wydawcy 
gazety,   która   miała   opublikować  mój   obszerny   tekst   o   Leninie,  że   postanowiono   odłożyć 
publikację.   Tekst   o  Leninie   wydał   im  się  niestosowny   tuż  po  bombardowaniu.   Czy   fakt   ten   nie 
zapowiada złowieszczych ideologicznych restrykcji?
Nie   ZNAMY   jeszcze   ekonomicznych,   ideologicznych,   politycznych   i   wojennych 
konsekwencji tego wydarzenia, ale jedno jest pewne: Stany Zjednoczone, które dotąd uważały się 
za   wyspę  bezpieczeństwa,   zostały   boleśnie   doświadczone.   Reakcją  obronną  może   być  jeszcze 
większa izolacja, a jej konsekwencją wzmożona agresja wobec Świata Zewnętrznego ukoronowana 
paranoicznym   odwetem.   Amerykanie   mogą  również  zaryzykować  wyjście   z   izolacji.   Zamiast 
powtarzać „Dlaczego to stało się u nas? Takie rzeczy nie powinny mieć TUTAJ miejsca!” mogą 
przekroczyć  fantasmagoryczny   ekran   oddzielający   ich   od   Rzeczywistego  świata,   czyniąc   mocno 
spóźniony   krok   od   „Takie   rzeczy   nie   powinny   mieć  TUTAJ   miejsca!”   do   „Takie   rzeczy   nie 
powinny mieć miejsca NIGDZIE!”.
Amerykańskie   „wakacje   od   historii”   były   nieprawdą:   Amerykański   pokój   okupiony   był 
katastrofami, które miały miejsce gdzie indziej.
Lekcja   jaka   z   tego   płynie   jest   następująca:   jedynym   sposobem   na   to,   by   akt   terroru   nie 
powtórzył się TUTAJ, jest dbanie o to, by nie wydarzyło się to GDZIEKOLWIEK INDZIEJ.
Zemsta światowych finansów 1
Rywalizujący z chrześcijaństwem buddyzm w stylu New Age (niemający wiele wspólnego z 
właściwym   buddyzmem,   będący   raczej   swobodnym   dostosowaniem   różnych   motywów   religii 
Wschodu do naszej nowej globalnej cywilizacji i kreowanych przez nią potrzeb) jest dziś obiektem 
fascynacji jako sposób na zaakceptowanie rozwoju kapitalizmu finansowego i napięć związanych z 
postępem technologii. Nawet reżyser George Lucas nie oparł się jego wpływowi. Świadczy o tym 
„Zemsta Sithów”, ostatnia część sagi „Gwiezdnych wojen”, która wchodzi właśnie na ekrany kin 
całego świata.
1 Źródło: „EUROPA” (22) 125/05 (01.06.2005), GLOBALIZACJA, str. 8. Tłumaczenie: Michał Warchala. Pierwotnie 
tekst został opublikowany w „Le Monde Diplomatique”, 2005.
3 / 6
 
 
Slavoj Žižek
Przedstawiając wreszcie w „Zemście Sithów” (trzeci epizod „pierwszej trylogii”) kluczowy 
moment całej sagi „Gwiezdnych wojen”, czyli przemianę „szlachetnego” Anakina w „złego” Lorda 
Vadera,  George  Lucas  tworzy  paralelę między jednostką i polityką.  Na poziomie  jednostkowym 
wyjaśnienie tej przemiany opiera się na pewnego rodzaju buddyzmie w wersji pop. „On zmienia się 
w Vadera – wyjaśnia Lucas – ponieważ przywiązał się do rzeczy.  Nie udaje mu się oderwać od 
matki ani od przyjaciółki.  Nie może odrzucić przedmiotów.  To przywiązanie go zaślepia. A gdy 
jesteśmy  ślepi,   wkraczamy   na   drogę  ku   ciemnej   stronie,   ponieważ  boimy   się  stracić  to,   co 
posiadamy”.   W   przeciwieństwie   do   tego   nieprzyjemnego   uwikłania   Zakon   Jedi   jawi   się  jako 
zamknięta   męska   wspólnota,   zakazująca   swym   członkom   wszelkich   więzów,   jako   nowa   wersja 
wspólnoty Graala opiewanej przez Ryszarda Wagnera w „Parsifalu”.
Wyjaśnienie polityczne owej przemiany ujawnia jeszcze więcej: „W jaki sposób Republika 
przekształciła się w Imperium? (Pytanie analogiczne do poprzedniego: jak Anakin stał się Lordem 
Vaderem?).   Jak   demokracja   przekształca   się  w   dyktaturę?   Nie   dlatego,  że   Imperium   podbiło 
Republikę,   ale   dlatego  że   samo   jest   Republiką”.   Imperium   rodzi   się  za   sprawą  wewnętrznego 
zepsucia   Republiki:   „Pewnego   pięknego   dnia   księżniczka   Leia   i   jej   przyjaciele   obudzili   się  ze 
słowami: «To już nie jest Republika, to Imperium. Jesteśmy złymi ludźmi»”.
Błędem byłoby lekceważenie współczesnych konotacji, pobrzmiewających w nawiązaniach 
do   starożytnego   Rzymu,   które   pojawiają  się  przy   okazji   tej   przemiany   państw   narodowych   w 
globalne   Imperium  (podobne  aluzje  widzieliśmy  ostatnio  m.in.   w  „Gladiatorze”  Ridleya   Scotta). 
Problematykę  „Gwiezdnych   wojen”   należy   umieścić  właśnie   w   kontekście   dokonującego   się 
niejako na naszych oczach przejścia od państwa narodowego do Imperium.
W   „Gwiezdnych   wojnach”   sporo   jest   wzajemnie   przeciwstawnych   politycznych   aluzji. 
Nadają  one   tej   serii   filmów   „mityczną”   siłę  oddziaływania:   wolny  świat   kontra   Imperium   Zła; 
debata nad państwem  narodowym  przywołująca tezy Pata Buchanana albo Jeana­Marie Le Pena; 
sprzeczności popychające osoby z kręgów arystokracji (księżniczka, członkowie elitarnego Zakonu 
Jedi)   do   obrony   „demokratycznej”   (choć  jednocześnie   wewnętrznie   zepsutej   i   znajdującej   się  w 
stanie kryzysu) Republiki przeciw Imperium Zła; wreszcie ta zasadnicza refleksja: „to my jesteśmy 
źli”.
Jak głoszą wszystkie te filmy, Imperium Zła nie leży gdzieś poza nami – jego pojawienie się 
zależy od tego, czy i jak my, „dobrzy”, będziemy je obalać. To pytanie dotyczy obecnej „wojny z 
terroryzmem”: w jaki sposób ta wojna odmieni nas samych?
Polityczny   mit   nie   jest   narracją  obdarzoną  określonym   znaczeniem   politycznym,   lecz 
pustym naczyniem,  do którego wlewa się wiele różnych sprzecznych ze sobą znaczeń. „Mroczne 
widmo”,   pierwszy   odcinek   „Gwiezdnych   wojen”,   dostarcza   tu   kluczowej   wskazówki, 
przedstawiając „chrystusowe” cechy młodego Anakina – jego matka twierdzi, że jest on owocem 
„niepokalanego   poczęcia”,   a   wygrany   przez   niego   wyścig   w   widoczny   sposób   nawiązuje   do 
sławnego  wyścigu  rydwanów  z „Ben Hura”,  tej „opowieści o Chrystusie” przedstawionej w taki 
sposób, by zrozumieli ją XX­wieczni Amerykanie.
Ideologiczny wszechświat „Gwiezdnych wojen” odsyła do pogańskiego wszechświata New 
Age.   Logiczne   jest   zatem,  że   centralna   postać  stanowi   odbicie   postaci   Chrystusa.   W   wizji 
pogańskiej   nadejście  Chrystusa  jest  niesłychanym  skandalem.  W tej  mierze,   w jakiej  „diabolos” 
(oddzielać, rozrywać) jest przeciwieństwem „symbolos” (łączyć, jednoczyć), Chrystus sam staje się 
figurą diaboliczną – w tym sensie, że przynosi „miecz, a nie pokój” i zakłóca istniejącą jedność. 
Wedle Ewangelii św. Łukasza Chrystus miał powiedzieć: „Jeśli ktoś przychodzi do mnie, a nie ma 
w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być 
4 / 6
Slavoj Žižek
moim uczniem”.
Trzeba pamiętać, że stanowisko chrześcijańskie jest odstępstwem od mądrości pogańskiej. U 
swych   początków   chrześcijaństwo   za   najbardziej   wzniosły   akt   uznało   to,   co   pogańska   mądrość 
potępiała   jako  źródło   zła:   gest   oddzielenia,   rozdzielenia   albo   związania   się  z   jednym   tylko 
żywiołem, co zakłóca całą równowagę żywiołów.
Oznacza   to,  że   należy   przeciwstawić  buddyjskie   (czy   taoistyczne)   współczucie 
chrześcijańskiej   miłości.   Stanowisko  buddyjskie  jest  koniec  końców  stanowiskiem  obojętności  – 
stanem, w którym wszystkie namiętności zostały wygaszone – podczas gdy chrześcijańska miłość 
jest namiętnością, której cel stanowi nadanie bytom hierarchicznego porządku relacji. Miłość jest 
przemocą – i to nie tylko w sensie bałkańskiego przysłowia „jeśli nie bije, to nie kocha” – przemoc 
miłości prowadzi do wyrwania bytu z jego kontekstu.
W marcu br. kardynał Tarcisio Bertone na antenie radia watykańskiego ogłosił deklarację 
twardo potępiającą powieść Dana Browna „Kod Leonarda da Vinci”, oskarżoną o to, że opiera się 
na   kłamstwach   i   propaguje   błędne   nauki   (takie   mianowicie,  że   Chrystus   miał   poślubić  Marię 
Magdalenę i mieć z nią dzieci). Śmieszność tego posunięcia nie powinna przesłonić faktu, że treść 
tej deklaracji jest w sumie prawdziwa: „Kod Leonarda da Vinci” wpisuje chrześcijaństwo w nurt 
New Age – pod hasłem równowagi między zasadą męską i żeńską.
Wracając   do   „Zemsty   Sithów”,   można   powiedzieć,  że   pozostaje   wierna   wspomnianym 
motywom New Age nie tylko za sprawą panującego w niej ideologicznego pomieszania, ale także 
za sprawą słabości narracji: przemiana Anakina w Lorda Vadera, kluczowy moment całej sagi, nie 
osiąga odpowiedniego stopnia tragicznej wielkości. Zamiast skupić się na pysze Anakina, która jest 
niepowstrzymanym   pragnieniem   działania,   czynienia   dobra,   pójścia   na   całość  w   interesie   tych, 
których się kocha (księżniczka Amidala), czego konsekwencją byłoby przejście na ciemną stronę – 
pokazuje się go po prostu jako niezdecydowanego bojownika, który schodzi na złą drogę, ulegając 
pokusie   władzy   i   padając   pod   ciosem   złego   cesarza.   Innymi   słowy:   George   Lucas   nie   miał 
wystarczającej siły, by stworzyć  r e a l ną paralelę Republika­Imperium oraz Anakin­Lord Vader. 
To sama tylko obsesja Anakina na punkcie zła przekształca go w potwora...
Jakie   analogie   można   z   tego   wyprowadzić?   Otóż  w   momencie,   gdy   „europejska” 
technologia   i   kapitalizm   triumfują  w   skali   całej   planety,   dziedzictwo   judeochrześcijańskie   jako 
„ideologiczna nadbudowa” wydaje się zagrożone przez atak „azjatyckiej” myśli New Age. Taoizm 
staje   się  właśnie   hegemoniczną  ideologią światowego   kapitalizmu.   Pewien   rodzaj   „zachodniego 
buddyzmu” jest teraz przedstawiany jako lekarstwo na stres związany z kapitalistyczną dynamiką. 
Miałby   nam   pozwalać  oderwać  się,   zachować  wewnętrzny   spokój   i   funkcjonowałby   w 
rzeczywistości jako jej doskonałe ideologiczne dopełnienie. Ludzie nie są już zdolni dostosować się 
do tempa technologicznego postępu i towarzyszących mu społecznych wstrząsów. Wszystko dzieje 
się zbyt szybko. Nawiązanie do taoizmu albo buddyzmu wskazuje wyjście z tej sytuacji. Zamiast 
przystosowywać  się  do   tempa   transformacji,   warto   raczej   zrezygnować  i   „dać  się  ponieść”, 
zachowując dystans.
Kuszące byłoby nawet wyciągnięcie przy tej okazji starej marksistowskiej kliszy religii jako 
„opium dla ludu”, jako wyobrażonego dodatku do ziemskiej nędzy. „Zachodni buddyzm” okazuje 
się  więc   najbardziej   efektywnym   sposobem   pełnego   uczestniczenia   w   kapitalistycznej   dynamice 
przy zachowaniu pozorów zdrowia psychicznego.
Jeśli potrzebny byłby dodatkowy kontekst dla trzeciej części „Gwiezdnych wojen”, mógłby 
nim być film dokumentalny Alexandra Oeya „Sandcastles. Buddhism and Global Finance” („Zamki 
na   piasku.   Buddyzm   i   globalny   system   finansowy”),   cudownie   wieloznaczny   wskaźnik   naszej 
5 / 6
Zgłoś jeśli naruszono regulamin