Antologia - Stało się jutro 22 - Dariusz Filar(1).doc

(392 KB) Pobierz
DARIUSZ FILAR - WE WŁASNEJ SKÓRZE -INNE MIEJSCE

DARIUSZ FILAR - WE WŁASNEJ SKÓRZE -INNE MIEJSCE

We własnej skórze

I

Zaparkowałem wóz pod wysokim, porosłym bluszczami murem i przeszedłem przez bramę z szarego piaskowca. Na kamiennym łuku ciemniały na pół zatarte słowa łacińskiej maksymy: „Dum spiro, spero". Przeczytawszy je, potrząsnąłem głową w odruchowym sprzeciwie; żądanie zachowania nadziei aż po ostatnie tchnienie wydało mi się mocno wygórowane. Żwirowana aleja, na którą wprowadzała brama, biegła prostym, srebrzystozielonym szpalerem świerków. Napełniały powietrze głębokim, wilgotnym zapachem lasu i trzeba było mojego przeczulonego nosa, by wyłowić

z żywicznej świeżości ostry odór środków dezynfekcyjnych i lekarstw.

Po chwili odór stał się wyrażniejszy, a ja wkroczyłem na brukowany bazaltową kostką dziedziniec. Oskrzydlały go długie, piętrowe budynki o spadzistych dachach i szerokich weneckich oknach. Przychodziłem tu po raz pierwszy w życiu, ale widok ponad wszelką wątpliwość był mi znajomy. Odniosłem przy tym wrażenie, że moja pamięć musi zawierać go od dawna. Od dawien dawna. Zacząłem szukać skojarzeń i wtedy ukazały mi się stare sztychy szczelnie wypełniające ściany w gabinecie mego dziadka; wszystkie prezentowały słynne budowle naszego kraju, a przynajmniej na dwóch było właśnie to miejsce. Pomyślałem zaraz, że jego wygląd zewnętrzny nie uległ na przestrzeni wieków specjalnym zmianom. Postronnemu, nie wtajemniczonemu obserwatorowi niełatwo przyszłoby odgadnąć, że za zabytkową fasadą niegdysiejszego przyklasztornego szpitala i przytułku dla nieuleczalnie chorych kryje się jedna z najnowocześniej wyposażonych klinik świata.

Nacisnąłem klamkę wysokich, okutych drzwi; ustąpiły

z cichuteńkim, prawie niesłyszalnym skrzypnięciem.

W obszernym, wyłożonym puszystymi dywanami holu stało

kilka staroświeckich, obciągniętych skórą foteli.

W głębi, pod rozłożystą palmą, siedziała za biurkiem

dziewczyna w błękitnym służbowym uniformie pracownika

kliniki.

— Przyszedłem zapytać, jak się czuje pan King —            powiedziałem kierując się ku niej. — Pan Alan King. Bez pośpiechu podniosła oczy znad kolorowych zdjęć jakiegoś pisma.

— Informacji o stanie chorych udzielają lekarze w godzinach

od dziesiątej do dwunastej — oświadczyła tonem telefonicznego automatu. — Proszę przyjść jutro rano albo zadzwonić pod wskazany tutaj numer. Wyciągnęła ku mnie rękę z białym biletem informacyjnym kliniki, a ja przyjąłem go machinalnie i nie czytając wsunąłem do kieszeni płaszcza. Nie zamierzałem odchodzić.

— Tak? — w głosie dziewczyny pojawił się ledwo słyszalny cień zniecierpliwienia, a jej oczy patrzyły wyczekująco. — Coś jeszcze?

— Tylko to, że nie przyszedłem w sprawie prywatnej — powiedziałem. — Jestem z aliusensorii. Z pasma siódmego. Lubiłem przedstawiać się w ten sposób i patrzeć, jak pod wpływem moich słów zmieniają wyraz twarze rozmówców;

w jednym mgnieniu odmalowywały się na nich ciekawość i podziw, nadzieja i przymilna gotowość do usług. Czasami również zazdrość, ale ostatecznie w szerokiej gamie uczuć nieprzyjaznych nie zajmuje ona pozycji najwyższej.

— Ach tak! — stłumiony okrzyk dziewczyny zdradził jej popłoch. — Tak! Oczywiście! Pan pytał o ...?

— O Alana Kinga.

—Tak! Już, już! Proszę!

Chwyciła słuchawkę jednego z kilku stojących przed nią telefonów, z emocji dwa razy pomyliła się przy wykręcaniu numeru, a gdy wreszcie udało się jej uzyskać połączenie, zaczęła zacinać się i jąkać z pośpiechu. Jakżeż typowe było to wszystko! Bardziej niż się spodziewałem.

— Proszę pana — dziewczyna odłożyła słuchawkę i teraz znowu zwracała się do mnie — operacja jeszcze się nie skończyła. Profesor Kranc...

— Zaczekam — przerwałem jej w pół zdania. Odwróciłem się i czując na plecach jej wzrok zagłębiłem się w miękkości najbliższego fotela.                       Naprzeciwko moich oczu wisiało na ścianie ogromne płótno — realistyczna martwa natura, której centralnym punktem był ułożony na półmisku ludzki mózg. Niepokojącą, wilgotnie lśniącą bielą wyłaniał się spomiędzy srebrnych naczyń, wysokich szklanic wina, owoców i kwiatów, kalafiorowato piętrzył się swymi fałdami i bruzdami, czerwieniał i błękitniał cieniutkimi nitkami przewodów krwionośnych.

Tak samo wyglądał zapewne w tej chwili mózg Alana Kinga; osaczony białym chłodem sali operacyjnej, spłukany ostrym światłem reflektorów, bezbronny w kielichu szeroko otwartej czaszki. Ze wszystkich stron musiały wyciągać się

ku niemu macki kolorowych rurek i lśniące szpony narzędzi, a pod naciskiem gładko opiętych gumą palców profesora Krańca między neuronowy gąszcz formatio reticularis i struktury obwodu łupokampa zagłębiała się mikroskopijna, elektroniczna proteza. Albo przedłużacz. Czy też pasożyt. W gruncie rzeczy nie wiedziałem, na które z tych określeń zasługuje naprawdę przekaźnik aliusensoryczny. Nie wiedziałem zresztą również, czy rzeczywiście tak wygląda jego wszczepianie; nie asystowałem nigdy przy samym zabiegu i tylko próbowałem go sobie wyobrazić. Na moment opanowało mnie absurdalne, niosące zimny dreszcz przerażenie; uroiło mi się, że to ja leżę wśród skrwawionych prześcieradeł, że to w mój mózg wdzierają się brutalnie obce ciała. O nie! Na to nie pozwoliłbym nigdy!

A Alan King? Czy w pełni pojmował wagę dokonującej się w jego życiu przemiany? Przed trzema dniami, kiedy podpisywał kontrakt i zgodę na dzisiejszą operację, wydawał się zdecydowany i zadowolony. Miał minę człowieka, który udaje się na egzotyczną wyprawę i właśnie dopełnia ostatnich formalności w biurze podróży. Wszystkie jego gesty pełne były ostentacyjnej swobody, a lekko podniesiony głos dudnił pewnością siebie i animuszem. Nie umiałem odgadnąć, czy to jego zwykły sposób bycia, czy też wynik przekonania, że właśnie takiego zachowania po nim oczekujemy.

— To jest Ray Davis — przedstawił mnie mój szef. — Będzie twoim aniołem stróżem; wiesz już pewnie, że to taka nasza nieoficjalna nazwa tej funkcji? King skinął głową.

— Cześć, aniele stróżu! — powiedział z uśmiechem i zmiażdżył w uścisku moją dłoń.

— Ray pracował dwa lata z fantomami, a później jeszcze trzy z bezprzekazowymi drugiego planu —ciągnął szef. — Był niezły i uznaliśmy, że czas wypuścić go na szersze wody. Powierzamy mu ciebie, Alan. I mamy nadzieję, że będziecie z siebie zadowoleni.

— Jasne! — King serdecznie poklepał mnie po plecach. — Wymyślisz dla mnie coś fajnego, nie?

— Postaram się — odparłem.

A w rzeczywistości już od miesięcy żyłem setkami

pomysłów. Opanowały mnie bez reszty, gdy tylko rozeszła

się pogłoska o rychłym zatrudnieniu Kinga

i o rozpatrywaniu mojej kandydatury na prowadzącego

nowy program. Chaotycznym wirem spadły wtedy na mnie

epizody z banalnych kryminałów i sceny z wielkiej klasyki, refleksje bohaterów stworzonych przez literackich geniuszy i mrożące krew w żyłach przeżycia postaci z prozy brukowej, zaskakujące finały powieści sensacyjnych i rozstrzygnięcia antycznych tragedii. W podnieceniu bezsennych nocy buszowałem po bezkresnych otchłaniach ludzkiej wyobraźni szukając momentów najbardziej szokujących, najwyższych emocji i najwspanialszych przeżyć. Fragment po fragmencie sklejałem je w burzliwe i barwne pasmo, w kipiące, nieprzerwanie sięgające pełni życie, o którym mógłby marzyć każdy. A które przeżyć miał Alan King.

— Proszę pana! — wyrwał mnie z zamyślenia głos dziewczyny. — Profesor Kranc przy telefonie! Zerwałem się, a ona podała mi słuchawkę.

— Tu Ray Davis — przedstawiłem się. — Prowadzący Alana Kinga.

— Tak, wiem — głos Krańca brzmiał oschle. — O co panu chodzi?

Nieukrywana niechęć tych słów przypomniała mi wszystkie plotki o Krancu, które od lat krążyły w naszym światku. Najsłynniejsza opowiadała o tym, jak w tajemnicy kupił sobie odbiornik aliusensoryczny i po narkomańsku, niewolniczo do niego się przywiązał. Całymi wieczorami nie zdejmował hełmu kontaktowego, a często jego uczona głowa tkwiła w nim aż po ostatnie, nocne emocje. Rzeczywiście było to zabawne, bo publicznie Kranc przybierał zawsze pozy wyrafinowanego intelektualisty, aliusensorię i jej ludzi traktował z manifestacyjną pogardą i utrzymywał, że ogląda tylko telewizję, która stoi o kilka klas wyżej. Za wszelką cenę pragnął być zaliczany do grona smakoszy, którzy nie uznawali nas zupełnie, dyskutowali o tradycyjnych środkach masowego przekazu, pod niebiosa wynosili ich rzekome artystyczne przewagi i chwalili się, że mogą sobie pozwolić na własne bujne życie. W sumie — trudno było nie dostrzec w Krancu snoba.

— Chcę tylko spytać, jak się udała operacja — powiedziałem.

— Jak się udała operacja?! — wykrzyknął. — A słyszał pan, żeby jakaś się nie udała?!

— Ależ nie!

— Więc niech mi pan nie zawraca głowy! Dokładnie za trzy tygodnie od dziś zabierze pan pacjenta i nie chcę o nim więcej słyszeć! — sapnął gniewnie i wyłączył się nie czekając na moją odpowiedź.

Nie pozostało mi nic innego, jak również odłożyć słuchawkę. Opuszczając dłoń ku widełkom pomyślałem, że i ten wybuch Kranca był tylko na pokaz; profesor świetnie wiedział, że dowiadywanie się o pooperacyjny stan przyszłego supermana należy do moich służbowych obowiązków, do uświęconych zwyczajem powinności anioła stróża. Zresztą o własnych obowiązkach też pamiętał; najważniejszą informację — termin wypisania Kinga z rejestru pacjentów — mimo wszystko mi przekazał. Piekielny snob!

Czekała mnie jeszcze jedna rozmowa telefoniczna. Spytałem dziewczynę, czy mogę skorzystać z jej aparatu, a ona zgodziła się skwapliwie. Wykręciłem numer Głównego Biura Kontroli. Po chwili usłyszałem sygnał gotowości ich komputera. Przypominał odgłos, jaki wydają pęcherze powietrza uciekając z zanurzonego w wodzie    dzbanka: bul, bul, bul, bul...

— Ray Davis. Prowadzący Alana Kinga. Pasmo siódme.

Stacja East Wave. Sekcja rodzaju męskiego —

wyrecytowałem dane rozpoznawcze.

Pęcherze powietrza stały się nagle bardzo drobne i zaczęły

uciekać gęściej: pyk, pyk, pyk, pyk... Wiedziałem,

że komputer zajął się odszukaniem wśród setek pracowników

Biura dyżurnego siedmioosobowej grupy roboczej, która

miała nadzorować moje i Kinga poczynania.

— Słucham — dobiegł mnie po kilkunastu sekundach czyjś głos.

— Melduje się nowy anioł stróż... — zacząłem.

— Do rzeczy! — przerwano mi stanowczo i nabrałem przekonania, że przynajmniej jeden z moich kontrolerów jest zupełnie pozbawiony poczucia humoru.

— Alan King został zoperowany — powiedziałem zmieniając ton na bardziej oficjalny. — Klinikę opuści za trzy tygodnie.

— Dobrze. Zatwierdziliśmy już jego pierwszy epizod. Z radości mocniej zacisnąłem palce na słuchawce.

— Czekamy na dalszy ciąg. Proszę pamiętać o przynajmniej dziesięciodniowym wyprzedzeniu w stosunku do emisji.

— Oczywiście — odparłem. — Prześlę materiały, gdy tylko będą gotowe.

Kiedy po chwili wyszedłem na dziedziniec kliniki, jego bruk lśnił od deszczu. Gęsta mżawka zimnym kompresem oblepiła natychmiast moją twarz, ale nie zwracałem na to uwagi. Szedłem szybko z głową pochyloną, z rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie płaszcza.

Kości rzucone — myślałem. — Alan King należy do mnie, a ci z kontroli akceptują moje pomysły. To coś zupełnie innego niż zabawa z fantomami i bezprzekazowymi. Tą samą świerkową aleją wróciłem do samochodu. Przekręciłem kluczyk w stacyjce i silnik od razu zaskoczył. Wyjechałem na szosę, potem na autostradę, a po godzinie sunąłem już jednym z szesnastu pasm trasy śródmiejskiej. Patrząc na setki jednakowych trzydziestopiętrowych budynków mieszkalnych, na stłoczone na trasie samochody i na sztuczne drzewa, w których koronach ukryto dmuchawy tlenowe, raz jeszcze pomyślałem o profesorze Krancu. Nienawidził wielkich miast i nowoczesnej architektury. Na jakimś kongresie medycznym obraził jego uczestników mówiąc, że ich szpitale ze szkła i stali to fabryki, w. których oni, przyuczeni partacze, niezdarnie próbują remontować kukły, które dawno przestały być ludźmi. Sam od lat kurczowo trzymał się leśnego pustkowia, z którego właśnie powracałem. A jeśli w tym i w innych dziwactwach Kranca kryły się ślady prawdziwych wartości? Wartości, których istoty nie sięgał, które mimowolnie ośmieszał swoimi słabostkami i sposobem bycia, ale przecież wartości. No tak — tylko właściwie jakich? Zamajaczyła mi jedna czy druga myśl, ale nic konkretnego. I zaraz porzuciłem ten wątek; miałem na głowie ważniejsze sprawy.

II

Alan King obudził się czternaście godzin po operacji. Pierwszym uczuciem, jakiego doznał, było ogromne zdziwienie; spodziewał się cierpień, pulsowania krwi w skroniach, zaburzeń wzroku i słuchu, a nic takiego nie miało miejsca. To prawda — przepełniało go gęste, duszne zmęczenie, szumiało mu trochę w spowitej bandażami głowie, a wyciągnięte wzdłuż ciała ręce zdawały się ważyć po sto kilogramów każda. Ale bólu żadnego nie czuł. Pomyślał: więc to już. W ciągu godzin, które minęły od operacji, ostatecznie przestał ponosić odpowiedzialność za swoje życie. A w gruncie rzeczy — za cokolwiek. Nie musiał więcej myśleć o posadach i zarobkach, o karierze, o ambicjach, nawet o życiu osobistym. Mógł także nie obawiać się prawa i krępującej zwykłych śmiertelników moralności. Miano od niego wymagać tylko siły mięśni, zdrowia i radości istnienia, a tego nie brakowało mu nigdy. Pomyślał: więc nie mam już własnego życia. Co to

właściwie oznacza? Same dobre rzeczy: nie jestem skazany na tysiące przypadków, z jakich życie się składa, nie grozi mi robienie planów, co się nie będą chciały spełniać, nie zakocham się w nikim nieszczęśliwie, nie będę drżał z napięcia na myśl o jakimś banalnym zdarzeniu:

o spóźnieniu się do pracy albo o wygraniu na loterii. Wzniosę się ponad to wszystko.

Przypomniał sobie niskiego, drobnego mężczyznę w czarnym swetrze, którego przedstawiono mu przed kilkoma dniami. Nazywał się Ray Davis i pracował dla stacji East Wavejuż od kilku lat. King nie dał nic po sobie poznać, ale w pierwszej chwili był rozczarowany; co może wymyślić taki chuderlawy pajączek? Dopiero później, gdy pokazano mu napisane przez Davisa szkice przyszłych akcji, ujrzał go w zupełnie nowym świetle. Jakież wizje tworzyło to chuchrp! Ze szkiców wynikało, że nie zabraknie Kingowi niczego: walk i zwycięstw, pięknych kobiet, polowań na egzotyczne zwierzęta, luksusowych wnętrz, szybkich samochodów, pościgów i ucieczek, pułapek, w które wpadnie i z których — rzecz jasna — z łatwością się wydostanie. Emocji, przeżyć i doznań. Naprawdę niczego. Zaczął się zastanawiać, co też robi w tej chwili Davis. Może siedzi właśnie w swoim gabinecie i wystukuje na maszynie plany kolejnych jego, Kinga, przygód? Wskazuje miejsca; w których trzeba będzie się znaleźć, opisuje czekających tam ludzi, stwarza przeróżne sytuacje, układa dialogi, podejmuje decyzje. Krok po kroku i minuta po minucie — szczegółowo w przestrzeni i w czasie — wytycza drogi, po których on, King. pójdzie. Na całe dnie. miesiące i lata zapewnia jego życiu akcję, wpasowuje ją w półrealny świat fantomów i bezprzekazowych, najpiękniejszych krajobrazów, a także wysokich murów i strażniczych wieżyczek oddzielających całą strefę zewnętrzną. W świat, którego wcale nie największą niezwykłością jest zupełny brak luster. King wiedział, że od czasu do czasu będzie mu wolno wychodzić za mury, zanurzać się w rozlaną za nimi szarą codzienność miliardów ludzi. Ale wiedział również, że wyjścia te nie wyłamią się nigdy z ram turystycznej wycieczki. Ubrany niepozornie, z twarzą zmienioną przez charakteryzację, tak że nikt jej nie rozpozna, z agentem Służby Spokoju za plecami wędrować będzie ulicami wielkich miast albo promenadami słynnych kurortów. Będzie chłonął panującą wokół spokojną normalność i odpoczywał od stałego napięcia własnej, tak bardzo

ekscytującej, powszedniości. Ale nie nawiąże żadnego

—bliższego kontaktu. Z nikim nie zadzierzgnie związków.

Pozostanie — jak turysta — obcy.

Pomyślał .'.przestałem należeć do rzeczywistości, w której

upłynęło życie moich rodziców. W której się urodziłem.

wychowałem i stałem mężczyzną. Teraz wkraczam w inny

wymiar. A tam wszystko — nawet jedzenie, nawet sen, nawet

te krótkie wycieczki na zewnątrz — zależy od Davisa, od

mego anioła stróża... I uśmiechnął się do siebie.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi i do seperatki weszła

pielęgniarka.

— O! brawo! — wykrzyknęła spostrzegłszy wyraz jego twarzy. — Pan się uśmiecha! To najlepszy dowód, że pan dobrze zniósł operację.

— Chyba rzeczywiście nie najgorzej — odparł. Pielęgniarka przyniosła tacę, na której w maleńkich kubeczkach grzechotały różnokolorowe pastylki. Wysypała wszystkie do szklanki i zalała wodą; w naczyniu zapieniło się, zasyczał uciekający bąbelkami gaz.

— Proszę to wypić — powiedziała. — Do dna. Przysunęła brzeg szklanki do jego ust, a on bez słowa spełnił jej polecenie.

— To pana wzmocni — dodała, gdy przełknął ostatnie krople.

Poprawiła mu poduszki, zmierzyła temperaturę, wpisała jakieś uwagi do zawieszonej w nogach łóżka karty. Krzątała się potem jeszcze po ciasnej przestrzeni pokoiku i Alan instynktownie wyczuł, że te jej czynności nie są już konieczne, że dziewczyna celowo przedłuża swoją obecność. Przyjrzał się jej uważniej; nie była brzydka. Kiedyś natychmiast odpowiedziałby nawet na drobniejszy dowód zainteresowania z jej strony, na pewno próbowałby zacząć flirt. Kiedyś. Bo teraz uroda i przychylność dziewczyny nie miały już dla niego żadnego znaczenia.

— Przeszedł pan na tamtą stronę — zdawała się czytać w jego myślach. — Jakżeż musi już pana nudzić wszystko tutaj! Cóż to jest w porównaniu z tym cudownym życiem, które pana czeka.

— Cudownym jak cudownym — mruknął z nieszczerym powątpiewaniem; w rzeczywistości uznał, że słowa .dziewczyny trafiają w sedno.

— Cudownym! — powtórzyła z przekonaniem. — Pełnym przeżyć, których po tej stronie nie można sobie nawet

wyobrazić.

— Przesada. Przecież wszyscy będą mieli identyczne

doznania — czuł cały fałsz swojej skromności, ale brnął dalej. — Pani chłopak też. Wystarczy, żeby od czasu do czasu włożył hełm kontaktowy.

— Aha! Jasne! Włoży hełm i przeżyje razem z panem jakąś walkę, tak?

— Chociażby — udawał, że nie słyszy ironii w jej głosie.

— To nie to samo — pokręciła głową. — I pan świetnie o tym wie. Bo tylko na pana ciele zostaną blizny. Roześmiał się.

— To chyba nieszczególna atrakcja!

— A jednak. Na ciele mężczyzny powinno być trochę blizn.

— No, jeśli tylko o to chodzi, to na moim nie brak ich od dawna.

Długim pasmem przesunęły mu się nagle przed oczyma obrazy wypadków i kraks, przez skórę i mięśnie przebiegł niespokojny dreszcz, jak gdyby odezwał się w nich ból dawnych kontuzji. Bo całkiem bez szwanku King ćwiczył i zwyciężał tylko w walkach Dalekiego Wschodu; w dżudo, karate i kung-fu, którymi pasjonował się między szesnastym a dwudziestym rokiem życia. Nieco później, kiedy sięgnął po mistrzowskie tytuły w dziesięcioboju, musiał już zapłacić swoją cenę: dwa czy trzy nadwerężenia ścięgien i dotkliwe potłuczenie po pechowym skoku, przy którym zawiodła tyczka. Wreszcie zajął się samochodami i wtedy nastąpiło pęknięcie opony na torze w Monzie; King nie zdołał opanować maszyny i w rezultacie przez blisko kwartał wylizywał się w szpitalu z poparzeń. Jakoś go to nie zniechęciło i szybko wrócił za kierownicę. A na dodatek wynalazł jeszcze jedną karkołomną zabawę — narciarskie rekordy szybkości na alpejskich lodowcach. Okupił je dwukrotnym zakładaniem gipsu. Po razie na każdą nogę. Mimo bolesności tych wszystkich doświadczeń zapominał o nich natychmiast, gdy tylko pojawiała się szansa udziału w jakiejś nowej, nawet najbardziej ryzykownej imprezie. Zrobić to, na co inni się nie poważą, walczyć i wygrywać, sprawdzać wciąż samego siebie — całe życie było jednymi wielkimi zawodami.. A uczynił je takim ulegając ślepej, nagromadzonej w nim energii. Dając jej ujście znajdował czystą radość, a nagrody, oklaski publiczności i nawet sława stanowiły dalekie, nieważne tło. Zupełnie mylili się ci, którzy za kulisami jego wyczynów szukali tych zwykłych, odwiecznych pobudek tysięcy sportowców.

— Po co ty tak szarżujesz? — pytał na przykład Johann

Garin, zaprzyjaźniony z Kingiem sprawozdawca telewizyjny, który kiedyś sam był zawodnikiem, a po zderzeniu z wozem rywala stał się sparaliżowanym kaleką. — Wygrałbyś i bez tego! A ty wyzywasz los! Po co?! Chcesz zaimponować tym leniwym, ospałym tchórzom na trybunach? Przecież oni tylko czekają na twoje potknięcie. Na efektowną kraksę, która ciebie pozbawi zdrowia albo i życia, a im przyniesie dreszczyk emocji. To stara śpiewka! Dwa tysiące lat temu w Rzymie ty byłbyś gladiatorem, a oni, ówcześni oni, podniecaliby się każdym zainkasowanym przez ciebie ciosem. Wyobrażaliby sobie, że sami wbijają w ciebie miecze. Oszukańczo, bez najmniejszego zagrożenia zaspokajaliby instynkty, dla których prawdziwego nasycenia brakowałoby im odwagi. Nie łudź się — właśnie tacy oni są! Nie zasługują na szacunek. A tym bardziej na to, żeby się dla ich przyjemności narażać.

— Ale ja wcale nie dlatego... — mruknął w odpowiedzi King. Zamierzał jeszcze dodać, że szarżowałby nawet w wyścigach bez medali i bez pucharów, nawet przy pustych trybunach. Chciał wytłumaczyć jakoś tę swoją na wskroś osobistą, bezinteresowną pasję, która kazała mu przerzucać się od jednej dyscypliny do drugiej i sama ustanawiała dlań miary sukcesów i porażek. Ale ostatecznie nie powiedział ani słowa więcej; nie umiał wyrażać swoich myśli tak płynnie jak Garin — a poza tym przeczuwał, że rozgoryczony kaleka nie przyjmie żadnych argumentów.

— Prawie ich nie widać — powiedziała dziewczyna. King odbiegł wspomnieniami tak daleko, że minęła chwila, nim skojarzył tę uwagę z prowadzoną wcześniej i urwaną rozmową. Nim zorientował się, że chodzi wciąż o jego blizny.

— Tak — zgodził się. — Wszystko ładnie się zagoiło. A próbując żartować dorzucił:

— Przyschło jak na psie.

W dniach poprzedzających skierowanie do kliniki profesora Kranca doszedł do prawdziwie wielkiej formy; serce pracowało równo, mięśnie pęczniały elastycznie przy każdym ruchu, a płuca wciągały powietrze głęboko i mocno. I chociaż pokonywanie stu metrów w jedenaście sekund czy dwudziestometrowe pchnięcie kulą dalekie były od światowych rekordów, to — jak na jego trzydziesty trzeci rok życia — stanowiły osiągnięcia nie do pogardzenia. Zresztą aliusensoria zadowoliłaby się nawet słabszymi wynikami. Bardziej liczyło się jego doświadczenie wyścigowego kierowcy, oko doskonałego strzelca

i wszechstronna sprawność organizmu — wy trenowanego, a przecież nigdy nie trutego środkami dopingującymi. Za tydzień czy dwa, gdy tylko minie pooperacyjne osłabienie, miał w pełni dowieść, co potrafi. Pomyślał: ciekawe, co o mojej decyzji sądzi Johann? Musiała chlusnąć jak strumień wody na jego młyn; przecież w porównaniu z człowiekiem, któremu wszczepiono przekaźnik aliusensoryczny, rzymski gladiator wiódł spokojne, prywatne życie, a jego niewola była tylko łagodnym ograniczeniem swobody. Gdy się pomyśli o władzy, jaką ma nade mną ten Davis z East Wave, i o wszystkich odbiorcach moich emisji, cezar i rozwrzeszczane tłumy wokół areny Colosseum przybierają postać niegodnej wspomnienia błahostki. Tak, tym razem Johann musiał ostatecznie uwierzyć w moją sprzedajność. próżność, chęć błyszczenia, zupełną głupotę i licho wie co jeszcze. No dobrze, ale jakie on ma prawo, by mnie sądzić? Ten moralista sam zakłada co wieczór hełm kontaktowy, kazał nawet zamontować specjalne podpórki przy zagłówku swojego inwalidzkiego fotela. Zresztą to nie ma nic do rzeczy. Dość filozofowania! I tak nie mogę zawrócić. Alan King po raz drugi otrząsnął się z zadumy. I zaraz napotkał wlepione weń oczy pielęgniarki. Wciąż odwlekała swoje odejście, kokietowała go każdym gestem, wdzięczyła się. Pomyślał: zwariowała baba czy co? A w następnej sekundzie sam sobie odpowiedział: nie, nie zwariowała. Teraz już wszystkie będą go tak traktować. Podziw, 'uwielbienie, miłość — oto czego spokojnie może od wszystkich oczekiwać. Został przecież oficjalnie zamieniony w supermana.

III

Chciałem, żeby King jeździł na motocyklu. Sam korzystałem wyłącznie z auta i chyba właśnie dlatego motocykl wydawał mi się czymś o wiele atrakcyjniejszym. Tęsknotę za posmakiem konnej gal opady, za gwizdem wiatru w uszach i upajającym poczuciem swobody, jaką mogą dać dwa kółka, odgadywałem zresztą w duszach większości odbiorców aliusensorii.

Kilka dni buszowałem po przepastnych magazynach rekwizytów w poszukiwaniu właściwej maszyny. I wreszcie w jednym z najdalszych kątów trafiłem na prawdziwe cudo. To był historyczny zabytek — czerwony Indianin-Skaut,

typ 500-SV, wspaniała zabawka dla dorosłych mężczyzn wyprodukowana w 1937 roku przez firmę panów Hendee i Hedstroma. Dwa cylindry jej dwudziestokonnego silnika łączyły się podstawami w symbolizującą zwycięstwo literę "V", szerokie, stalowe strzemiona pozwalały pewnie oprzeć stopy, lśniąca chromem kierownica przypominała kształtem łuk Winnetou, a ręczna dźwignia zmiany biegów zakończona była drewnianą gałką. Właśnie ta gałka przekonała mnie ostatecznie; mahoniowa, ciemniejąca szlachetnym brązem, tysiącami dotknięć niegdysiejszych jeźdźców, wygładzona jak poręcze schodów w starych budowlach. To ona ukazała mi motocykl w zupełnie innym świetle, kazała skojarzyć oderwane na pierwszy rzut oka elementy: świetną stal, naturalną skórę siodełka, precyzję wykonania każdego detalu — symptomy doskonałości nieosiągalnej dla dzisiejszych pojazdów z tandetnej blachy i plastyku.

Motocykl był w idealnym stanie; po paru zabiegach konserwacyjnych i napełnieniu baku mógł ruszyć w drogę. Ale nie zamierzałem go po prostu Kingowi ofiarować. Taki skarb nie powinien mu przyjść zbyt łatwo. Od pierwszej chwili musiał związać się z nim jakimś dramatycznym przeżyciem, momentem emocji, który nie uleci z pamięci, solidną porcją ryzyka. King musiał tę maszynę zdobyć. Odpowiednie zdarzenie zaplanowałem na trzeci dzień po wejściu Kinga w strefę wewnętrzną. Scenariusz był prawie go(ow do przekazania ekspertom z Głównego Biura Kontroli.

Zastanawiając się już nad samym finałem, przerzucałem zapisane wcześniej stronice.

„Alan King idzie ulicą małego miasteczka. Z ogłuszającym rykiem silników mija go defilująca wolniutko banda motocyklistów. Jej herszt, zwalisty brodacz o ogolonej do skóry czaszce, prowadzi swoich ludzi na wspaniałej, czerwonej pięćsetce. King od razu spostrzega tę maszynę;

zachwyconym spojrzeniem prześlizguje się po reflektorach,

silniku, kołach... I natychmiast przyspiesza kroku, by ruszyć

śladem plującej spalinami kawalkady.

W miejscu gdzie ulica zamienia się w szeroką, sięgającą

horyzontu szosę, przycupnęła niewielka stacja benzynowa.

Tutaj zatrzymują się motocykliści. Tutaj też dogania ich

King.

— Ta zabawka musi być moja — mówi wskazując motocykl herszta.

— Pryskaj, póki czas, frajerze —odpowiada herszt.

— Dostaniesz trzysta — nie zamierza ustąpić King.

— Powiedziałem: pryskaj! To nie jest na sprzedaż!

— Muszę go mieć.

— Więc weź go sobie.

Herszt uśmiecha się ironicznie, a zza jego pleców wychodzi jeden z adiutantów. Metalicznie lśniący, sięgający ramion cylinder okrywa mu głowę i kark, a twarz zasłania przyłbica z nieprzejrzystego, czarnego pleksiglasu. Ten hełm to prawie jedyne jego odzienie; nagie, bez mała dwumetrowe cielsko pręży się ukazując węzły mięśni. Olbrzym wolno zbliża się do Kinga i ostentacyjnie poprawia wsunięty na prawą pięść kastet.

— Zostaw mnie w spokoju, dziecinko — mówi King. Przeciwnik nie reaguje i podchodzi jeszcze o krok.

— Tak będzie lepiej dla ciebie — dodaje King. Opancerzona kastetem pięść wylatuje ku ustom Kinga. Ale on jest szybszy: zasłania się skrzyżowanymi dłońmi, zamyka ramię atakującego w kleszczach chwytu, cały napina się w gwałtownym wysiłku. Słychać suchy trzask łamanej kości. Olbrzym cofa się. Jego prawica zwisa bezwładnie — jak pusty rękaw. Kamraci patrzą na tę klęskę w zupełnym milczeniu.

Ale zaskoczenie trwa tylko chwilę. Ktoś wkłada do lewej ręki olbrzyma potężny klucz francuski i ranny, mimo bólu, ponownie skacze do walki. I tym razem King nie daje mu żadnej szansy. Brawurowym rzutem całego ciała zbija go z nóg. Porywa i unosi w górę. Ciska przed siebie. Po sekundzie bezwładnego lotu długa sylwetka ląduje na ziemi. Pleksiglasowa przyłbica roztrzaskuje się o betonowy krawężnik. Spod cylindra osłaniającego głowę zaczyna sączyć się krew.

W zapadłej po raz drugi śmiertelnej ciszy rozlega się wizg błyskawicznego zamka: herszt rozpina skórzaną bluzę i wyrywa zza pazuchy pistolet. Naciska spust. Tylko refleks ratuje Kinga — klasycznie wykonany pad sprawia, że kula, która miała przewiercić czoło, poprzestaje na draśnięciu potylicy. I chociaż włosy zlepia mu krew, King nie traci przytomności. WężowymSkrętem odskakuje za węgieł najbliższego budynku. Podrywa się i zaczyna biec. Długo trwają ucieczka i pościg. Oprócz herszta jeszcze dwóch członków bandy ma pistolety, więc kule gęsto świszczą wokół Kinga. Ale żadna go nie dosięga. Wreszcie przy jednej z ulic King spostrzega budynek ze znakami Służby Spokoju. Wpada do środka. Na jego widok zrywają się ze swoich miejsc trzej funkcjonariusze.

— Dajcie mi spluwę! — wykrzykuje King. — Gonią mnie!

Są uzbrojeni!

Funkcjonariusze sięgają po pistolety.

— Sami damy sobie radę. A ty na razie właź tutaj — mówi najstarszy rangą i wskazuje okratowaną część pokoju, w której mieści się areszt.

— Oszalałeś?! — próbuje stawiać opór King.

— Właź! — powtarza funkcjonariusz i lufę swego pistoletu wycelowuje w pierś Kinga. Trzeba ustąpić. Krata zostaje zatrzaśnięta, a przekręcony ze zgrzytem klucz znika w kieszeni munduru.

— Oddajcie nam cwaniaka, co się u was schował — rozlega się z zewnątrz głos herszta bandy motocyklistów. — Jeśli to zrobicie, zostawimy was w spokoju!

— Chodźcie tu po niego! — odkrzykuje dowódca posterunku. — Tylko musicie rzucić broń! Łapki trzymać nad głową!

Banda odpowiada strzałami; kule rozbijają szyby i zasypują pomieszczenie okruchami odłupywanego ze ścian tynku. Kanonada nie trwa nawet pełnej minuty, gdy pierwszy funkcjonariusz wali się na ziemię z roztrzaskaną czaszką. Drugi skacze do niego i w tej samej chwili też dosięga go kula. Ostrzeliwuje się już tylko dowódca.

— Wypuść mnie! — krzyczy King. — Sam nie dasz rady! Funkcjonariusz nie odpowiada. Celuje starannie i wciąż strzela. Ale wypatrując przeciwników na ulicy nie dostrzega, że jeden z nich wdrapał się na dach pobliskiego budynku. Stamtąd wnętrze posterunku widać jak na dłoni. Pada strzał. Na piersi ostatniego obrońcy wyrasta szybko czerwona plama. On sam osuwa się na ziemię.

— Wypuść mnie! — krzyczy znowu King. — Przecież

zastrzelą mnie jak psa!

Funkcjonariusz próbuje wstać, ale zaraz pada znowu. .

Słabnącą ręką wyciąga z kieszeni klucz i rzuca go

w kierunku kraty, za którą uwięziony jest King.

Niestety — zbawczy kawałek metalu chybia celu. Razem

z kółkiem, do którego jest przyczepiony, ląduje kilkadziesiąt

centymetrów za blisko. Jego brzęknięcie o posadzkę

złowrogo wypełnia ciszę, jaka zapadła po przerwaniu

ognia.

King kładzie się na brzuchu, jak najdalej wysuwa ramię

pomiędzy prętami kraty, próbuje dosięgnąć klucza. Ale jego

palce bezradnie drapią podłogę o kilka milimetrów od

drucianego breloczka.

Słychać już ściszone głosy skradających się motocyklistów.

King podejmuje ostatni rozpaczliwy wysiłek. Dosięga klucza! Błyskawicznie otwiera drzwi aresztu, chwyta leżący najbliżej pistolet i prawie na oślep oddaje kilka strzałów w kierunku wejścia. Słychać krzyki i odgłos padających ciał; ci, których wysłano na rekonensans, wypadli z gry! King kładzie się teraz na ziemi, ładuje magazynek, podczołguje się do okna i, wciąż leżąc, lustruje okoliczne dachy. Dostrzega przyczajonego za kominem strzelca. Bierze go na muszkę i po chwili bezwładnie ciało wali się na ulicę. Został już tylko jeden uzbrojony motocyklista ,— sam herszt.

— Hej! Ty tam! — woła King. — Może wyjdziesz na spotkanie?!

— Sam wyłaź! — odpowiada herszt.

King kopnięciem wywala podziurawione kulami drzwi

posterunku, przeskakuje przez leżące za nimi ciała

i przypada do zaparkowanego tutaj radiowozu. Po drugiej

stronie jezdni, za innym samochodem, miga ogolona głowa.

King strzela, ale tym razem nie trafia.

— Wiem, że tam jesteś! — woła King. — Wstawaj! Podnoszą się obaj równocześnie. Wpatrzeni w siebie wolniuteńko wychodzą na otwartą przestrzeń. Pistolety ciężko wiszą w ich na pozór bezwładnie opuszczonych rękach.

— Wciąż masz ochotę na moje kółeczka? — pyta herszt.

— A jak myślisz?

Herszt próbuje unieść pistolet, ale King celuje i strzela szybciej; przywódca motocyklistów przygarbią się, pochyla, klęka... Wreszcie pada martwy".

Mój szkic tworzył tylko ułamek dzieła. To dopiero po jego zatwierdzeniu przez Główne Biuro Kontroli zaczynała się prawdziwie wielka, żmudna robota całego zespołu specjalistów aliusensorii. Trzeba było sporządzić i zaprogramować fantomy, które wystąpią w rola...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin