Akunin Boris - Historie cmentarne.pdf
(
599 KB
)
Pobierz
212510591 UNPDF
Borys Akunin
Grigorij Czchartiszwili
Historie cmentarne
Кладбические ucmopuu
Przełożył Wiktor Dłuski
Książka
Historie cmentarne
to owoc twórczości zespołowej,
równoprawnego współautorstwa dwóch pisarzy: rzeczywistego i
wymyślonego. Dokumentalne eseje, za których autora należy uważać
Grigorija Czchartiszwilego, poświecone są sześciu najsłynniejszym
nekropoliom świata. Te szkice są przeplatane pisanymi „ręką” Borysa
Akunina beletrystycznymi nowelami kryminalnymi, których akcja toczy
się na tych samych cmentarzach. Czytelnik zostaje zaproszony do udziału
w podniecającej grze, zainicjowanej przez „Dra Jekylla i pana Hyde’a”
współczesnej literatury rosyjskiej.
W
YJAŚNIENIE
Pisałem tę książkę długo, jeden — dwa kawałki rocznie. Nie taki to
temat, żeby się z nim spieszyć, a w dodatku miałem wrażenie, że to nie
jest zwykła książka, lecz pewna droga, którą muszę przebyć, nie godzi się
więc robić tego w podskokach, bo można z rozpędu przegapić zakręt i
zabłądzić. Czasem czułem, że pora się zatrzymać, poczekać na następny
sygnał, który wezwie mnie dalej.
Ta droga zajęła mi całe pięć lat. Zaczęła się przy murze starego
moskiewskiego cmentarza i zaprowadziła mnie bardzo, bardzo daleko.
Wiele się zmieniło przez ten czas „i sam, podległy ogólnemu prawu,
zmieniłem się”
*
, rozdwoiłem na rezonera Grigorija Czchartiszwilego i
zabawiacza szerokiej publiczności, wodzireja Borysa Akunina. W
rezultacie książkę kończyliśmy już we dwójkę: pierwszy zajmował się
fragmentami eseistycznymi, drugi beletrystycznymi. Dowiedziałem się w
dodatku, że jestem taphofilem, „miłośnikiem cmentarzy” — okazało się
bowiem, że istnieje na świecie takie egzotyczne hobby (u niektórych
przechodzące w manię). Ale nazwać mnie taphofilem można tylko
umownie — nie kolekcjonowałem cmentarzy ani grobów, ciekawiła mnie
Tajemnica Minionego Czasu: gdzie on się podziewa, co się dzieje z
ludźmi, którzy go zaludniali?
Wiecie, co mnie najbardziej intryguje w mieszkańcach Moskwy,
Londynu, Paryża, Amsterdamu, a tym bardziej Rzymu czy Jerozolimy?
To, że większość z nich nie żyje. O nowojorczykach czy tokijczykach tego
powiedzieć nie można, bo miasta, w których mieszkają, są zbyt młode.
Jeśli wszystkich ludzi, którzy zamieszkiwali prawdziwie stare miasto
przez całą historię jego istnienia, wyobrazimy sobie jako jeden ogromny
tłum i wpatrzymy się w to morze głów, to okaże się, że pustych oczodołów
i wybielonych przez czas czerepów jest więcej niż żywych twarzy.
Mieszkańcy miast z przeszłością żyją otoczeni zewsząd zmarłymi.
Nie, wcale nie uważam starych megalopoli za miasta widma. Są całkiem
żywe, ruchliwe, iskrzą się energią. Mówię o czym innym.
Od pewnego czasu czuję, że ludzie, którzy żyli przed nami, nigdzie nie
znikli. Zostali tam, gdzie byli, tyle że my i oni istniejemy w różnych
wymiarach czasowych. Chodzimy po tych samych ulicach, niewidoczni
jedni dla drugich. Przeciskamy się pomiędzy nimi, a za szklanymi
fasadami nowomodnych budowli widzimy zarysy niegdyś stojących tu
domów: klasyczne frontony i naiwne facjatki, butne ażurowe bramy i
malowane w pasy szlabany.
Wszystko, co kiedyś było, pozostaje na zawsze, tak samo jak wszyscy,
którzy kiedyś żyli.
Czy nie zdarzyło się wam nigdy zobaczyć gdzieś w gęstym tłumie na
Kuznieckim Moście czy na Nikolskiej jakiejś nie wiadomo skąd przybyłej
i natychmiast rozwiewającej się sylwetki w kapeluszu wellington i
płaszczu almawiwa? Albo przezroczystego dziewczęcego profilu w
czepeczku ze wstążkami? Nie? To znaczy, że nie nauczyliście się jeszcze
naprawdę widzieć Moskwy.
Stare miasta są zupełnie inne niż miasta nowe, liczące jakieś sto czy
dwieście lat. W wielkim i starym mieście rodziło się, kochało,
nienawidziło, cierpiało, radowało się, a potem umarło tylu ludzi, że cały
ten ocean nerwowej i duchowej energii nie mógł nagle zniknąć bez śladu.
Parafrazując to, co Brodski pisał o antyku, możemy powiedzieć, że
przodkowie dla nas istnieją, ale my dla nich nie, bo my o nich cokolwiek
wiemy, a oni o nas nic a nic.
Oni nic od nas nie chcą. I miast, w których oni żyli, my, współcześni,
także nie obchodziliśmy. Toteż im miasto starsze, tym mniej zwraca uwagi
na swoich dzisiejszych mieszkańców — właśnie dlatego, że są w
mniejszości. Nam, żywym, trudno takie miasto zadziwić, bo widziało ono
innych, nie mniej śmiałych, przedsiębiorczych, utalentowanych, i może
nawet tamci, zmarli, byli lepszej od nas jakości.
Nowy Jork żyje w tym samym rytmie co obecni nowojorczycy, jest ich
współczesnym, towarzyszem, wspólnikiem. Rzym albo Paryż natomiast
obojętnie i pobłażliwie spoglądają na tych, którzy na starych murach
wywiesili reklamy „Nescafé” i proszku do prania „Ariel”. Stare Miasto
wie swoje: fala czasu przetoczy się i zmyje z ulic całą tę błyszczącą
tandetę. Zamiast obrotnych ludzików w dżinsach i pstrokatych T–shirtach
będą tu spacerować inni, inaczej ubrani, a ci współcześni też nigdzie nie
znikną, przeniosą się tylko z jednych dzielnic do innych, podziemnych.
Poleżą tam przez kilka dziesięcioleci, a potem zespolą się z glebą i staną
się już na zawsze niezbywalną własnością Miasta.
Cmentarze w megalopolach żyją zazwyczaj niedługo: dokładnie tyle, ile
trzeba, żeby zapełnić grobami wydzielony dla pochówków teren, a potem
jeszcze z pół setki lat, dopóki nie wymrą ci, co przychodzili tutaj
opiekować się nagrobkami. Za jakieś sto — sto pięćdziesiąt lat nad kośćmi
narośnie nowa warstwa ziemi, rozłożą się na niej place lub staną domy, a
na krańcach rozrośniętego tymczasem Miasta pojawią się nowe nekropole.
Zmarli to nasi sąsiedzi i współmieszkańcy. Chodzimy po ich kościach,
korzystamy ze zbudowanych dla nich domów, spacerujemy pod koronami
drzew, które oni posadzili. My i nasi zmarli nie przeszkadzamy sobie
wzajemnie.
Pod Paryżem jakiś czas temu znaleziono całe królestwo trupów —
katakumby, gdzie leżą miliony i miliony dawnych paryżan, których
szczątki przeniesiono tu kiedyś z miejskich cmentarzy. Każdy może
dojechać do stacji Denfert–Rochereau, zejść do podziemia i zobaczyć
niekończące się szeregi czaszek, wyobrazić sobie własną, leżącą gdzieś w
kąciku, w siedemnastym rzędzie, jako sto sześćdziesiąta ósma od lewej, i
może nieco inaczej oszacować wymiar własnej osoby.
Ale możliwość zajrzenia w czeluście ziemi, tam gdzie osiedlili się ci, co
żyli przed nami, trafia się rzadko. Paryżanom, można powiedzieć,
poszczęściło się. Częściej miejscem spotkania z przodkami stają się dla
nas cudem zachowane stare cmentarze, wysepki zgęszczonego i zastałego
czasu, gdzie dawno już nikogo się nie chowa. Ostatni warunek jest
konieczny, bo rozkopana ziemia i świeży smutek nie pachną wiecznością,
lecz śmiercią. To zapach zbyt ostry, nie pozwalający uchwycić kruchego
aromatu innego czasu. Jeśli chcesz, czytelniku, zrozumieć i poczuć
Moskwę, przejdź się po Starym Dońskim cmentarzu. W Paryżu spędź pół
dnia na Père–Lachaise. W Londynie pojedź na cmentarz Highgate. Nawet
w Nowym Jorku jest miejsce, gdzie czas się zatrzymał: brookliński
Greenwood.
Jeśli dzień, pogoda i twój stan ducha znajdą się w harmonii z
otoczeniem, poczujesz się częścią tego, co było przedtem, i tego, co będzie
potem. I może usłyszysz głos, który szepnie: „Narodziny i śmierć to nie
ściany, to drzwi”.
Plik z chomika:
TAKIJA1
Inne pliki z tego folderu:
Boris Akunin - Azazel.pdf
(1057 KB)
Akunin Boris - Historie cmentarne.pdf
(599 KB)
Akunin Boris - Azazel.rtf
(1139 KB)
Akunin Boris - Fantastyka.pdf
(1042 KB)
Akunin Boris - Fandorin 01 - Azazel.rar
(205 KB)
Inne foldery tego chomika:
Aapeli
Abagnale Frank
Abalos Rafael
Abbott Jeff
Abécassis Eliette
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin