McAllister Anne - Bracia Wolfe 02 - Pożegnanie z przeszłością.pdf

(540 KB) Pobierz
14895707 UNPDF
ANNE McALLISTER
Pożegnanie
z przeszłością
ROZDZIAŁ PIERWSZY
- Twój ojciec na pierwszej linii.
To nie była wiadomość, którą Dominik Wolfe chciałby
dziś usłyszeć. Westchnął i zamknął oczy. I bez tego miał
wystarczająco okropny poranek.
Lubił chodzić do biura na piechotę. Kilometrowy, szybki
spacer z apartamentu położonego przy Piątej Alei do centrum
pozwalał mu zebrać myśli i przygotować się psychiczne na
spotkanie dnia.
Dziś już w połowie drogi przemókł do suchej nitki. Po­
ranna mżawka zapowiadana w prognozie pogody okazała się
ulewą. W taką pogodę złapanie taksówki było oczywiście
niemożliwe.
Gdy przemoknięty i zły pojawił się w biurze, czekała na
niego wiadomość, że prezes przedsiębiorstwa, z którym ne­
gocjował wykupienie udziałów, zdecydował się odłożyć de­
cyzję na później. Zaraz potem nadszedł faks, że dostawa
z Japonii będzie opóźniona. W dodatku jego sekretarka Shy-
la miała poranne mdłości, była blada, słaba i ciężko od­
dychała.
I jeszcze Marjorie... Nigdy nie podejrzewał, że będzie
chciała czegokolwiek więcej poza miłym romansem. Tym­
czasem postawiła mu ultimatum - jeśli chce nadal przycho-
6
dzić do jej sypialni, powinien przynieść ze sobą pierścionek
zaręczynowy!
A teraz ojciec na pierwszej linii...
Dominik nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać z ojcem.
- Powiedział, że to pilne - dodała po chwili ciszy Shyla.
Douglas Wolfe miał stanowczo za wiele czasu, odkąd
przestał kierować rodzinną firmą i przeszedł na emeryturę.
Osiemnaście miesięcy temu w radosnym nastroju wyjechał
na Florydę, oświadczając wszem i wobec, że pragnie nadro­
bić zaległości w czytaniu, łowieniu ryb oraz innych przyje­
mnościach.
Krętacz, pomyślał Dominik. Zamiast łowienia ryb i gry
w golfa ojciec spędzał każdą wolną chwilę na obmyślaniu
nowych strategii dla firmy, którą już nie zarządzał, oraz na
próbach ułożenia synowi życia. A to ostatnie oznaczało, że
ustawicznie poszukiwał kobiety, która skłoniłaby Dominika
do porzucenia stanu kawalerskiego.
Niedoczekanie...
Ojciec już raz próbował go wyswatać. Dwanaście lat temu
znalazł mu narzeczoną. Carin była absolutnie doskonała.
Młoda, słodka, olśniewająca córka jednego z najpoważniej­
szych dostawców Wolfe Enterprises. Dominik natomiast był
młody, przystojny, ambitny i naiwny.
Nigdy nie spodziewał się, że Carin go porzuci.
A jednak to zrobiła. Stał na ganku rodzinnego letniego
domu na Bahamach, czerwony na twarzy, z obrączką w rę­
ku, otoczony tłumem zaintrygowanych gości - ale bez na­
rzeczonej.
Przez dwanaście lat Douglas nie nękał syna. Ale gdy prze­
szedł na emeryturę, znów zaczął się wtrącać. W ciągu ostatniego
7
półtora roku prawie co miesiąc przedstawiał Dominikowi
kolejną kobietę. Dominik przypuszczał, że ojciec po prostu
pragnął zostać dziadkiem. Gdy więc jego najmłodszy brat
Rhys w ubiegłym roku, tuż po świętach Bożego Narodzenia
zaprezentował rodzinie swoje nowo narodzone bliźniaki, wy­
dawało się, senior rodu osiągnął pełnię szczęścia.
Ale ojciec wcale nie zrezygnował z roli swata. Był maj
i przez ostatnie pięć miesięcy Douglas przedstawił synowi pięć
kolejnych kobiet - wszystkie zadbane, inteligentne i rzeczowe.
Z takimi kobietami lepiej rozmawiać o fuzji przedsię­
biorstw, niż uprawiać seks.
- Czego ty właściwie chcesz? - zdenerwował się Dou­
glas, kiedy syn przedstawił mu powyższy pogląd.
- Żebyś zostawił mnie w spokoju - burknął Dominik
i rzucił słuchawkę.
Przez trzy tygodnie miał święty spokój i żył nadzieją, że
ojciec wreszcie dał spokój. Jednak Douglas Wolfe znów był
na linii...
- O co chodzi? - rzucił sucho Dominik.
- Czy u was jest równie uroczy poranek, jak tu? - Roz­
legł się radosny głos ojca.
- U nas leje jak z cebra. - Dominik ze złością popatrzył
przez ogromne okno swego gabinetu na szary, mokry i po­
sępny świat.
- Powiem więc Evelyn, żeby zapakowała mi kalosze i pa­
rasol.
- Zapakowała? - Dominik raptownie się wyprostował.
Wcześniejsze niejasne przeczucie, że stanie się coś złego,
w oczywisty sposób zaczynało się potwierdzać.
- Dziś wieczorem umówiłem się na kolację z Tommym
8
Hargrove'em. Chcę porozmawiać o ewentualnej fuzji. Wsia­
damy więc z Viveką w południe do samolotu do Nowego
Jorku...
- Firma Tommy'ego Hargrove'a przecież nas nie intere­
suje! I kim, u diabła, jest Viveka?
- Nie zapominaj, że Tommy i ja jesteśmy starymi przy­
jaciółmi. - Douglas zignorował ostatnie pytanie i kontynuo­
wał gładko: - Poznaliśmy się, zanim jeszcze przyszedłeś na
świat, młody człowieku. A poza tym - ciągnął ojciec - mo­
żliwe, że firma Tommy'ego bardzo nam się przyda.
- Nie sądzę! - zaprotestował żywo Dominik.
- Zobaczymy -. odrzekł enigmatycznie Douglas.
- Nic nie będziemy oglądać!
- Może mógłbym się z tobą zgodzić - ciągnął Douglas
-jeśli ty i Viveka...
Dominik stuknął piórem w blat tekowego biurka.
- Nie opowiadałem ci o Vivece? - zapytał Douglasa jak­
by mimochodem.
- Nie - odpowiedział Dominik przez zaciśnięte zęby.
- Ach, właściwie to z jej powodu do ciebie dzwonię -
wyznał Douglas radosnym tonem. - Co za urocza istota!
Olśniewająca, naprawdę. Córka Pauliny Moore. Wpadłem na
nie w poniedziałek w klubie. Viveka jest od ciebie o wiele
młodsza, mój chłopcze. Naprawdę urocza dziewczyna. Dłu­
gie blond włosy. Inteligentna. Miła. Olśniewająca. Mówiłem
ci, że robi magisterium z historii sztuki? Ona... - Douglas
szykował się do długiego wywodu na temat zalet Viveki
Moore.
- Przejdź do rzeczy - przerwał mu Dominik znużonym
głosem.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin