Cook Robin - Zaraza.doc

(1778 KB) Pobierz
Robin Cook

Robin Cook

 

 

 

ZARAZA

Tłumaczył Przemysław Bandel

 

 

 

 

 

Nasi szefowie powinni odrzucić wartości rynkowe jako podstawowe dla służby zdrowia i brudne mechanizmy napędzające rynek, w które system ochrony zdrowia został wplątany.

 

Dr Jerome P. Kassirer

"New England Journal of Medicine"

Vol. 333, nr 1, str. 50, 1995

 

 

 

Na stół autopsyjny Jacka Stapletona trafiają zwłoki pacjenta jednego z nowojorskich szpitali. Patolog ze zdumieniem konstatuje, że umarł on na... dżumę. Wkrótce podobne przypadki zaczynają się mnożyć, a choroby, z którymi styka się Stapleton, są coraz dziwniejsze. Wszystko wskazuje na celowe zarażenia. Zaniepokojony patolog wszczyna prywatne śledztwo. Wpada na trop iście makiawelicznej intrygi, w której istotną rolę odgrywa niezwykła, piękna kobieta

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Phyllis,

Stacy'ego, Marilyn,

Dana, Vicky

i Bena

 

Chciałbym podziękować wszystkim moim przyjaciołom i kolegom, którzy zawsze łaskawie gotowi są udzielać wyczerpujących odpowiedzi i służyć radami. W związku z wydaniem Zarazy chciałbym przede wszystkim wyrazić wdzięczność:

Dr Charlesowi Wetli, lekarzowi z zakładu medycyny sądowej, specjaliście patologowi;

Dr Jackiemu Lee, lekarzowi z zakładu medycyny sądowej, specjaliście patologowi;

Dr Markowi Neumanowi, dyrektorowi laboratorium wirusologicznego, specjaliście wirusologowi;

Dr Chuckowi Karpasowi, naczelnemu dyrektorowi laboratorium, specjaliście patologowi;

Joe Coxowi, prawnikowi i czytelnikowi;

Flashowi Wileyowi, prawnikowi, koszykarzowi, konsultantowi w sprawach kultury rap;

Jean Reeds, pracownicy socjalnej, krytykowi, która była znakomitym źródłem bezcennych opinii.

 

Prolog

 

 

12 czerwca 1991 roku, gdy promienie słoneczne dotknęły wschodnich wybrzeży kontynentu północnoamerykańskiego, zaczynał się kolejny, wspaniały, późnowiosenny dzień. Nad większą częścią Stanów Zjednoczonych, Kanady i Meksyku spodziewano się czystego, słonecznego nieba. Meteorolodzy ostrzegali jedynie przed możliwą burzą, która miała się rozpętać nad Doliną Tennessee, i przed ewentualnymi ulewami w obszarze od Cieśniny Beringa aż po Przylądek Sewarda na Alasce.

Niemal pod wszystkimi względami ten dwunasty dzień czerwca był identyczny z każdym innym dwunastym dniem czerwca. Z jednym wszak zastrzeżeniem. Zaszły trzy, całkowicie ze sobą nie powiązane zdarzenia, które miały doprowadzić do tragicznego przecięcia się losów trzech wplątanych w nie osób.

 

Godzina 11.36, Deadhorse, Alaska

 

- Hej! Dick! Tutaj! - zawołał Ron Halverton. Machał szaleńczo, aby zwrócić na siebie uwagę swego byłego współlokatora. Nie odważył się wysiąść z jeepa w całym tym bałaganie wywołanym odprawą na małym lotnisku. Poranny 737 z Anchorage dopiero co wylądował. Służby ochronne bardzo zwracały uwagę na pojazdy pozostawione bez opieki w rejonie lądowiska. Na turystów i personel techniczny zajmujący się tankowaniem czekały autobusy i minibusy.

Usłyszawszy swoje imię i rozpoznawszy Rona, Dick machnął ręką i zaczął się przepychać przez piekielny tłum.

Ron obserwował zbliżającego się Dicka. Nie widział go od roku, odkąd ukończyli college, ale Dick wydawał się taki jak zawsze: obraz normalności w koszuli od Ralpha Laurena, wiatrówce i dżinsach, z małym plecakiem przerzuconym przez ramię. Jednak Ron znał prawdziwego Dicka: ambitnego mikrobiologa, który w samolocie lecącym z Atlanty na Alaskę nie myślał o niczym, pochłonięty nadzieją odkrycia nowej bakterii. Oto facet zakochany w bakteriach i wirusach. Kolekcjonował je, tak jak inni kolekcjonują karty z baseballistami. Ron uśmiechnął się i pokręcił głową na wspomnienie pełnych bakterii naczyń laboratoryjnych, które Dick przechowywał w ich lodówce na uniwersytecie w Colorado.

Kiedy Ron poznał Dicka na pierwszym roku, stracił sporo czasu, zanim się do niego przyzwyczaił. Chociaż bez cienia wątpliwości był oddanym przyjacielem, zdarzały mu się szczególne i niemożliwe do przewidzenia zachowania. Z jednej strony był zapalonym graczem drużyn uniwersyteckich i kimś, kogo chciałoby się mieć u boku, zbłądziwszy w niewłaściwej dzielnicy miasta, ale z drugiej strony na pierwszym roku nie mógł się zdobyć na wykonanie w laboratorium sekcji żaby.

Na wspomnienie innej, niespodziewanej i zawstydzającej sytuacji, w której znalazł się Dick, Ron ledwo zdusił w sobie śmiech. Wydarzyło się to na drugim roku, gdy cała grupa jadąc na weekend na narty, wcisnęła się do jednego samochodu.

Auto prowadził Dick i przypadkowo przejechał królika. Wybuchnął płaczem. Nikt nie wiedział, jak zareagować. W efekcie zaczęto gadać za jego plecami, szczególnie wtedy, kiedy stało się powszechnie wiadome, że w akademiku wyłapuje karaluchy i wyrzuca je na zewnątrz, zamiast rozdeptywać i spuszczać z wodą w toalecie, jak czynili to wszyscy pozostali mieszkańcy.

Dick wrzucił swój niewielki bagaż na tylne siedzenie, zanim uścisnął wyciągniętą dłoń Rona.

Uściskali się z radością.

- Nie do wiary - Ron odezwał się pierwszy. - Ty tutaj! W krainie lodów.

- Takiej okazji nie przepuściłbym za nic na świecie - odparł Dick. - Naprawdę mnie wzięło. Jak daleko stąd do osiedla Eskimosów?

Ron obejrzał się nerwowo przez ramię. Zauważył paru ludzi z ochrony. Odwracając się ponownie w stronę Dicka, zniżył głos.

- Opanuj się - mruknął. - Mówiłem przecież, że ludzie są na tym punkcie wrażliwi.

- Och, daj spokój. Chyba nie mówisz poważnie? - odpowiedział Dick drwiącym tonem.

- Śmiertelnie poważnie - stwierdził Ron. - Mogą mnie wylać za to, że nie potrafiłem być dyskretny. Żadnej zabawy. Albo zrobimy to raz dwa, albo nie zrobimy w ogóle. A ty nie masz prawa nikomu o tym pisnąć! Nigdy! Tak obiecałeś!

- Dobrze, już dobrze - łagodził Dick, uśmiechając się, by uspokoić przyjaciela. - Masz rację. Obiecałem. Po prostu nie sądziłem, że to taka poważna historia.

- To niezwykle poważna historia - twardo podkreślił Ron. Doszedł do wniosku, że chyba popełnił błąd, zapraszając Dicka, mimo iż spotkanie z nim zawsze obiecywało niezłą zabawę.

- Ty tu jesteś szefem - uznał Dick, uderzając Rona przyjacielsko w ramię. - Usta zamykam na kłódkę, a klucz wyrzucam za siebie. Rozchmurz się i wyluzuj. - Wśliznął się do jeepa. - No, ale teraz wyrywajmy stąd i sprawdźmy to niezwykłe odkrycie.

- Nie chcesz przedtem zobaczyć, jak mieszkam? - zapytał Ron.

- Mam takie przeczucie, że napatrzę się jeszcze więcej, niżbym chciał - odparł Dick za śmiechem.

- Myślę, że to dobra pora, kiedy wszyscy dookoła zajęci są lotem z Anchorage i turystami. - Ron przekręcił kluczyk w stacyjce i zapalił silnik.

Wyjechali z lotniska i skierowali się na jedyną drogę prowadzącą na północny wschód. Droga była żwirowa. Żeby rozmawiać, musieli przekrzykiwać warkot silnika.

- Do Prudhoe Bay mamy około osiem mil - odezwał się Ron - ale za mniej więcej milę skręcimy na zachód. Zapamiętaj, jeżeli ktokolwiek nas zatrzyma, to jedziemy zobaczyć nowe pole naftowe. Dick skinął. Nie mógł uwierzyć, że to z powodu tej sprawy Ron zrobił się taki nerwowy. Spoglądając na otaczającą ich płaską, bagnistą, monotonną tundrę przykrytą zachmurzonym, metalicznoszarym niebem, zastanowił się, czy to miejsce pasuje do Rona. Domyślał się, iż na aluwialnej równinie północnej Alaski życie nie mogło być łatwe. Dla poprawienia nastroju rozpoczął rozmowę.

- Niezła pogoda. Ile jest stopni?

- Masz szczęście - odparł Ron. - Przedtem świeciło słońce, więc jest niecałe dziesięć. Tutaj nie może być już cieplej. Ciesz się, dopóki możesz. Po południu będzie chyba śnieżyca. Zwykle tak jest. Ciągle sobie żartujemy i zastanawiamy się, czy to ostatni śnieg minionej zimy czy już pierwszy następnej.

Dick uśmiechnął się i skinął, ale w duchu nie mógł się powstrzymać od stwierdzenia, że jeżeli tubylcy uważają to za zabawne, to najwidoczniej ocierają się o szaleństwo.

Kilka minut później Ron skręcił w węższą i nowszą drogę prowadzącą na północny zachód.

- Jak trafiłeś na to opuszczone igloo? - zapytał Dick.

- To nie było igloo. To była chata zbudowana z torfowych cegieł wzmocnionych fiszbinami. Igloo buduje się jak szałasy, tylko na pewien czas, na przykład na okres polowań w krainie lodu. Eskimosi Inupiat mieszkają w torfowych chatach.

- Przyznaję się do pomyłki - Dick skwitował wykład. - Więc jak się natknąłeś na tę chatę?

- Kompletny przypadek. Znaleźliśmy ją, kiedy buldożer przygotowywał tę drogę. Przekopaliśmy tunel.

- Czy to wszystko ciągle tam jeszcze jest? - zapytał zaniepokojony Dick. - Bałem się lotu tutaj. To znaczy, nie chciałbym, aby cała wyprawa okazała się jedynie stratą czasu.

- Bez obaw. Nic nie zostało ruszone. Co do tego możesz być pewien - uspokoił przyjaciela Ron.

- Może na tym obszarze jest więcej domostw - zastanowił się Dick. - Kto wie? To przecież może być wioska.

Ron wzruszył ramionami.

- Może i tak. Ale nikt nie chce się o tym przekonywać. Jeśli ktoś z odpowiedniego urzędu zwietrzy tę sprawę, zatrzymają budowę rurociągu do nowego pola. A to oznaczałoby klęskę, ponieważ musimy skończyć rurociąg przed zimą, a u nas zima zaczyna się w sierpniu.

Ron zwolnił i przyglądał się teraz uważnie poboczu drogi. Nagle zahamował tuż przy małym kopcu. Przytrzymał Dicka za ramię, dając mu do zrozumienia, żeby nie ruszał się ze swojego miejsca, i obejrzał się za siebie, czy nikt nie nadjeżdża. Upewniwszy się, że są sami, wygramolił się z jeepa i gestem nakazał Dickowi zrobić to samo.

Sięgnął do tyłu samochodu i wyciągnął dwie stare, pobrudzone błotem peleryny i rękawice robocze. Wręczył Dickowi jeden komplet.

- Będziesz tego potrzebował - wyjaśnił. - Znajdziemy się poniżej wiecznej zmarzliny. - Znowu sięgnął do jeepa i wyjął dużą, wielce użyteczną w podobnych wyprawach latarkę. - W porządku - odezwał się wyraźnie podenerwowany. - Nie powinniśmy tutaj zbyt długo zostawać. Nie chcę, żeby ktoś przejeżdżający drogą zaczął się zastanawiać, co też tu się, do diabła, wyprawia.

Ron ruszył na północ od drogi, a Dick podążył za nim jak za przewodnikiem. W nie wyjaśniony sposób zmaterializował się nagle obłok komarów i bezlitośnie zaatakował intruzów. Wpatrując się przed siebie, Dick dostrzegł zamglony brzeg w odległości około pół mili. Domyślił się, że to musi być wybrzeże Morza Arktycznego. Gdziekolwiek spojrzeć, nie było ucieczki od monotonii płaskiej, chłostanej wiatrem, niczym nie wyróżniającej się tundry sięgającej aż po horyzont. Nad głową, krzycząc ochryple, krążyły morskie ptaki.

Kilkanaście kroków od drogi Ron zatrzymał się. Jeszcze raz rzucił spojrzenie w stronę samochodu, skłonił się i złapał za krawędź sklejki pomalowanej w barwy otaczającej ich tundry. Odciągnął płytę na bok i odsłonił głęboką na ponad półtora metra jamę. W północnej ścianie dołu znajdowało się wejście do wąskiego tunelu.

- Wygląda, jakby chata została pogrzebana przez lód -zauważył Dick.

Ron skinął głową.

- Podejrzewamy, że w czasie jakiegoś szczególnie potężnego sztormu fala przyniosła tu kawał pływającego pola lodowego.

- Grobowiec zbudowany przez naturę - powiedział Dick.

- Jesteś pewny, że chcesz to zrobić? - zapytał Ron.

- Nie bądź głupi - odparł krótko Dick i włożył pelerynę z kapturem oraz rękawice. - Przeleciałem tysiące mil. Idziemy.

Ron wlazł do dziury i stanął na czworakach. Zniżając się jak mógł najbardziej, wczołgał się do tunelu. Dick posuwał się tuż za nim. Poza niesamowitą, pełną grozy sylwetką Rona niewiele mógł dostrzec. Ciemność obejmowała go coraz bardziej niczym ciężki, lodowaty koc. W słabnącym świetle dostrzegł jeszcze, jak jego oddech zamienia się w kryształki lodu. Dziękował Bogu, że nie cierpi na klaustrofobię.

Dwa metry dalej ściany tunelu rozchodziły się. Podłoga także schodziła w dół, dając im dodatkowe trzydzieści centymetrów przestrzeni nad głowami. Otwór miał teraz mniej więcej metr wysokości i metr szerokości. Ron przesunął się pod ścianę, więc Dick mógł podczołgać się tuż obok.

- Cycki starej wiedźmy mają w sobie więcej ciepła niż ta dziura - stwierdził Dick.

Snop światła z latarki Rona ożywiał kąty pomieszczenia, oświetlając krótkie, pionowe wzmocnienia wykonane z żeber białuchy.

- Złamały się pod ciężarem lodu jak zapałki - powiedział Ron. - Gdzie są mieszkańcy? - zapytał Dick.

Ron skierował światło w stronę dużego, trójkątnego kawałka lodu, który najpewniej wpadł do chaty przez dach.

- Po drugiej stronie tego - odpowiedział i wręczył przyjacielowi latarkę.

Dick wziął ją i poczołgał się we wskazanym kierunku. Choć tak bardzo nie chciał dopuścić do siebie złych myśli, czuł się coraz gorzej.

- Jesteś pewien, że to bezpieczne miejsce? - zapytał w końcu.

- Niczego nie jestem pewien. Może tylko, że tak to wyglądało przez ostatnie siedemdziesiąt pięć lat albo coś koło tego.

Trudno było przecisnąć się obok bryły brudnego lodu. Gdy Dick znalazł się w połowie drogi, oświetlił przestrzeń za lodowym głazem.

Zaparło mu dech w piersiach. Stęknął tylko cicho z niedowierzaniem. Zdawało mu się, że jest na wszystko przygotowany, jednak wrażenie wywołane przez drżące światło było bardziej upiorne, niż się spodziewał. Spoglądało na niego blade oblicze zamarzniętego, brodatego, odzianego w futro mężczyzny. Siedział prosto. Oczy miał otwarte. Swym zimnym błękitem wyzywająco wpatrywały się w Dicka. Dookoła ust i nosa osadził się różowy szron.

- Widzisz wszystkich troje? - z ciemności dobiegło pytanie Rona.

Omiótł światłem całą przestrzeń. Drugie ciało leżało na wznak. Jego dolna połowa szczelnie zamknięta była w lodowym futerale. Trzecie ciało, podobnie jak pierwsze, było oparte o ścianę w pozycji półsiedzącej. Obaj byli Eskimosami z charakterystycznymi rysami twarzy, ciemnymi włosami i oczami. Obaj także mieli różowy szron dookoła ust i nosa.

Dickiem niespodziewanie wstrząsnęło obrzydzenie. Nie spodziewał się po sobie podobnej reakcji, na szczęście szybko minęła.

- Widzisz gazetę? - znowu zapytał Ron.

- Jeszcze nie - odpowiedział Dick i skierował światło na podłogę. Zobaczył zmrożone rumowisko. Wszystko przemieszane razem i skute lodem: ptasie pióra, zwierzęce kości.

- Leży w pobliżu brodacza - podpowiedział Ron.

Zaświecił w okolice stóp człowieka rasy kaukaskiej. Natychmiast zauważył gazetę z Anchorage. Nagłówek wspominał o wojnie w Europie. Nawet z miejsca, w którym się znajdował, potrafił odczytać datę: 17 kwietnia 1918 roku.

Wygramolił się zza głazu do przedniej części komory. Pierwsze przerażenie minęło. Teraz czuł wyłącznie podniecenie.

- Chyba miałeś rację - powiedział do Rona. - Wygląda, jakby cała trójka zmarła na zapalenie płuc i data dokładnie pasuje.

- Wiedziałem, że to cię zainteresuje.

- To bardziej niż interesujące - odparł Dick. - To może okazać się życiową szansą. Potrzebuję piłę.

Z twarzy Rona odpłynęła cała krew.

- Piłę? - powtórzył z przerażeniem. - Żartujesz sobie. Musisz żartować.

- Sądzisz, że przepuszczę taką okazję? Niedoczekanie twoje. Potrzebuję nieco tkanki płucnej.

- Jezu Chryste! - stłumionym głosem zawołał Ron. - Lepiej, jeśli jeszcze raz obiecasz, że nigdy nikomu nie powiesz!

- Już raz obiecałem - odpowiedział Dick, wyraźnie poirytowany zachowaniem Rona. - Jeżeli znajdę to, czego się spodziewam, zachowam do mojej kolekcji. Nie martw się. Nikt się nie dowie.

Ron pokręcił głową.

- Czasami zdaje mi się, że jesteś nie z tej ziemi.

- Szkoda czasu, idziemy po piłkę - odpowiedział Dick. Oddał Ronowi latarkę i ruszył do wyjścia.

 

Godzina 18.40, Chicago, lotnisko O'Hara

 

Marilyn Stapleton pomyślała o ostatnich dwunastu latach życia męża i poczuła łzy w oczach. Wiedziała, że gwałtowne zmiany, które spotkały ich rodzinę, najmocniej uderzyły w Johna, jednak przecież musiała jeszcze myśleć o dzieciach. Spojrzała na dwie dziewczynki siedzące w poczekalni i nerwowo przyglądające się mamie. Czuły, że ich życie znajduje się na krawędzi. John chciał, aby przeprowadziły się do Chicago, gdzie rozpoczął specjalizację z patologii.

Marilyn przeniosła wzrok na twarz męża. Zmienił się przez te ostatnie kilkanaście lat. Ufny, powściągliwy mężczyzna, którego poślubiła, zamienił się w zgorzkniałego i niepewnego człowieka. Zrzucił dwadzieścia pięć funtów, niegdyś rumiane, pełne policzki zapadły się, sprawiając, że wyglądał na wychudzonego, zmizerowanego, dopasowanego do nowej osobowości.

Marilyn pokręciła głową. Z trudem przywoływała wspomnienia sprzed dwóch lat, kiedy tworzyli wizerunek idealnej, odnoszącej sukcesy rodziny z przedmieścia, on - rozkwitająca praktyka okulistyczna, ona - pewna pozycja na wydziale literatury angielskiej Uniwersytetu Illinois.

Ale wtedy właśnie na horyzoncie pojawił się wielki koncern medyczny AmeriCare i przewalając się przez Champaign w Illinois, jak wcześniej przez niezliczone inne miasta, pożerał przychodnie i szpitale z oszałamiającą prędkością. John próbował się utrzymać, lecz koniec końców utracił pacjentów. Miał dwa wyjścia: poddać się albo czmychnąć stąd. No i czmychnął. Najpierw rozglądał się za inną posadą dla okulisty, jednak szybko okazało się, że na rynku jest więcej okulistów niż miejsc pracy i że nie pozostaje mu nic innego, tylko podjąć pracę dla AmeriCare, ewentualnie jakiejś podobnej organizacji. Wtedy postanowił uciec jeszcze dalej, w nową specjalizację.

- Myślę, że spodoba ci się życie w Chicago - powiedział z nadzieją w głosie. - Tak bardzo tęsknię za wami wszystkimi. Westchnęła.

- My też tęsknimy za tobą. Ale nie w tym rzecz. Jeśli zrezygnuję z pracy na uniwersytecie, dziewczynki będą musiały pójść do zatłoczonej publicznej szkoły w centrum miasta. Twoje wynagrodzenie na stażu nie pozwoli na więcej.

Z charakterystycznym trzaskiem włączyły się megafony, z których po raz ostatni wezwano pasażerów do Champaigne do zajęcia miejsc w samolocie.

- Musimy już iść - powiedziała Marilyn. - Spóźnimy się na lot.

John skinął ze zrozumieniem i otarł łzę.

- Wiem. Obiecaj, że to przemyślisz.

- Oczywiście. Pomyślę - niemalże warknęła. Opamiętała się. Westchnęła raz jeszcze. Nie chciała, aby wiedział, że jest zagniewana. - Tylko o tym ostatnio myślę - dodała łagodnie.

Uniosła ręce i zarzuciła je mężowi na szyję. Objął ją i gwałtownie i mocno przytulił.

- Uważaj - jęknęła - połamiesz mi żebra.

- Kocham cię - odpowiedział stłumionym głosem. Wtulił twarz w zagłębienie jej ramienia.

Szczerze odwzajemniwszy uścisk, Marilyn zawołała dziewczynki i razem skierowały się do wyjścia. Kontrolerowi przy drzwiach pokazała przepustki na pokład, przepchnęła przed sobą córki i poszła rękawem do samolotu. Idąc, machała jeszcze do Johna przyglądającego się przez szybę z poczekalni. Gdy wchodzili na pokład, machnęła raz jeszcze. To miał być ostatni gest pożegnania.

- Czy będziemy musieli się przeprowadzić? - jęknęła pytająco Lydia. Miała dziesięć lat i chodziła do piątej klasy.

- Ja się nie przeprowadzam - odezwała się Tamara. Miała jedenaście lat i silną wolę. - Przeprowadzę się do Connie. Powiedziała, że mogę z nią zamieszkać.

- I jestem pewna, że przedyskutowałaś to z jej mamą -wtrąciła się sarkastycznie Marilyn.

Walczyła ze sobą z całych sił, aby dziewczynki nie widziały łez w jej oczach. Pozwoliła, aby pierwsze wsiadły do małego samolotu śmigłowego. Skierowała je na wyznaczone fotele i stoczyła kłótnię na temat, kto ma siedzieć oddzielnie. Fotele ustawione były bowiem po dwa.

Córkom, które usilnie domagały się wyjaśnień, wytłumaczyła, jaka, ogólnie rzecz biorąc, czeka ich przyszłość. Prawdę powiedziawszy, nie wiedziała, co będzie najlepsze dla rodziny. Samolot zapuszczał silniki z takim warkotem, że dalsza rozmowa stawała się niemożliwa. Gdy maszyna opuściła terminal i kołowała na pas startowy, Marilyn przycisnęła nos do okna. Zastanawiała się, skąd weźmie dość siły na podjęcie decyzji.

Na południowym zachodzie błysnął piorun i wyrwał Marilyn z zadumy. Przypomniał jej, jak bardzo nie lubiła lotów takimi samolotami. Nie miała tego samego poczucia bezpieczeństwa w małych samolotach co w dużych, obsługujących stałe linie między dużymi miastami. W nie uświadomionym odruchu zacisnęła mocniej pas i sprawdziła zabezpieczenie dziewczynek.

Gdy samolot odrywał się od ziemi, z taką siłą zacisnęła dłonie na oparciach fotela, jakby była przekonana, że w ten sposób pomoże jej bezpiecznie wzlecieć w powietrze. Dopiero kiedy ziemia wyraźnie oddaliła się od nich, Marilyn zdała sobie sprawę, że wstrzymała oddech.

- Jak długo tata zamierza mieszkać w Chicago?! - zawołała Lydia z fotela po drugiej stronie przejścia.

- Pięć lat - odpowiedziała mama. - Aż skończy swój staż.

- Mówiłam ci! - wrzasnęła Lydia do Tamary. - Do tego czasu będziemy stare.

Nagły wstrząs wywołał kolejny śmiertelny uścisk dłoni Marilyn na oparciach fotela. Rozglądnęła się po kabinie. Fakt, że nikt nie panikował, był pewnym pocieszeniem. Zerknęła przez okno. Samolot całkowicie pochłonęły chmury. Kolejna błyskawica przerażająco rozświetliła powietrze.

Lecieli na południe. Turbulencje wzrastały z częstotliwością odpowiednią do coraz częstszych błyskawic. Zwięzła zapowiedź pilota, iż spróbuje znaleźć spokojniejszy tunel powietrza na innej wysokości, nieco osłabiły rosnący w Marilyn strach. Pragnęła mieć już za sobą ten lot.

Pierwszym sygnałem prawdziwego nieszczęścia było dziwne światło, które wypełniło samolot, a zaraz potem potężny wstrząs i wibracja. Kilku z pasażerów wydało na wpół stłumione okrzyki, co do reszty zmroziło Marilyn. Instynktownie sięgnęła w stronę Tamary i przytuliła ją mocno do siebie.

Wibracja stawała się coraz silniejsza, gdy samolot z olbrzymim wysiłkiem skręcał w prawo. W tym samym momencie ryk silnika przeszedł w ogłuszający skowyt. Czując, że została wtłoczona w fotel i całkowicie straciła orientację w przestrzeni, Marilyn wyjrzała przez okno. W pierwszej chwili nie widziała nic prócz chmur. Wtedy spojrzała do przodu i serce podeszło jej do gardła. Ziemia biegła ku nim jak na złamanie karku! Lecieli prosto ku niej...

 

Godzina 22.40, Nowy Jork, Manhattan General Hospital

 

Teresa Hagen próbowała przełykać, lecz sprawiało jej to trudności, usta miała suche jak pieprz. Kilka minut wcześniej otworzyła oczy i przez chwilę była całkiem zdezorientowana. Kiedy zrozumiała, że leży na sali pooperacyjnej, wszystko wróciło w jednym błysku.

Problem pojawił się bez ostrzeżenia poprzedniego wieczoru, kiedy wraz z Matthew wybrali się na obiad. Nie czuła żadnego bólu. Pierwsze zaniepokoiło ją uczucie wilgoci na wewnętrznej stronie uda. W toalecie z przerażeniem stwierdziła, że krwawi. I nie było to kilka krwawych plamek. To był regularny krwotok. Od pięciu miesięcy była w ciąży i przeczuwała, że to może zakończyć się nieszczęściem.

Od tej chwili wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Skontaktowała się ze swoją lekarką, doktor Carol Glanz, która zaproponowała spotkanie w Manhattan General Hospital, w izbie przyjęć. Lekarz stwierdził, iż wszystko wskazuje na ciążę ektopową. Płód zamiast usadowić się w macicy, zatrzymał się poza nią, w jednym z jajowodów.

Chwilę po przebudzeniu przy łóżku znalazła się jedna z sióstr. Zapewniała, że wszystko jest w porządku.

- Co z dzieckiem? - zapytała Teresa. Wyczuła grube opatrunki na niepokojąco płaskim brzuchu.

- Na ten temat lekarz wie znacznie więcej niż ja - odparła pielęgniarka. - Powiadomię panią doktor, że pani się obudziła. Wiem, że chce z panią porozmawiać.

Zanim pielęgniarka odeszła, Teresa poskarżyła się na suchość w gardle. Dostała kilka kostek lodu i po chwili zimny płyn przyniósł ulgę.

Teresa zamknęła oczy. Najwidoczniej musiała się zdrzemnąć, ocknęła się, słysząc, jak ktoś wymawia jej imię. Doktor Carol Glanz przyszła z nią porozmawiać.

- Jak się czujesz? - zapytała lekarka.

Zapewniła ją, że dzięki kawałeczkom lodu czuje się dobrze, i zapytała o dziecko.

Doktor Glanz wzięła głęboki wydech, wyciągnęła rękę i położyła dłoń na ramieniu Teresy.

- Obawiam się, że mam dwie smutne wiadomości - powiedziała.

Teresa czuła, jak się napręża.

- To była ciąża ektopowa - stwierdziła, używając medycznego określenia, które, jak sądziła, miało ułatwić trudne zadanie. - Musieliśmy przerwać ciążę, no i oczywiście dziecka nie uratowaliśmy.

Teresa skinęła, starając się nie okazywać żadnych emocji. Spodziewała się tego i próbowała zawczasu się przygotować. Jednak nie była przygotowana na następną wiadomość, którą przekazała jej doktor Glanz.

- Niestety operacja nie była łatwa. Pojawiły się pewne komplikacje, które były przyczyną tak poważnego krwawienia. Musieliśmy poświęcić macicę. Musieliśmy ją usunąć.

W pierwszej chwili umysł Teresy nie potrafił zrozumieć tych słów. Kiwnęła głową i patrzyła w oczekiwaniu na dalsze, szczegółowe informacje.

- Wiem, że to musi być dla ciebie niezwykle bolesne -mówiła dalej doktor Glanz. - Chciałabym jednak, abyś zrozumiała, że zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, aby uniknąć tego nieszczęśliwego rozwiązania.

Nagłe uświadomienie sobie znaczenia słów, które do niej skierowano, wstrząsnęło Teresą. Jej spokojny głos wyrwał się z narzuconych okowów opanowania i krzyknęła w rozpaczy:

- Nie!

Doktor Glanz ze współczuciem ścisnęła ją za ramię.

- To było twoje pierwsze dziecko i wiem, co to dla ciebie oznacza. Strasznie mi przykro.

Teresa jęczała. Wiadomość była tak straszna, że przez moment nie mogła nawet zapłakać prawdziwymi łzami. Była sparaliżowana. Całe życie zakładała, że będzie miała dzieci. To stało się częścią jej osobowości. Świadomość, że jest to teraz niemożliwe, była zbyt trudna do przyjęcia.

- Co z moim mężem? - zapytała po chwili. - Czy powiedzieliście mu?

- Tak - odparła doktor Glanz. - Rozmawiałam z nim zaraz po operacji. Jest na dole w twoim pokoju, do którego zaraz cię przewieziemy.

Rozmawiały jeszcze o czymś, ale Teresa niewiele z tego zapamiętała. Połączenie dwóch informacji: o straconym dziecku i o tym, że nigdy nie będzie miała następnego, zdruzgotało ją.

Kwadrans później zjawił się pielęgniarz, by zawieźć ją do pokoju. Droga minęła szybko. Nic z niej nie zapamiętała. Umysł miała wzburzony; potrzebowała wsparcia i pomocy.

Gdy dotarła do pokoju, Matthew rozmawiał przez telefon komórkowy. Jak przystało na maklera, miał w nim nieodłącznego przyjaciela.

Pielęgniarka z wprawą pomogła Teresie przesunąć się z łóżka pooperacyjnego do łóżka w pokoju, a na wieszaku umieszczonym za głową powiesiła kroplówkę. Po sprawdzeniu, czy wszystko właściwie działa, poprosiła Teresę, aby wzywała ją zawsze, gdy poczuje taką potrzebę, i w końcu wyszła.

Teresa popatrzyła na Matthew, który odwrócił wzrok po skończonej rozmowie. Obawiała się o jego reakcję na wieść o katastrofie. Byli małżeństwem dopiero od trzech miesięcy.

Zdecydowanym ruchem wyłączył aparat, złożył i wsunął do kieszeni marynarki. Odwrócił się w stronę Teresy i przez chwilę wpatrywał się w nią. Krawat miał poluźniony, a koszulę pod szyją rozpiętą.

Próbowała wyczytać coś z oblicza męża, lecz nie zdołała. Przygryzał policzki od wewnątrz.

- Jak się czujesz? - zapytał wreszcie bez większych emocji.

- Tak jak można się czuć w tej sytuacji - odparła. Z całej mocy pragnęła, by podszedł do niej i chwycił ją za rękę, lecz on trwał niewzruszony w swoim miejscu.

- Cóż za osobliwy stan rzeczy - powiedział.

- Nie bardzo rozumiem, o czym mówisz.

- O tym, że główny powód, dla którego się pobraliśmy, właśnie przestał istnieć. Twoje plany nieco się pokrzyżowały.

Teresa powoli otworzyła usta. Zaszokowana, musiała jednak wydobyć z siebie głos.

- Nie podoba mi się twój punkt widzenia - zaprotestowała. - Nie zaszłam w ciążę dla załatwienia jakiejś sprawy.

- No cóż, ty masz swój punkt widzenia, ja swój. Musimy się zastanowić, co my teraz z tym zrobimy.

Teresa zamknęła oczy. Nie potrafiła dać odpowiedzi. Zupełnie jakby Matthew wbił jej w serce nóż. Wiedziała już, że go nie kocha. Więcej, nienawidziła go...

 

Rozdział l

 

 

Środa, godzina 7.15, 20 marca 1996 roku

Nowy Jork

 

- Przepraszam - Jack Stapleton z udaną grzecznością zagadnął taksówkarza, ciemnoskórego Pakistańczyka. - Czy nie zechciałby pan wysiąść z samochodu, abyśmy mogli dokończyć naszą dyskusję?

Jack miał na myśli to, jak taksówkarz zajechał mu drogę na skrzyżowaniu Czterdziestej Szóstej i Drugiej Avenue. W odwecie, gdy zatrzymali się na czerwonym świetle przy Czterdziestej Czwartej, Jack kopnął w drzwi taksówki od strony kierowcy. Jak co dzień jechał do pracy na swoim górskim rowerze.

Taka poranna konfrontacja nie była niczym niezwykłym. Codzienna trasa Jacka to budzący grozę slalom Drugą Avenue od Pięćdziesiątej Dziewiątej aż do Trzydziestej. Wszystko przy zabójczej prędkości. Często dochodziło do bliskich spotkań z ciężarówkami i taksówkami, no i nieuniknionych w takich sytuacjach kłótni. Każdy inny taką podróż uznałby za nerwowo wyczerpującą. Jack uwielbiał to. Jak mawiał do kolegów, dopiero to powoduje, że krew w nim krąży.

Dopóki nie zapaliło się zielone światło, Pakistańczyk nie reagował, dopiero potem przeklął Jacka głośno i ruszył pełnym gazem.

- Ciebie też! - odkrzyczał Jack. Popedałował na stojąco, aż zrównał się z samochodami. Teraz dopiero usiadł na siodełku, ale nogi ciągle kręciły z furią.

Ostatecznie dogonił taksówkarza, ale zignorował go. Śmignął tylko, mijając go. Zdołał się wcisnąć między taksówkę a samochód dostawczy.

Na Trzydziestej Jack skręcił na wschód, przeciął Pierwszą Avenue i ostro skręcił na tyły Biura Głównego Inspektora Zakładu Medycyny Sądowej dla miasta Nowy Jork. Pracował tu od pięciu miesięcy, kiedy to zaoferowano mu posadę współpracownika głównego konsultanta. Miał za sobą specjalizację z patologii i roczny staż jako lekarz sądowy.

Przeprowadził rower obok budki nie umundurowanego strażnika i pomachał mu. Skręcając w lewo, minął biuro kostnicy i samą kostnicę. Jeszcze raz skręcił w lewo, przeszedł obok szeregu chłodni używanych do przechowywania ciał przed autopsją. Rower postawił w kącie, w którym stały proste sosnowe trumny, przeznaczone dla zmarłych, którzy nie mieli rodzin i bliskich. Zabezpieczył go kilkoma szyfrowymi kłódkami.

Winda zawiozła go na pierwsze piętro. Było sporo przed ósmą, więc niewielu pracowników znajdowało się już w pracy. Nawet w biurze przeznaczonym dla policji nie było sierżanta Murphy'ego.

Przeszedł przez korytarz i wszedł do strefy zastrzeżonej dla personelu. Przywitał się z Vinniem Amendolą, który odpowiedział, nie podnosząc wzroku znad gazety. Vinnie był jednym z pomocników lekarzy patologów. Jack często z nim pracował.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin