Pierwszy.pdf

(48 KB) Pobierz
[i][b][size=18]Pierwszy[/size][/b][/i]
Pierwszy
autorstwa Suhaka
Ku przerażeniu jego mamy, Charlie Swan nie miał za grosz smykałki do kwiatów. W
przeciwieństwie do Helen Swan, malec po prostu nie potrafił – choćby nie wiadomo jak chciał –
zapewnić roślinkom odpowiednich warunków, co niezwykle martwiło ciemnowłosą kwiaciarkę. Helen
była właścicielką miejscowej „kwiatkowi”, jak to zwykł mawiać malec – a właściwie jedynej w małym,
prowincjonalnym Forks. Miała trzy pasje: kwiaty, gotowanie i obserwowanie, jak sześcioletni synek
dorasta. Zawsze rozczulała ją mina zbitego psa, gdy coś przeskrobał, ciemne, kędzierzawe kosmyki
ubabrane w białej pianie szamponu do włosów, gdy pomagała mu się myć, lub wilczy apetyt podczas
śniadania. Żałowała jedynie, że nie należał do tych rozgadanych, wiecznie jazgoczących dzieciaków.
Łaknęła każdego szczegółu z jego przedszkolnego życia, a sześciolatek wciąż milczał i milczał, czasami
bąknąwszy coś o nowej zabawce Billy’ego Blacka lub o tym, jak pani przedszkolanka potknęła się o
nogę Willy’ego Newtona podczas leżakowania.
***
– Dzieci, dzisiaj wybierzemy się na wycieczkę nad morze – przywitała się z uśmiechem pani
Christine. – Zaraz po drugim śniadaniu ubierzecie się, a równo o dziesiątej ustawcie w parach na
korytarzu koło wejścia.
Malcy obecni na sali wydali z siebie pomruk zadowolenia, a jedna z dziewczynek aż pisnęła.
Jedynie Charlie Swan spuścił głowę i westchnął głęboko z niezadowoleniem. Nienawidził, gdy trzeba
było ustawiać się w pary i w takim ustawieniu iść na spacery – zazwyczaj zostawał sam, ponieważ nie
miał nikogo, kto chciałby bezinteresownie spędzić czas z takim nudziarzem jak Charles. Niewiele
mówił, wlepiał tylko wzrok pod nogi i od czasu do czasu kopał leżący na ziemi kamień lub szyszkę.
Dzieciaki nie przepadały za nim, przez co czuł się wyobcowany i samotny.
Tak jak się spodziewał, o punkt dziesiąta stał wraz z innymi na korytarzu bez pary,
przysłuchując się rozmowom swoich koleżanek i kolegów. Pani Christine przydzieliła mu dziewczynkę,
Sue, która chodziła do jego grupy od niedawna.
– Kochanie, wróciliśmy – zawołał śpiewnie Geoffrey Swan, zdejmując szalik i wieszając płaszcz
na wieszaku. Pomógł rozebrać się małemu Charliemu i wkroczył do kuchni. Pocałował żonę w policzek.
– Jak minął dzień? – zagadnęła pogodnie Helen, krojąc marchewkę.
– Znośny. Dużo roboty i straszne korki. Ale przynajmniej przyjemnie na dworze.
Kobieta kiwnęła głową i kontynuowała siekanie. Przysłuchiwała się piosence, która leciała w
radiu, czekając na powitanie synka. Ten jednak nawet nie wszedł do kuchni.
– Gdzie Charlie? – zapytała, marszcząc brwi. Mąż opuścił gazetę i rozejrzał się.
– Hmm, wydawało mi się, że szedł ze mną do kuchni – wymamrotał, powracając do lektury.
Helen westchnęła głęboko i ze złością odłożyła nóż. Wytarłszy ręce, wyszła na korytarz.
– Charlie? Charles, nie przywitasz się?
Ale odpowiedziała jej jedynie cisza. Zmartwiwszy się jeszcze bardziej, zajrzała do salonu.
Nikogo tam nie było. Weszła po schodach na pierwsze piętro i zapukała do pokoju syna, ale nikt nie
odpowiadał. Weszła do środka – malca tam nie zastała. Przestraszyła się i zbiegła na parter.
– Zgubiłeś Charliego! – zawołała ze złością do męża. – Tak go pilnujesz! Bardziej interesują cię
twoje gazety niż…
– Nie ma go? – zdziwił się mężczyzna, po czym odłożył pismo i zaczęli poszukiwania. Zaglądali
za kanapę, pod stoły, do szaf, wyjrzeli na taras i podjazd. Zeszli do piwnicy, z minuty na minutę
denerwując się coraz bardziej, ale syna nigdzie nie było! Helen ze łzami w oczach pobiegła do sąsiadów,
nikt jednak nie widział małego, sześcioletniego chłopca spacerującego samotnie po ulicy czy czyimś
trawniku. Tymczasem mały Charles siedział w komórce ogrodowej, szperając w szafce z nasionami.
Pani Swan mało nie popłakała się ze wzruszenia i ulgi, gdy ujrzała ukochanego malucha w
ogrodzie z łopatką, grabkami i torebką nasion róży w ręku. Co prawda za nic nie mogła wyciągnąć z
niego, co go tknęło, by wziąć się za ogrodnictwo, ale nie dbała o to. Najważniejsze, że mały Charlie był
cały i zdrowy.
***
Tak naprawdę chodziło o miłość. Helen, naturalnie, nie miała o tym pojęcia, ponieważ
sześciolatek milczał jak grób i skrzętnie ukrywał wszelakie dowody tej zbrodni. Jedyne, co zmieniło się
w jego zachowaniu, to doglądanie, podlewanie i pielęgnowanie zasadzonej różyczki. No i – co
dziwniejsze! – wykonywał te prace całkiem sprawnie, sprawiając, że roślina rosła w zastraszającym
tempie.
Sue Harrison także żyła w słodkiej nieświadomości przez wiele miesięcy. Czasami zastanawiało
ją dziwne spojrzenie tego chłopca od Swanów, jednak nie przejmowała się nim za bardzo – czuła się
zbyt przytłoczona samotnością i wyobcowaniem, jakie spotkało ją w grupie w przedszkolu. Siedziała
zazwyczaj sama, wlepiając wzrok w kolorowanki, które podsuwała jej pani Christine, i powstrzymując
się przed wybuchem płaczu. Ale Charlie miał w sobie wiele samozaparcia. Mimo wrodzonej
nieśmiałości znalazł w sobie mnóstwo odwagi i któregoś dnia podszedł do Harrisonówny ze swoimi
kredkami. Początkowo tylko milczeli, z czasem jednak zamienili parę słów. Jak się okazało, odnaleźli
wspólne tematy do rozmów, a w sobie – bratnie dusze.
Helen nie mogła się nadziwić. Nie tylko dlatego, że róża osiągała niezwykłe rozmiary oraz
kwitła wyjątkowo pięknie bez jej ingerencji. Ważniejsze i dziwniejsze okazały się zmiany zachodzące w
jej synku. W zaledwie kilkanaście tygodni jakby dojrzał, zmądrzał i – ku jej niezadowoleniu – stał się
jeszcze większym milczkiem.
Tymczasem okazało się, że róża nie była jedyną kwitnącą rzeczą w życiu chłopca. Rozkwitało
także uczucie, którym darzył Sue, a w zamian otrzymywał coś równie pięknego – zaufanie.
Dziewczynka zaczęła dzielić się z nim swoimi zmartwieniami, odczuciami oraz marzeniami, a on robił
wszystko, by dostała w zamian to samo. Jedyne, co przed nią ukrywał, to cudowny kwiat, który
powolutku, dzielnie dorastał w ogródku pomimo przeciwności losu oraz niewdzięcznej pogody stanu
Waszyngton.
***
Któregoś razu rodzice Sue zgodzili się, aby ich dziewczynka została na parę godzin u Swanów.
Charlie nie posiadał się ze szczęścia – od rana chodził po całym mieszkaniu i sprzątał każdy kąt. Helen
z uśmiechem na ustach obserwowała krzątaninę chłopca, nie mogąc powstrzymać radości na widok
jego szczęścia.
Jak tylko przybyła Sue, dzieci postanowiły pójść na dwór. Chłopiec ze zdenerwowaniem
zaprowadził koleżankę do ogrodu, powtarzając w myślach kwestię, którą postanowił wypowiedzieć.
Dziewczynka zdawała się nie zauważać jego nerwowości, być może dlatego, że była równie
zestresowana. Oboje przeczuwali, że to najważniejszy dzień w ich dotychczasowym życiu.
– Mam coś dla ciebie – wybąkał po godzinie huśtania się w ogrodzie. Podniosła nieśmiało
wzrok i podążyła za nim. Tam, przy schodach z tyłu domu, rósł piękny, wypielęgnowany krzak róży.
Charlie podszedł do niego, westchnął głęboko i urwał jeden z kwiatów. – Proszę – wymamrotał,
wyciągając go w stronę dziewczynki. Zmieszała się, zerkając to na roślinkę, to na sześciolatka. W końcu
delikatnie wzięła do ręki zieloną łodygę i wbiła wzrok w czerwone płatki.
– Dziękuję – odpowiedziała, przypominając sobie nauki mamy o magicznych słowach. Stali
przez długie chwile w milczeniu, nie wiedząc co powiedzieć. Helen obserwowała wszystko zza
kuchennych zasłon. A potem mały Charles podbiegł do dziewczynki, ukradł jej buziaka i zwiał – tak jak
na prawdziwego mężczyznę przystało.
Helen nie wiedziała, dlaczego dzieci tak po prostu urwały kontakt. Nie było to spowodowane
żadną kłótnią czy konkretnym wydarzeniem – maluchy po prostu przestały się widywać. Charlie także
nie wyrażał chęci, by zaprosić koleżankę lub ją odwiedzić, a kobieta nic na to nie mogła poradzić.
Krzak róży usechł.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin