Rolicki Janusz - Edward Gierek Przerwana Dekada.pdf
(
891 KB
)
Pobierz
520791 UNPDF
Janusz Rolicki
Edward Gierek : Przerwana Dekada
1
Prolog
- 5 września 1980 roku nie przyjechał Pan na posiedzenie Sejmu. Wkrótce
okazało się, że przebywa Pan
w
lecznicy rządowej w Aninie. Jak do tego doszło?
- Pracowałem całą noc, aby przygotować się na posiedzenie Sejmu. Miałem tam
być autorem ważnego wystąpienia. Nad ranem poczułem bardzo silne bóle koło mostka.
Zaczynało mi brakować tchu. Nie zemdlałem, ale miałem wrażenie, że zbliża się koniec.
Przeżycia ostatnich miesięcy dawały znać o sobie. Nie wpadając w panikę zbudziłem
żonę i poprosiłem o sprowadzenie lekarza. Pół godziny później oficer dyżurny sprowadził
karetkę reanimacyjną. Do mego służbowego mieszkania w Klarysewie pod Warszawą
przyjechał profesor Januszewicz, a w chwilę później profesor Śliwiński.
- Minister zdrowia?
- Tak, profesor Sliwiński był wówczas ministrem zdrowia. Obaj profesorowie
zbadali mnie, zrobili elektrokardiogram i bez chwili wahania zabrali do lecznicy w Aninie.
Tam zostałem położony w specjalnym pawilonie, pod specjalną, jak się później okazało,
opieką. Obstawiono mnie monitorami i przez osiem dni leżałem jak prawdziwy Łazarz. A
potem przez dalszych osiem tygodni byłem w tej lecznicy pod najlepszą opieką
personelu lekarskiego, a głównie pani profesor Hoffmanowej i profesorów Januszewicza i
Gibińskiego.
- Rano, na wiadomość o Pańskiej chorobie, mimo odbywającej się sesji
Sejmu, pośpiesznie zwołano posiedzenie Biura Politycznego KC PZPR. Ustalono
na nim, że pierwszym sekretarzem zostanie Stanisław Kania. Tego samego dnia
wieczorem odbywa się nagłe plenum Komitetu Centralnego, które zatwierdza
decyzję Biura Politycznego. Czy ktoś poinformował Pana o tym, co się stało?
- Nie. Nikt mi nic nie powiedział - ani o posiedzeniu Biura, ani Komitetu
Centralnego. Nikt mnie też nie odwiedził, aby dowiedzieć się o mój stan zdrowia. Dopiero
następnego dnia, dosyć wczesnym rankiem, zjawił się u mnie, najwyraźniej podniecony,
Stanisław Kania. Mimo śladów niewyspania tryskał dobrym humorem, emanowało z
niego zadowolenie z siebie. Zanim wszedł do mojego pokoju, usłyszałem głośną
wymianę uwag pomiędzy nim a profesor Hoffmanową. Jej zdaniem wizyta Kani była
2
niewskazana ze względów lekarskich. Leżałem na łóżku niemal nieruchomo, słaby jak
niemowlę. Szczerze mówiąc bardziej wsłuchiwałem się w miarowe pip, pip... dochodzące
z głośnika monitora kontrolującego moje serce, niż w to, co mówił człowiek, którego
przez ostatnich dziesięć lat dźwigałem na najwyższe stopnie w hierarchii partyjnej. Na
swoje i, niestety, nie tylko moje nieszczęście...
- Przed Pańską chorobą Stanisław Kania był sekretarzem KC i członkiem
Biura Politycznego. A kim był w dniu Pana wyboru na l sekretarza partii w grudniu
1970 roku?
- Kierownikiem wydziału Komitetu Centralnego.
- Czyli karierę zawdzięcza Panu?
- Z pewnością. Wracając do tamtej wizyty; pamiętam dobrze, jak z namaszczoną
powagą poinformował mnie, że postanowiono ulżyć mi w moich ciężkich obowiązkach. A
największy ciężar miał spocząć na jego barkach, bo wybrano go na moje miejsce
pierwszym sekretarzem. Kiedy o tym mówił, nie umiał ukryć radości, choć przybrał minę
żałobnika. Gdy atmosfera stała się nieprzyjemna - nie widziałem bowiem powodu, by
uczestniczyć w jego radości - zapewnił mnie pośpiesznie, że skoro tylko wrócę do
zdrowia, to zgodnie z intencją Komitetu Centralnego zostanę powołany na
przewodniczącego partii. Nigdy nie byłem zwolennikiem teorii Parkinsona, więc
pomyślałem wówczas, nie bez ironii, że w obecnej trudnej sytuacji kraju taka posada
potrzebna jest jak dziura w moście... I tak, proszę pana, wyglądało moje ostatnie
spotkanie ze Stanisławem Kanią. Opuścił pokój i energicznym krokiem podążył
uzdrawiać partię, ja zaś pozostałem sam na sam z monitorem. Wkrótce zorientowałem
się, że jestem już
persona non grata -
wszelkie kontakty polityczne ze mną zostały
urwane. Gdy byłem rekonwalescentem, częstym gościem w pawilonie stał się Józef
Pińkowski, ostatni premier z mojej nominacji. Odwiedzał swoją chorą matkę. Oficer z
mojej ochrony zaproponował mu kiedyś, by wpadł do mnie na chwilę, ale wymówił się
nadmiarem zajęć.
- Jak Pan to znosił: przedłużający się okres choroby i pustkę polityczną
wokół siebie?
3
- Proszę pana, moja choroba była naprawdę poważna i lekarze przez pewien
czas obawiali się drugiego zawału. W takiej sytuacji, niezależnie od okoliczności,
człowiek zamyka się w sobie. Ale ja nie miałem złudzeń: zdawałem sobie sprawę, że
przyszły dla mnie złe czasy. Jednak kilka rzeczy dodawało mi otuchy. W czasie długich
nocnych rozmyślań doszedłem do wniosku, że co najmniej z dwóch powodów mogę być
dumny: po pierwsze, mimo wszelkich przeciwności losu - a było ich doprawdy niemało -
doprowadziłem do porozumienia ze strajkującymi robotnikami; po drugie, mimo
politycznej przegranej podtrzymywała mnie na duchu świadomość, że jako jedyny dotąd
pierwszy sekretarz w Polsce nie skalałem sobie rąk krwią rodaków. Pozostałem wierny
obietnicy złożonej dziesięć lat wcześniej narodowi i sobie.
- Jak długo leżał pan w lecznicy?
- Po dziesięciu tygodniach zostałem przewieziony, wraz z żoną, do pałacyku w
Spalę, nad Pilicę.
- Jesienią 80 roku widziałem telewizyjny reportaż o tej Pańskiej rezydencji.
Autor opowiadał o bezcennym wyposażeniu i drogocennych antykach. Wiele osób
po obejrzeniu audycji uznało, że ma Pan stanowczo za dużo mieszkań.
- Pałacyku Mościckiego - a Spała jest byłą rezydencją prezydentów R P - nie
wybudował Edward Gierek. Bezrobotnego wówczas, ekspulsowanego z Francji, górnika
nie byłoby na to stać. Mówiąc serio, wkrótce rzeczywiście nie miałem gdzie w Warszawie
mieszkać. Po opuszczeniu mej służbowej rezydencji w Klarysewie powróciłem w lutym
1981 roku do mego mieszkania w Katowicach.
- Czy był Pan więźniem stanu?
- Nie, formalnie nie. W pierwszym okresie bardzo ciężko chorowałem, więc i tak
nie mogłem wychodzić z kliniki. Byłem w całkowitej izolacji i przez pewien czas nie
dopuszczano do mnie nawet moich synów. Na wszelki wypadek nie pytałem też, jakie
polecenia otrzymali oficerowie z mojej ochrony. Bywają sytuacje w życiu, gdy niewiedza
jest lepsza od prawdy.
- Czy czasem stosował Pan tę zasadę w polityce?
- Pan raczy żartować. W dzisiejszym świecie, w państwie tak dużym i do tego tak
4
specyficznym jak Polska, nikt, kto sprawuje władzę, nie może sobie pozwolić na
chowanie głowy w piasek, bo traciłby ją przed upływem roku.
- Czy w nowej sytuacji zastanawiał się Pan kiedyś, jak fascynująca - z
psychologicznego punktu widzenia - jest zmiana ról Pańskich oficerów? Z „goryli”,
czyli tzw. ochraniarzy, przemienili się w strażników. Odczuł Pan tę różnicę?
- Jako psychoanalitykowi nie wróżyłbym panu kariery. Zapewniam pana, że ci
ludzie również nie byli uszczęśliwieni odmianą swego losu. Ja natomiast nie mogę o nich
powiedzieć złego słowa. Żaden nigdy nie był moim „Cukierkiem” z powieści Warrena, ale
tez dla nikogo, jak mniemam, nie byłem typem bezdusznego satrapy.
- Przedstawiano Pana w środkach masowego przekazu jako człowieka -
łagodnie rzecz ujmując - głęboko nieuczciwego; przypisywano Panu wszystkie złe
cechy, zwłaszcza nepotyzm. Żeby znieść taki upadek polityczny i moralny, trzeba
jednak szczególnej siły charakteru. Często zastanawiałem się, podobnie jak wielu
innych, jak może znosić tę wyjątkową sytuację człowiek Pańskiego pokroju.
- Proszę pana, upadek polityczny zawsze powinien być wkalkulowany w ryzyko
sprawowania władzy. A co do moralnego... Po takiej kampanii nienawiści - i to z czyjej
strony? Nie „Solidarności”, a moich niedawnych towarzyszy partyjnych - każdy trzeźwo
myślący człowiek musiał przyznać, że gdyby moi wrogowie mieli przeciwko mnie
dostateczne dowody, zostałbym posadzony na ławie oskarżonych. Doprawdy, to był
jeden z punktów programu Kani i Moczara! Pan mi nie wierzy?
- Nie było jak dotąd takiego precedensu. Przypuszczam, że Breżniew po
prostu nie pozwoliłby na to.
- Proszę pana, sądzę, że Breżniew chętnie by się zrewanżował. Zbyt długo musiał
przymykać oko na istnienie „Solidarności”, o której powstanie mnie obwiniał. Czym
wobec spraw tak istotnych dla systemu byłby proces starego agenta francusko-
amerykańskiego?
- Mam dowody, że próbowano tak mnie określać. W tamtym okresie jednak
najboleśniejsza dla mnie była kampania nienawiści skierowana przeciwko mojej rodzinie.
Mówię tylko o „faktach” podawanych do wierzenia w gazetach i telewizji; że żona jeździła
5
Plik z chomika:
kuszaba
Inne pliki z tego folderu:
Dr.Martin.Luther.King.Jr.A.Historical.Perspective.XviD-AC3.www.mvgroup.org.avi
(715881 KB)
Paweł Zyzak - Lech Wałęsa. Idea i historia (2009).pdf
(3054 KB)
Rolicki Janusz - Edward Gierek Przerwana Dekada.pdf
(891 KB)
Pamela Thurschwell - Sigmund Freud - Routledge Critical Thinkers.pdf
(2110 KB)
Frank McLynn - Napoleon, A Biography.pdf
(18101 KB)
Inne foldery tego chomika:
Astronomia
Biologia
Chemia, fizyka i matematyka
Dla dzieci
Dziennikarstwo
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin