Mann Tomasz - Doktor Faustus.pdf

(2230 KB) Pobierz
13800377 UNPDF
Tomasz Mann
Doktor Faustus
Żywot niemieckiego kompozytora
Adriana Leverkühna,
opowiedziany przez jego przyjaciela
Przełożyli
Maria Kurecka i Witold Wirpsza
(ji14)
Tłumacze pragną serdecznie podziękować wszystkim, którzy bezinte-
resownie i z wielką życzliwością służyli im radą podczas pracy nad prze-
kładem, a w szczególności: prof. dr. Julianowi Krzyżanowskiemu za po-
moc filologiczną, prof. dr. Leszkowi Kołakowskiemu za uściślenie termi-
nów filozoficznych, dr. Janowi Żabińskiemu za ustalenie słownictwa
z zakresu zoologii, inż. mgr. Olgierdowi Wołczkowi za informacje z dzie-
dziny astronomii, pierwszemu wnikliwemu czytelnikowi przekładu, dr.
Ryszardowi Herczyńskiemu, oraz redaktorowi książki, p. Teresie Rząd-
kowskiej, za pieczołowitą opiekę nad tekstem.
Tytuł oryginału niemieckiego
DOKTOR FAUSTUS
Das Leben des deutschen Tonsetzers
Adrian Leverkühn
erzählt von einem Freunde
2
Wstęp
Rok 1943. W maju poddały się oddziały niemieckie w Afryce Północnej, w lipcu
bitwa pod Kurskiem przypieczętowała klęskę Wehrmachtu na froncie wschodnim,
niemal jednocześnie, na przeciwnym krańcu Europy, desant aliantów zachodnich
wyzwolił Sycylię i Sardynię, a w półtora miesiąca później podpisano akt kapitula-
cji faszystowskich Włoch. Druga wojna światowa, choć jeszcze daleka od finału
berlińskiego, wyraźnie zmierzała ku rozstrzygnięciu.
Za ocean docierały jedynie stłumione echa tych wydarzeń. Nikt nie wątpił tam
wprawdzie, że w Europie dzieją się rzeczy decydujące nie tylko o przyszłości Sta-
rego Kontynentu, ale i o dalszych losach świata, a młodzi obywatele Stanów Zjed-
noczonych walczyli i ginęli wraz z innymi na włoskich plażach i w potyczkach
lotniczych nad miastami niemieckimi – lecz nie wpływało to w szczególny sposób
na tok życia w Ohio czy Kalifornii. Odległość łagodziła wstrząsy, brak codzienne-
go zagrożenia odbierał działaniom wojennym cały ich dramatyczny, ludzki sens,
własna potęga pozwalała z optymizmem oczekiwać klęski Trzeciej Rzeszy. A prze-
cież nie znaczy to wcale, że w Ameryce wojny nie przeżywano. Przeżywano ją –
inaczej. Właśnie ów dystans sprawił, że rozterki i niepokoje, z jakimi przebywający
w USA emigranci niemieccy przyjmowali wieści napływające z Europy, traktowano
później, po 1945 roku, z dużą nieufnością. Dla ludzi, którzy wojnę znali od strony
sceny, na której się rozgrywała, nie zaś od strony widowni, nawet najbardziej tra-
giczne przeżycia takich pozostających w bezpiecznym oddaleniu obserwatorów
miały w sobie coś z komedianctwa.
Co mógł powiedzieć Niemcom człowiek, który rok 1943 powitał przy szampa-
nie, w luksusowym domu w Pacific Palisades, na kalifornijskim wybrzeżu Oceanu
Spokojnego? Czy w ogóle miał prawo do nich przemawiać, nauczać ich i wytykać
im błędy – nawet jeśli o n już przed laty zerwał z krajem, którego polityczne am-
bicje wydawały mu się zbyt niebezpieczne i wątpliwe pod względem moralnym,
a o n i w milczeniu pozwalali manipulować swoimi nastrojami, pozostawali pa-
sywnymi współuczestnikami, a tym samym byli teraz i współodpowiedzialni za
zbrodnie swych wodzów? Tak było, i wielu z nich dobrze o tym wiedziało – a więc
cóż jeszcze mógł im powiedzieć ten blisko siedemdziesięcioletni pisarz, spaceru
jący po plaży nad Pacyfikiem, podczas gdy ich domy obracały się w ruiny? Dla-
czego właśnie wiosną 1943 roku zabrał się do pisania powieści o Niemczech i Niem-
cach?
3
Tomasz Mann przeniósł się do Stanów Zjednoczonych w 1938 roku, kiedy stało
się dla niego jasne, że dalsze pozostawanie w neutralnej Szwajcarii, sąsiadującej
z Trzecią Rzeszą i dążącej do przynajmniej formalnego utrzymania z nią popraw-
nych stosunków, nie da się pogodzić z jego statusem emigranta, który nie zamierza
rezygnować z prawa do otwartej krytyki poczynań swej ojczyzny. Początkowo
mieszkał w Princeton, wykładając na tamtejszym uniwersytecie literaturę niemiec-
ką, później, kiedy oswoił się już z nowym środowiskiem i odmiennymi warunkami
życia, postanowił przenieść się do Kalifornii. W 1942 roku zamieszkał we własnym
domu w Pacific Palisades nad zatoką Santa Monica, niedaleko od Los Angeles.
Jego życie i praca toczyły się w tym samym uregulowanym rytmie, który – na
przekór wszystkim kolejom losu – nie zmieniał się od przeszło dwudziestu lat.
Nie było też powodów, by miał wyrzekać się swoich przyzwyczajeń. Jak niegdyś
w Europie, tak i teraz w Ameryce był pisarzem znanym i poczytnym, nie miał naj-
mniejszych kłopotów finansowych, a większość świata w dalszym ciągu widziała
w nim pierwszą osobistość kultury niemieckiej. Ukończył w tych latach pracę nad,
„Lottą w Weimarze”, w pierwszych dniach 1943 roku napisał ostatnie zdanie czwar-
tego tomu tetralogii biblijnej „Józef i jego bracia”, zamykając tym samym kolejny
wielki rozdział swej twórczości, później przez kilka tygodni pracował nad nowelą
„Prawo”. Następną jego książką miała być powieść o Fauście.
Czas zdawał się nie sprzyjać zamiarom tak ambitnym i – na pozór przynajmniej
– tak mało związanym ze współczesnością. Żądał szybkich reakcji bardziej publicy-
stycznej niż pisarskiej natury, pochłaniał uwagę codziennymi doniesieniami z fron-
tów wojny, mącił spokój zmiennymi nastrojami, panującymi wśród niemieckich
uchodźców. Wielu z jego wymagań nie można było po prostu odrzucić. To praw-
da, powieść obiecywała schronienie przed niepokojami teraźniejszości, w jej świe-
cie łatwo było się ukryć, jak kiedyś, tuż po wyjeździe z Niemiec, w starożytnym
świecie „Józefa” – i, jak wtedy, powiedzieć sobie, że „zatopienie się w niewinnej
i wewnętrznie pogodnej twórczości intelektualnej – to jedyne, co może nam pomóc
uporać się z tym koszmarem”.
Tym razem jednak nie o to szło. Powieść o Fauście nie była niewinna ani we-
wnętrznie pogodna, a Mann nie chciał szukać w niej azylu czy jakiejkolwiek formy
ucieczki od współczesności. Przeciwnie: miała stanowić jego reakcję na zbliżającą
się niemiecką apokalipsę, reakcję tym bardziej autentyczną i tym trudniejszą, że
następującą po wydarzeniach, które w chwili rozpoczynania pracy nie były jeszcze
znane. Powinna być utworem na wskroś niemieckim, analizującym od podstaw ów
kulturowo-historyczny fenomen, i to właśnie w chwili krytycznej, u schyłku epoki
a może i całej narodowej historii. Faust był wcieleniem niemieckości; koniec Śred-
niowiecza i próg Reformacji – epoką, w której formowały się początki i ustalały
kierunki nowożytnej historii; środowisko, z jakiego wyrósł legendarny uczony,
drobne mieszczaństwo ze starego miasta na północy – klasą noszącą w sobie wszys-
4
tkie pierwiastki „charakteru narodowego”, te, które decydowały o wielkości, ale
i te, którym do wielkości było bardzo daleko. Ukoronowaniem zaś miała stać się
muzyka: najbardziej irracjonalna, najbardziej demoniczna i najbardziej niemiecka
ze sztuk. Muzyka, będąca – jak twierdził Mann w 1918 roku – przeciwieństwem
postępu. Faust – powie w niedalekiej przyszłości – powinien być muzykiem.
Tyle wiadomo było na początku, tak zarysowywały się kształty konstrukcji,
która potrzebowała jeszcze materii, mogącej wypełnić puste przestrzenie. To zaś
wymagało specjalnych studiów. „Urosła już spora teka notatek, świadczących
o złożoności zamierzenia” – wspominał pisarz później. Około dwustu kartek, for-
matu ósemki, na których nie uporządkowane i pooddzielane kreskami cisną się
najrozmaitsze przyczynki z różnych dziedzin – języka, geografii, zagadnień spo-
łeczno-politycznych, teologii, medycyny, biologii, historii, muzyki. Wciąż trwało
jeszcze zbieranie i gromadzenie użytecznych wiadomości...” Wśród lektur Manna
pojawiły się pisma Lutra i listy kompozytora niemieckiego Hugo Wolfa; w różne
strony Stanów Zjednoczonych powędrowały prośby o szczegółowe konsultacje
z zakresu teologii, historii i medycyny. Dość nieoczekiwanie i na pozór bez zwią-
zku z właściwymi przygotowaniami odrodziło się też zainteresowanie biografią
Fryderyka Nietzschego, tragicznego filozofa, którego życie zakończyło się ciężką
chorobą psychiczną. Ten powrót stał się zrozumiały, kiedy spośród starych papie-
rów wyłoniła się także i lakoniczna, trzywierszowa notatka z pierwszych lat XX
wieku: najwcześniejszy pisemny ślad powieści, bardziej może mglisty zarys po-
mysłu, rzucony kiedyś na papier z myślą o ewentualnej realizacji w bliżej nieokre-
ślonej przyszłości, niż plan, na którym można by się oprzeć. Wtedy jeszcze mowa
była o noweli albo o jednym z epizodów nigdy nie napisanej powieści – o historii
artysty, którego choroba prowadzi na szczyty twórczej inspiracji, by potem wtrącić
go w obłęd.
W ciągu czterdziestu lat pomysł musiał dojrzeć i przybrać bardziej konkretne
kształty. Świadczyłaby o tym zarówno wyraźna celowość w doborze książek, jak
i kierunek pozostałych poszukiwań. W „Dziennikach” Manna zresztą uwagi o po-
wieści faustowskiej pojawiają się już w pierwszej połowie lat trzydziestych, a ich
brzmienie zapowiada tę właśnie treść, która miała ją później wypełnić. Przypadek
był niezwykle rzadkim gościem w przemyślanym, uporządkowanym i zaplanowa-
nym w każdym calu gospodarstwie literackim autora „Buddenbrooków”; projekty
latami czekały na realizację, obrastając w notatki, uwagi techniczne i wyciągi ze
wspomagających wiedzę lektur – aż do chwili, w której Mann decydował, iż może
przystąpić do właściwej pracy. „Doktora Faustusa” zaczął pisać 23 maja 1943 roku.
Wiedział już wtedy dostatecznie dużo, by podjąć tę próbę. W istocie jednak
przedsięwzięcie było daleko bardziej skomplikowane, niż sądził początkowo, a jego
kształty uformować się miały ostatecznie już w samym procesie pisania. Widząc
w czasach Reformacji zalążki współczesnej mu niemieckości, pragnął Mann prze-
5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin