Fanfiction
Charlotte
parę tygodni po ''śmierci'' Booth'a. Doktor Temperance Brennan siedziała przy biurku w swoim gabinecie i wpatrywała się w ekran monitora. Przed jej oczami widniała strona z niedokończonym rozdziałem jej kolejnej książki. Ktoś wszedł do pomieszczenia. Nie musiała nawet się odwracać, doskonale znała odgłos tych kroków. W końcu prawie czteroletnia współpraca pozwoliła jej bardzo dobrze go poznać. - Hej Bones! - powiedział wesoło agent Seeley Booth i posłał jej czarujący uśmiech. - Witaj Booth - odpowiedziała i zamknęła folder na swoim laptopie po czym wyłączyła sprzęt. - Zbieraj się. mamy kolejną sprawę. - Już idę. Co tym razem? - zapytała gdy opuścili jej gabinet i szli przez laboratorium. - Bones, kości jak zwykle... Posłała mu lodowate spojrzenie i dodała: - Tego mogłam się sama domyśleć, a jakieś szczegóły? - Gdybym znał je, nie musiałabyś tam teraz ze mną jechać. Proszę - otworzył drzwi swojego SUVa i gestem zaprosił swoja partnerkę do środka. - Wiesz co... - Co? - zapytał i usiadł za kierownicą. - Zapomnij - odpowiedziała i skrzyżowała ręce na piersi. agent popatrzył na nią i powiedział: - I tak wiem, że mnie kochasz. Następnie odpalił silnik i ruszyli. -- Reszta drogi upłynęła w ciszy. Bones nie odezwała się do Bootha po tym wyznaniu, tylko beznamiętnie wpatrywała się w krajobraz mijający za szybą. Nie wiedziała jak miała się zachować. Nie wiedziała również czy jej partner powiedział to na serio czy tylko żartował. To nie ona została wyposażona w szósty zmysł jaki posiadał Booth, a który nosił nazwę ''stany emocjonalne Bones''. To Booth zawsze wiedział czy coś ją martwiło, czym się zadręczała. Potrafił czytać z niej jak z otwartej książki. Wiedział, że jest trochę ''nieprzystosowana'' do działania w grupie i zamknięta w sobie jeśli chodzi o uczucia. A mimo to wyskoczył z takim tekstem. Booth tymczasem zastanawiał się czy nie pozwolił sobie na zbyt duże posunięcie. Już od jakiegoś czasu był pewny, że czuje coś do swojej partnerki. I to na pewno nie była tylko przyjaźń. Skrycie pragnął, by ona czuła to samo. Nie chciał jednak naciskać. Chciał na nowo odbudować zaufanie, które zostało nadszarpnięte jego fikcyjną śmiercią. Nie chciał, by cierpiała. - Jesteśmy na miejscu - powiedział Booth zatrzymując się i wysiadając z samochodu. Bones wzięła swoją torbę i poszła w jego ślady. - Ale to jest las. Booth, gdzie my jesteśmy? Nie widzę innych agentów, ani policyjnych techników... - Bo są z drugiej strony tego gąszczu. - To czemu nas tam nie ma? - Bo chciałem najpierw z Tobą porozmawiać - powiedział agent i oparł się plecami o służbowe auto. - Booth, proszę... - Bones, ja wiem, że nadal jesteś...że masz mi za złe to co się wydarzyło parę tygodni temu... - Przecież już wszystko sobie wyjaśniliśmy... - zaczęła, ale agent jej przerwał. - Tak, ale mam wrażenie, że nie jest tak jak było kiedyś. Nie jest normalnie... - Z nami nigdy nie było normalnie - powiedziała Brennan, a lekki uśmiech pojawił się na twarzy jej partnera. - Po części masz rację. Ale mimo to ja chciałem Cię jeszcze raz przeprosić. Przeprosić za... - Nie musisz mnie za nic przepraszać - przerwała mu - już wszystko zrozumiałam i cieszę się że znowu razem pracujemy, że...znowu tu jesteś - zawahała się, ale po chwili podeszła i przytuliła się do Booth'a, który mocno ją objął i wyszeptał: - Już nigdy Cię nie opuszczę. Nie zostawię. Nawet gdyby mi się coś stało, wiedz, że zawsze będę czuwał nad Tobą. Bones nie wiedziała co odpowiedzieć, uznała że najlepszym wyjściem będzie milczenie. Gdyby tylko Booth wiedział co ona czyje do niego. To już nie było tylko przywiązanie. Było to uczucie, którego ona sama nie mogła pojąć, nie rozumiała go, gdyż nigdy jeszcze czegoś takiego nie czuła. - Dziękuję Booth - powiedziała w koncu i odsunęła się lekko od agenta, także teraz patrzyli sobie w oczy - Naprawdę dziękuję. Booth uśmiechnął się i powiedział: - Cieszę się, że wszystko sobie wyjaśniliśmy. A teraz pojedźmy lepiej już do tych kości, bo jeszcze pomyślą, że się zgubiliśmy. Gdyby Sweets się dowiedział. Wyobrażasz to sobie? Samotni w głuszy, zdani tylko na siebie...Miałby pretekst do kolejnych badan. - Tak - odpowiedziała Brennan i uśmiechnęła się - Zatem w drogę. Jak to mówią ''Komu w drogę temu zegar". - Czas, Bones. ''Komu w drogę temu czas" - odpowiedział agent i uśmiechnął się.
- I co tam masz Bones? - Booth stanął za plecami swojej partnerki, która właśnie skończyła badać szczątki znalezione w lesie. - Po wstępnych oględzinach mogę powiedzieć, że to młoda kobieta, prawdopodobnie jeszcze przed dwudziestką. Rasa biała. Zginęła jakieś dwa miesiące temu. Więcej będę mogła powiedzieć po dokładnym przebadaniu szczątek w Instytucie - odpowiedziała Brennan. - OK. Słyszeliście? Przetransportować kości do Instytutu Jeffersona. Tylko niczego nie schrzanić - Booth zwrócił się do techników stojących niedaleko, a następnie znów spojrzał na stojąca obok niego Bones - Masz jakieś plany na ten weekend? Temperance popatrzyła na niego zdezorientowana, ale po chwili odpowiedziała: - Zamierzam popracować nad szczątkami, które ostatnio przywieziono do Instytutu. prawdopodobnie pochodzą z czasów I Wojny Światowej... - Bones. Czekały tyle lat, to ten jeden dzień ich nie zbawi... - Ale...A zresztą czemu pytasz? - Bo w ten weekend zamierzamy zrobić sobie z Parkerem mały wypad za miasto i tak się zastanawiałem, czy nie miałabyś ochoty wybrać się z nami - powiedział wesoło agent. - Booth, dobrze wiesz że nie jestem za bardzo kontaktowa jeśli chodzi o dzieci. Nie chciałabym zepsuć Twojego weekendu z synem. No i Parker. Nie wiesz czy... - zaczęła, ale jej partner przerwał: - On już się zgodził. - Czyli sprawa jest przesądzona jak mniemam? - zapytała antropolog. - Można tak powiedzieć - agent posłał jej czarujący uśmiech - To jak? Kobieta wahała się przez chwilę. Chciał pojechać, bardzo. Ale z drugiej strony...W końcu powiedziała: - W ostateczności mogę się zgodzić... - To świetnie. Przyjedziemy po Ciebie o jedenastej w sobotę. To wszystko jeśli chodzi o nasze weekendowe plany. A teraz chodź, odwiozę Cię do Instytutu - powiedział Booth zadowolony, że tak łatwo poszło mu z Bones. Wziął jej torbę i oboje ruszyli w stronę samochodu. -- Temperance Brennan stała przy stole, na którym leżały szczątki znalezione w lesie. Wczoraj dostarczyło je FBI. Potwierdziło się to, co powiedział już wcześniej swojemu partnerowi. - Masz coś nowego? - usłyszała znajomy głos i spojrzała za siebie. Po schodkach na platformę, na której stała wchodził Booth. - Nie. Ustaliłam tylko, że ofiara w chwili śmierci miał szesnaście lat. Angela własnie kończy rekonstrukcję twarzy, a Hodgins bada próbki organiczne znalezione na ubraniu. Wiesz w co była ubrana, tak? - Brennan zwróciła się do Booth'a, który przyglądał się szkieletowi leżącemu przed nim - Booth, słyszysz mnie? - Tak, tylko...ona była jeszcze dzieckiem... Bones przytaknęła. Mogła się tego spodziewać. Wiedziała, że jej partner jest bardzo wrażliwy jeśli chodzi o dzieci. Zawsze denerwowało go to, że po świecie chodzą ludzie, którzy mogą skrzywdzić tak niewinne istoty jak dzieci. - A co z przyczyną śmierci? - dodał, gdy już trochę ochłonął. - Nie jestem pewna, ale najprawdopodobniej uduszenie. - O! Booth, nie wiedziałam że jesteś - na platformę weszła Angela. - Witaj Ange, słyszałem że zajęłaś się rekonstrukcją twarzy. Jak Ci idzie? - Właśnie skończyłam. Jeśli jesteście ciekawi to zapraszam - odpowiedziała artystka, a Booth i Brennan ruszyli za nią. Znaleźli się w pomieszczeniu, gdzie Angela przygotowywała hologramy. Zajęli miejsca dookoła urządzenia, które mimo tego, że Bootha już znał ciągle wprawiało go w zdziwienie. - Gotowi? - zapytała Angela. Odpowiedziało jej skinienie głowy jej przyjaciółki - Oto ona. Przed zgromadzonymi w pokoju osobami pojawiła się twarz dziewczynki. Długie blond włosy opadały kaskada na ramiona. Lekko zadarty nosek dodawał jej uroku, tylko zielone oczy były puste... Bones zerknęła na agenta, chcąc zobaczyć jego reakcję. Booth stał jednak niewzruszony. Tylko lekkie drganie mięśnia mimicznego zdradzało jego złość. - Mogłabyś przesłać jej zdjęcie do biura FBI? - zapytał po chwili spoglądając na Angelę. - Jasne. Zaraz się tym zajmę - odpowiedziała artystka, Bones i Booth skierowali się do wyjścia. Przy platformie natknęli się na Hodginsa. - Jak dobrze, że was widzę. Właśnie badałem próbki pochodzące z ubrania ofiary. Dodam, że niezmiernie fascynujące. Zupełnie takie jak... - Hodgins, do rzeczy - przerwał mu lekko zniecierpliwiony agent. - Już. Spokojnie. No więc ofiara na pewno nie została zabita w lesie. Została tam tylko zakopana. Zresztą tego sami mogliście się spodziewać, znajdując kości w plastikowym worku. - Mieliśmy takie podejrzenia, Jack. Coś jeszcze? - dodała Brennan, która miała wrażenie że sprawa utknęła w martwym punkcie. - Na ubraniu znalazłem ślady betony oraz pełno zalążków jakiegoś grzyba, co sugeruje, że... - Dziewczyna mogła być przetrzymywana przed śmiercią w jakimś wilgotnym miejscu - dokończyła Bones, a Hodgins pokiwał głową na znak aprobaty - Dzięki Jack. - Nie ma za co - odparł naukowiec i skierował się w stronę swojego stanowiska pracy. - To już trochę wiemy - powiedziała Temperance do Booth'a. - Tak, ale to i tak mało. Mam nadzieję, że Angela przesłała już zdjęcie i niedługo poznamy tożsamość ofiary. Może wtedy będzie łatwiej. - Z pewnością. - No dobra. To ja się zmywam. To taka przenośnia, Bones - dodał widząc minę swojej partnerki - Pamiętaj, że jesteśmy na jutro umówieni. - Pamiętam. Godzina jedenasta przed moim domem. - OK. W takim razie do jutra - powiedział i zniknął za drzwiami. - Do jutra - odpowiedziała Brennan i skierowała się w stronę swego biura. - Bones! - usłyszała swoje przezwisko i odwróciła się. W drzwiach stał Booth - Tylko pamiętaj, by nie siedzieć do późna w Instytucie - Uśmiechnął się i dopiero wtedy opuścił laboratorium.
Brennan obudziła się następnego ranka o ósmej. Chciała mieć pewność, że zdąży się przygotować przed przyjazdem Booth'a i jego syna. Umówili się na wycieczkę, ale jej partner nie powiedział jej gdzie się wybierają. Wstała z łóżka i poszła wziąć prysznic. Z szafy wyciągnęła mniej zobowiązujące ubrania. Gdy po jakimś czasie weszła do kuchni, zegar na kuchence mikrofalowej wskazał godzinę dziewiątą. Otworzyła drzwi lodówki, zawartość pozostawiała wiele do życzenia. Poza paroma jogurtami, serem i sześciopakiem piwa, pozostałym po wizytach jej partnera, nic więcej nie było. ''Chyba czas najwyższy uzupełnić zapasy'' pomyślała i sięgnęła po jogurt. W tym samym czasie... Booth usłyszał pukanie i poszedł otworzyć drzwi. W progu powitała go uśmiechnięta twarz jego syna. - Hej Mały! - powiedział i poczochrał Parkera po włosach - Gotowy na wycieczkę? - Pewnie! - To dobrze. Witaj Rebecco, jak się masz? - agent zwrócił się do kobiety stojącej obok Parkera i trzymającego jego plecak. - Dobrze Seeley. Spakowałam mu rzeczy, proszę - podała pakunek Booth'owi - Muszę już wracać, ostatnio mamy niezłe urwanie głowy w pracy. Mam nadzieję, że miło spędzicie ten weekend. - Oczywiście. I nie martw się. Odwiozę go jutro wieczorem całego i zdrowego. - Dobrze. No to na razie synku. Bądź grzeczny i słuchaj taty, dobrze? - powiedziała Rebecca i pocałowała Parkera na pożegnanie. Po jej wyjściu Parker od razu usadowił się na kanapie, obok niego usiadł Booth. - To, co cieszysz się że Bones z nami jedzie? - A zgodziła się? Agent przytaknął. - Super! Uwielbiam doktor Bones! - wykrzyknął jego syn, a Booth uśmiechnął się. Mimo obaw swojej partnerki dotyczących jej braku zdolności łatwego kontaktowania się z dziećmi, wiedział, że podbiła ona już serce nie tylko Parkera. Była za pięć jedenasta, kiedy Booth i Parker czekali w samochodzie przed domem Temperance. Agent postanowił wykorzystać chwilę czasu jaka im jeszcze pozostała, by przypomnieć swemu synowi podstawy kulturalnego zachowania. - Tylko pamiętaj, żadnych nieprzemyślanych pytań, masz być grzeczny i miły. I nie zachowywać się jak małpka w Zoo. Zrozumiano? - Tak tato. O! Bones już idzie! - krzyknął Parker i pomachał przez szybę do kobiety idącej w ich kierunku. Brennan odwzajemniła gest. Po chwili wszyscy troje jechali już autostradą. - To dowiem się w końcu gdzie jedziemy? - zapytała pani antropolog i spojrzała na swego partnera. - Jedziemy n... - zaczął Parker, jednak Booth mu przerwał: - Zobaczysz Bones, zobaczysz. Popatrzyła na niego wymownie, jednak nic nie odpowiedziała. Booth był zadowolony. Po chwili w samochodzie można było usłyszeć jak agent wesoło nucił sobie ''Keep on trying''. Po jakiejś godzinie drogi zatrzymali się przed wzgórzem poza miastem Byli sami, tylko oni i przyroda. - Jak tu ładnie - powiedziała Bones, gdy wysiadła z samochodu. - Ładnie to dopiero będzie - odparł agent i zaczął wyjmować z bagażnika koc i duży wiklinowy kosz. - A to co? - zapytała zdziwiona kobieta. - Piknik - powiedział Parker, który dołączył do nich. - Właśnie Bones. Piknik. Tylko mi nie mów, że nie wiesz co to jest piknik? - zapytał szybko agent. - Oczywiście, że wiem co to jest piknik, Booth - odparła - Czy myślisz, ze jestem aż... - Już Ty dobrze wiesz co ja myślę. A teraz chodźmy, szkoda czasu - Booth wziął wcześniej wypakowane rzeczy i ruszył na szczyt wzgórza. Parker złapał Brennan za rękę i pociągnął za sobą. Gdy już byli na miejscu kobieta nie mogła uwierzyć własnym oczom. Była już w wielu krajach na świecie, widziała różne zakątki na ziemi, ale ten malowniczy widok przebił wszystko. - I jak Ci się podoba? - zapytał Booth wyrywając ją z zamyślenia. - Tu jest niesamowicie - odparła, cały czas chłonąc wzrokiem roztaczające się przed nią jezioro, na którego tafli iskrzyły się kolory tęczy. W głąb jeziora prowadziła mała przystań. Wszystko było magiczne i tak niezrozumiałe dla logicznego umysłu pani antropolog. - Idziemy dalej? - poczuła jak ktoś ciągnie ją za rękę. To był Parker. - Idziemy - odpowiedziała i uśmiechnęła się szeroko.
- Hej Sweety! - do gabinetu Brennan weszła Angela. - Witaj - odparła Bones znad ekranu monitora. - Czekam... - Na co? - zapytała zdziwiona antropolog. - Nie udawaj, już dobrze wiesz o czym mówię - powiedziała Angela i usiadła na kanapie - Chodź i opowiadaj - poklepała miejsce obok siebie. Brennan wstała z fotela i poszła na kanapę, by usiąść obok przyjaciółki. - Nadal nie wiem o czym miałabym Ci opowiadać... - Może o rodzinnej wycieczce, na którą wybraliście się w miniony weekend z Panem Czarujący Uśmiech? - Angela wymownie uniosła brwi. - A Ty skąd wiesz? - Złotko. Przypomniał Ci o spotkaniu w laboratorium, w którym ściany mają uszy. Brennan lekko się zarumieniła. - Było miło - powiedziała w końcu, jednak widząc zachęcający wzrok swojej przyjaciółki ciągnęła dalej - a nawet bardzo. Pojechaliśmy nad jezioro i spędziliśmy tam cały dzień. Booth przygotował piknik, zabrał koc i jedzenie. Pomyślał o wszystkim. Graliśmy w różne gry razem z Parkerem i było cudownie. Czułam się jakbym...jakbym... - Miała rodzinę - dokończyła za nią Angela, a Brennan popatrzyła na nią szklanymi oczami. - Ja...to znaczy...Ja mam rodzinę, Russa... - Bren, wiem. Chodziło mi o to, że poczułaś się jakbyś należała do rodziny Booth'a. Ale Ty przecież do niej należysz. Jesteś dla niego kimś ważnym, kimś więcej niż tylko partnerka z pracy. To widać. - Tak myślisz? - Kochana, rozmawiasz z najlepszym radarem uczuciowym jaki kiedykolwiek pracował w tym Instytucie. Temperance zaśmiała się. Angela miała rację. - Przed Tobą nic się nie ukryje. - Co się nie ukryje? - do biura wszedł Booth. - Babskie sprawy - odparła Angela i wstała z kanapy - Na mnie już czas. Zostawiam was. Na razie Tempe. Pa Booth. - Pa Ange! - odpowiedzieli w tym samym czasie, a agent dodał - Co się stało, Bones? - Nic. Wszystko w porządku - odparła i wróciła na swoje miejsce za biurkiem - Jak parker po naszej wycieczce? - zapytała zmieniając temat. - Był zachwycony. Już nie może się doczekać kolejnego razu. Powiedział, że byłaś niesamowita. Uśmiech pojawił się na twarzy doktor Brennan. - Cieszę się. Ale chyba nie przyszedłeś tu bez powodu. - Nie. Dziś rano otrzymałem raport na temat tożsamości ofiary. Była to Sarah Scott. Zaginęła jakieś trzy miesiące temu. Rodzice zgłosili zaginięcie - powiedział i podał Bones teczkę. Znajdowało się w niej zdjęcie nastolatki oraz dane osobowe. Fotografia przedstawiała uśmiechniętą Sarah w objęciach matki. - Czy jej rodzice wiedzą? - zapytała antropolog. - Tak. Właśnie od nich wracam, byli... Nie dokończył, gdyż zadzwoniła jego komórka. - Booth...w Instytucie...jest ze mną...rozumiem...gdzie?...już jedziemy. - Co się stało? - Znaleziono kolejne szczątki. Przeszli pod żółtą policyjną taśmą oddzielającą miejsce zbrodni od gapiów. Znajdowali się na terenie miejscowego liceum. Po drodze minęli dwóch chłopców rozmawiających z funkcjonariuszem. - Agent Booth, a to doktor Brennan. Zostaliśmy wezwani przez agenta Koxlera. Ktoś wie kto to i gdzie możemy go znaleźć? - To ja - mężczyzna stojący niedaleko odwrócił się i podszedł do nich. Miał ponad 50 lat i nieprzyjemną tendencję do nadmiernego wydzielania potu - Witam. Nareszcie mogę poznać słynny duet. - Miło nam, ale chcielibyśmy zobaczyć ciało - odparł trochę szorstko Booth. - Proszę za mną - Koxler ruszył przodem, a Brennan i Booth poszli za nim. Doprowadził ich na tyły szkoły, pod rozłożystym drzewem kłębiła się grupka techników - To tam. Ja już byłem, widziałem. Teraz to wasza sprawa. Radzę założyć maski - rzucił na odchodnym i odszedł, a partnerzy skierowali się w wyznaczone miejsce. Rzeczywiście smród był nie do zniesienia. W powietrzu unosił się zapach gnijącego mięsa. Bones nachyliła się nad znaleziskiem. - Chyba mamy problem - powiedziała. - Czemu? Aaa..wiem, ale taki sam plastikowy worek jeszcze o niczym nie świadczy. Ale czyżbyś podejrzewała, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą? - Nie wiem Booth. Wiele ciał już odnajdywałam w takich workach. Te sprawy wcale nie muszą być ze sobą powiązane. - Wiem. Dobra, czyn swoją powinność Bones - odparł Booth. Brennan klęknęła i lekko rozsunęła worek, by lepiej przyjrzeć się zawartości. Ze środka wydobył się jeszcze większy odór. - Boże, Bones! - No co?! Przecież muszę jakoś dostać się do szczątek. - Dobra. Już się nie odzywam. Temperance z powrotem powróciła do badania znaleziska. Ciało nie uległo jeszcze takiemu rozkładowi jak to, które znaleźli w lesie. - Teraz mogę stwierdzić, że jest to młoda kobieta, prawdopodobnie rasy bi...A to co? - O co chodzi Bones? - O to - antropolog wyjęła zza ubrania ofiary kopertę - Jest zaadresowana do Ciebie, Booth. - Do mnie? - Masz, załóż - podała mu lateksowe rękawiczki, by mógł otworzyć znalezisko. - Dzięki - odparł. Po chwili rozrywał już kopertę. Wyjął zawartość ze środka. Było to zdjęcie, ale to co zobaczył sparaliżowało go. Popatrzył na stojąca obok niego Bones i ponownie na zdjęcie - Jasna cholera!
- Jasna cholera! - Booth, co się stało? - Bones zaskoczył wybuch jej partnera. Nigdy nie tracił nad sobą panowania. Przysunęła się do niego bliżej i spojrzała na zdjęcie, które trzymał. Zamarła. To była ona. Fotografia przedstawiała ją - Booth, co to znaczy? - Bones, nie wiem - spojrzał jej w oczy. - Było tylko to?! Nic więcej? - zapytała, a w jej głosie słychać było lekkie zdenerwowanie. - Nie, tylko zdjęcie...chwila...jest coś na odwrocie... - Czytaj - wpadła mu w słowo Brennan. Agent czuł się jakby coś ściskało go za gardło, mimo to przeczytał: - ''Stracisz to co najcenniejsze. Zabawa rozpoczyna się na nowo. J.V.'' - To na pewno nie jest wiadomość od Eppsa - powiedziała antropolog. - Nie - zgodził się Booth, cały czas wpatrując się w inicjały umieszczone na końcu wiadomości - Czyżby? Nie, to nie może być prawda... - Co nie może być prawdą, Booth - zaczęła, jednak agent szybkim krokiem podążał już do swego SUVa. Temperance zdążyła tylko wydać polecenie, by szczątki przewieziono do Instytutu Jeffersona i pobiegła za swoim partnerem - Booth! Poczekaj! Powiesz mi o co chodzi? - zapytała kiedy dogoniła go, gdy ten był już przy aucie. - Wszystko Ci powiem w biurze. Wsiadaj - otworzył jej drzwi samochodu, a Bones widząc zdeterminowanie na jego twarzy posłusznie wykonała jego polecenie. -- W rekordowym tempie znaleźli się na parkingu przed gmachem siedziby FBI. Kolejny rekord ustanowili pokonując odcinek od służbowego SUVa Booth'a do jego gabinetu. Kiedy już oboje usiedli po przeciwnych stronach biurka Bones zaczęła: - O co chodzi, Booth? Wiesz kto to zrobił? Agent milczał przez chwilę, a następnie wstał i skierował się do drzwi. - Zaczekaj tu - powiedział. - Ale.. - Zaraz wracam. Brennan sparaliżowało. Czy on miał prawo tak jej rozkazywać? Owszem, znaleźli jej zdjęcie w grobie, ale już nie raz miała do czynienia z obłąkanymi prześladowcami. Booth chyba gorzej to znosił niż ona. Potok myśli przerwał powrót agenta. - Czy dowiem się wreszcie co jest grane? Najpierw zbywasz mnie na miejscu zbrodni tłumacząc, że wyjaśnisz mi wszystko w biurze. Gdy już w nim jesteśmy nagle wychodzisz. Booth, co jest do cholery?! - trochę ją poniosło, ale widok zmartwionego partnera wcale nie dodawał jej otuchy. W końcu to ona była na tym zdjęciu, nie on. - Bones, proszę - głos agenta był spokojny, ale zdecydowany - Już mówię... - Mam nadzieję. I lepiej żeby to miało sens. Wiesz już kto kryje się za inicjałami J.V.? Kiwnął głową i położył przed nią teczkę z logo FBI i dodał: - To Jacques Villenevo. Seryjny morderca, który zabił pięć młodych dziewczyn. Pracowałem nad jego sprawą zaraz po swoim przyjściu do FBI. Zabijał nastolatki, wyglądem przypominające naszą ostatnią ofiarę - Sarah Scott. Wszystkie zostały uduszone. Ekspertyzy wskazały na jakiś cienki drucik bądź żyłkę. Wszystkie ofiary znaleziono w plastikowych workach. - I co się stało? Znaleźliście go? - Tak. Martwego w jego kryjówce. - To jakim cudem... - Właśnie. Od kiedy zamknęliśmy sprawę po znalezieniu go martwego cały czas miałem wrażenie, że coś nie gra. Nie pasuje. Po pierwsze, czy seryjny morderca zostawiłby pożegnalny list, w którym przeprasza za swoje zbrodnie? Po drugie, nie znaleźliśmy żadnej rzeczy, która pasowałoby do narzędzia zbrodni, którym dusił swoje ofiary. I co za kretyn miałby przy sobie dokumenty?! - zdenerwowany Booth wstał gwałtownie i zaczął krążyć po pomieszczeniu. Bones otworzyła teczkę. Pierwsze co zobaczyła to twarz Jacquesa. - Powiedziałeś im o swoich wątpliwościach? - zapytała. - Tak, ale nie chcieli mnie słuchać. Wiesz, nie zawsze zajmowałem to stanowisko. Na początku traktowano mnie jak żółtodzioba i nie obchodziło ich za bardzo moje zdanie. A że mieli trupa i do tego z dokumentami potwierdzającymi tożsamość i wyniki DNA tez się zgadzały...Czego chcieć więcej? - odparł, podszedł do okna i oparł się o parapet. Bones wstała i podeszłą do niego. - Znajdziemy go - powiedziała i lekko ścisnęła go za rękę. - Nie chcę, by coś Ci się stało. Temperance - powiedział cicho. - Nic mi się nie stanie. Przecież jesteś przy mnie. Uśmiechnął się do niej, a ona odpowiedziała tym samym.
Temperance Brennan pochylała się nad szczątkami, znalezionymi na terenie liceum. Po zbadaniu kości wszystko się zgadzało. Wiek, wygląd, sposób śmierci. Booth się nie mylił - Jacques powrócił. Jedna rzecz jednak nurtowała antropolog - kim zatem był człowiek znaleziony przed laty? Sobowtór? Nie przecież DNA się zgadzało. A może...? Uderzona nagłym olśnieniem szybko zdjęła rękawiczki i szybkim krokiem ruszyła do swego biura. Musiała jak najszybciej porozmawiać z Booth'em. Była tak zaaferowana pomysłem, który zrodził się w jej głowie, że nie zauważyła osoby stojącej przy zejściu z platformy. - Przepraszam - powiedziała potrącając mężczyznę nawet na niego nie patrząc. Już miała iść dalej kiedy coś ją zatrzymało. - Bones! Dobrze się czujesz? - to jej partner złapał ja za rękę. - Booth! Jak dobrze Cię widzieć! - Wow! Bones! Takiego powitania się nie spodziewałem. Dostanę buziaka? - Przestań żartować. - Ale ja nie żartuję, mówię całkiem poważnie. To jak z tym całusem? - Mamy ważniejsze sprawy na głowie niż Twój niewyżyty popęd seksualny - powiedziała Temperance - A zresztą, widzisz gdzieś tu jemiołę? Booth rozmarzył się na wspomnienie o świątecznym pocałunku. Czy dane mu będzie jeszcze kiedyś znów skosztować smaku jej ust? - Booth, słuchasz mnie? - głos jej partnerki wyrwał go z błogich myśli. - Ależ oczywiście, że Cię słucham. Jak zawsze... - odparł, a w głębi ducha starał sobie przypomnieć co mówiła Brennan kiedy on marzył o całusie - Kontynuuj... - powiedział. - Dobrze. Zatem powiedziałeś, że Jacquesa znaleźliście martwego. Ale to nie był on, gdyż teraz powrócił i przesłał Ci wiadomość. - To chyba jasne, Bones. Chyba, że tamten był jego klonem lub... - błysk olśnienia zalśnił w jego czekoladowych oczach. Spojrzał na swoją partnerkę, jej wzrok wskazywał na to samo. - Co wiemy o jego rodzinie? - zapytała. - Praktycznie nic. Jedyna potwierdzona informacja to taka, że wychowywał się w domu dziecka. - Trzeba tam pojechać. Znasz adres? - Daj mi chwilę, zaraz będę go miał - odpowiedział agent i odszedł na bok, by wykonac telefon do biura FBI. Brennan tymczasem zdjęła fartuch i poszła do swego gabinetu po swoje rzeczy. Po chwili dołączył do niej Booth - Już mam adres. Możemy jechać? Skinęła i oboje wyszli z instytutu. -- Jechali krętą drogą. Byli już poza obrzeżami miasta kiedy Trmperance przerwała ciszę wypełniającą samochód. - Twierdzisz, że to Jacquase. Tak założyliśmy. A co jeśli się mylimy? - Wątpię. Wszystko się zgadza: morderstwa, ars moriendi, inicjały...Tylko... - Tak? - Tylko to zdjęcie. Nie mogę przestać o tym myśleć. Nawet nie wiesz...kiedy je zobaczyłem... - Wiem Booth. Ale czy zasłużyłeś sobie czymś szczególnym na jego nienawiść? - zapytała Temperance, która również była trochę przerażona całą tą sytuacją, jednak nie chciała by było to po niej widać. - Czy ja wiem? W takim razie chyba powinienem obawiać się zemsty każdego delikwenta jakiego zapuszkowałem - spojrzał na Bones siedzącą obok niego i dodał widząc jej minę - to znaczy wsadziłem za kraty, zamknąłem w więzieniu, żeby była jasność. - Zastanawia mnie jedno. Wiadomość, która była napisana na odwrocie zdjęcia. - Że stracę to co najcenniejsze? - zapytał. - Tak. To potwierdza, że chba Cię aż tak dobrze nie zna skoro uważa, że jestem najważniejszą osobą w Twoim życiu. Każdy wie, że poza Parkerem świata nie widzisz... - Ale nie widzę tego świata również bez Ciebie - odparła i spojrzał na nią - Nie wiem co bym zrobił, gdyby coś Ci się stało. Przeze mnie... - Booth, nic się nie stanie. - Chciałbym w to wierzyć. -- Zatrzymał czarnego SUVa przed okazałym budynkiem. Wysiedli z samochodu i przeszli przez żelazną bramę obrośniętą bluszczem. Roztoczył się przed nimi widok na duży ogród. Przy żwirowej ścieżce prowadzącej do głównego wejścia były zasadzone krzaki róż. Olbrzymia wierzba rosnąca niedaleko ogrodzenia roztaczała cień, w którego chłodzie skryła się para nastolatków. - Ładnie tu - powiedział Booth. - Piękno to pojęcie względne i zależy od percepcji... - zaczęła Bones lecz agent jej przerwał: - Potem mi to streścisz. A teraz chodźmy do tych dzieciaków i spytajmy się o właściciela tego bidula. - Domu dziecka - poprawiła go antropolog. - Niech Ci będzie. Przeszli po trawniku. Gdy byli już blisko, agent znacząco chrząknął, co zwróciło uwagę młodzieży. - Możemy w czymś pomóc? - pierwsza odezwała się dziewczyna wyglądająca na szesnaście lat. Zbyt długa grzywka zasłaniała jej oczy. - Jestem agent Booth, a to doktor Brennan - agent wyjął odznakę - Chcielibyśmy porozmawiać z dyrektorem tego ośrodka. - Z panią Jensen, rozumiem - odpowiedziała dziewczyna. - Jeżeli tak się nazywa dyrektorka, to tak - powiedziała Bones - Mogłabyś nas do niej zaprowadzić? - Jasne - odparła, a następnie zwróciła się do swojego chłopak - Zaraz wracam, poczekaj tu na mnie - wstała i w stronę drzwi wejściowych - Proszę za mną. Booth i Brennan nie wiele myśląc poszli za nią. Po przekroczeniu progu ogarnął i półmrok i cisza. - Jak w kościele - powiedziała Bones. - Zostaw kościół w spokoju - odparł agent i skierował się za prowadząca ich dziewczyną w stronę schodów. Gdy znaleźli się na piętrze Brennan nagle się zatrzymała - Bones, idziesz? Czy teraz masz zamiar porównać piętro do apartamentów w Watykanie? - Ciiii, słyszysz? - Co? - Zamknij się i słuchaj - powiedziała Temperance, a Booth popatrzył na nią dziwnie - Jakaś muzyka, jakby ktoś grał na... - Na skrzypcach - dokończyła dziewczyna - To Veronica ćwiczy przed występem. - Acha... - Możemy już porozmawiać z dyrektorką? Bones, na miłość boską, nie przyszliśmy tu na koncert - powiedział agent. - Widać, że nigdy nie byłeś w filharmonii - odparła antropolog i dołączyła do swojego partnera i dziewczyny. Booth chciał coś dodać, lecz w ostatniej chwili ugryzł się w język. - Jesteśmy na miejscu - zakomunikowała dziewczyna zatrzymując się przed masywnymi, dębowymi drzwiami - To ja już pójdę. - Tak dziękujemy za wskazanie drogi - odparła Bones i zapukała do drzwi.
Z wnętrza dobiegło ich ciche ''Proszę''. Booth nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Zaprosił Brennan do środka i wszedł za nią. Starsza kobieta ubrana w elegancki, granatowy kostium stała przy oknie. Siwe włosy zdradzały jej podeszły wiek. - Dzień dobry. W czym mogę państwu pomóc? - zapytała i skierowała się w stronę biurka, po czym usiadła na fotelu - Proszę, niech państwo siadają - wskazała na dwa identyczne fotele po drugiej stronie. - Dziękujemy - odpowiedzieli partnerzy i spoczęli na wyznaczonych im miejscach. - Chcecie adoptować dziecko? - zapytała nagle dyrektorka. Tego pytania się nie spodziewali. - My...- zaczął Booth, lecz pani Jensen nie pozwoliła mu skończyć. - Proszę się nie wstydzić. Wiele młodych małżeństw ma problemy... - powiedziała kobieta, a agent zaczął się zastanawiać o jakie problemy jej chodzi, przecież on nie ma żadnych problemów z... - No cóż, czasy się zmieniają - kontynuowała swój wywód kobieta, kierując swój wzrok na Bones, która siedziała nie wiedząc co powiedzieć - kobiety nie chcą tracić swoich idealnych figur. Coraz częściej sięgają po metodę jaką jest adopcja... - Ale my nie jesteśmy małżeństwem - przerwała jej Brennan. - To nic. Trochę więcej formalności, ale da się to załatwić - nie dała za wygraną dyrektorka. Bones spojrzała na swojego partnera, którego ręce niebezpiecznie mocno zaciskały wiązanie krawatu pod jego szyją. Booth zauważył spojrzenie swojej partnerki i powiedział: - Pani Jensen. Zaszło chyba nieporozumienie. - Tak? Jakie? Chyba nie chce mi pan powiedzieć, że ta urocza kobieta to pana siostra? Bo gdyby tak, to musiałby się pan spowiadać z samego patrzenia na nią. Pana wzrok nie pozostawia wątpliwości... - Ja... - zaczął agent, który lekko się zarumienił - Pani Jensen. Jestem agent specjalny Seeley Booth, a to moja partnerka, doktor Temperance Brennan. Mamy do pani kilka pytań. - Ach... Przepraszam, za te niestosowne uwagi - odparła kobieta rozumiejąc swoją pomyłkę. - Nic się nie stało - powiedziała Bones i dodała - Zrekompensuje się pani pomagając nam. - Postaram się. Odpowiem na pytania. Proszę. - Dobrze. Czy pamięta pani Jacquesa Villenevo? - Booth postanowił nie owijać w bawełnę. - Jacques? - powtórzyła kobieta - Tak, pamiętam. Jego brata również. Cóż nieźle się namęczyłam próbując ich odróżnić. Na dźwięk tych słów Bo...
drBrennan