Jacek Sawaszkiewicz - Kronika Akaszy t2 Skorupa astralna.pdf

(795 KB) Pobierz
Jacek
Sawaszkiewicz
Kronika Akaszy
SKORUPA ASTRALNA
804966011.001.png
CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział I
O piątej rano czerwcowe słońce pod tą szerokością geograficzną wisi już dość wysoko
nad horyzontem. Miasto Dutson skąpane w różowo-złotym blasku, z miejsca, w którym stał
posterunkowy Jim McCulloch, wyglądało jeszcze na uśpione, ale w tym wielkomiejskim
tyglu trwał nieprzerwany ruch, nocą słabnący pozornie, bo przemieszczał się z ulic do
budynków. Rok temu o tej porze nad Dutson zwisała draperia smogu; wozy przedsiębiorstwa
oczyszczania umykały do baz, jakby spłoszone przez zaczynających pracę dostawców i
roznosicieli; nieliczne prostytutki obojga płci, senne i zdegustowane, decydowały się na
opuszczenie swoich rewirów. Dziś miasto otulały masy klarownego powietrza nie stygnącego
od nadejścia fali upałów, ekipy odpowiedzialne za utrzymanie czystości działały doraźnie,
pracę dystrybutorów dezorganizowało kulejące zaopatrzenie, a z odróżnieniem wypatrującej
klienta dziewczyny od pani domu śpieszącej do rannego sklepiku po świeże pieczywo miałby
kłopoty niejeden z kolegów McCullocha, którzy przecież znali te dzielnice lepiej niż drogę do
własnego domu. Rok temu nie było też kempingowych przyczep usadowionych w mieście na
parkingach i placach, jakby ściągnęły tam tabory poszukiwaczy złota, ani tych widocznych
stąd namiotów, co obsiadły wokół miasto niczym kolorowe ptaki.
Jim McCulloch popatrzył za siebie, gdzie szosa zakolem niknęła wśród gęsto
sadzonych drzew owocowych. Od północy, kiedy objął służbę, nie nadjechał stamtąd żaden
samochód - rezultat powtarzanych do znudzenia komunikatów, no i jest to już poniedziałek.
W poprzednim tygodniu McCulloch miał pięćdziesiąt sześć interwencji w ciągu ośmiu
godzin popołudniowej służby w piątek. Dokładnie zapamiętał czternastą i po niej nie potrafił
się zdobyć na uprzejmość w rozmowach z kierowcami następnych pojazdów, tak że złożono
na niego dwie skargi i gdyby nie brak ludzi, zostałby odwołany z posterunku przy tej szosie.
Tamten wehikuł o trudnej do ustalenia marce był stary i niezgrabny, pomalowany
wyzywająco srebrzystym lakierem, miał odrapaną karoserię i ręczną skrzynię biegów, która
mogła symbolizować charakter siedzącej za kierownicą kobiety. Jeszcze nim ciężko przysiadł
na skrzypiących resorach, pod wzniesionym ramieniem, McCulloch przeczuł, że prowadzące
go stworzenie ma temperament dynamitu.
„N ie w p u śc i mn ie p a n do mia st a?”
Nawet nie zdążył otworzyć ust, kiedy padło to pytanie. Ona ani chybi słyszała
komunikaty nie raz i przyjechała tutaj, by dowieść tym głupimi glinom, że przekraczają swoje
kompetencje. To, co się działo w Dutson, nic jej nie obchodziło, zbyt było tajemnicze, więc
nie mogła w to uwierzyć, tak jak nie miała zaufania do automatycznej skrzyni biegów. Lubiła
sytuacje proste i zrozumiałe.
„To zarządzenie gubernatora Stanu, proszę pani”.
Uniosła ku niemu szczerą twarz o rysach ściągniętych gniewem. Była zdrową, dobrze
zbudowaną, niespełna trzydziestoletnią kobietą. Zamaszystym ruchem odgarnęła z policzka
pukiel bursztynowych włosów. Pewnie przez całą drogę pielęgnowała w sobie to wzburzenie.
„Może pan popaść w kłopoty, jeżeli tych dokumentów nie otrzyma dzisiaj mój kuzyn
Irving”.
Zdumiewające, ilu krewnych obywateli Stanów Zjednoczonych mieszka od niedawna
w Dutson.
„Przykro mi, proszę pani, ale zarządzenie gubernatora dotyczy wszystkich”.
Spojrzała na samotnie stojący przy szosie żółto-czarny domek kempingowy, w którym
tymczasowo mieścił się posterunek.
„Czy jest tu pański zwierzchnik?”
Sierżant Cooper był u Rity, wytwornej dziwki mieszkającej gdzieś na przedmieściach.
Numer jej telefonu zostawił McCullochowi w zapieczętowanej kopercie. „Gdyby przypętał
się jakiś dupek z Komendy, zadzwoń tam. I zaraz ten numer zapomnij”.
Właścicielka Srebrzystego Wehikułu podciągnęła rękawy bluzki i z powrotem
położyła dłonie na kierownicy. McCulloch mimowolnie popatrzył za jej spojrzeniem.
Żółto-czarny domek składał się z pokoju wypoczynkowego, kabiny z natryskiem,
ciasnego klozetu i salki, którą każdy szyper nazwałby kambuzem. Kontrolujące ten wjazd do
Dutson grupy zmotoryzowanych policjantów były czteroosobowe i w godzinach słabego
ruchu ktoś zwykle przebywał w pomieszczeniach posterunku. Tamtego dnia jednak obaj
koledzy McCullocha z Grupy C dowodzonej przez sierżanta Coopera, z uwagi na
rozpoczynający się weekend dyżurowali w swoim radiowozie 38 zaparkowanym jak zawsze
na poboczu szosy około czterystu jardów bliżej miasta. Tę odległość Srebrzysty Wehikuł, z
silnikiem wyjącym na najwyższych obrotach, pokonał w dwadzieścia parę sekund.
Pieczę nad grupami kontrolującymi drogi dojazdowe do Dutson sprawował wtedy
kapitan Bishop wydelegowany z Waszyngtonu, spec od ruchu drogowego, pościgów i blokad.
To on zarządził, by w wyposażeniu grup znalazły się kolczatki. Kobieta prowadząca
Srebrzysty Wehikuł musiała dostrzec tę kolczatkę w ostatniej chwili i straciła głowę. Zamiast
ująć mocno kierownicę, zdjąć nogę z gazu i dać się nieść rozpędowi, przy prędkości
dziewięćdziesięciu sześciu mil na godzinę z całej siły wdusiła pedał hamulca. Wóz wykonał
pół obrotu, tylnymi kołami trafił na stalowe kolce, przekoziołkował na bok, na dach i znów na
bok żłobiąc w asfalcie ciemne bruzdy, aż znieruchomiał, jedynie koła się kręciły.
Red Fineman niepotrzebnie go tam wezwał. „Już wysłali karetkę, ale zanim
przyjedzie, może twoje przeszkolenie sanitarne na coś się przyda. Timmy cię podmieni”.
Kobieta żyła, była nieprzytomna. Leżała blisko przedniej szyby, na ramieniu, wciśnięta
między kierownicę a przednie drzwiczki. Krew sączyła jej się z nosa; wydarte znad ucha
pasmo włosów zwisało zaczepione o zamek roztrzaskanego okienka. Biodra miała uniesione
wyżej tułowia i spod obnażającej umięśnione uda spódnicy wystawała koronka białych
majtek. Wraz z policjantem Redem Finemanem wydobył ją z wraku, przeniósł na tylne
siedzenie radiowozu, a potem zrobiło mu się niedobrze. Nie znosił widoku krwi.
Nie znosił widoku krwi od dnia, kiedy znalazł Liane z podciętymi żyłami w jej
mieszkaniu.
Srebrzysty Wehikuł usunięto z szosy w trzy kwadranse po tym, jak jego właścicielkę
odwieziono do Kliniki Profesora Henna z rozpoznanym wstrząśnieniem mózgu. I wrak i
kobieta jednak dostali się do Dutson.
W dwa dni później, w ubiegły poniedziałek rano, kapitana Bishopa razem z jego
kolczatkami odwołano do Waszyngtonu.
*
Do końca służby zostało mu sto sześćdziesiąt pięć minut. Posterunkowy Jim
McCulloch zsunął czapkę na tył głowy i przysiadł na błotniku radiowozu 19, w którym
sierżant Cooper, rozwalony, chrapał wydalając z każdym oddechem opary alkoholu wypitego
od północy do trzeciej rano.
Te trzy godziny McCulloch spędził sam ze swoimi myślami. Ćwierć mili bliżej
Dutson, w radiowozie 38 drzemał policjant Red Fineman, także sam, bo Timmy niebawem po
objęciu przez Grupę C służby poszedł na pole namiotowe pomóc funkcjonariuszom Komitetu
Porządkowego uspokoić dwóch chłopców z Oklahomy, co zbyt bezceremonialnie zalecali się
do dziewcząt z sąsiedniego namiotu. Red Fineman i McCulloch tylko raz porozumieli się w
trakcie tej służby. Red przez radio uprzedził McCullocha, że sierżant wraca z miasta taksówką
pijany i wyraził opinię, że dziś to już na mur zmieni ich wojsko.
Sierżant Cooper odprawił taksówkę i punktualnie o trzeciej zero osiem zwalił się na
siedzenie radiowozu 19. Nigdy nie sypiał w pokoju wypoczynkowym na tym posterunku z
obawy przed robactwem, które go prześladowało bardziej niż pijackie widziadła. McCulloch
wepchnął nogi zwierzchnika w głąb samochodu, zatrzasnął drzwiczki i podjął monotonną
wędrówkę tam i z powrotem, w poprzek szosy, coraz skuteczniej, opędzając się
wspomnieniom, bo wreszcie bielał świt i posterunek już nie wydawał się tak opuszczony.
Nienawidził nocnej służby. Bał się tych godzin samotności, kiedy trzeba czuwać i
kiedy nie ma na czym skupić uwagi, tak że myśli nawiedzają go niezależnie od jego woli.
Często jawiła mu się Liane skurczona w swoim obszernym łożu, stygnąca w zakrwawionej
pościeli i przeraźliwie blada. To od dłuższego czasu było nie do zniesienia, te natrętne obrazy
i dręczące wyrzuty, i czczość, którą odczuwał na myśl, że wcale nie ma tego wszystkiego za
sobą, że to dopiero początek jego podwójnego życia, a przedwczoraj - o Jezu - kiedy Grupa C
pełniła tu popołudniową służbę, Liane przyjechała zupełnie żywa w tym wiśniowym
kabriolecie.
Ubrana była w skromną sukienkę z surowego lnu, dopasowaną tylko trochę, ale
dostatecznie, by podkreślać doskonałość ukrytych pod nią kształtów. Miała dwadzieścia lat,
trzy lata mniej od Liane, i na imię Jenniffer. Jasne, proste włosy spadały jej na ramiona.
„Nie mam przepustki ani nic takiego. Ale ja tam muszę być. M u s z ę”.
Oświadczyła to zdecydowaniem i rzadką w tym wieku powagą, wyraz oczu jednak
miała obojętny. McCulloch gapił się na nią oniemiały.
„Na niczym mi tak nie zależy, rozumiesz?”
Nie odpowiedział. Dziewczyna otworzyła drzwiczki kabrioletu i zbiegła z szosy w
stroną żółto-czarnego posterunku. Jej zgrabne łydki zalśniły w czerwieniejącym na zachodzie
słońcu. McCulloch wszedł do domku w minutę po niej. Na boku, w pozycji półleżącej
spoczywała na tapczanie w pokoju wypoczynkowym, oparta na łokciu, z nogami zgiętymi w
kolanach i ułożonymi jedna poniżej drugiej. Podsunięty do góry, zmarszczony w grube fałdy
dół lnianej sukienki odkrywał przed wzrokiem McCullocha jędrną wypukłość nagiego
pośladka.
„Siadaj. Albo wpierw przygotuj coś do picia”.
Była ładniejsza od Liane, chociaż Liane nikt by nie odmówił urody. Usta miała pełne,
koloru dojrzałej wiśni, i patrzyła na niego obojętnie.
„No siadaj. Przecież obojgu nam się śpieszy”.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin