Jasienica - Polska Anarchia.rtf

(486 KB) Pobierz

 

 

 

       

       

       

       

               Paweł Jasienica

       

       

       

               Polska anarchia

       

          Kollizja litewska

       

          Na zachodnim skraju Puszczy

        Rudnickiej, nad piękną

        Mereczanką, nieco powyżej ujścia

        do niej leśnej rzeczki Solczy,

        leży miasteczko Olkieniki. Przy

        torze kolejowym z Warszawy do

        Wilna istnieje stacyjka tej

        nazwy, ale teatru wydarzeń, o

        których za chwilę, z okien

        pociągu nie widać. Kraj

        tamtejszy odznacza się posępnym

        urokiem, jest piaszczysty,

        porosły sośniną i bardzo ubogi.

        Ostatniej jesieni XVII stulecia

        skonfederowana szlachta litewska

        rozłożyła się pod Olkienikami

        obozem. Dwunastotysięczną

        przeszło armię długo gnębił

        chłód, zanim doniesiono, że

        traktem grodzieńskim nadciąga od

        strony Wilna nieprzyjaciel. Był

        nim Kazimierz Jan Sapieha,

        hetman wielki litewski i

        wojewoda wileński.

          Działo się to w listopadzie

        1700 roku, na samym niemal

        początku panowania Augusta II

        Mocnego, króla Rzeczypospolitej

 

 

 

 

 

 

        Obojga Narodów i księcia

        Saksonii. Nowy monarcha zdążył

        już był przed paru laty poważnie

        zmniejszyć wojsko litewskie i

        zorganizować w Grodnie publiczną

        ceremonię łamania sztandarów

        rozwiązanych pułków. Wojna

        domowa, upuszczająca krwi

        poddanym, nie musiała go zbytnio

        martwić. August zamierzał

        wprowadzić ład opierając się na

        własnych, niemieckich, na

        czerwono przystrojonych

        regimentach. Okazji po temu

        miała dostarczyć kampania

        przeciwko Szwecji, prowadzona do

        spółki z carem Piotrem I i

        Chrystianem duńskim. Działania

        już się rozpoczęły i przyniosły

        pierwsze niepowodzenia. Nie

        udało się zaskoczyć i wziąć

        Rygi. Szwedzki dowócca patrolu

        wykrył, że fury, ciągnące nocą

        do miasta rzekomo na targ, wiozą

        broń, a idący przy nich chłopi

        to przebrani grenadierzy sascy.

        W sierpniu osiemnastoletni Karol

        XII błyskawicznie rozbił Danię i

        podyktował jej pokój.

          August II nie patronował

        zgromadzonej pod Olkienikami

        szlachcie. Ona zaczęła się

        burzyć i rwać do broni już za

        poprzedniego panowania. To Jan

        III był tym, który postanowił

        sięgnąć po stary, od stuleci

        zapomniany sposób. Własne

        doświadczenie go pouczyło, że

        wysuwanie jednego wielkiego pana

        przeciwko drugiemu do niczego

        nie prowadzi. Wczorajszy

        protegowany, wziąwszy górę,

        nazajutrz zmienia bowiem front,

        zaczyna robić to samo, co czynił

        poprzednik. Magnat spycha

        magnata i zaraz zajmuje jego

        miejsce. Bruździli królowi

        Pacowie, więc poparł Sapiehów.

        Lecz kiedy i ci stanęli okoniem,

        Jan III poruszył szlachtę,

        rozjątrzoną uciskiem królewiąt.

          Niech nam ludzie ówcześni

        własnymi słowami opowiedzą, co

        znaczył wtedy na Litwie ród

        Sapiehów: "Naprzód bowiem

 

 

 

 

 

 

        Kazimierz Jan Sapieha był

        wojewodą wileńskim i hetmanem

        wielkim. Brat zaś jego,

        Benedykt, podskarbim Wielkiego

        Księstwa Litewskiego. Synowie

        zaś Kazimierza Jana Sapiehy tymi

        honorami byli uczczeni: jeden

        był marszałkiem wielkim, drugi

        stolnikiem, a trzeci koniuszym

        Wielkiego Księstwa Litewskiego

        (oraz, dodajmy od siebie,

        generałem artylerii litewskiej,

        generałem_majorem wojsk cesarza

        Leopolda). Którzy wszyscy przy

        domowej wielkiej fortunie i

        będąc jeszcze do tego przez

        królów panów i Rzeczpospolitą

        wsparci różnymi beneficjami,

        starostwami, dzierżawami... A do

        tego skarb Wielkiego Księstwa

        Litewskiego będąc w Sapieżyńskim

        domu..."

          Naiwna relacja starczy za

        wszelkie analizy "mechanizmów".

        Potęga materialna, o jakiej

        darmo by marzył skarb w

        Warszawie, skupienie w jednej

        rodzinie najważniejszych

        urzędów sprawowanych dożywotnio

        i nieodpowiedzialnie! W

        Rzeczypospolitej Obojga Narodów

        tylko władzy królewskiej tak

        dobrze jak brakło, magnacka

        osiągała wręcz wyjątkowy

        stopień koncentracji. I w tym

        właśnie względzie Litwa

        zdecydowanie górowała nad

        Polską. Sapiehowie mieli

        poprzedników. Byli nimi Pacowie,

        Radziwiłłowie, Gasztołdowie.

          Jan III poruszył przeciwko

        wielmożom szlachtę. Oręż, którym

        przed dwustu laty z powodzeniem

        posługiwał się Jan Olbracht,

        teraz zawiódł. Zardzewiał,

        popsuł się. Za długo leżał w

        rupieciarni. A najważniejsze, że

        odwykł służyć właściwej ręce.

          "Wszystka Polska mówiła

        niemal, że dla kollizji

        litewskiej ginie" - napisał

        anonimowy autor "Kroniczki

        litewskiej", odnoszącej się do

        tych czasów. Bazylianin, ksiądz

        Jan Oleszewski, zostawił nam po

 

 

 

 

 

 

        sobie dzieło o tytule, który

        dobrze oddaje zarówno gust

        literacki epoki, jak i koloryt

        dziejów: "Abrys domowej

        nieszczęśliwości i wewnętrznej

        niesnaski, wojny, Korony

        Polskiej i Wielkiego Księstwa

        Litewskiego pro informatione

        potomnym następującym czasom

        przez jedną zakonną osobę światu

        pokazany i z żałością wyrażony".

        Niepewnego autorstwa pamiętnik,

        tradycyjnie przypisywany

        Erazmowi Otwinowskiemu,

        twierdzi, że pod sam koniec XVII

        wieku tysiące ludzi uciekało z

        Litwy, gdzie oczy poniosą:

        "jedni do Inflant, drudzy do

        Prus Brandenburskich poszli, cum

        infallibili salutis iactura w

        kalwinią i luteranią obracając

        się". Nawet życzliwy Sapiehom

        biskup Andrzej Chryzostom

        Załuski musiał wyznać, że

        "ustały na Litwie prawo,

        sprawiedliwość, wstyd; wszystko

        podlega mieczowi, rządzi, kto

        mocniejszy, a prawa dyktuje

        brzydka namiętność. Trzeba się

        obawiać, aby za taki ucisk

        szlachty, choć powoli, nie

        nastąpiła kara boża..."

          "O, quam pulchrum

        spectaculum!" - powiedział

        pewnej nocy "Machiawel

        litewski", podskarbi Sapieha,

        przyglądając się płonącej wiosce

        szlacheckiej.

          Zazwyczaj jednak nie trzeba

        było uciekać się aż do takich

        metod pacyfikacji. Brat

        podskarbiego, hetman,

        rozporządzał wszak środkiem

        niezawodnym - kwaterunkiem

        wojska. Żołnierzy oraz ich konie

        trzeba było karmić, ale to

        jeszcze nie wszystko. W

        ówczesnym wojsku litewskim każdy

        towarzysz usarski, pancerny lub

        petyhorski miał prawo trzymać

        kilkanaście głów czeladzi,

        "którym nie panowie, ale oni

        panom płacili, dawając każdy od

        siebie po taleru bitym i więcej

        drudzy, na tydzień, do tego i

 

 

 

 

 

 

        pana, i siebie sustentowali; a

        takim wolno było rabować, co

        chcieli, na czaty wychodząc".

        Wobec takiego regulaminu służby

        wewnętrznej cóż dziwnego, że

        wsie pustoszały, "że i znaku,

        gdzie budynki stały, nie

        zostało"?

          Jan III przeciągnął był na

        swoją stronę biskupa

        wileńskiego, Konstantego

        Kazimierza Brzostowskiego. W

        roku 1689, podczas sejmu w

        Warszawie, poseł Kazimierz

        Stanisław Dąbrowski, wierny

        sojusznik najpierw Paców, potem

        Sapiehów, uderzył hierarchę. W

        izbie rozbłysły szable, a prymas

        Michał Radziejowski dotknął

        kościoły stołeczne interdyktem,

        zaraz zresztą cofniętym z woli

        nuncjusza. (Spór biskupa z

        hetmanem nie nosił charakteru

        totalnego, nie wykluczał zgody w

        innych sprawach. W tym właśnie

        czasie Sapieha wydał

        Brzostowskiemu nieszczęsnego

        Kazimierza Łyszczyńskiego,

        straconego wkrótce za rzekomy

        ateizm, a niewątpliwie

        wolnomyślicielstwo).

          W pięć lat później, już u

        siebie, w Wilnie, Brzostowski

        znowu zastosował sankcje

        kościelne. 8 kwietnia 1694 roku,

        za spustoszenie dóbr duchownych

        przez Tatarów sapieżyńskich,

        rzucił klątwę. Kiedy osobiście

        ogłaszał ją w katedrze - "pan

        hetman na Antokolu na wzgardę

        biskupowi z dział bić kazał".

        Nuncjusz i tym razem wdał się w

        sprawę. Anatemę cofnięto. Kat

        spalił publicznie jej tekst na

        rynku wileńskim. Tak chciał

        Sapieha.

          W 1696 roku stanęła w Brześciu

        pierwsza antysapieżyńska

        konfederacja szlachty.

        Przewodził Hrehory Ogiński,

        chorąży litewski. Wspierali go

        Pociejowie oraz rodzina

        Kryspin_Kirszenszteinów. Byli to

        mieszczanie z Królewca, których

        Jan III umyślnie wysoko

 

 

 

 

 

 

        awansował. Król zabezpieczał

        się, jak widać. Pojmował, że na

        czoło ruchu czysto szlacheckiego

        muszą się wysunąć inni magnaci i

        szukał gdzie indziej przeciwwagi.

          Hetman otoczył Ogińskiego w

        samym Brześciu i głodem zmusił

        do układów. Zawarto kulawy

        kompromis. Wśród bicia dzwonów i

        uroczystego "Te Deum" we

        wszystkich kościołach Sapieha

        wjechał do miasta.

          Wczesną wiosną 1698 roku znowu

        poszło na ostre (tak się dziwnie

        składało, że walki wybuchały

        gwałtowniej w latach

        parzystych). Część wojska

        wypowiedziała hetmanowi

        posłuszeństwo, Ogiński zaś

        skupił swoich pomiędzy Dubissą a

        Niewiażą. Gotował się do

        energicznego działania i pragnąc

        skrzepić męstwo szlacheckie,

        przyrzekł podwładnym rabunek

        Kowna. Zanim jednak udało się

        urzeczywistnić zamiar, Sapieha

        zamknął sprzysiężonych w widłach

        Niemna i Niewiaży. Nie wdając

        się w bitwę, marszałek

        konfederacki rozwiązał oddziały,

        oddał wrogowi obóz, zapasy,

        chorągwie.

          22 lipca August II doprowadził

        do rozejmu. W tej samej jednak

        chwili, kiedy w Warszawie

        przedstawiciele zwaśnionych

        obozów kładli podpisy na

        dokumencie pokoju, na pograniczu

        litewsko_pruskim zaszły wypadki

        uniemożliwiające go zupełnie.

        Pod Jurborkiem Michał Sapieha, o

        którym zaraz pomówimy

        obszerniej, frontalnym atakiem

        uderzył na ponownie

        zgromadzonych konfederatów.

        Szlachta początkowo biła się

        dzielnie, lecz nie wytrzymała

        ognia dział. Lekkie chorągwie

        tatarskie ścigały rozproszonych.

        Na placu zostało kilkaset

        trupów; wielu uciekających

        utonęło w Niemnie. Niedobitki

        uszły do Prus.

          Teraz dopiero Sapiehowie,

        zwłaszcza ci młodsi wiekiem,

 

 

 

 

 

 

        rozhulali się bez skrupułów. 

        Zrażali sobie własne wojsko,

        które wcale nie tak bardzo

        pragnęło przelewu krwi. Jeszcze

        przed starciem jurborskim

        deputaci sił sapieżyńskich

        zawarli ze szlachtą rozejm w

        Szkudach. Za niekarność i

        samowolę hetman kazał stracić,

        ściąć czy też rozstrzelać obydwu

        tych deputatów, Bokieja i Karola

        Białłozora.

          W sierpniu tegoż 1698 roku

        zawiązano w Wilnie nową

        konfederację. Wodzem jej został

        Michał Kazimierz Kociełł,

        kasztelan witebski. Warto

        pozwolić sobie na dygresję, bo

        postaci tej należy się nieco

        uwagi.

          W nadniemeńskim miasteczku

        Bienica wzniósł pan Kociełł dla

        siebie pałac, dla Stwórcy zaś

        oraz bernardynów kościół i

        klasztor. Zawczasu przygotował

        sobie grób murowany w świątyni,

        a czując bliski zgon zawezwał

        malarza i kazał mu wykonać swój

        portret. Jeszcze w początkach XX

        wieku można było oglądać w

        dworze bienickim ów konterfekt.

        Przedstawiał ubranego w kontusz

        szlachcica, u którego stóp

        leżały pękate mieszki oznaczone

        rozmaitymi liczbami. Tuż przed

        śmiercią dziedzic oświadczył, że

        wyobrażoną na malunku sumę

        bierze ze sobą do mogiły i nie

        da jej nikomu ruszyć, chybaby

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin