ARKADIUSZ NIEMIRSKI
PAN SAMOCHODZIK I...
STARA KSIĘGA
OFICYNA WYDAWNICZA WARMIA
2003
ROZDZIAŁ PIERWSZY
NIESZCZĘŚCIA CHODZĄ PARAMI • TELEFON OD MONIKI • PROPOZYCJA PRACY • WYJAZD NA MAZURY • KTO NAPISAŁ “WOJNĘ I POKÓJ”? • DOM NAD JEZIOREM ROŚ • LEBIEDZIOWA OPOWIADA • DYLEMAT, CZYLI PSIE ŁZY • “WEHIKUŁ CZASU” • JAK PRZETRZYMALIŚMY ZIMĘ • STARE KSIĘGI POSIADAJĄ MOC
Nieszczęścia chodzą parami. Te najgorsze pojawiają się niespodziewanie. Dramat, którego nadejścia oczekujemy, nie boli tak, jak właśnie ta smutna wiadomość spadająca na naszą głowę niezapowiedzianie.
Ten rok był najgorszy ze wszystkich, jakie przepracowałem w Departamencie Ochrony Zabytków w Warszawie. Z trudem przeżyliśmy “stratę” naszego ministerialnego pojazdu - jeepa. Nasz Rosynant - jak go nazwaliśmy - przeszedł na wcześniejszą “emeryturę”, ponieważ naszego ministerstwa nie było stać na utrzymanie drogiego pojazdu. Decyzją wiceministra pojazd zniknął z ewidencji środków trwałych; podobno pojechał na prowincję służyć jakiejś placówce naukowej. Nie interesowaliśmy się dalej losem jeepa, aby nie ranić dłużej naszych dusz, bo w końcu przyzwyczailiśmy się do tego pojazdu. Wówczas wystarczyła nam świadomość, że jeep trafił w dobre ręce.
Jednak ciężko przyszło pogodzić się z tą stratą - bez dobrego pojazdu byliśmy jak człowiek nie tylko bez jednej, ale już bez dwóch nóg. Bez samochodu praca naszego departamentu była dosłownie sparaliżowana. Na zakup nowego samochodu produkcji krajowej mieliśmy grzecznie czekać, aż nagle na jesieni do naszych drzwi - zamiast przygody i nowego auta - zapukało kolejne nieszczęście.
Oficjalne pismo podpisane przez panią minister brzmiało:
Z dniem 1 września br. zawiesza się działalność Departamentu Ochrony Zabytków Ministerstwa Kultury i Sztuki w Warszawie na czas nieokreślony.
Dalej było o trudnej sytuacji materialnej ministerstwa i potrzebie reorganizacji naszej komórki. Patrzyliśmy na to pismo - pan Tomasz, ja i sekretarka Monika - jak na nekrolog. Nasza “historyczna” komórka dowodzona niegdyś przez dyrektora Jana Marczaka, a później przez pana Tomasza, odchodziła do lamusa. Ale czy był to już koniec przygód?
Zawieszenie działalności departamentu zbiegło się w czasie z moimi problemami zdrowotnymi. W takich chwilach człowiek dochodzi do wniosku, że nieszczęścia nie chadzają parami, a raczej liczniejszymi grupkami. Pomimo młodego wieku (w wakacje stuknęło mi trzydzieści jeden lat!), byłem niczym wyczynowy sportowiec nękany kontuzjami i marzyłem o zaszyciu się gdzieś na wsi i wylizaniu wszystkich ran. Jeszcze przez cały wrzesień szukałem bezowocnie innej pracy, aż wreszcie na początku października szczęście uśmiechnęło się do mnie.
A wszystko dzięki Monice!
- Cześć - przywitała się ze mną przez telefon w pewien paskudny jesienny dzionek. - Dobrze, że zastałam cię w domu... Masz już pracę?
- Nie - odpowiedziałem zbolałym głosem. - A ty?
- Coś się kroi, w hurtowni zabawek - odpowiedziała lekko zawstydzona. - To tak na początek... później się zobaczy.
- A co u pana Tomasza? - zapytałem nostalgicznie. - Nie odpowiada na telefony...
- Słyszałem, że wyjechał do sanatorium.
Na linii zapanowała smutna cisza, gorzka i bardziej beznadziejna niż, pogoda za oknem. A w tym dniu szarostalowa tapeta zbudowana ze zwałów chmur rozciągnęła się nad miastem i wisiała ciężko, lejąc na nas potok łez.
- Każdy z nas musi przeżyć rozstanie z departamentem po swojemu - rzekłem, aby coś powiedzieć. - Cóż możemy poradzić? Trzeba wziąć się w garść.
- Ano trzeba - przytaknęła smutno Monika, ale zaraz się ożywiła. - Mam do ciebie pewną sprawę... otóż siostra mojego osobistego narzeczonego...
- Masz narzeczonego?! Nie wiedziałem.
- A na co będę czekała? Nie mam zamiaru zostać starą panną! Tobie też radzę pomyśleć o małżeństwie. Najgorsze co może człowieka spotkać to starokawalerstwo.
- Na szczęście jesteś młoda, ładna, więc ci to nie grozi.
- O, dzięki - zalotnie westchnęła. - Staram się. Jakby co, to wyślę ci zaproszenie na ślub.
- Planujecie?
- W przyszłym roku na wiosnę!
- To gratuluję!
- A ty? Wciąż odgrywasz rolę samotnika?
- Ja nie gram - stęknąłem. - Po prostu żadna nie chce faceta, który w domu nie ma nawet jednego cennego obrazu albo rzeźby, a nieustannie wyjeżdża w teren i ściga handlarzy dziełami sztuki.
- To już historia - rzekła smutnym głosem Monika. - Już nie musisz wyjeżdżać w teren szukać skarbów.
- Niestety, już nie muszę.
- Masz czas, aby poznać jakąś ładną dziewczynę i nawiązać dłuższą znajomość.
- Żadna nie chce kulawego emeryta po trzydziestce - żartowałem. - Kontuzja mi się odnowiła. Chodzę do chirurga i co drugi dzień odbywam sesję terapeutyczną. Na szczęście za te zabiegi płaci jeszcze ministerstwo. To na pocieszenie, bo po obejrzeniu mojego zdjęcia każda dziewczyna natychmiast straciłaby zainteresowanie moją skromną osobą.
- Nie przesadzaj, nie jesteś znowu taki brzydki. Na swój sposób jesteś uroczy, Pawełku, tylko, że z ciebie dziwak. Zaraziłeś się tą przypadłością od pana Tomasza. Nie zwalaj winy na urodę. Fakt, że nie jesteś Pierce’m Brosnanem, ale niektórym dziewczynom bardzo się podobasz.
- Daj mi ich nazwiska! - śmiałem się.
- Mężczyzna musi być jak konkwistador! Musi znaleźć, podbić i zdobyć!
- Skąd to wiesz?
- Mój narzeczony tak mówi, a właściwie mówił. Już mnie zdobył. Wracając do ciebie, ty wiesz, że kiedy przyszedłeś pierwszy raz do pracy... to mi się nawet spodobałeś. Naprawdę. Tylko że nigdy nie zwracałeś na mnie uwagi. I powiem ci, że na zdjęciach wychodzisz nienajgorzej...
- Ale ja mówiłem o zdjęciach rentgenowskich, Moniko. Pogadaliśmy trochę w tym wspominkowo-żartobliwym tonie, który miał zabić w nas żal, gdy Monika oświadczyła mi, że ma dla mnie propozycję pracy.
- Poważnie?! - uradowałem się.
- Praca spokojna, kulturalna i niezbyt męcząca. Na pół etatu. W sam raz dla ciebie, abyś nabrał sił i przeczekał zły okres. Na dodatek w twoich ukochanych stronach...
- Mazury?! - podskoczyłem w miejscu.
- Bingo! Nad jeziorem Roś.
Mój zapał szybko się ochłodził.
- A co ja miałbym tam robić? Pilnować przystani, pielęgnować trawniki?
- Potrzebny jest bibliotekarz.
- Biblioteka? Zanudzę się na śmierć.
Byłem zawiedziony, choć Monika robiła wszystko dla mojego dobra.
- Przecież mówiłam, że spokój ci się przyda - żachnęła się urażona moją dezaprobatą.
- A co to za biblioteka? Pewnie w Piszu?
- Tak! Publiczna.
- Mam zostać prowincjonalnym bibliotekarzem? - zapiałem żałośnie.
- Właściwie - Monika ściszyła głos speszona - to potrzebują pomocnika bibliotekarza.
- Pomocnika prowincjonalnego bibliotekarza? - zaśmiałem się nerwowo. - Świetnie! A ile płacą?
- Zdaje się, że coś około czterystu trzydziestu złotych.
- Nie starczy na gazetę raz w tygodniu.
- Brutto - dodała posępnie i zaraz dodała radośnie: - Ale dostaniemy z ministerstwa wyprawkę sześciomiesięczną i premię.
- Kiedy?
- Za tydzień. To miała być druga niespodzianka. Aha, mam też pewien adres nad tym jeziorem, bo biblioteka nie oferuje zakwaterowania. Jednak ktoś sprzedaje w okolicy starą chałupę. Jakaś starsza pani, samotna, bez rodziny, przenosi się do domu starców. Nienawidzi Niemców i zarzeka się, że nie sprzeda swojej ziemi żadnemu cudzoziemcowi. Siostra mojego narzeczonego była tam niedawno na wczasach i nawet miała we wrześniu kupować tę ziemię z mężem, ale wyskoczył im inny wydatek. Pomyślałam o sobie i moim narzeczonym, ale on nie lubi natury. Rozumiesz... dwa, trzy dni, to i owszem, ale szybko się nudzi. To mieszczuch. Ja z kolei nie cierpię komarów. Paweł, ta babuleńka chce za dom i kawał ogrodu dwa tysiące złotych. Okazja! Jeszcze ci zostanie z wyprawki.
- Gdzie to?
- Gdzieś za Łupkami nad samym jeziorem. W sobotę mieliśmy dać ostateczną odpowiedź. Jedź tam i kup od niej ten dom. Jeśli, rzecz jasna, interesuje cię ta posada w bibliotece.
Cóż było robić - pojechałem.
W sobotę wybrałem się PKS-em do Pisza, umówiwszy się wcześniej telefonicznie z bibliotekarzem na rozmowę kwalifikacyjną. Kochałem tamte strony. Ale czy byłem w tych konkretnych okolicznościach przygotowany do przeprowadzki i ucieczki z miasta? Czy nie było to szaleństwo? Trzysta złotych miesięcznie netto nie gwarantowało nawet możliwości wynajęcia znośnego pokoju. Biłem się z myślami, że źle robię, bo powinienem uruchomić sprężynę znajomości i poszukać sobie jakiejś atrakcyjnej pracy w Warszawie, a wyłącznie w weekendy wyjeżdżać na Mazury. Jednakże owa sprężyna była w bardzo lichym stanie - zwiotczała. Ja także pragnąłem zaszyć się w jakiś odległy, zaciszny kąt i na łonie natury dumać nad swoim losem. Udało mi się jedynie wziąć z ministerstwa trochę zleconej roboty, słabo płatnej. Jak się jednak dowiedziałem, stary bibliotekarz w Piszu nosił się z zamiarem przejścia na emeryturę i wróżono mi szybki awans na głównego bibliotekarza. Za pół roku mógłbym zarabiać już sześćset złotych brutto. Jeśli dołożyć do tego trzysta złotych z prac zleconych, trochę oszczędności na koncie i możliwość wynajęcia mojej kawalerki na Ursynowie, mógłbym na Mazurach przeczekać trudny okres. A chałupa i tak się przyda.
Zanim kupiłem dom, odwiedziłem bibliotekę.
Do pracy przyjęto mnie bez trudności, chociaż stary, siwiuteńki bibliotekarz, pan Skrzeczyński, ubrany w znoszony serdak patrzył na mnie spode łba, gdy opowiadałem mu o przygodach, które przeżyłem pracując w departamencie. Jak się później dowiedziałem, pan Skrzeczyński był nieco przygłuchym staruszkiem i pewnie nie słyszał wszystkiego, co mu nagadałem. Zadał mi kilka podchwytliwych pytań typu: w którym roku Fiodor Dostojewski napisał “Wojnę i pokój”? Wiedziałem, że napisał ją Lew Tołstoj (Dostojewski był zaś autorem “Zbrodni i kary”), więc pracę w końcu dostałem.
- Bo wie pan - tłumaczył pan Skrzeczyński, popijając herbatę, usadowiwszy się za obszernym biurkiem wciśniętym w kąt biblioteki - pański poprzednik, a raczej poprzedniczka, chuda pannica z Rucianego, nie wiedziała nawet tego, że Bolesław w Prus napisał “Halkę”...
- A nie “Lalkę” przypadkiem? - puściłem do niego oko.
- Ech, widzę, że będzie pan lepszy od niej!
- Mam taką nadzieję - uśmiechnąłem się.
Po wizycie w bibliotece dostałem się autostopem do wsi Łupki, położonej na południowym brzegu jeziora Roś, kilka kilometrów dalej na wschód. Szybko ustaliłem, że muszę przejść pieszo sosnowym lasem w kierunku jeziora i tam szukać zagrody. Wreszcie dotarłem nad sam brzeg, który tutaj tworzył małą zatoczkę, był lekko pochyły i nieznacznie zalesiony, pół kilometra dalej na wschód nadymał się, tworząc coś w rodzaju klifu. Tam też widziałem kilka przystani, a zza koron drzew prześwitywały dachy ośrodków wypoczynkowych.
Stałem nad pochyłym brzegiem jeziora, mając nieco w dole i po lewej zagrodę babuleńki Lebiedziowej z dwuizbową, drewnianą chałupą krytą strzechą, oddaloną od brzegu o dwadzieścia pięć metrów, a zajmującą środkową część posesji wciśniętej od zachodu w gęściejszy lasek porastający mały cypel. To on chronił przed zachodnimi wiatrami i decydował o kształcie owej zatoczki. Nie za wysoki, ale wystarczająco daleko wychodzący w jezioro, aby ściągnąć w to miejsce idealny spokój. Teren wymarzony na prywatną posiadłość, enklawa intymności, ogrodzona stuletnim płotem, mocno zachwaszczona i zaniedbana. Nawet przystań tam była. Ale wokół panował naturalny smutek, jakby skopiowany z dwudziestowiecznych płócien polskich realistów.
Powoli ruszyłem ku chatce piaszczystą ścieżką.
Jesienna zieleń okolicy poszarzała, odcień wody zrobił się bardziej chłodny i stalowy, ptaki zgodnie umilkły, ale spokój tej okolicy decydował, że świat ważył tutaj mniej. Na drugim brzegu gęsto porośniętym trzcinami usypiały za ścianą drzew nieliczne dachy - może jakiejś leśniczówki albo domostwa samotnego dziwaka podobnego do mnie. Jednak tamten północny brzeg był bardziej dziki od tego, na którym się znajdowałem. Od samego Kanału Jeglińskiego na zachodzie, gdzie jezioro się kończyło i gdzie przysiadł Pisz, aż po sam koniec Półwyspu Ostrów kilka kilometrów dalej na wschodzie, ów brzeg był zalesionym i podmokłym buszem. Południowy brzeg tej kiszki (stanowiącej dolne i najdłuższe ramię litery “S”, w jaką to jezioro się wyginało) był bardziej zaludniony i za Łupkami także porośnięty wysokim lasem. Jego gęste korony chroniły przed słońcem dachy licznych tutaj ośrodków wypoczynkowych i domów noclegowych, otaczały pobliskie pole namiotowe. Wydawało się jednak, że w pobliżu chatki nikt nie mieszkał. Po lewej - zatoczka otoczona od zachodu lasem, po prawej - początek zalesionego klifu, który ciągnął się i ciągnął, aż po łąki ścielące się na brzegach Zatoki Rudzkiej.
Babuleńka była w domu. Czekała. Jednakże pierwszy przywitał mnie posiwiały mieszaniec rodu “Burków” - głośnym szczekaniem.
- Skórką do nogi! - zaskrzeczała babuleńka. - O, jest pan, młodzieńcze.
Pogłaskałem psa. Korpulentna babuleńka z chustą zawiązaną na głowie wstała z trudem od dużego drewnianego stołu. Szybko do niej doskoczyłem, w asyście psa Skórki, i pomogłem jej wstać.
- Nie trzeba - jęknęła. - Nie jestem jeszcze taka stara... ale reumatyzm dokucza i bóle w krzyżu nie dają spokoju.
- Paweł Daniec - przedstawiłem się i ucałowałem jej dłoń.
- Zrobić herbaty?
- Nie, proszę się nie trudzić.
Lebiedziowa była jednak upartą i twardą staruszką. Podeszła do starego lepionego pieca na chwiejnych i nieco pękatych nogach. A było w tym obrazie coś rozbrajająco uroczego i naturalnego. Nie wiedzieć czemu w wyobraźni ujrzałem Warszawę i jej mieszkańców, o których potykałem się często na ulicy. Przylizani, wychuchani, pachnący ostrym kosmetycznym piżmem zmieszanym z fiołkami, naburmuszeni i wiecznie się śpieszący. Zamiast tego ponurego obrazu miałem teraz przed sobą godnie przeżywaną starość, z bólem wyciśniętym na pomarszczonej od pracy i trosk twarzy, z serdecznością triumfującą w kształcie szczerych ust.
Piliśmy mocną herbatę z odrobiną cukru, jaka została w szklanej cukierniczce kupionej na bazarze. Lebiedziowa opowiadała:
- Męża pochowałam trzy wiosny temu. Ciężko nam było. Kiedy zostałam sama ze Skórką, moją poczciwiną kochaną, było jeszcze gorzej. Z marnej emerytury ledwo starcza na lekarstwa... bieda, młodzieńcze... wielka bieda przyszła. Com miała począć? Jak tu samej wyżyć bez grosza przy duszy? I owszem, namawiali mnie różni tacy miastowi do sprzedania ziemi nad jeziorem. Kto tu nie przychodził! Ho ho! Niemcy dawali majątek, ale ja ich nie lubię. Pamiętam jeszcze wojnę. Miastowi też dawali mi dużo, ale gdzie miałam pójść? Zostałam sama na tym świecie... sama... jak ten palec. Dopiero niedawno miła pani z Pisza załatwiła mi dom spokojnej starości. Com miała robić, młodzieńcze? Zgodziłam się. Tam dają przynajmniej za darmo łóżko i gorącą zupę. A i telewizję można pooglądać i z ludźmi pogadać. Ja zawsze lubiłam z ludziskami rozmawiać... tylko Skórki mi szkoda.
Oczy kobiety zrobiły się szkliste.
- Nie rozumiem - chrząknąłem taktownie.
- Nie mogę zabrać jej ze sobą - rzekła załamującym się z żalu głosem. - Przepisy zabraniają, a ze Skórką przeżyliśmy tutaj kilkanaście wiosen...
Popatrzyłem na psa o przyprószonym siwizną pysku. Usiadł między nami na zadzie i patrzył na swoją panią, zupełnie jakby słuchał jej smutnej opowieści. Ten kudłaty pies będący skrzyżowaniem wyżła z pudlem zdawał się rozumieć każde słowo wypowiedziane przez Lebiedziową. Nie powiem, i mi zrobiło się ckliwie.
- Postanowiłam, że sprzedam ziemię temu, kto zaopiekuje się moją Skórką - kontynuowała kobieta. - Komuś uczciwemu. Niemcom nie podałabym nawet ręki, z naszymi różnie bywa, ale wszystkim co tu byli, źle z oczu patrzyło. Żadnemu nie oddałabym Skórki pod opiekę. Panu mogę zaufać... Bóg mi pana zesłał, młodzieńcze.
Pogłaskałem sukę wzruszony opowieścią kobiety. Skórka zapiszczała zabawnie i przekrzywiła główkę, patrząc na mnie dobrotliwie.
- Znaczy się... - odezwałem się - postanowiła pani sprzedać ziemię temu, kto pani zdaniem będzie się dobrze opiekował Skórką?
- Nie mam wyjścia - jęknęła. - Skórka jest dla mnie wszystkim, ale cóż, biedna, mam robić? W domu starości nie chcą słyszeć o psie. Błagałam, namawiałem, nawet przekupić chciałam za ostatni grosz... na darmo. Sunia musi zostać tutaj, na naszym, ale ten kto tu przyjdzie po mnie, musi być uczciwy. Nie o grosz mi chodziło, gdy przychodzili tu różni kupować ziemię pod dacze. Na co mi teraz grosz, gdy modlić się człowiek zaczyna gorliwiej?
- I co pani postanowiła? - zagadnąłem zaskoczony jej słowami.
- A przyrzeknie pan opiekować się Skórką? - zapytała twardo, a patrzyła mi prosto w oczy.
- Owszem! - palnąłem bez zastanowienia, szczerze.
- Wyczuwam Judaszów - westchnęła zadowolona. - Pan jesteś inny. Łagodny dla zwierząt. Oddam panu za tysiąc złotych chałupę z ogrodem. Dałabym za darmo, ale muszę pooddawać zaciągnięte dawno długi...
- Ależ ja byłem przygotowany na więcej - zaprotestowałem.
- Starczy! - uniosła rękę, aby mi przerwać. - Jeśli nie chce pan mojej ziemi za tysiąc złotych, to trudno.
- Kupuję!
- Zamiast pieniędzy, proszę jedynie dbać o sunie. Od serca! Niech tym pan pokryje resztę zapłaty. Proszę mi to obiecać! Czy przysięga pan?
- Przysięgam - powiedziałem poważnym tonem i zerknąłem na psa. - Ale czy Skórka mnie zaakceptuje?
Lebiedziową nie odpowiedziała - zacisnęła mocniej zęby, aby nie zapłakać.
Potem przyjechała pani z domu spokojnej starości. Podpisałem wcześniej przygotowaną umowę kupna domu i Lebiedziową odjechała stąd samochodem do Pisza. Obiecała odwiedzić nas wkrótce, ale nie patrzyła wcale na psa - wsiadła szybko do samochodu, hamując się heroicznie przed płaczem, i pogoniła kobietę z opieki do szybkiego odjazdu. Odjechały błyskawicznie odprowadzane wzrokiem przeze mnie i Skórkę. Nie dowiedziałem się od niej nawet, dlaczego tak, a nie inaczej nazwała Skórkę. Pies płakał. Naprawdę widziałem łzy w tych szczerych psich oczach o “barwie oksydowanej miedzi”. Nie powiem - ja też otarłem na wszelki wypadek policzek. Był mokry.
W listopadzie - w miesiącu, który zapamiętałem jako nieustającą hegemonię związku szarości z deszczem - niespodziewanie kupiłem od okolicznego mieszkańca starą łajbę wielkości popularnej omegi, tyle że była wyraźnie szersza (238 centymetrów) od formy klasycznej, co bardziej upodabniało ją do łupiny. Łódka miała prawie sześć metrów długości i, jak to omega, bardzo płytkie zanurzenie. Szkielet tego na wpół drewnianego jachtu był nieuszkodzony, odnowy wymagały jednak pęknięte laminatowe poszycie i drewniany pokład. Dziurę w kadłubie musiałem załatać żywicą. Więcej roboty było z pokładem i masztem. Ten pierwszy wykonano dawno temu z klepek ułożonych na rybkę, to jest równolegle do osi symetrii - był już zniszczony i ktoś doradził mi pozbycie się starego pokładu i wykonanie nowego ze sklejki wodoodpornej, na którą należało później ułożyć cienkie klepki. Nie tylko pokład był w stanie opłakanym, ale i maszt nadawał się do wyrzucenia. Potrzebowałem nowego masztu, najlepiej aluminiowego i mnóstwa klepek, które cudem udało mi się zmagazynować przez następny miesiąc. Ośmiometrowy maszt zdobył pewien strażnik przystani w Piszu tuż przed Bożym Narodzeniem. Jeszcze tylko należało dokupić wysuwany miecz, którego brakowało.
Miałem co robić w długie zimowe wieczory i krótkie dni w równie wymagającej gruntownego remontu szopie - rodzaju dużej drewutni. Udało mi się z pomocą znajomego stolarza umieścić jacht we wnętrzu szopy, ale jej dziób wystawał nieco przed lico drewnianych drzwi, których nie można było dlatego zamknąć. Bawiłem się zatem w majsterkowicza, odnowiłem szybko od biedy szopę i zająłem się jachtem. Wciąż nie miałem dla niego nazwy, aż wreszcie, czytając na początku stycznia książkę H.G. Wellsa, wpadłem na nią. “Wehikuł czasu”! Pierwszy człon nazwy - “wehikuł” - symbolizował dawny pojazd, którym mój szef, pan Tomasz zwany zabawnie Panem Samochodzikiem, jeździł w poszukiwaniu skarbów. Miał ten pojazd obrzydliwą karoserię, ale pod maską ukrywał silnik ferrari 410. Pan Tomasz nazywał go wehikułem, a był to pojazd tak oryginalny, że przezwisko Pan Samochodzik przylgnęło do niego na zawsze. Dlaczego: “czas”? Wspomnienia są zawsze funkcją czasu. Im więcej ubywa nam czasu, tym bogatsze stają się wspomnienia. A miałem co wspominać - te wszystkie wakacyjne przygody, które przeżyliśmy razem z panem Tomaszem, przygody, do których się tęskni i które na zawsze pozostają w naszej pamięci. Poza tym “Wehikułem czasu” można było odbyć swoistą podróż w czasie dziejącą się w naszej głowie - do mrocznych dziejów naszej cywilizacji, które stanowiły często przedmiot naszych wspólnych badań. Tak mi się wtedy wydawało, że nazwanie jachtu “Wehikułem czasu” będzie symbolizować moje wspomnienia, moje spojrzenie wstecz.
Oczekiwaliśmy wraz ze Skórką wiosny. Pies wpadł szybko w chorobliwą tęsknotę po swojej właścicielce, nie jadł, często skowyczał i zmizerniał, w końcu jednak pogodził się z losem. Przyzwyczaił się do mnie. Wtedy byliśmy do siebie podobni - oderwano nas od najbliższych i skazano na samotność.
W sumie - zimę nad jeziorem Roś spędziliśmy w komitywie z przyrodą, szanując i znosząc cierpliwie jej grymasy, ale wieczorami tę naturalną ascezę rekompensował nam wiatr zawodzący na zewnątrz, omiatający swoim mroźnym chuchem ściany chałupy i podwiewający słomianą strzechę. Czasami mróz skrzypiał głośniej niż strzelały drwa w prymitywnym kominku i miło było napić się w surowej izbie gorącej herbaty z cytryną. Ale coraz częściej, z nadzieją godną dziecka wypatrującego prezentów pod choinką, oczekiwałem roztopów. Tak bardzo chciałem, aby skute lodem jezioro znowu odżyło mową fal i zazieleniły się jego brzegi. Chciałem jak najszybciej zwodować milcząco wyczekującą w mojej szopie łódź, niewdzięczną i brzydką, którą mozolnie i z delikatnością remontowałem. Kiedy termometr za oknem wskazywał minus dziesięć stopni, ja oczami wyobraźni wydłużałem słupek rtęci do poziomu plus dziesięciu, ale lód pokrywający rynnę jeziora, jak nie chciał zejść, tak i długo nie schodził.
Na zmianę remontowałem “Wehikuł czasu” i reperowałem mój dom. Cierpliwie. W chwili załamania kupiłem też z ośrodka wczasowego używany ponton z małym silniczkiem i elektryczną pompkę - musiałem zabezpieczyć się na lato, gdyby z jachtem coś nie wyszło. W bibliotece w Piszu pracowałem na pół etatu - od ósmej do jedenastej. Pięć dni w tygodniu. Do pracy zabierałem się samochodem dostawczym kursującym z ośrodka wypoczynkowego “Raj” (położonego na klifie dwa kilometry na wschód) do Pisza. Wracałem okazją, ale kilka razy przyszło mi iść na piechotę w ciężki mróz. Skórka nie zapomniała o swojej pani, ale już na dobre przyzwyczaiła się do mnie i z perfekcyjną dokładnością oczekiwała każdego dnia mojego powrotu z Pisza. Kilka razy odwiedziłem w domu spokojnej starości w Mikołajkach panią Lebiedziową. Pojechałem tam PKS-em. Kobieta odzyskała lepszą cerę, choć czuła się nienajlepiej w tym pięknie położonym, ale zarazem smutnym miejscu. Nie chciała jednak widzieć Skórki, nie mogła, bała się, że z żalu zapłacze się na śmierć. Jak powiedziała: “zdradziła Skórkę”.
Tak, smutna to była historia.
Zresztą cały tamten okres nad jeziorem był raczej ponury, a wszystkie moje działania miały wtedy na celu załatanie głębokiej dziury, jaką pozostawiło w mojej duszy zlikwidowanie departamentu. Z zawziętością godną politowania starałem się zabić w sobie żal do losu za posłanie nas na bezrobocie, pragnąłem zakneblować wspomnienia o naszym departamencie, jak najszczelniej, ale kiedy zjawiał się listonosz (a robił to rzadko), zawsze wstępowało we mnie uczucie podniecenia i nadziei - na to, że otrzymam wreszcie list od pana Tomasza wzywający mnie do pracy w naszym biurze. Taki list nie nadszedł. Na darmo oczekiwałem cudu. Pan Tomasz nie odzywał się. Nie pisała także Monika. Cała nasza trójka była wtedy pogrążona w zimowej depresji.
Cóż jeszcze mogę dodać godnego odnotowania? Wypożyczałem książki w publicznej bibliotece, pomagałem archiwizować skromne zbiory i sporo czytałem. Wszystko - począwszy od beletrystyki po pozycje historyczne. Unikałem, jak zawsze, ckliwych romansów, głupich kryminałów i pozycji przygodowych. Nic nie mogło zastąpić prawdziwej miłości i autentycznej przygody. Żadna książka nie była tak dobra, aby powiedzieć, że przeżyło się prawdziwą przygodę. Stroniłem od ludzi, jeśli nie liczyć pana Skrzeczyńskiego, sprzątaczki, stolarza, kierowcy z ośrodka “Raj” i listonosza. Niekiedy widywałem na przystani kempingu strażnika, który pomógł mi w sprawie jachtu. Nawet dziewczynami nie interesowałem się w tamtym okresie. To wszystko. Czasem jeszcze moją pokutę w czterech ścianach bibliotecznego gmachu zakłócała para młodych ludzi. Odwiedzali oni bibliotekę, częściej niż ich rówieśnicy goniący za łatwą rozrywką, ale nigdy nie rozmawiałem z nimi dłużej niż chwila potrzeba na załatwienie formalności i kulturalne wypowiedzenie jakiejś grzecznościowej formułki.
Wkrótce wszystko się odmieniło. A to za sprawą starej księgi, którą odkurzyłem z najgłębszej półki miejskiej biblioteki w Piszu.
ROZDZIAŁ DRUGI
RYNEK W PISZU • “KREISGEMEINSCHAFT JOHANNISBURG” • DZIWNY ZAPISEK • KTO NABAZGRAŁ W STAREJ KSIĘDZE? • FRAGMENT PIERWSZY OPOWIEŚCI • WPROWADZAM W TEMAT MŁODYCH CZYTELNIKÓW • CZY RÓŻAŃSKI SZUKAŁ SKARBU? • ROK 1435 • INDIANA Z PISZA I RAMONA ZNAD JEZIORA, CZYLI REKORDZIŚCI • STARA KSIĘGA MNIE WCIĄGA • FRAGMENT DRUGI • MOJA ŁAJBA SIĘ PODOBA • KANAŁEM DO NOWYCH GUTÓW • CHULIGANI NA “D’ARTAGNANIE” • ŚNIARDWY • DOM NA SPRZEDAŻ
Pracowałem w bibliotece przy rynku, w miejscu, które odróżniało się od pozostałej części miasta - chaotycznej i dźwigającej brzemię socjalistycznego ponuractwa, smętnej architektury i uliczek pozbawionych często uroku. Gdy się jednak dłużej przebywało w tym mieście, człowiek z dnia na dzień przywykał do każdego muru, sklepu, osiedla, każdy mieszkaniec wydawał się starym, dobrym przyjacielem. Oddech jeziora - mieszający się z zapachem pobliskiej puszczy - łagodził stany zwątpienia, które często mni...
Marcin1712