Pandemia VI-X.pdf

(250 KB) Pobierz
Pandemia
Pandemia
autorstwa S uhaka
UWAGA! Zabraniam kopiowania całości tekstu bądź jego fragmentów na swoje strony,
blogi, chomiki itd. bez mojej wyraźnej zgody! Wszelkie plagiaty będę zgłaszać
administracji strony, na której znalazłam plagiat.
Korekta: Cornelie, mTwil
ROZDZIAŁ VI
Październik 1918
SPOTKAJMY SIĘ NA DWORCU O 15 STOP BŁAGAM CIĘ PRZYJDŹ STOP BĘDĘ CZEKAŁ TYLKO 15 MIN
STOP TO WAŻNE STOP S STOP
Maj 1918
Stephen zniknął. Od kwietnia nikt nie miał z nim jakiegokolwiek kontaktu. To była głośna
sensacja – syn bogatego właściciela fabryki sprzętu kuchennego po prostu zniknął. Rozpoczęły się
poszukiwania, aczkolwiek nie przyniosły żadnego skutku – ślad po chłopcu zaginął. Jeżeli istniały
jakiekolwiek poszlaki, które mogłyby naprowadzić policję oraz zrozpaczoną rodzinę na jego trop, to
wiosenny wietrzyk dawno je zdmuchnął. Nikt nie miał pojęcia, gdzie zatrzymał się po tym, jak
przekroczył próg domu.
Joseph nie chodził do normalnej szkoły, takiej, jak jego przyjaciele. Uczęszczał do Domu Nauki, a
do książek zasiadał pod czujnym okiem dziadka. Po konfrontacji z Albertem nie ruszał się nigdzie
poza synagogą oraz żydowską szkołą, nie mógł więc zobaczyć się z Edwardem. Nie miał pojęcia, co
tak naprawdę się stało, chociaż bardzo chciał wiedzieć. Wolał jednak nie wywoływać kolejnej
awantury, przynajmniej do czasu, gdy nos zagoi się chociaż w połowie.
Matka nie zadawała zbędnych pytań, po prostu opatrzyła złamanie bez słowa i ze szklistym
spojrzeniem. W pewnej chwili wyglądała, jakby chciała mu coś powiedzieć, raz nawet przyłapał ją,
jak otwierała usta z oburzeniem wymalowanym w oczach podczas rozmowy z dziadkiem, jednakże w
obu przypadkach zdecydowała się zamilknąć. Ojciec zignorował całą sytuację, tak było łatwiej. Więc
Joseph został sam na polu bitwy, on jeden kontra Albert Hingerstein i jego armia zakazów i nakazów.
Doszedł do wniosku, że póki co postara się uśpić czujność staruszka. Uczył się pilnie, chodził do
synagogi, modlił się, nie wtrącał do rozmów i nie ruszał z domu. Był całkowicie odcięty od świata, ale
dzielnie to znosił, tak jak i wszystkie kary, które mu narzucano.
Od czasu ostatniej rozmowy przez telefon Edward próbował skontaktować się telefonicznie z
nim czterokrotnie, za każdym razem spławiany przez któregoś z opiekunów Josepha. Chłopak
zastanawiał się, czy przyjaciel wyczuje, w jakiej jest sytuacji, i czy go w końcu odwiedzi. I faktycznie,
na początku maja ktoś zawitał u drzwi państwa Hingersteinów – nie był to jednak zielonooki
rudzielec, a dziewczyna.
– Witam – usłyszał ze swojego pokoju melodyjny, kojący uszy głos. To była Anita. – Czy zastałam
może Josepha?
Chłopak z bijącym sercem przerwał lekturę podręcznika do geografii, nasłuchując. Przez moment
nikt nic nie mówił, słychać było jedynie świst spokojnego wiatru za oknem i śpiew ptaków. W końcu
dziadek przemówił.
– Pani to Anita, czyż nie? – Zrobił krótką przerwę. – Anita Stanley.
– Tak, proszę pana, tak się nazywam – odpowiedziała grzecznie. Joseph zacisnął pięści, czując
nadchodzące niebezpieczeństwo. Przez chwilę oboje milczeli, aż w końcu ponowiła swoje pytanie: –
Zastałam Josepha? Mam do niego bardzo pilną sprawę.
– Czego pani od niego chce? – warknął Albert jednym ze swoich najnieprzyjemniejszych tonów.
– Muszę… Muszę go o coś zapytać, proszę pana – wybąkała niepewnie. Chłopak zacisnął wargi ze
złością. Pragnął tam zejść i powiedzieć jej, że chciałby z nią porozmawiać, ale nie może. Tak
naprawdę było wiele rzeczy, które chciał jej powiedzieć, ale nie mógł tego zrobić… W milczeniu więc
wbijał wzrok w czarny druk, oczekując reakcji.
– Joseph mi o pani opowiadał – zagadnął nagle podejrzanym tonem. – Bardzo wiele mi mówił.
– Och, doprawdy? – wyjąkała dziewczyna. Przez chwilę milczała, jakby zastanawiając się, co
powiedzieć.
– Nie może tutaj zejść – oznajmił hardo.
– Proszę, to ważne, proszę pana – prosiła.
– Do widzenia pani.
Trzask drzwi i cisza. Josephowi zdawało się, że niemal słyszy chrapliwy, ciężki oddech dziadka.
Bicie serca dudniło mu w uszach, jednak cieszył się, że skończyło się na zwykłym wyproszeniu.
Zauważył, że drżą mu ręce. Zignorował to i podbiegł do okna. Przez trawnik powolnym krokiem szła
Anita, wbijając wzrok w drogę przed siebie i obejmując się ramionami. Kiedy minęła bramkę i wyszła
na drogę, zatrzymała się i odwróciła głowę. Wodziła spojrzeniem po całym domu, aż w końcu
przeniosła wzrok wprost na niego. Zauważyła go. Nie wiedząc, co robi, przyłożył dłoń do szyby i
oparł o nią głowę, czując przypływ złości i bezsilności. Ona popatrzyła mu w oczy, po czym na jej
wargach pojawił się delikatny uśmiech. Stała jeszcze parę sekund przed bramą, po czym wsiadła na
oparty o drzewo rower i odjechała.
Bez zastanowienia odwrócił się na pięcie i niemalże wybiegł z pokoju, mijając na schodach lekko
zszokowanego dziadka. Ten wrzasnął coś za nim, ale chłopak zignorował to, już nie było dziadka,
jego pejsów, jarmułki, ultra ortodoksyjnych nakazów oraz kłopotów, w jakie się właśnie pakował, był
tylko rozpływający się w powietrzu kwiatowy zapach perfum, dźwięczenie jej głosu w uszach, myśl,
że zrywa zakazany owoc, czuje wiatr we włosach. Droga niemalże uciekała mu spod stóp, ale w końcu
ujrzał jej zgrabną, skuloną na rowerze sylwetkę, oddaloną o kilkadziesiąt metrów.
– Anita! Anita!
Nie usłyszała, więc przyspieszył. Nigdy nie był dobrym biegaczem, ale tym razem nie czuł ucisku
w płucach, pieczenia w gardle ani kolki w boku, zdawało mu się, że osiągnął jakąś nadludzką
prędkość oraz odporność na zmęczenie. Był tylko on, droga, nad którą szybował, oraz zbliżająca się
blondynka na rowerze.
– Anito!!! – zawołał najgłośniej, jak potrafił. Odwróciła głowę i go ujrzała, po czym zahamowała i
zjechała na pobocze, a z jej ust nie znikał szeroki uśmiech. Zwolnił nieco, poczuwszy wybuchające w
jego organizmie wyczerpanie. Zrównał się z rozanieloną dziewczyną i zatrzymał, dysząc ciężko.
– Dzień dobry – przywitała go ciepło. Chciał jej odpowiedzieć, ale nie był w stanie, pompował
tylko łapczywie powietrze do płuc, czując w skroniach głośne bicie serca. – Gratuluję prędkości.
Uśmiechnął się tylko, powoli odzyskując pełną sprawność, po czym wyprostował się i spojrzał jej
w oczy. Na pełnych wargach widniał szeroki uśmiech, w oczach tańczyły wesołe ogniki, kosmyki
złotych włosów uwolniły się z luźnego koka i wirowały wokół trójkątnej buzi. Miała błyszczące,
różane usta i wiedział, że nie wolno mu podziwiać tego cudu natury, że musi przestać wodzić
wzrokiem po jej szyi, dekolcie, ramionach, to niezgodne z jego religią, musi przestać, wgłębienie
między piersiami nie powinno skupiać jego uwagi, musi przestać i to jak najszybciej…
– Joseph? – zagadnęła go. Podniósł wzrok, w myślach licząc liczbę reguł i przykazań, które łamał
w tamtej chwili, po czym uśmiechnął się. – Wszystko w porządku? Co stało się z pańskim nosem?
– To zaiste długa historia – wymamrotał, chociaż czuł, że i tak wszystko jej opowie.
– Mam dużo czasu. – Uśmiechnęła się niepewnie. Patrzyli sobie w oczy przez chwilę.
– Co to za sprawunek, dla którego pojawiła się pani w moim domu, Anito?
Dziewczyna westchnęła i uciekła spojrzeniem gdzieś w dal. Miała jasne, długie rzęsy i bladą
twarzyczkę, przez co przypominała Królową Śniegu. Ubierała się skromnie i gustownie, kobiece
kształty gubiąc pod luźnymi sukienkami i spódnicami.
U Stanleyów pojawiła się dosyć niedawno. Nie jest córką Gabriela i Heleny, ale dzieckiem wujka
Stephena, Edmunda. Mieszkają oni jednak w biednej, małej wiosce, gdzie jest tylko jedna szkoła, w
której ciężko osiągnąć jakiekolwiek sukcesy. Anita od dziecka należała do zdolnych maluchów,
szybko nauczyła się mówić, pisać, śpiewać i realistycznie rysować, a matematyka ani fizyka nie
sprawiały jej problemów, więc rodzice zdecydowali, że taki umysł nie może marnować się w
prowincjonalnej szkółce bez perspektyw. Wysłali ją do szkoły żeńskiej w Chicago, a Stanleyowie ją
przygarnęli, zapewnili własny pokój, wyżywienie, dach nad głową i opiekę. Anita do nowej szkoły
chodziła od połowy drugiego semestru, więc musiała nadrobić sporo zaległości, jednak jej rodzina
nie chciała czekać; nikt dokładnie nie wie, dlaczego wykazali się aż takim brakiem cierpliwości.
Któregoś razu Stephen zaprosił ich do siebie – Josepha i Edwarda – na parę godzin, by pogadać,
powspominać stare czasy (ostatnio zdarzało im się to coraz częściej) bądź podyskutować o wojnie.
Wtedy właśnie ją zobaczył, wnosiła na tacy herbatę i ciasteczka, ubrana w zwykłą, błękitno-białą
suknię z kieszonkami, z blond warkoczem opadającym na lewe ramię i związanym niebieską
wstążeczką. Pojawiła się dosłownie przez chwilę, po czym uciekła, odpowiadając na zaczepki
Stephena, że „nie będzie im przeszkadzać w męskich rozmowach ”. Steve mówił o niej z rozczuleniem,
jak to o młodszej siostrze – miała szesnaście lat – i z tego, co zrozumiał, traktował jak przyjaciółkę i
opokę, przynajmniej odkąd się przeprowadziła.
– Chodzi o Stephena – wydusiła w końcu, a uśmiech spełzł z jej twarzy. – O mojego braciszka.
Pokiwał głową. Słyszał, że Stephen zaginął, i liczył, że złotowłosa piękność powie mu, jak to się
stało. Anita ze łzami w oczach usiadła na trawniku i skuliła się. On także zasiadł obok.
– Co się z nim dokładnie stało? Kiedy zaginął?
– No jak to kiedy? Zaraz po tym, jak uciekł.
– Uciekł? – Joseph wytrzeszczył oczy. – Skąd?
– Z domu, no przecież. – Zmarszczyła brwi. – Pan nic nie wie, prawda? – Pokręcił głową.
Westchnęła, opierając brodę o kolana i skubiąc ździebło trawy. – No więc… powiem panu. Wszystko
zaczęło się wtedy, kiedy wziął samochód wujka Gabriela.
I opowiedziała mu o tym, jak wrócił do domu, pokłócił się potwornie ze swoim ojcem, po czym z
hukiem spakował się i wybiegł z mieszkania. Od tamtego czasu nikt go nie widział, a była już
wszędzie i wszędzie pytała, nikt nic nie wie, Helena odchodzi od zmysłów, snując najczarniejsze
scenariusze…
– Boję się o niego, Joseph – wyszeptała ze łzami w oczach. – Boję się, i to bardzo. Kocham mojego
braciszka jak nikogo innego i boję się, że coś mu się stało. Liczyłam, że pan coś wie… Przecież gdzieś
musiał się zatrzymać, nie mógł się rozpłynąć w powietrzu…
I wybuchła płaczem, więc ją objął jednym ramieniem, gładząc po złotych, błyszczących włosach,
połyskujących w świetle chylącego się ku horyzontowi majowego słońca.
– Prosiłem go wtedy, by nie brał tego samochodu – wymamrotał w czubek jej głowy. – Nie
słuchał…
– Pan był z nim? – Ożywiła się nagle. Pokiwał głową. – Gdzie pojechaliście?
– Do szpitala. Znaleźliśmy odrobinę poturbowaną młodą kobietę, więc postanowiliśmy jej pomóc.
Stephen upierał się, że ojciec nic nie zauważy.
– Co to za dziewczyna? – drążyła Anita. – Może ona coś wie?
Joseph zmarszczył brwi. Nie, to niemożliwe, Stephen ledwo znał Chloe, widzieli się przez raptem
dwie godziny, zawiózł ją do szpitala i odwiózł do domu, nic więcej, nic wielkiego. Nie zdążył jej
poznać, bo przecież jak tylko wrócił do domu, to się wyprowadził. Odrzucił od siebie myśl, jakoby to
Steve zawitał do domu państwa Harrisów.
– Nie, to niemożliwe.
– Jak ona się nazywa?
Ale przecież on patrzył na nią tak… magicznie. Przez życie tego szarmanckiego blondyna
przewinęło się wiele dziewczynek, dziewcząt, kobiet i dam, z różnym skutkiem, chociaż zazwyczaj
dosyć niewinnym, ale na żadną nie patrzył z takim dziwnym zainteresowaniem, co na nią. Wiedział,
że było to nieco niezdrowe spojrzenie, przepełnione zwierzęcością, pożądaniem i czułością
jednocześnie. Przyglądał mu się w milczeniu przez dłuższy czas i wyciągnął wiele wniosków, w
końcu znał przyjaciela lepiej niż on sam znał siebie. I zauważył, że Stephen przez cały czas posyła jej
takie ciepłe i namiętne spojrzenia jednocześnie, prawdopodobnie o tym nie wiedząc. Ale nawet on
nie był aż tak bezczelny, bo po dwóch godzinach łapania jej wzroku poprosić o nocleg. Chociaż…?
– Chloe. Chloe Harris. Jej adres nie jest mi znany, ale…
Ale mogę panią zaprowadzić, jeśli pani chce. Niby żadne wyznanie, ale to zdanie nie chciało mu
przejść przez gardło. A wymawiał już różne wyrazy: wysublimować, rozentuzjazmowany,
wyimaginowany oraz wiele skomplikowanych nazw w jidysz , języku jego religii, ale to właśnie parę
prostych, podstawowych słów utknęło mu w gardle, kłując niczym gałązki berberysu, i ni je
przełknąć, ni wymówić.
– Nie mówiła panu, gdzie mieszka?
Otwierał i zamykał usta jak rybka, próbując pozbyć się z gardła drapiącego kłębka. W końcu
odchrząknął.
– Wiem, gdzie mieszka. Zna pani to miejsce, w które zawsze spacerujemy we trójkę? Ja, Edward i
Stephen?
– Tak.
– Tam właśnie znajduje się jej dom. Od niedawna, przeprowadziła się zaledwie kilka tygodni
temu.
Anita pokiwała głową, wpatrując się w niego niewidzącym spojrzeniem i skubiąc trawę palcami.
W końcu spuściła wzrok, po czym znów go podniosła i przysunęła się nieco bliżej, zniżając głos
prawie do szeptu.
– Co się stało z pańskim nosem, Joseph?
Skrzywił się nieznacznie, patrząc w piękne, niebieskie tęczówki. Chciał jej to powiedzieć, chciał,
by, jako jedyna znała prawdę, ale bał się, że go wyśmieje, skrzywi się, zmiesza i w końcu odejdzie,
zbywając jakimiś wymówkami. Albo poczuje się niezręcznie, albo powie, że jest mięczakiem… A może
nawet ona nie wie, że jest Żydem? Może jest antysemitką? Nie powinien jej mówić tylu rzeczy, ale
zaraz, przecież widziała jego dziadka, w pejsach, jarmułce i długiej, czarnej szacie, więc musi
wiedzieć. A mimo to nie ucieka wzrokiem, nie traktuje go z dystansem. Chyba mógłby jej powiedzieć
całą prawdę.
Ale znają się dopiero kilka tygodni. On nie wie o niej nic więcej oprócz tego, że pięknie pachnie i
wygląda oraz że nie ma nic cudowniejszego od snu o jej głosie, włosach, oczach. Znał tylko jej brata i
resztę rodzeństwa, zauważył, że wybiera skromne ubiory i ma piękne dołeczki w policzkach. To
wszystko. Kocha brata i go szuka. Akceptuje jego dziwny akcent i sposób bycia, mimo że Steve na
pewno poopowiadał jej co nieco o swoich przyjaciołach. Została nieuprzejmie potraktowana przez
Alberta Hingersteina, a mimo to przy bramce odwróciła się i posłała mu najcudowniejszy z całej
palety uśmiechów, a kiedy ją doganiał i ona to zauważyła, ucieszyła się. Dlaczego? Dlaczego była taka
ufna? Nic o nim nie wiedziała. Nie, zaraz, na pewno Stephen wiele jej mówił. Może nawet
podpytywała, jak to dziewczęta w tym wieku, by mieć o czym plotkować, by móc powiedzieć do
swojej przyjaciółki Teresy, Johanny lub Evy: O, zobacz, to ten dziwak, jest Żydem i dziadek złamał mu
nos . Chociaż im dłużej o tym myślał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że Anita nie
plotkowała, a już na pewno nie w taki sposób. Ale skąd mógł mieć pewność? A jeżeli wyda jego sekret
wszystkim dookoła? Oprócz tego, że spaliłby się ze wstydu, to jeszcze złamałaby mu serce.
– Nie powiem nikomu, przysięgam – wyszeptała, ujmując jego dłoń, delikatnie i nieśmiało.
Przełknął ślinę. Już dawno temu zgubił gdzieś swój patetyczny ton i słownictwo, postanowił więc po
prostu mówić.
– To mój dziadek – wymamrotał, ale nie odwrócił wzroku. Ona także wciąż wpatrywała się w
jego oczy, w których pojawiło się zaskoczenie, a następnie żal. Zacisnęła usta w przepraszającym
geście i ścisnęła nieco mocniej jego dłoń. Chciał spleść swoje palce z jej palcami, ale to takie
niewłaściwe, co on tu robi, przecież to złe, nie wolno mu, tak wiele rzeczy mu zabroniono, i dobrze,
trzeba panować nad swoimi zwierzęcymi rządzami, tak mawiał jego dziadek i miał racje, nie, nie
miał, mylił się, zawsze się mylił, to zły człowiek i nie ma pojęcia, co to miłość, więc jak ma prawo…
– Przykro mi – powiedziała cicho, cofając dłoń. Chyba uznała, że nie odwzajemnił uścisku,
ponieważ nie chciał, by go dotykała. Jednak zbyt wiele emocji na raz walczyło o pierwszeństwo do
wypłynięcia na wierzch, wywołując sztorm w jego sercu, by jakkolwiek okazać jej, że jest inaczej.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin