BONES - Nie uronię już ani jednej łzy.doc

(245 KB) Pobierz

Fanfiction

Nostalgia

 

Część I

- Słodziutka, siedzisz tam już od rana.
- Składanie kości to moja praca.
- Bren, ta czaszka ci nie ucieknie.
- Co masz na myśli?
- To, że w magiczny sposób nie dostanie nóg i nie pójdzie na lunch.
- Angela, mów po ludzku.
- No dobra. Nikt jej nie będzie ruszał. Chodź pójdziemy coś zjeść.
- Royal Dinner?
- Oczywiście.
- Zamawiamy…
- …herbatę i ciasto jabłkowe.
- Wolałabym z orzechami.
- Niech ci będą te orzechy, ale chodź już. – Angela posłała jej promienny uśmiech.
Temperance ściągnęła z dłoni lateksowe rękawiczki i wrzuciła je do kosza na odpadki. Z gabinetu zabrała tylko torebkę i płaszcz. Przyjaciółka czekała na nią przy wejściu.
Z tego względu, że była pora popołudniowa, Royal Dinner nie było zbyt zatłoczone. Zajęły więc stolik, z którym wiązało się wiele przeróżnych, nie zawsze szczęśliwych wspomnień. Za oknem samochody w ślimaczym tempie poruszały się po śliskiej od deszczu drodze. Chodniki szkliły się w zimnych promieniach słońca, które z trudem przebijało się przez warstwę chmur. Już występowały przymrozki. Wszystko wskazywało na to, że w tym roku będą mieć prawdziwie mroźną zimę.
- Jak się czuje Hodgins?
- Strasznie mi marudzi, że nie może przyjść do pracy. Tęskni za swoimi robaczkami. No ale te „cudowne istoty” jakoś muszą przeboleć jego złamaną nogę.
- Trochę go nam brakuje w laboratorium.
- Wyobraź sobie, że codziennie wymyśla mi nową teorię spiskową. Niedługo chyba zwariuję.
- Lepiej nie bo jeszcze Jack Junior się zbuntuje. – uśmiechnęła się.
Angela dotknęła pokaźnego już brzuszka.
- Ostatnio zaczął mocniej kopać. Z jednej strony to takie miłe uczucie, a z drugiej trochę boli.
- Na kiedy masz termin?
- Za trzy tygodnie, czyli tuż przed świętami.
- Ładny byłby prezent.
- I pewnie będzie. Gdyby to zależało od Jacka Seniora już od siódmego miesiąca leżałabym w szpitalu.
- Po prostu martwi się o ciebie, bo cię kocha.
- Kiedyś bym nie pomyślała, że dostanę mini wykład o miłości i to od ciebie.
- Ludzie się zmienią i ja również. Będzie dobrze. Cieszę się, że małżeński stan ci służy.
- I to jak – Angie uśmiechnęła się promiennie.
- Znając Hodginsa to jego syn szybciej nauczy się rozróżniać poszczególne gatunki plujek i muchówek niż pisać i liczyć.
- Wcale bym się nie zdziwiła. A na lekcje anatomii będę go wysyłać do cioci Tempe.
- A wujek Booth nauczy go strzelać do clownów. – Seeley zatrzymał się koło ich stolika.
- Zabawy z bronią nie są wskazane dla dzieci poniżej trzydziestego roku życia. – odparła Angela z uśmiechem.
- Tempe, zbieraj się.
- Kolejna sprawa?
- Tak.
- Wiesz co, Seeley? Tak po prostu kradniesz mi towarzyszkę rozmowy? – Angela zrobiła niewinną minkę, ale w jej oczach czaiło się rozbawienie.
- Taka praca, Angie.
- No dobra, tym razem ci wybaczę.
* * *
- Dokąd tym razem jedziemy?
- Do Alexandrii.
- Tej w Egipcie?
- Nie, w Meksyku.
- Ale tam nie ma żadnej Alexandrii.
- I o to chodzi. Miałem na myśli miejscowość pod Waszyngtonem.
- Trzeba było tak od razu.
- Nie drażnij się ze mną – odparł z uśmiechem.
- Tak wiem. Mam nie zadzierać z agentem FBI. – odsłoniła białe zęby w delikatnym uśmiechu.
- Grzeczna dziewczynka.
Po jakimś czasie dojechali na miejsce.
- Może przybliżysz mi realia tej sprawy?
- No więc tak. Mamy ciało w stanie rozkładu. Od tego wszystko się zaczyna.
- Jeśli nie ma kości, nie ma mnie.
- Dokładnie, a że mamy cały szkielet to dlatego tu ze mną jesteś.
- Inteligentne podejście. – powiedziała cicho.
- Ciało znalazł jakiś pasjonat popołudniowego joggingu w najbardziej odległej części parku. Nikt tam nie zagląda, nawet pies kulawą nogą. Facet nazywa się… - zajrzał do notatek - … Ethan Jacobson. Szczątki powieszono na drzewie głową w dół. Ręce zostały skrzyżowane na piersi i w jakiś sposób do niej przyczepione.
- Policja zabezpieczyła teren wokół?
- Tak.
Był początek listopada. Tylko gdzie niegdzie na drzewach zachowały się jeszcze całe czapy liści. Nagie gałęzie kołysały się wraz z wiatrem na tle pochmurnego nieba. Wyglądały złowieszczo a zarazem stanowiły świadectwo przemijania. Trawniki usłane były różnokolorowymi zeschłymi liśćmi.
Tempe już z daleka zobaczyła ekipę FBI. Ich granatowych kurtek z wielkimi, żółtymi literami nie dało się z niczym pomylić. Jeden z techników coś skrobał na czarnej podkładce. Tempe pokazała swój identyfikator a Seeley odznakę.
- Wiemy jak ten Tarzan czy inny Batman się tam znalazł? – Booth skierował pytanie do stojącego obok niego człowieka.
Technik podniósł na niego wzrok i łypnął oczami zza wielkich okularów.
- Na razie nie udało nam się tego ustalić. Prawdopodobnie sam tego nie zrobił.
- Bones…? – rozejrzał się dookoła – Hej Bones!
- Tu jestem. – Tempe stała pod drzewem z zainteresowaniem przyglądając się głowie nieboszczyka.
- Chodź musimy pogadać z tym facetem.
- Już idę.
Niechętnie oderwała wzrok od ciała. Funkcjonariusze przygotowywali się do zdjęcia nieboszczyka z drzewa. Tempe podreptała w ślad za Boothem. Dopiero teraz zobaczyła mężczyznę o którym mówił jej partner. Jacobson był wysoki i mocno zbudowany. Był… atrakcyjny.
- No dobra panie… Jacobson. Mamy parę pytań. – Seeley od razu chciał przejść do rzeczy.
- Ja też mam jedno pytanie.
- Jakie?
- Umówi się pani ze mną na kolację?
Tempe zrobiła zdziwioną minę.
- Ale…
- Niech się pani nie da prosić. Ja stawiam. Potem pojedziemy do mnie.
Booth popatrzył na niego z nieukrywaną irytacją.
- Koleś nie pozwalaj sobie. Łapy precz od mojej żony.
- To ona jest zajęta?
- A nie widać?
- Nie ma obrączki.
- Nie masz obrączki?
- Do pracy nie noszę. – odparła.
- Tak czy inaczej, byłem pierwszy. A teraz do rzeczy.
Tempe uznała, że nie będzie wchodzić na terytorium Bootha i znów wróciła do oględzin ciała. Teraz leżało już na ziemi, do połowy zawinięte w worek foliowy. Twarz była zniekształcona. Gałki oczne wydziobały głodne ptaki. Z czegoś co kiedyś było nosem wypełzła tłuściutka larwa. Tempe założyła lateksowe rękawiczki. Usta były szeroko otwarte. Z pomiędzy pozostałości warg wystawały zszarzałe zęby. Zauważyła coś jeszcze. Dwoma palcami złapała za fragment przedmiotu, który tkwił w ustach ofiary.
- Co tam znalazłaś? – agent stanął tuż za nią.
- Jeszcze nie wiem.
Powoli zaczęła wyciągać ów przedmiot. Ze zdziwieniem stwierdziła, że jest to…
- Różaniec? – Booth był również dzwony jak ona.


Część II

- Różaniec? – Booth był również dzwony jak ona.
- Zdarzało się wyciągać im z gardeł dziwniejsze rzeczy.
Booth pstryknął palcami.
- Hej chłopaki, zawieźcie to do Jeffersonian!
- Tylko go nie zniszczcie.
- Ta, nie uszkodźcie go bo ona uszkodzi was – mruknął już pod nosem z uśmiechem.
- Co mówiłeś?
- Nie nic. Pogadałem z tym facetem.
- I co?
- Mówił, że biegł tędy pierwszy raz. Zawsze wybierał krótszą trasę. Ostatnio lekarz mu poradził, żeby trochę zwiększył wysiłek. No to zwiększył. I co się okazuje? Mamy nieboszczyka.
- Rozsądne podsumowanie. – westchnęła - Zapowiada się długa noc.
- Zamierzasz zostać w Instytucie całą noc?
- Całą to może nie. Ale przynajmniej połowę. Muszę się nim zająć.
- Będę czuł się samotny – zrobił minę niewinnego dzieciaka.
- Zrekompensuję ci to innym razem.
- Brzmi nieźle. A może zamówię tajskie i wpadnę do Jeffersonian?
- Tylko poproszę podwójny makaron. Ostatnio zjadłam twoją porcję.
- Dokarmianie jest dobrym uczynkiem.
- Antropologicznie rzecz biorąc…
- Nie zaczynaj – przerwał jej w pół słowa.
- Dobrze. – uśmiechnęła się – Możesz zawieźć mnie do Instytutu?
* * *
Tempe przesunęła identyfikator przez czytnik i weszła na platformę. Nie było Hodginsa, który leczył w domu złamaną nogę i Angeli, która wzięła wolne ze względu na bliskie rozwiązanie. Chwilę potem dołączyła do niej Cam, naciągając na szczupłe palce rękawiczki ochronne.
- I co ty tu mamy?
- Na pierwszy rzut oka – budowa miednicy odpowiada płci męskiej. Wiek około czterdzieści pięć do pięćdziesiąt pięć lat. – wzięła czaszkę do rąk. – Mamy otwór wlotowy i wylotowy kuli. Prawdopodobnie kaliber 9 mm. – odłożyła ją na miejsce – Zrób sekcję a Clark pobierze próbki do badań. To pełzające coś mogłoby nam sporo powiedzieć.
- Właśnie mogłoby.
- Mamy na stanie jakiegoś specjalistę od tych małych kanibali?
- Właściwie…
- Właściwie to mamy. – odparł Hodgins z trudem wchodząc na platformę.
- Ty podobno miałeś siedzieć w domu.
- Udało mi się przekonać Angelę, żeby pozwoliła mi przyjść do pracy.
- Na jej miejscu bym cię nie puściła – odparła Cam.
- Moje szczęście, że nie jesteś na jej miejscu. Mamy kolejnego umarlaka?
- Jak widać. Twoje małe oblubienice na ciebie czekają.
- Wobec tego zabieram się do pracy. Idę do was moje maleństwa.
- Co jeszcze o nim wiemy? - Cam się wyprostowała
- Właściwie to… nic. Mamy jeszcze ten różaniec. Trzeba sprawdzić, czy nie ma na im odcisków palców. Ma dziwne wgłębienie w miejscu gdzie krzyżuje się belka poprzeczna z pionową.
- Może coś tam było i wypadło?
- Trzeba to będzie sprawdzić. Przydałaby się Angie.
- Jestem tutaj. – Angela przeciągnęła identyfikator przez czytnik.
- Przecież masz wolne. Powinnaś siedzieć w domu.
- Ale wygląda na to, że mnie potrzebujecie. Moje przeczucie mnie nie myliło.
- Chyba, że tak. Poczekam, aż kości zostaną oczyszczone. – Tempe spojrzała na zegarek – Mam czasz żeby dokończyć ostatni raport. Może ten różaniec okaże się jakimś tropem.
Zamilkli po czym każde poszło w swoją stronę. Tempe wzięła papiery ze swojego biurka i poszła schodami do góry. Miejsce, z którego można było obserwować całe laboratorium, nie miał jakiejś utartej nazwy. Po prostu było. Z kubkiem herbaty w jednej ręce i mnóstwem papierów w drugiej usiadła wygodnie na beżowej kanapie i zabrała się do pracy. Kilka godzin spędziła coraz bardziej zakopując się w stosie papierów, wyników badań i jeszcze innych świstków. Nigdy nie lubiła pisania raportów. Była to nudna aczkolwiek konieczna czynność. Herbata już dawno wystygła a za oknem stopniowo robiło się coraz ciemniej.
- Uważaj, bo nie uwolnisz się od tych papierzysk.
Podniosła oczy do góry. W zasięgu wzroku dostrzegła Seeleyego. Stał kilka kroków od niej. Miał na sobie czarne spodnie i sweter, również w tym kolorze. Przy szyi, spod swetra nieśmiało wyglądał kołnierzyk błękitnej koszuli. Wyglądał zabójczo, z resztą jak zawsze.
- Uważaj, bo jeszcze jakaś kobieta rzuci ci się na szyję – odparła.
- Wątpię.
- Dlaczego?
- Bo mam swoją obrączkę – białe i żółte złoto zalśniło w półmroku tak samo jak jego uśmiech.
- Teoretycznie rzecz biorąc, obrączka nie stanowi żadnej przeszkody.
- Co masz na myśli?
- To, że potencjalny samiec alfa z obrączką stanowi wyzwanie dla każdej kobiety. Jest jakby testem na atrakcyjność.
- Czyją?
- Oczywiście kobiety. Jeśli poleci na nią żonaty mężczyzna, to ona będzie usatysfakcjonowana i wzrośnie jej przekonanie, o tym, że jest atrakcyjna i wciąż powabna dla płci przeciwnej. Dzisiaj wolny facet to żadne wyzwanie.
- Czyli ta obrączka to taki wabik?
- Można tak powiedzieć.
Usiadł obok niej, kładąc na wolnym od papierów skrawku stołu siatkę z tajskim jedzeniem.
- Kochanie, ale wiesz, że ja nie chcę żadnej innej oprócz ciebie?
- Nie wiem – odparła zalotnie patrząc mu w oczy.
- No to już wiesz – pocałował ją a jego brązowe tęczówki nabrały cieplejszego blasku.
- Przypominam wam, że jesteście w pracy – Cam odchrząknęła znacząco – Dosyć miałam nagrań z Angelą i Hodginsem.
- Małżeństwo też ma swoje prawa – odparł Booth z uśmiechem.
- Nie będę miała nic przeciwko, jeśli wcześniej skończymy pracę.
- Zrobiłaś już sekcję?
- Tak.
- We krwi znalazłam dosyć duże stężenie leków z grupy thymoleptic, m. in. Melipraminu w skład którego wchodzi imipramina oraz Prozacu z zawartością fluoksetyny.
- Co to jest? – Booth skrzyżował ręce na piersi.
- Leki przeciwdepresyjne.
- Miał problemy z nerwami?
- Prawdopodobnie.
- Dodatkowo znalazłam chyba naszą małą zgubę z różańca. To… - zajrzała do notatek - …minerał, odmiana korundu, zawierająca domieszki tlenków chromu nadające mu charakterystyczne ciemnoczerwone lub purpurowe zabarwienie.
- Rubin?
- Tak. Ten był otrzymany półsyntetycznie i przez to jego cena jest niższa niż prawdziwego rubinu.
- Udało mi się ustalić czas zgonu. – Hodgins pojawił się na horyzoncie.
- Bingo, Królu Laboratorium. Co znalazłeś?
- Dobrze odżywione larwy Cochliomyii hominivorax i Sarcophagi.
- Hej, zezulce mówcie po angielsku – Booth się trochę zirytował słysząć łaciński bełkot Hodginsa.
- Człowieku, nie masz pojęcia jakie to cudowne słowa. Ale mniejsza o to. Znalazłem larwy muchy plujki i ścierwicy. Obydwa gatunki owadów żejurą na zepstumym mięsie, w tym przypadku ludzkim ciele. Mucha plujka wyczuwa zapach martwego ciała i zjawia się już w kilka minut po śmierci. Jest nieoceniona w datowaniu zgonu. Okres larwalny to około sześć tygodni. Te maleństwa tutaj są jeszcze młode. Mają około dwóch, trzech tygodni. W każdym bądź razie śmierć nie nastąpiła póżniej niż miesiąc temu.
- Mniej więcej znamy czas zgonu. – Tempe zamyśliła się.
W tym momencie zobaczyli Clarka.
- dr Saroyan, zbadałem DNA tego mężczyzny.
- I co?
- Mamy trafienie w bazie.
- Kto to?
- Najbardziej kontrowersyjny prokurator ostatnich lat…

 

Część III

- Najbardziej kontrowersyjny prokurator ostatnich lat.
Spojrzeli po sobie. Clark postukał w klawiaturę komputera. Po chwili pojawiło się zdjęcie mężczyzny z bardzo poważną miną i marsowym czołem.
- Andrew McArthur?
- Zaginął jakieś… trzy tygodnie temu.
- To by się zgadzało z tym co powiedziały Hodginsowi robaki.
- Ej, to nie są jakieś tam robaki. – zaprotestował z oburzeniem.
- Mniejsza o to. Możesz nam przybliżyć jego biografię? – zwróciła się Cam do Clarka.
- Za…
- Ten człowiek wsadził za kratki co najmniej połowę gangsterskiego światka z Waszyngtonu i Filadelfii. – przerwał mu Booth. – Jego metody wzbudzały sporo kontrowersji, ale nikt nie narzekał bo były skuteczne.
- No to trafiła nam się wielka szycha – Hodgins zagwizdał wesoło.
- Mieszkał na przedmieściach. Żonaty. Miał córkę. – wtrącił Clark.
- Będziemy musieli tam jutro pojechać.
- Koniecznie.
- Na różańcu nie było żadnych śladów. Wszystko czyste. – Angela przesunęła identyfikator przez czytnik. – Pogrzebałam trochę w internecie.
- I co?
- Brakujący elemten to…
- Rubin.
- Skąd wiesz?
- Cam znalazła go podczas sekcji zwłok.
- Uh, miło. Ale wracając do sprawy. Takie różańce można kupić tylko przy waszyngtońskiej Katedrze Świętego Piotra i Pawła.
- Nie wiele nam to daje – Booth zmarszczył brwi.
- Już czas żeby kości przemówiły – posdunęła Cam.
- Kości nie mówią – odparła Tempe bez zastanowienia.
- Pani powiedzą wszystko.
* * *
Białe światło padało na oczyszczony szkielet leżący na stole w porządku anatomicznym. Kości rzucały na blat długie, złowieszcze cienie. Choć wyglądały niewinnie kryły w sobie wiele tajemnic. Ona zaś miała je odkryć. Antropologia jest czymś pomiędzy patologią a archeologią. Właściwie znacznie wykracza po za jedno i drugie. Bo nawet wtedy, gdy biologia człowieka przestaje działać, zmarły może być ważnym świadkiem mimo, że została z niego sterta zgnilizny i suchych kości. Można wysłuchać jego opowieści, ale kluczowe jest to by ją odpowiednio zainterpretować. Ona potrafiła nakłonić zmarłych do zwierzeń. I właśnie teraz przyszedł czas na kolejną historię.
Tempe założyła rękawiczki i zabrała się do pracy.
- Można ci potowarzyszyć?
Seeley oparł się o ścianę.
- Jeśli chcesz – uśmiechnęła się.
Wróciła do oględzin kości.
- Widzę dawno zagojone złamanie kości piszczelowej. Tkanka zrosła się prawidłowo.
- Może spadł ze schodów?
- Jedna z wielu możliwości. Jest też wygojone złamanie szyjki kości udowej. Prawdopodobnie miał problemy z chodzeniem.
- Laska była nieodłącznym elementem jego wizerunku.
- To by się zgadzało. Widoczne zwyrodnienia stawów. Podejrzewam, że miał też zszeszotnienie kości ale to trzeba dokładniej sprawdzić.
- Czyli?
- Osteoporoza. Objawia się zmiejszeniem gęstości utkania kostnego i powoduje ubytki w strukturze beleczkowej.
- Czym jest spowodowane?
- Za przyczynę uważa się zaburzenia w wydzielaniu hormonów płuciowych, hormonów kory nadnerczy, niedobór białka lub ujemny bilans białkowy.
- Można to leczyć?
- Można. Przez podawanie soli wapnia, witaminy D i preparatów hormonalnych.
- Dziękuję za wykład.
- Do usług.
Po chwili namysłu znów się odezwał.
- Stwierdziłem, że wykłady z biologii od ciebie są lepsze niż te które miałem w szkole.
Tempe uśmiechnęła się i wzięła do rąk czaszkę zmarłego. W kości potylicznej był widoczny otwór wlotowy kuli, a na kości czołowej wylotowy.
- Mamy tutaj ślad po kuli. To chyba kaliber 9 mm, ale nie jestem do końca pewna. – spojrzał na nią.
- Egzekucja?
- Prawdopodobnie. Sądząc po otworach, ktoś stał dokładnie za prokuratorem, gdy strzelał. Musiał być też mniej więcej tego samego wzrostu. McArtchur miał co najmniej metr osiemdziesiąt pięć. Zabójca nie mógł być niższy bo wtedy otwór wylotowy byłby położony nieco wyżej.
- Czyli zakładamy, że to morderstwo?
- Jestem niemal pewna. Chyba, że sam sobie strzelił w tył głowy.
- Skąd wiesz, że otwór z tyłu jest wlotowy?
- Spójrz – pokazała mu czaszkę – Spójrz na pęknięcia. Otwór wlotowy i wylotowy różnią się od siebie. Przy tym pierwszym kość zostaje jakby wgnieciona do środka i na zewnątrz zostają ślady wyłamania fragmentu kości. Jeśli zaś chodzi o otwór wylotowy to, gdy kula trafia kość od środka zostaje ona wypchnięta do zewnątrz a ślady są wtedy po wewnętrznej stronie czaszki.
- Powiedzmy, że rozumiem. Czyli to nie samobójstwo tylko morderstwo?
- Właśnie. Chyba koniec na dzisiaj.
Tempe odczuła dotkliwy ból pleców. Seeley zaczął delikatnie masować mięśnie u nasady jej smukłej szyi.
- Powinnaś odpocząć, kochanie.
- Nic mi nie będzie.
- Stanowczo nalegam. Po prostu się o ciebie martwie.
- No dobrze.
- Z naszej kolacji chyba nici.
- Zawsze możemy je odgrzać.
- Mam ciekawsze pomysły na resztę nocy – w jego oczach dostrzegła figlarny błysk.

 

Część IV

Gdy wreszcie dotarli do swojego mieszkania była godzina dziesiąta wieczór. Tajskie dawno już wystygło ale nie mieli zamiaru się tym przejmować. Jedzenie wylądowało na kuchennym stole i w takim stanie miało pozostać do rana.
Seeley z zadowoleniem patrzył na swoją nie tak dawno poślubioną żonę i co dnia dziękował Bogu, że pojawiła się na jego drodze. Racjonalizm Tempe był czasem irytujący, ale uroczy. Pierwszy raz gdy się zetknęli ze sobą w pracy pomyślał, że ciężko będzie pracować z kobietą, której nieżyciowość sięga tak dużego stopnia. Czasem było trudno, ale do wszystkiego można się dostosować. Z czasem oboje przywykli do swojego towarzystwa. Booth czuł się za nią odpowiedzialny. Nie chciał by była sama przez całe życie. Ona się denerwowała gdy wyjątkowo wnikli¬wie prześwietlał jej adoratorów. On twierdził, że to dla jej dobra. Kilka razy się przez to kłócili, ale zwykle wszystko wracało do normy. Jednak zawsze potajemnie marzył, żeby Tempe dostrzegła w nim kogoś więcej niż tylko najlepszego przyjaciela i obrońcę. Od dawna między nimi iskrzyło, ale nigdy nie doszło do niczego poważniejszego. Cierpliwie czekał na ten moment i wreszcie się doczekał. Okupił to bólem, krwią i dłuższym pobytem w szpitalu.
Ponad dziewięć miesięcy temu został postrzelony w czasie aresztowania członków organizacji terrorystycznej. Kula przeszła zaledwie kilka cali od serca. Lekarze nie dawali mu wielkich szans na przeżycie. Jednak podświadomie chciał walczyć. Chciał walczyć o życie, którego nie wyobrażał sobie bez niej. Pierwszą rzeczą jaką zobaczył po przebudzeniu była zapłakana Tempe. Rzadko płakała, ale jej łzy nigdy nie były sztuczne, tylko nacechowane emocjami jakie tłumiła w sobie dłuższy czas. Właśnie wtedy gdy zobaczył srebrne łzy na jej różanych policzkach zrozumiał co tak naprawdę przyciągało go do tej pani naukowiec. Kochał ją. Nigdy wcześniej nie dopuszczał do siebie tej myśli, ale nie mógł dłużej tego w sobie tłamsić.
Niemal od początku coś ich do siebie ciągnęło. On był honorowym mężczyzną, czasem twardym i upartym a czasem czułym i wyrozumiałym. Ona zaś narzuciła sobie płaszczyk racjonalnego naukowca, pod którym w rzeczywistości kryła się namiętna kobieta. Stanowili swoje naturalne dopełnienie. O ile ona miała wątpliwości, o tyle on był tego pewny. Rozumiał, że się bała takiego kroku. Jednak chciał, żeby była tylko dla niego. Na tym etapie nie dopuszczał możliwości, że jakiś inny mężczyzna mógłby mu skraść jego Temperance. Nie chciał dłużej zwlekać więc poprosił ją o rękę. Ku jego wielkiej radości zgodziła się. Już nic nie mogło stanąć na przeszkodzie do szczęścia.
Minęło pół roku od tamtego cudownego dnia. Ślub był skromny, ale za to świetnie bawili się w gronie najlepszych przyjaciół, którzy potajemnie obstawiali kiedy wreszcie dojdzie do zbliżenia. Stawki były wysokie i niezwykle kuszące, ale para młoda o tym nie wiedziała. Seeley pamiętał wszystko ze szczegółami. A już na pewno Sweetsa, który mając już trochę promili we krwi zaczął opowiadać o cudownej mocy swojej terapii. Śmiechu było co nie miara, a biedny doktorek następnego dnia mało nie zapadł się pod ziemię.
- Seeley słyszysz co do ciebie mówię? – popatrzyła na niego z uśmiechem.
- Zamyśliłem się. O co pytałaś?
- Kto pierwszy zajmuje łazienkę?
- Ja mogę iść.
- Dobrze.
Pocałował Tempe i natychmiast odczuł reakcję swojego ciała. W jej błękitnych oczach zapaliły się figlarne ogniki.
Wszedł pod prysznic. Gorąca woda działa na niego kojąco. Chciał uwolnić się od napięcia nagromadzonego przez cały dzień. Emocje opadły. Srebrzyste krople wody staczały się jedna za drugą po jego smukłum ciele. Oddychał głęboko powoli się odprężając. Oparł dłonie o zimne płytki pozwalając wodzie swobodnie spływać po swoich umięśnionych plecach.
Wtedy poczuł na skórze chłodny powiew powietrza o kilka stopni zimniejszego. Chwilę potem ktoś delikatnie przytulił się do jego pleców obejmując ramionami w pasie. Uśmiechnął się i odwrócił. Jej lekko przmrużone oczy w niesamowicie lazurowym kolorze patrzyły na niego z miłością i nie ukrywanym pożądaniem. Wspięła się na palce i pocałowała go. Miał wrażenie jakby temperatura podskoczyła w górę o następne kilka stopni. Nie potrzebowali słów. Dotyk wystarczył. Seeley oddał jej pocałunek i poczuł jak delikatnie ociera się o jego biodra wywołując pożądaną reakcję. Prawie niesłyszalnie jęknął. Objął ją mocno przyciskając do swojej piersi i obsypywał jej smukłą szyję pocałunkami delikatnymi jak muśnięcie skrzydeł motyla. Tempe przesunęła dłonie po twardych mięśniach klatki piersiowej a potem oplotła jego szyję ramionami rozkoszując się bliskością ukochanego mężczyzny. Gorąca woda skutecznie podgrzewała atmosferę.
Nie było nikogo oprócz nich. Czerpali przyjemność z tego, że mogli poznawać swoje ciała na nowo po raz kolejny. W ich ruchach dało się wyczuć uśpione porządanie i niegasnącą namiętność. Seeley wplótł palce w jej mokre, brązowe włosy odchylając jej głowę do tyłu i całował wrażliwe miejsce w zagłebieniu szyi. Słyszał jak szepcze jego imię. Drugą dłonią wędrował wzdłuż kręgosłupa ku jej biodrom po zostawiając za sobą przyjemnie mrowiącą ścieżkę. Czuł jej paznokcie wbijające się w jego skórę, ale w tym momencie nie było dla niego nic ważniejsze od kobiety, którą trzymał w ramionach. Oparł ją o ścianę wyłożoną płytkami. Tempe nie czuła za sobą zimnej powierzchni. Seeley pogładził dłonią jej udo i uniósł je lekko. W tym momencie stopili się w jedno. Odszukał jej usta i złożył na nich pocałunek jednocześnie delikatnie poruszając się w niej. Nie narzucał jej zbyt szybkiego tempa. Ich naładowane emocjami głosy stopniowo przeszły w cichy krzyk, który echem odbił się od ścian łazienki. Tempe poczuła rozkoszną falę ciepła rozlewającą się po jej ciele. Para wodna kłębiła się wokół, spowijając wszystko białawą mgiełką i nadającą tej chwili magiczny wymiar. Spojrzała w jego czułe brązowe oczy.
- Kocham cię Tempe – wyszeptał.
- Wiem i też cię kocham – znów go pocałowała.
* * *
Zasnęła w jego objęciach. Tylko w tym jednym miejscu była całkowicie bezpieczna. Czuła spokojne bicie serca Seeleyego i czuła jak jego ramiona mocniej oplatają się wokół jej ciała.
Wcześnie nad ranem jego uścisk zelżał. Gdzieś w mieszkaniu dzwonił telefon. Irytujący dźwięk stawał się coraz głośniejszy. Seeley wstał, niechętnie zostawiając Tempe samą. Na zegarku było wpół do siódmej.
- Seeley Booth. – rzucił do słuchawki.
- Agencie Booth, przepraszam, że dzwonię tak wcześnie.
- Lepiej dla ciebie, Hopkins, jeśli to będzie coś ważnego.
- To jest ważne.
- Słucham.
- Mamy kolejne ciało.
- Codziennie znajduje się jakieś ciało.
- Mamy nieboszczyka z różańcem w którym osadzony jest mały rubin.
Ta informacja zaniepokoiła Bootha. Hopkins podał mu lokalizację.
- Zaraz będziemy. – odłożył słuchawkę.
Żal mu było budzić słodko śpiącą Tempe. Ale musiał.
- Kochanie wstawaj. Praca czeka. – obudził ją pocałunkie.
- Praca? O tej porze?
- Znaleźli jeszcze jedno ciało.
- Nie może poczekać?
- Był przy nim taki sam różaniec jak przy McArthurze.
- Przypadek? – natychmiast się ożywiła.
- W takich sprawach nie wierzę w przypadki

 

Część V

Ciało był w jeszcze gorszym stanie niż poprzednie. Znalazł je jakiś bezdomny na śmietniku w ciemnej, szemranej ulicy. Data zgonu musiała być ustalona laboratyryjnie ponieważ szczury już rozpoczęły swoją gryzącą działalność. W niektórych miejscach obgryzły mięso aż do kości. Tempe przykucnęła obok czegoś co jeszcze nie dawno było żywym człowiekiem. Zwłoki leżały na boku.
- Jest ósma rano. Ja powinienem leżeć w łóżku, a nie jechać przez pół miasta, żeby zająć się kolejnym ciałem. – zaczął ziewać.
- Przypominam ci, że nie tylko ty jesteś niewyspany. – odparła z uśmiechem.
- No to chyba wiadome. Co możesz powiedzieć o świętej pamięci człowieku leżącym przed nami?
- Sądząc po budowie miednicy to kobieta. Wiek około trzydzieści do czterdziestu lat. Ma połamane paznokcie. Prawdopodobnie się broniła. Zasinienia na rękach są chyba wystarczającym dowodem. Czaszka jest cała. Nie ma otworu wylotowego ani wylotowego. Jest za to tępy uraz głowy, ale to raczej nie jest przyczyną śmierci. Widzę ślad po kuli w lewej części klatki piersiowej. Miejmy nadzieje, że pocisk jest jeszcze w ciele.
- Połowa ludzi w tym mieście ma pistolet kaliber 9 mm – powedział Booth.
- A ilu ludzi w tym mieście używa jej do zabijania?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi.
- Co ze szczurami?
- A co ma być? Poszły sobie.
- Trzeba je złapać.
- Po co?
- Mogą się przydać. Gdzie znaleziono różaniec?
- Był opleciony wokół jej dłoni.
- Czy możemy zapakować ciało? – odezwał się jeden z techników.
- Możecie. Tylko ma być nie uszkodzone. Szczury też złapcie.
Tempe ściągnęła rękawiczki z dłoni. Stojąć na krawężniku obejrzała się w obdywie strony by zobaczyć czy nic nie jedzie. Pewnie wkroczyła na jezdnię. Zmierzała do auta, które stało po drugiej stronie ulicy. Gdy znajdowała się mniej więcej dwa metry od chodnika, kątem oka zauważyła jak po jej lewej stronie wyjeżdża zza zakrętu samochód. Stwierdziła, że kierowca z pewnością zwolni więc kontynuowała spokojny marsz. Nagle wzdrygnęła się słysząc pisk opon. Podniosła głowę. Auto zamiast zmiejszyć prędkość jeszcze bardziej przyśpieszyło o nic nie wskazywało na to, że się zatrzyma. Strach ją spraliżował. Jej przerażenie rosło z każdą sekundą. Już przygotowała się do zderzenia. Nic nie słyszała. Wtedy ktoś uderzył w nią niemal wypychając spod kół rozpędzonego auta. Całym ciałem uderzyła o twarde podłoże.
- Tempe, nic ci nie jest?! – Seeley leżał na ziemi koło niej – Popatrz na mnie kochanie.
- O fuck, moja głowa.
- Rozbiłaś sobie łuk brwiowy. – pomógł jej wstać.
- Co to do cholery było?
- Nie wiem. Zdażyłem tylko zobaczyć, że facet zamierza cię rozjechać a potem już nie myślałem co robię. – przytulił ją do siebie. – Dobrze się czujesz?
- Kręci mi się w głowie.
- Usiądź – posadził ją na stopniach schodów. – Dlaczego nie popatrzyłaś czy nic nie jedzie?
- Popatrzyłam. Ale nagle usłyszałam ten pisk i zobaczyłam samochód. Jechał prosto na mnie.
- Zdążyłabyś uciec.
- Całkowicie mnie sparaliżowało. Nie mogłam się ruszyć. – objął ją ramieniem a ona ukryła twarz w ciepłym zagłębieniu jego szyi.
- Nadal krwawisz. Zawiozę cię do szpitala.
- Nie trzeba. To nic takiego.
- Nic? Ktoś o mało cię nie przejechał i ty mówisz nic?! – zaczął się irytować.
- Mogę mieć tylko lekki wstrząs mózgu.
- To i tak dużo. Wsiadaj.
Tempe drżała na całym ciele wsiadając do auta. Łuk nadal obficie krwawił. W szpitalu założyli jej kilka szwów. Booth uspokoił się dopiero wtedy, gdy już na pewno wiedział, że nic jej nie jest. Sam zaś boleśnie stłukł prawy łokieć przy upadku.
Temperance koniecznie chciała jechać do Instytutu. Seeley stano...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin