Andre Norton
Czworo ze Świata Czarownic
Four from the Witch World
Przełożyła: Ewa Witecka
Wydanie oryginalne: 1989
Wydanie polskie: 2001
Wstęp
Świat Czarownic rozrastał się powoli, nigdy nie został dokładnie opisany ani naniesiony na mapę, nie otrzymał też oficjalnej historii. Innymi słowy, po dziś dzień stoi otworem przed podróżnikami i odkrywcami. Jego mapa, którą wreszcie naszkicowano, zdradza niewielką znajomość Północy i Południa, a także zachodniego kontynentu poza barierą Ziem Spustoszonych.
W Świecie Czarownic nie tylko można nadal przeprowadzać badania historyczne i geograficzne, ale ma on również bardzo różniących się między sobą mieszkańców – żyją tam bowiem liczne dziwne ludy i plemiona ukryte na nizinach, w górach, na wyspach bądź bagnach o złej sławie.
Jest tam również jeden odwieczny, wciąż aktywny czynnik: Bramy Między Światami. Na pewno Wielcy Adepci, którzy je otworzyli, by zdobywać za ich pomocą nowe informacje lub szukać za nimi wypoczynku, nigdy nie przypuszczali, iż Bramy będą działać w obie strony (chyba że był to eksperyment przeprowadzony przez nich bardzo dawno temu, we mgle dziejów, która pochłonęła większą część przeszłości). I choć owi Adepci pośpiesznie opuścili świat, w którym wyrządzili tyle zła, przez Bramy przybyli nieszczęśnicy z innych czasów i przestrzeni, schwytani w pułapkę przez te ukryte drzwi, oraz uciekający przed najgorszym wygnańcy, przekonam, że to, co kryje się przed nimi, może choć w niewielkim stopniu polepszyć ich los. Przez te wrota przeszli też amatorzy parający się magią, którą nie do końca rozumieli, przyciągnięci wbrew woli do Estcarpu, High Hallacku, Arvonu i Escore wskutek poważnego naruszenia jej praw. Wszyscy oni musieli stawić czoło całkowicie im obcej rzeczywistości, która wystawiła na próbę zarówno ich odwagę, jak i siłę.
Świat Czarownic to nie ukończony gobelin, nadal tkany w przemyślne wzory, które zmieniają się w zależności od osoby tkacza. Może właśnie dlatego, że nie został ukończony, przyciąga tych, którzy dostrzegają nowe horyzonty i podnoszą ten lub ów kłębek, nim zasiądą do krosien, by dodać tu jakiś fragment, a tam przedłużyć bortę.
W Świecie Czarownic wciąż można dokonać wielu odkryć. Nie mogę powiedzieć, że jest to świat, który stworzyłam, ponieważ uważam go za rodzaj Bramy. Po drugiej stronie tej Bramy pewien Sokolnik jedzie w misji, której jeszcze nie znam, jeden z sulkarskich statków walczy z falami i żaglami w poszukiwaniu nieznanego portu, młoda dama z Krainy Dolin musi przejąć rządy w swoje ręce, a znaleziony fragment starożytnego przedmiotu może w mgnieniu oka zmienić życie człowieka.
W przekonaniu, że nadal można opowiedzieć o tym świecie wiele ciekawych historii, poprosiłam innych pisarzy, by opisali niektóre z nie naniesionych na mapy miejsc, aby stworzyli ludzi czyniących zarówno dobro, jak i zło, i żeby wyjaśnili pewne wydarzenia z jego dziejów albo oświetlili nieznane jeszcze zakątki.
Miałam wiele szczęścia, gdyż ci, do których się zwróciłam, zgodzili się wzbogacić utkany już gobelin. Jestem im wdzięczna za wszystkie nowe Bramy, które otworzyli. Albowiem dzięki nim Świat Czarownic nieprzerwanie się rozszerza. Moi pomocnicy (a mają oni przecież własne ukochane światy) wrzucili wiele magicznych kamyków do sadzawki, która w efekcie stała się morzem. Wywołane przez te kamyki niewielkie fale dotarły do wybrzeży, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Dlatego chcę wierzyć, że choć władam niewielką mocą, potrafię jednak wezwać nowych adeptów do otwarcia zamkniętych dotąd Bram. Czas i przestrzeń nie są przeszkodą dla tych, którzy za pomocą swojej sztuki szukają do nich kluczy, czuję się zaszczycona i cieszy mnie bardzo, iż posłużyli się nią, żeby dotrzeć do Świata Czarownic.
Mogę więc mieć nadzieję, że Bramy do Estcarpu, High Hallacku i Arvonu nigdy nie zostaną zamknięte ani zapomniane i że inni kronikarze wzbogacą historię tych krajów.
Niech więc obecni i przyszli przyjaciele Świata Czarownic posłuchają nowych opowieści z jego dziejów...
Elizabeth Boyer
Dziedzictwo martwo urodzonej
I
Czteroletni Mal wcisnął się głęboko do zasłoniętej wyblakłym gobelinem wnęki w wilgotnym murze. Nigdy dotąd nie zapuszczał się do skrzydła zamku, w którym mieszkały jego trzy niezamężne ciotki, dopóki wszystkich mieszkańców Malmgarthu nie ogarnęło owo tajemnicze podniecenie. Powiększył palcem wygryzioną przez myszy dziurkę w tkaninie i uważnie się przyglądał. Zamieszanie i krzyki trwały od wielu godzin. Wszystkich mężczyzn przepędzono do wielkiej sali, a kobiety z zapamiętaniem krzątały się wokół sprawy normalnej dla całej swej płci. Służebne i pokojówki niezmordowanie krążyły między pomywalnią i kobiecymi komnatami, znoszono wszystko, czego tylko zażądała położna.
Mal spochmurniał, kiedy pojawiła się Ysa z dymiącym dzbankiem pełnym pachnącej herbaty i kilkoma ciastkami, które upiekła dzisiaj stara kucharka. Zaniosła je prosto do położnej i nawet się nie rozejrzała, by choć jedno zaproponować chłopcu. Ysa była najmilszą i najpulchniejszą ze służebnych i należała tylko do Mala. Jednakże żadne z uczestników dramatu, którym stał się przedwczesny poród pani Eireny, nie pomyślało o podaniu chłopcu kolacji i wysłaniu go do łóżka. Mal mściwie wyciągnął jeszcze kilka nitek z bezcennego starego gobelinu i obrzucił złym spojrzeniem odchodzącą Ysę. Służebna przemknęła przez komnatę, a z wyrazu jej twarzy chłopiec zrozumiał, że zupełnie o nim zapomniała.
Przestanie być potrzebny nawet swemu wujowi, panu Rufusowi, gdy nowy przybysz zjawi się w Malmgarcie. Słyszał, jak pani Fairhona powiedziała tak do pani Elgi, a obie były siostrami pani Eireny. Mal nie znał prawdziwego powodu, dla którego zabrano go z jego domu znajdującego się na południe od Brikholmu. Wiedział tylko, że jego matka umarła na tę samą chorobę, na którą cierpiała teraz pani Eirena, i że dlatego posłano go do wuja, pana Rufusa, na wychowanie.
Pan Rufus i pani Virid nie mieli dzieci, dziedzic zatem Malmgarthu nie będzie pochodził z jego rodu. Każde dziecko Eireny, starszej siostry Rufusa, będzie miało większe prawa niż młody Mal, który był tylko jego siostrzeńcem. Pani Eirena nie zechciała przypieczętować swego związku małżeństwem i na to obyczaj jej pozwalał, jakkolwiek nie pozwoliłby, by jakikolwiek nieprawy potomek pana Rufusa mógł odziedziczyć Malmgarth.
Mali był za młody, żeby mu zależało na przejęciu Malmgarthu z jego zielonymi pastwiskami, gęstymi lasami, osłoniętego od północy przed burzami i chłodzonego w lecie wiatrami znad niezbyt odległego morza. Bujne łąki Malmgarthu dostarczały pożywienia dla stad dorodnego bydła i owiec oraz tabunów pięknych koni.
Dzięki wielu pokoleniom selektywnej hodowli, malmgarckie wierzchowce łączyły inteligencję i siłę legendarnych torgiańczyków z szybkością i urodą jabłkowitych rumaków Jeźdźców Zwierzołaków. Rezultatem był kary koń, który dopiero osiągnąwszy dojrzałość zyskiwał srebrzyste cętki na zadzie i brzuchu, chociaż najcenniejsze okazy zmieniały maść dopiero na starość. Miały smukłe, dumnie wygięte szyje i wysoko nosiły przepiękne głowy; długimi, bujnymi ogonami zamiatały ziemię. Zawsze można było dostrzec cień dzikości w dużych, błyszczących oczach i delikatnych chrapach tych mieszańców, ale żaden jeździec – po tym jak już go zaakceptował malmgarcki rumak – nie mógł pragnąć bardziej wiernego i posłusznego wierzchowca, na którym przemierzał znaczne odległości między sąsiednimi zamkami. W bitwie zaś, co teraz było rzadszym zjawiskiem, ale którego nadal należało się strzec, malmgarcki wierzchowiec bronił swego pana zębami i kopytami.
Ludzie nadal pamiętali ponure czasy, dni wiatru i wilka, jak je nazywano, które nastały po spustoszeniu High Hallacku przez Psy z Alizonu. Trwało to dopóty, dopóki nie objęli rządów tacy magnaci jak pan Trystan, którzy zdołali zaprowadzić porządek i zapewnić pokój umęczonej krainie. Ojciec pana Rufusa, Treli, był jednym z nich i przywiódł do zniszczonego zamku parę koni należących niegdyś do Jeźdźców Zwierzołaków. Ludzie spoglądali wtedy nań z ukosa, zastanawiając się, jakie pakty musiał zawrzeć podczas wojny. Tak jednak cieszył ich spokój, który zaprowadził w ich dolinie, iż zapomnieli, że nie był rodowitym szlachcicem i wybaczyli mu oportunizm z czasów walki z najeźdźcami.
Lecz to były sprawy dorosłych, dla Mala zaś liczył się tylko jego własny tłusty, szary kucyk imieniem Baldhere, smaczne kąski podsuwane przez kucharkę, tak że Mal nigdy nie musiał czekać na posiłek, oraz tuzin lub więcej służebnych, które nie odmawiały mu niczego. Najbardziej zaś lubił wieczory, które spędzał przy kominku w wielkiej sali, siedząc obok swego wuja i zasypując go pytaniami, kiedy temu starczało dla malca cierpliwości, albo patrząc z podziwem, gdy zagniewany wielmoża chodził wielkimi krokami tam i z powrotem i łajał jakiegoś niegodziwego pasterza czy oracza.
Pan Rufus miał wszystkie cechy, które uwielbiałby każdy chłopiec – był hałaśliwy, przystojny, równie szczodrze rozdawał dary jak szturchańce, a także pachniał końmi, miodem pitnym i wyprawioną skórą. Często sadzał Mala przed sobą na szybkim malmgarckim rumaku i mknęli razem jak wiatr przez łąki i wzgórza. Chłopiec krzyczał z radości, kiedy wiatr wyrywał mu słowa z ust i wyciskał łzy z oczu.
Mal nie chciał się dzielić tym wszystkim z kłopotliwym przybyszem, który rodził się w komnacie naprzeciwko. Zmarzł i zesztywniał od stania w niewygodnej pozycji, ale uczucie, że robi coś zakazanego, sprawiało mu wielką przyjemność. Zamkowe kobiety kręciły się po pokoju, wchodziły, wychodziły i żadna nawet nie podejrzewała, że Mal się tu ukrywa i przez otwarte drzwi przygląda się temu, czego nie powinno ich zdaniem oglądać żadne męskie oko. Później krzyki nagle ucichły, lecz w komnacie po drugiej stronie korytarza wiele się nie uspokoiło. Jakaś służebna wybiegła stamtąd pośpiesznie i na korytarzu natknęła się na Ysę.
– Dziecko urodziło się martwe – powiedziała szybko półgłosem. – Poślij kogoś do opactwa po damę Averil. Musi pobłogosławić to, czego nie można przywrócić do życia. Nie wiem bowiem, jaka zła moc może zająć miejsce duszy dziecka.
– Biedne maleństwo – mruknęła Ysa – za bardzo chciało przyjść na ten okrutny świat.
– Tak, to wielka szkoda, tym bardziej, że byłaby to dziewczynka – dodała tamta.
Ledwie zniknęły Malowi z oczu, kiedy z mroku w przeciwległym krańcu korytarza, tam gdzie schody prowadziły w dół do solidnych drzwi wychodzących na dziedziniec zamkowy, wypełzła ciemna, zakapturzona postać. Chłopiec znieruchomiał i powstrzymał oddech, gdy zorientował się, że nieznajoma – podobnie jak on sam – kryje się przed ludzkimi oczami.
Wyglądała na wieśniaczkę, a taka przecież nie miała tu nic do roboty. Ogarnęło go oburzenie i wyszedłby z kryjówki, gdyby nagle nie dostrzegł zawiniątka, które niosła nieznajoma, torby uszytej z kawałka starego gobelinu. Znał tę torbę, należała do zielarki Merdice. Rozpoznałby ją choćby tylko po zapachu: ostrej, drażniącej woni ziół. Mal ledwie odważył się zamrugać. Najmniejszy ruch, ślad oddechu wystarczyłby, żeby Merdice go zauważyła.
Rozejrzała się podejrzliwie dookoła, jakby wyczuła jego obecność. Chłopiec lękał się jej od chwili, gdy zjawiła się w Malmgarcie pierwszego dnia zimy. Pan Rufus i inni mężczyźni spalili wtedy słomiane koła, żeby odstraszyć złe duchy, nie zdołali jednak odstraszyć Merdice. Ta bezdomna, obdarta kobieta stanęła przy drzwiach zamkowej pomywalni i poprosiła o coś do jedzenia. Zrobiła to bez śladu lęku i uniżoności. Później obrzuciła spojrzeniem zamek, przyglądając się uważnie różnym szczegółom konstrukcji, i w końcu zapytała, czy pan Rufus nie potrzebuje zielarki do pracy w destylarni. Jakby skądś wiedziała, że staruszka, która się tym zajmowała, niedawno umarła, pozostawiając inwentarz i domowników wielmoży bez naparów i proszków niezbędnych do leczenia chorób i ran. Służba szeptała, że Merdice ma złe spojrzenie, że rozmawia z umarłymi w ruinach po drugiej stronie potoczku, że umie włożyć swoje myśli do cudzej głowy albo je stamtąd wydobyć. I wszyscy byli zgodni, że bardzo różni się od innych ludzi.
Mal natomiast sądził, że zielarka prawdopodobnie piecze na rożnie dzieci, zwłaszcza zaś nieposłusznych małych chłopców. Obserwując ją ukradkiem w destylarni, dowiedział się, że podczas pracy rozmawia sama ze sobą lub z niewidzialnymi duchami. Raz zastał ją, gdy siedziała wyprostowana, wpatrzona nieruchomo przed siebie, jakby w transie. Kiedy przyłapywała go na szpiegowaniu, odwracała się błyskawicznie i wypędzała go, wymachując gniewnie pięścią. Wydawała mu się niewiarygodnie stara i pomarszczona, chociaż miała niewiele siwych włosów i kroczyła prosto, wyniośle, co zaskakiwało w zestawieniu z jej chudą, kanciastą postacią. W bystrych, ciemnych oczach dostrzegał niepokojący błysk, jak u dzikiego orła.
Teraz Merdice odwróciła się i z niepokojem zmierzyła wzrokiem gobelin. Chłopiec zrozumiał, że już za chwilę wszystko się skończy. Zielarka podeszła bliżej i skubnęła gobelin, potem obmacała przez grubą tkaninę mur, w pustej przestrzeni nie zdołałby się ukryć żaden dorosły mężczyzna ani kobieta. Wzruszyła ramionami i popatrzyła ze złością na gobelin. Po omacku wyjęła z torby niewielką kryształową buteleczkę. Zbliżyła ją na chwilę do świecy. Wewnątrz buteleczki krążyła podobna do dymu substancja. Na moment do ścianki przylgnęła miniaturowa twarzyczka, podobne do kwiatów rączki zacisnęły się w piąstki, po czym istotka odsunęła się, zawirowała, ciągnąc za sobą jasne włosy. Wydawało się, że szuka drogi ucieczki, unosząc się i pchając drewniany korek, a później znów okrążając wnętrze butelki.
Mal nigdy nie widział takiej interesującej zabawki. Nagle wezbrała w nim gwałtowna chęć posiadania maleńkiej pani w szklanej buteleczce – buteleczce ze szkła przezroczystego, co samo w sobie było prawdziwym cudem. Mimo to nawet nie drgnął w swojej kryjówce i tylko z tęsknoty otworzył szerzej oczy.
Nagle Merdice ukryła buteleczkę w fałdach obszernej sukni i odwróciła się ku komuś nadchodzącemu.
– Merdice?! Co tu robisz? – zapytała Ysa, najwyraźniej starając się nie urazić zielarki. – Nikt po ciebie nie posyłał.
– Chodzi o dziecko – padła odpowiedź. – Mam lekarstwo na poród martwego dziecka. Chcę je zobaczyć, zanim wszystkie opuścicie ręce. – Spojrzała prosto w oczy Ysie, która najwyraźniej zamierzała odmówić. Zaczęła już kręcić przecząco głową, gdy nagle zesztywniała, a jej spojrzenie znieruchomiało.
– Dobrze – odparła służebna. Kiedy otworzyła drzwi, Mal zdołał dostrzec wnętrze komnaty, gdzie kilka milczących kobiet otaczało panią Eirenę, bladą i nieprzytomną, jęczącą cicho. Stojąca przy łożu położna trzymała coś błękitnoszarego owiniętego w skrawek białego płótna. Wszystkie głowy zwróciły się gniewnie ku Merdice, gdy Ysa przerwała milczenie.
– Ta Mądra Kobieta ma lekarstwo dla dziecka – oświadczyła martwym głosem.
Otyła położna zaczęła się podnosić, a jej pomocnice odwróciły się z oburzeniem, ale Merdice podniosła rękę i wszystkie znieruchomiały.
– Teraz dobrze – powiedziała. – Tak jest znacznie lepiej.
Wślizgnęła się do komnaty i wyciągnęła ręce po dziecko. Trzymając je jedną ręką, drugą wyjęła buteleczkę spomiędzy fałd sukni, obluzowała korek zębami i podsunęła naczyńko pod nosek niemowlęcia. Wirująca w nim szara mgiełka zniknęła. Niemal natychmiast dziecko odetchnęło, zaczęło kaszleć, pluć i zaniosło się płaczem.
Merdice zwróciła dziewczynkę położnej i szybko wyszła na korytarz. Wszystko to trwało zaledwie kilka chwil. Ysa pamiętała, że powinna zamknąć drzwi. Później zawołała:
– Dziecko żyje!
– Nazywa się Aislinn – powiedziała cicho pani Eirena.
Wówczas Mal ponownie znalazł się naprzeciw Merdice, której uwagę znów przykuł gobelin. Z niedowierzaniem kręciła głową, przyglądając się tkaninie. Tym razem dostrzegła wyszarpaną nisko dziurę i skoczyła ku niej jak kot. Mal rzucił się do ucieczki. Biegł tuż przy ścianie, osłonięty gobelinem, a zielarka tuż za nim. Choć strach nie ściskał go za gardło, nie ośmielił się wzywać pomocy. Przecież był intruzem w komnatach pani Eireny. Wiedział, że nikt go nie uratuje, a zbawczy gobelin wkrótce się skończy.
Nagle uderzył w wystający wspornik, potknął się, potoczył i zaczął spadać z wąskich stopni. Szczęściem zdołał się zatrzymać. Z dołu biło światło i słychać było głosy. Przyciskając się do ściany, zsuwał się ze schodów tak szybko, jak tylko potrafił, niepewnie sięgając do następnego stopnia krótkimi dziecinnymi nóżkami. Spodziewał się, że w każdej chwili złapie go szponiasta ręka. A jeśli Merdice zmieniła postać i będzie go ścigać jako wilk, wielki szczur, a może nawet pająk?
Schody kończyły się tuż przed wąskimi drzwiami. Mal pchnął je gorączkowo. Chłopiec wpadł do niewielkiego, podobnego do szafy, znajomego pomieszczenia. Należało do kuchennego królestwa i jego cudownych, życzliwych bogiń. Wygramolił się więc ze spiżarni do rozjaśnionej blaskiem ognia kuchni, przesyconej zapachem piekącego się mięsa. Otoczyły go kuchenne bóstwa. Kucharka wzięła na kolana i uspokoiła słodkim ciastkiem, przykładając jednocześnie zimne ostrze noża do rosnącego na czole guza.
– Był w tej brudnej dziurze w kobiecym skrzydle zamku – zauważyła kucharka, zgarniając mu pajęczyny z włosów. – Na pewno przypatrywał się porodowi. Czy właśnie tam byłeś, paniczu?
– Złoiliby mu skórę, gdyby się o tym dowiedzieli – zachichotała nerwowo któraś z jej pomocnic.
– To już bez znaczenia – odrzekła kucharka. – Nie powiemy im o tym i nigdy się nie dowiedzą. Szkoda, że tamto biedactwo urodziło się martwe. A pani Eirena ostatecznie została oszukana przez los. Tyle się namęczyła, żeby zajść w ciążę. Zdaje się, że w końcu to nie jej potomstwo, ale mały Mal będzie naszym panem. To mi wcale nie przeszkadza.
Chłopiec omiótł spojrzeniem ich twarze i wyprostował się, świadomy, że ma coś ważnego do powiedzenia.
– Dziecko żyje – oświadczył z powagą. – Merdice przyszła i maleńka pani z buteleczki weszła do nosa dziecka.
– Merdice?! – powtórzyła z niedowierzaniem kucharka i na dźwięk tego imienia wszystkie kobiety spojrzały po sobie z niepokojem. – Cóż za niewiarygodna historia! Mały musi być ciągle przestraszony. Maleńki, stara Merdice nigdy nie przyszłaby do zamku. Wszystkie zewnętrzne drzwi są zamknięte, zresztą nikt by jej nie wpuścił. Nie musisz się jej obawiać – przytuliła go mocniej i wręczyła następne ciastko.
Mal skulił się na kolanach kucharki i wepchnął ciastko do ust, rozsypując okruchy na brudny fartuch. Ogarnęła go senność. Uderzył piętami o kolana kucharki i poruszył się, walcząc ze snem. Daremnie, bo już po kilku minutach mocno spał, ściskając w brudnej rączce na pół zjedzone ciastko.
II
Mal widywał Aislinn tylko wtedy, gdy niańka nosiła rozkrzyczane niemowlę po dziedzińcu, albo już nieco podrosła, gdy chwiejąc się na nóżkach, kroczyła po nierównych płytach kamiennej posadzki wielkiej sali. Niańka szła tuż za nią, bacząc, by nie upadła i nie zrobiła sobie krzywdy. Ale żadna niańka nie mogła jej upilnować i chłopiec cieszył się w duchu, kiedy Aislinn upadła albo pobrudziła swoją piękną sukienkę, tuląc się do wielkiego, zabłoconego psa. Przez cały czas Mal obawiał się, że z powodu Aislinn wuj Rufus odeśle go pewnego dnia, tak jak to zapowiadały służebne.
Wszyscy uważali, że Aislinn jest ślicznym dzieckiem i kobiety przy lada okazji wynosiły ją pod niebiosa. Ten brak lojalności bardzo bolał chłopca. Uważał kuzynkę za nieznośnego bachora. Kiedy trochę urosła, zaczęła wszędzie za nim chodzić i Mal nie potrafił się jej pozbyć. Błoto i woda jej nie odstraszały; nie odstępowała go, choć moczyła brzeg haftowanej sukienki i cienkie, ozdobione koralikami atłasowe trzewiczki. Wprawdzie w każdej chwili mógł wsiąść na kucyka i odjechać, lecz miał wtedy poczucie winy, gdyż zawsze czekała na jego powrót.
Kiedy Aislinn skończyła sześć lat, a Mal dziesięć, pani Eirena zaprzestała bezowocnych prób kierowania jej postępowaniem. Aislinn ubrana rankiem w bogatą sukienkę z drogiej tkaniny, ozdobioną koralikami i wymyślnymi haftami, zrzucała z siebie ciężki, niewygodny strój gdzieś na łące czy w oborze i bawiła się w koszuli, która nie zawadzała w bieganiu, wspinaniu się na mury i konnej jeździe. Podobnie było z bucikami, których nigdy nie odnajdywano, chyba że oddała je innemu dziecku, a zresztą po całym dniu gonitwy delikatne trzewiki nie nadawały się już do noszenia. Pod koniec dnia Aislinn wyglądała jak leśna nimfa w przepasanej łodygą winorośli krótkiej koszulce i wianku na rozpuszczonych włosach, które spadały jej na plecy jak jasny płaszcz.
Mal nie pamiętał chwili, kiedy został niewolnikiem Aislinn. Może stało się to w dniu, w którym pozwolił jej wsiąść za sobą na konia; stary Baldhere już dawno ustąpił miejsca wysokiej, łagodnej klaczy. Pędzili wtedy, śmiejąc się na całe gardło, gdy klacz przeskakiwała przez strumienie, a wiatr porywał ich okrzyki. Mógł to być dzień, w którym chcąc ją nastraszyć, by przestała wszędzie za nim chodzić, podkradł się do Aislinn w lesie. Leżała na ziemi w otoczeniu polnych myszy, nornic i innych małych zwierzątek wychodzących z norek na jej wezwanie. Cichym, obcym głosem wypowiadała niezrozumiałe słowa. Gdy go dostrzegła, roześmiała się i szepnąwszy coś, przegnała porośnięte futrem towarzystwo. Po chwili znów coś powiedziała i na jej wyciągniętym palcu usiadł motyl, potem drugi, trzeci, aż w końcu pokryły całe ramię i barwną chmurą krążyły nad głową.
Chłopiec wyszedł z ukrycia, chcąc się lepiej przyjrzeć małym stworzonkom o kolorowych skrzydełkach.
– Jak to zrobiłaś? – zapytał podejrzliwie.
Aislinn uśmiechnęła się, machnęła ręką i motyle ponownie się rozproszyły.
– Ach. Wymawiam ich imiona i przychodzą do mnie – odrzekła. – Och, Malu, pokaż mi miejsce, w którym Tavis zobaczył wielkiego kota. A może się boisz, że ten kot jeszcze tam jest?
Mal oczywiście wcale się nie bał i spędzili ten dzień w starożytnych ruinach, gdzie mignął im wielki, srebrzysty kot, który na ich widok błyskawicznie schował się do ciemnej kryjówki między przewróconymi kamiennymi blokami. Aislinn zaczęła wtedy znowu nucić w taki sam sposób jak przedtem. Kot odpowiedział gardłowym pomrukiem, a po chwili wyszedł znów na słońce i mrugając leniwie oczami, rozejrzał się, szukając źródła głosu.
– Przestań! – szepnął pośpiesznie chłopiec, czując, jak włosy stają mu dęba z przerażenia, gdy wielki drapieżnik zbliżał się ku nim bezszelestnie.
– Co się stało? Boisz się? – Udała zaskoczenie, ale w jej oczach zapaliły się figlarne ogniki.
– Tak! – wypalił chłopiec.
Śnieżny kot dostrzegł ich teraz i koniuszek jego ogona poruszył się lekko, gdy z zainteresowaniem przyglądał się chłopcu skośnymi, złocistymi oczami.
– Odeślę go, jak mi dasz słowo, że pozwolisz mi ze sobą wszędzie chodzić – odparła rezolutnie dziewczynka. – Bo opowiem wszystkim, że bardzo się przestraszyłeś śnieżnego kota.
– Jak tak powiesz, to wszyscy będą się śmiać ze mnie.
– Nie, nie zrobię tego. Mogę im powiedzieć, że go pogłaskałeś.
Złapała chłopca za rękę i wyszła na polanę, pociągając za sobą. Wielki kot szedł ku nim miękko, z opuszczoną nisko głową. Mal, patrząc na zwierzę, zapomniał o wpajanych przestrogach. Przestał dostrzegać w nim niebezpieczną bestię. Zobaczył oto bajecznie silną istotę, władcę zwierząt, który usiadł spokojnie tuż przy stopach Aislinn i spojrzał na nią uprzejmie. Chłopiec wyczuł ciekawość, jaka ogarnęła kota, kiedy dziewczynka dotknęła jego głowy, jego gotowość do wykonania jej poleceń. Na nalegania Aislinn Mal również dotknął głowy drapieżnika, zważając jednak, by nie wypuścić ręki kuzynki. Na chwilę obudziła się w nim niepokojąca świadomość, że mieszkańcy Krainy Dolin nie mają pojęcia o istnieniu siły tak potężnej i starożytnej jak sama ziemia, siły, która łączy wszystkie zwierzęta, darząc je wiedzą niedostępną dla niego i dla jego współplemieńców.
Aislinn zwróciła się jakimś słowem do wielkiego kota, który wstał i odszedł bez pośpiechu. Zatrzymał się nawet na moment, by spojrzeć w stronę ludzkich zagród, zanim ponownie zniknął w swojej grocie.
– Teraz możesz powiedzieć pasterzom, że dotknąłeś śnieżnego kota – oświadczyła dziewczynka.
– Nie uwierzyliby mi – Mal pokręcił głową. – Ty lepiej też nie mów o tym nikomu, bo pomyślą, że się przechwalasz. Jak poznałaś jego imię?
Aislinn uklękła wśród kwiatów i zaczęła do nich przemawiać, tylko niektóre zrywała i dokładała do niewielkiego bukietu.
– Wszystko ma imię – odrzekła z irytacją. – Wystarczy popatrzeć i już się wie. Nawet ludzie mają imiona, chociaż trzymają je w tajemnicy.
– Ja mam na imię Mal i nie robię z tego sekretu.
– To nie jest twoje jedyne imię. Nie wolno ci wyjawić nikomu tego drugiego imienia. Musisz o tym wiedzieć! Zwierzęta nie ukrywają ich przede mną. – Spojrzała na chłopca i jej twarzyczka nagle spoważniała. – Czy mówią je tobie, Malu?
– Nie, oczywiście, że nie – odpowiedział pogardliwie. – Tylko dziewczyny muszą znać imiona.
Nie wydawało mu się czymś niezwykłym to, że Aislinn przemawiała do roślin, tak że gałęzie z ukrytymi owocami zbliżały się do niej, albo namawiała owoce, by spadły z drzew, kiedy była głodna. Wypowiadając jakieś imię, dziewczynka umiała nawet usunąć ból skaleczeń czy zadrapań i zatamować krew z nich płynącą.
Z dziecięcą łatwością Mal zaakceptował zdolności swojej kuzynki jako część świata Malmgarthu, na równi z wielkim, czerwonym dyskiem wschodzącego słońca, rosą, która każdego ranka spadała nie wiadomo skąd na trawę i kwiaty, czy nowymi cielętami i źrebiętami w magiczny sposób pojawiającymi się u boku swych matek oraz istnieniem innych stworzeń tak młodych jak oni sami.
Aislinn lubiła wymykać się z zamku przed świtem i chodzić boso po rosie. Matka i służebne od dawna już zaniechały prób zatrzymania jej w kobiecych komnatach i wyuczenia takich pożytecznych umiejętności, jak szycie, haftowanie czy plotkowanie. Kiedy Mal się długo nie pojawiał, dziewczynka wysyłała ptaka, żeby zaćwierkał w jego oknie, albo psa, który wskakiwał na jego łóżko i lizał mu twarz, przez cały czas depcząc go wielkimi łapami.
Później skradali się do kuchni, gdzie kucharki właśnie zaczynały pracę i Mal zabierał otrzymane ciastka lub kromki chleba. Następnie wstępowali do mleczarni po kubki świeżego, ciepłego mleka. Dopiero wtedy odwiedzali konie w stajni i jedli śniadanie w sąsieku, obserwując stajennych zaprzęgających konie. Przejażdżka wozem zapewniała im całodzienny pobyt na okalających zamek polach, skąd mogli wędrować we wszystkich kierunkach, udając, że są banitami z Wielkiego Pustkowia, zamierzającymi złupić Malmgarth, lub obieżyświatami po raz pierwszy odwiedzającymi Krainę Dolin.
Ta sytuacja zadowalała pana Rufusa, ale nie jego siostrę.
– Ten chłopiec wcale się nie uczy – zwykła mawiać przy kolacji w wielkiej sali.
Mal i Aislinn od dawna powinni byli leżeć w łóżkach, lecz często pozwalali sobie na podglądanie niczego nie podejrzewających dorosłych.
– Ten chłopiec – ciągnęła pani Eirena – gania po okolicy jak zając i uczy Aislinn karygodnych sztuczek. Ona nigdy nie nosi butów, jeździ konno z zadartą koszulą, przesiaduje w oborze i stajni i wciąż zadaje się ze służbą, zachowując się tak, jakby nie była lepsza od nich. Ten chłopiec to młody dzikus, a nie odpowiednie towarzystwo dla szlachetnie urodzonej panienki!
– Powinnaś więc sprawić jej kilka strojów do konnej jazdy – oświadczył pan Rufus z szerokim uśmiechem. – A chłopiec w ten sposób lepiej pozna okolicę, niż gdyby leśniczy towarzyszył mu przez cały dzień. Niech jeszcze przez jakiś czas cieszy się wolnością i w końcu sam poczuje się włodarzem. Aislinn tylko na tym skorzysta, kiedy pewnego dnia obejmie tu rządy. Będzie potrzebować gospodarza, który zna każdy kamień i ścieżkę w Malmgarcie.
– To jej przyszły małżonek będzie tu panem, a nie twój wychowanek – odparła z przekąsem pani Eirena. – Chociaż przypuszczam – dodała niechętnie – że jako nasz bratanek może pozostać tutaj tak długo, jak zechce.
– Obcy nie może rządzić Malmgarthem – odrzekł na to jej brat. – Musi się kochać tę ziemię, gdyż inaczej nie będzie rodziła. To wrodzony dar.
– Nonsens – zaprzeczyła Eirena. – Mówisz o ziemi tak, jakby była żywa.
– Bo jest, pani siostro, bo jest – odpowiedział Rufus.
Wzmianka o przyszłym małżonku Aislinn, który miałby przybyć do Malmgarthu, tylko rozbawiła dziewczynkę i jej kuzyna. Dobrze wiedzieli, co stałoby się z intruzem. Aislinn rozkazałaby winnej latorośli związać go mocno, chmurom – zmoczyć ulewą, a wilkom – przepędzić. W ich myślach ten niepożądany przybysz nierozerwalnie łączył się z Chlodwigiem, drobnym człowieczkiem w podeszłym wieku. W porównaniu z barczystym, hałaśliwym opiekunem Mala i Aislinn pełnomocnik pana młodego wyglądał jak zeschły liść trzęsący się w podmuchach humoru Rufusa. Na uczcie weselnej ledwie skosztował jadła z talerza, który miał dzielić z panną młodą. Aislinn ze wstrętem odsunęła mięso na jego część talerza. Podobnie postąpiła z innymi potrawami, których nie chciała jeść. Głęboko za to zaczerpnęła z kielicha, którego Chlodwig tylko dotknął ustami. Wyglądał jak zaniepokojony stary kogut, którego lubią podskubywać młodsze osobniki. Podczas tej uroczystej biesiady dziewczynka śmiała się z niego w duchu i wymieniała spojrzenia z siedzącym naprzeciw Malem, który w nowym, niewygodnym ubraniu wciąż wiercił się na stołku.
Aislinn i Mal szybko zapomnieli o tej uroczystości. Za osiem lat pan młody miał przybyć do swej małżonki, żeby objąć w posiadanie jej posag w Malmgarth, ale dzieciom okres ten wydawał się wiecznością. Podobny do wychudłego ptaka Chlodwig i Hrok rychło przestali dla nich istnieć.
Nic nie mogło zmusić Aislinn i Mala, by zachowywali się tak, jak zdaniem pani Eireny powinni zachowywać się młody szlachcic i szlachcianka (skądinąd niewiele wiedziała ona o wychowaniu dzieci i o sposobach ich kontrolowania). Najlepiej powiodła się jej próba nastraszenia obojga, ale długotrwałego efektu też nie osiągnęła. Kiedy Aislinn była już na tyle duża, że na swych krótkich nóżkach deptała Malowi po piętach, pani Eirena opowiedziała im ponurą historię o czarnym wozie. Trzymała przy tym Mala za ramię, wpijała w nie paznokcie i, patrząc mu prosto w oczy, uświadomiła straszny los, jaki czeka jego i Aislinn, jeżeli się nie poprawią.
– Jest wielki, czarny wóz, pokryty dziwnymi napisami Dawnego Ludu, i ma on dwa koła, które obracając się hałasują głośno jak grom. Ciągnie go obdarty ze skóry wół, który już dawno zdechł, lecz złe uczynki małych dzieci dodają mu sił. Jeździ on po domach, w których żyją małe złe dzieci, doprowadzające do rozpaczy swoje matki. Kiedy wóz się zatrzyma, wtedy woźnica, ghul w długiej, szarej opończy, schodzi na ziemię, bierze wielki hak do siana, łapie nim dzieci i wsadza je do wozu, z którego nie mogą zejść, choćby nie wiem jak krzyczały i płakały. Ghul zabiera je daleko, tam gdzie pożerają je wilki, kruki i inne złe stwory, którym smakują złe dzieci. Czy chcielibyście, żeby ten czarny wóz przybył po was do Malmagarthu, wy przekorne, nieznośne dzieciaki?
Ciarki przebiegały Malowi po grzbiecie za każdym razem, kiedy słyszał tę opowieść, nawet gdy był już za duży, by się lękać takich bajek. Ale Aislinn zawsze słuchała matki z otwartymi ustami, nie odrywając od niej wzroku, bez względu na to, jak często pani Eirena usiłowała ukarać córkę, strasząc ją c...
Nikt89