Blaylock James P. - Papierowe smoki.pdf

(88 KB) Pobierz
196742082 UNPDF
JAMES P. BLAYLOCK
papierowe smoki
Podobno dziwne rzeczy działy się dawniej na świecie - a
zdaniem niektórych nadal mają miejsce - lecz według mnie
połowa tych opowieści to zwykłe kłamstwa. Czasem zresztą
trudno powiedzieć. Niebo nad północnym wybrzeżem od
wielu tygodni jest zupełnie szare, a w górze chmury podobne
do zgremplowanej wełny kłębią się zaledwie pięćdziesiąt stóp
nad ziemią, wsparte na wierzchołkach drzew: sekwoi, olch i
sosen. Powietrze jest wilgotne od mgły zalegającej nad
portem i otwartym morzem, snującej się nad pomostem i
falochronem, które znikają chwilami za szarą zasłoną. Niebo i
morze są wówczas nie do rozróżnienia. Gdy kończy się
przypływ i we mgle majaczą niewyraźnie sięgające mola
skały pokryte brunatnym morszczynem, mięsistymi
baldachami wodorostów, różowawą koronką alg, śliskimi
dywanami morskiej trawy i jadalnych hydrofitów, łatwo sobie
wyobrazić liczną ławicę ryb, jakie zamieszkują te podwodne
ogrody i wypływają ku jasnozielonym płyciznom, żeby paść
się o świcie.
Całkiem prawdopodobne, że uskrzydlone istoty - swego
rodzaju odpowiedniki tamtych - zamieszkują chmurne
przestworza, że w niszach i dolinach niskiego, ciężkiego
nieba żyją nieznane stworzenia. Przychodzi mi czasem do
głowy, że gdyby człowiek zdołał jednym ruchem rozsunąć
kurtynę chmur, jego zdumionym oczom ukazałby się świat
osobliwości istniejących wysoko w niebiosach: stwory wydęte
jak balony, machające skrzydełkami podobnymi do rybich
płetw, skórzaste monstra, kościste i zębate, z haczykowatymi
dziobami niemal tak długimi jak połowa ich wychudzonych
ciał.
Nocami zdawało mi się czasem, że je słyszę, gdy chmury
dotykają wierzchołków drzew, syreny przeciwmgielne wyją
na skraju mola, a krople wody kapią na blaszany dach garażu
Filby'ego z igieł sosny rosnącej za oknem. W powietrzu
rozlegały się stłumione piski, z oddali dobiegał trzepot
skrzydeł.
Kiedyś spacerowałem po zmierzchu wzdłuż urwistego
brzegu. Chmury rozstąpiły się na moment i ujrzałem smugę
gwiazd podobną do świątecznego fajerwerku. W chwilę
później obłoki zsunęły się ponownie i tak już pozostało, ale
jestem pewny, że coś dostrzegłem: cień - a może tylko cień
cienia - przesłaniający gwiazdy. Następnego ranka zaczęła
się przeprawa z krabami.
Tego dnia obudziłem się późno. Wybiło mnie ze snu
walenie młotkiem dobiegające z garażu Filby'ego, który coś
tam majstrował; szpony, jak mi się zdaje, miedziane szpony.
Zresztą to bez znaczenia. Tamten dźwięk wyrwał mnie ze
snu. Budzę się mniej więcej na godzinę przed świtem. Jest
taki ptak - Bóg raczy wiedzieć, co to za gatunek - który
zaczyna ćwierkać w ostatniej nocnej godzinie i zamyka dziób
o wschodzie słońca. Mniejsza z tym. Jak mówiłem, koło
południa Filby walił młotkiem. Otworzyłem lewe oko. Na
poduszce siedział krwistoczerwony rak pustelnik z oczami na
słupkach i gapił się na mnie z jawnym zadowoleniem.
Podskoczyłem jak oparzony. Drugi stwór właził mi do kapcia,
a inna parka oddalała się z moim kieszonkowym zegarkiem,
ciągnąc go za łańcuszek w stronę drzwi.
Okno było otwarte, a ochronna siatka rozerwana. Kiedy
spałem, pustelniki najwyraźniej wdrapały się na stos drewna i
wlazły przez otwarte okno, żeby buszować wśród moich
rzeczy osobistych. Wyrzuciłem nieproszonych gości, ale po
południu zjawiły się jeszcze liczniej - zgięte pod ciężarem
morskich muszli, pełznące ku domowi ze ślepiami
utkwionymi w moim kieszonkowym zegarku.
To była migracja. Według doktora Jensena raz na sto lat
każdy rak pustelnik czuje potrzebę wędrówki, więc gna ku
brzegowi. Doktor Jensen obozował w grocie przy plaży, aby
obserwować te skorupiaki. Wszystkie pełzły na południe
niczym wędrowne ptaki. Do końca tygodnia przylazło ich
mnóstwo, zdaniem Jensena miliony; szczęśliwie omijały mój
dom. Ubywało ich stopniowo przez następny tydzień;
zapewne przyłaziły z głębszych wód, ale za to coraz większe i
większe. Najpierw były duże jak ludzka pięść, potem jak
głowa; wreszcie ścigający Jensena gigant o rozmiarach świni
zapędził doktora na niższe gałęzie dębu. W piątek przylazły
tylko dwa stwory, ale za to większe niż auta. Jensen wrócił do
domu, paplając bez sensu, i pił na umór, ale w sobotę rano
był znów na posterunku, więc można mu to wybaczyć. Nic się
nie pojawiło. Według jego hipotezy gdzieś daleko od brzegu,
w przepastnej głębinie, setki metrów poniżej ostatnich
spłowiałych barw, żyje gigantyczny rak pustelnik, ślepy i
zniekształcony z powodu ogromnego ciśnienia, osłonięty
morską muszlą, pełznący ku brzegowi.
Nocą słyszę czasami niewyraźne echo odległego
postukiwania, stłumiony jak przez mgłę dźwięk, i
znieruchomiały wpatruję się w stronice otwartej książki;
odblask płomieni igra na kryształowym kieliszku, rozlegają
się niezliczone odgłosy mglistej nocy, a wśród nich chwilami
ten stuk; być może powoduje go oczekiwany przez Jensena
osobliwy skorupiak, który podpełza, rzucając cień w świetle
lampy zapalonej na werandzie, żeby upomnieć się o mój
kieszonkowy zegarek.
W noc po wędrówce tamtych stworów wielkich jak
świnie jeden z nich wlazł do garażu Filby'ego - a konkretnie
mówiąc wyważył drzwi - i ze smoka zrobił kaszanę. Wiem,
co myślicie. Ja też sądziłem, że to kłamstwo, ale sprawy tak
się ułożyły, że musiałem zmienić zdanie. Filby niewątpliwie
znał Augusta Silvera. Był jego pomocnikiem i miał go za
swego mistrza. Podobno w kwestii smoków mechanizmy nie
są najważniejsze. Chodzi o podejście do sprawy. I tu Filby
poniósł klęskę.
W zeszłym roku przyjechał do nas wozem pewien Cygan.
Chyba niemowa. Za dolca dawał niesamowity pokaz. Zaraz
po przybyciu wyrwał sobie język i rzucił na drogę. Skakał po
nim, a potem calutki i jakby nietknięty wepchnął z powrotem
do ust. Wyciągnął też swoje kiszki - metr po metrze jak
kiełbaski ze specjalnej maszyny - a potem wepchnął je do
brzucha, poszczypał skórę i zamknął dziurę. Pół miasta
dostało mdłości, ale wszyscy płacili, żeby to zobaczyć. Tak
się zawsze czułem, jeśli idzie o smoki, lecz wiele bym dał,
żeby choć jednego zobaczyć w locie, nawet gdyby się okazał
tylko sprytną iluzją.
A smok Filby'ego szykowany dla Silvera zmienił się w
kupę złomu. To rak pustelnik - tak mi się przynajmniej
wydaje - poszarpał go i powyrywał mu trzewia. Smok
przypominał mi wypchanego aligatora wiszącego w sklepie z
osobliwościami, zżartego przez mole smętnego biedaka z
opadającym ogonem i kłaczkami bawełny wystającymi z
rozdarcia na karku.
Filby po prostu wyszedł z siebie. Nie jest dobrze, gdy
dorosły mężczyzna do tego stopnia traci głowę. Chwycił
nędzne ułomki zniszczonych skrzydeł i zaczął się nimi
okładać. Wymierzał sobie karę i okropnie przeklinał. Wtedy
słabo go znałem, a dziwaczną scenę oglądałem z okna
kuchni. Wiatr szarpał drzwiami garażu, które z trzaskiem
otwierały się i zamykały. Widziałem przez uchylone drzwi,
jak Filby szlocha i jęczy, biega w tę i z powrotem, rusza i
staje jak aktor na scenie. Drzwi trzaskały, ukrywając
krępującą scenę na jakieś trzydzieści sekund, a potem
otwierały się, ukazując zrozpaczonego Filby'ego, jak grzebie
w rozrzuconych po podłodze garażu szczątkach, które do
niedawna składały się na smocze cielsko podobne do
złożonych kiedyś przez wędrowca Augusta Silvera. Wtedy
oczywiście nie miałem o tym pojęcia. Pomyśleć tylko, August
Silver. Nic dziwnego, że Filby'ego całkiem poniosło. Sam się
nieco zapomniałem, chociaż jak już zostało powiedziane,
większość faktów związanych z tą sprawą wygląda mi na
kłamstwa, a szmery zasnutej mgłą nocy, stuk, szum i łopot
skrzydeł, trochę przypominają stłumiony śmiech, cichnący z
upływem miesięcy i dochodzący nie wiadomo skąd: zza
chmur, z wiatru i mgły. Nawet listy przysyłane od czasu do
czasu przez samego Silvera budziły podejrzenia.
Filby jest dziwakiem. Od razu to spostrzegłem. Nie mam
pojęcia, jak finansuje swoje przedsięwzięcia. Moim zdaniem
ima się różnych zajęć, takich jak drobne naprawy i tym
podobne. Ma dłonie rasowego mechanika: szerokie palce,
brud za paznokciami, nakłucia i rozcięcia oraz zadrapania;
nawet on sam nie wie, jak powstały. Wystarczyło, że dotknął
stosu części, pomachał nad nimi rękoma i lekkie, rytmiczne
drżenie jak echo wzorca i zapowiedź porządku ogarniało cały
jego warsztat. Aż tu nagle olbrzymi rak pustelnik wlazł do
środka i w ciągu jednej nocy zniszczył arcydzieło, cudo,
skarb, którego nie da się już poskładać. Nawet Silver nie
dałby rady. Zwykła kupa złomu.
Filby przez kilka dni chodził przygnębiony, ale
wiedziałem, że się otrząśnie. Bezczynnie łaził wokół domu,
rozrzucając stare gazety. Nagle błysk światła na miedzianym
drucie przyciągnął jego wzrok. Otrzymał znak. Tak to jest.
Filby nie tylko posiada irytującą zdolność współistnienia z
opornymi mechanizmami; one wręcz mówią do niego,
szepczą o możliwościach i wariantach.
Nie minęło wiele czasu i znów walił młotkiem od rana -
niech diabli porwą wszystkie morskie raki - łącząc dziesięć
tysięcy srebrnych elementów skrzydeł, układając z kawałków
drogich kamieni wielościenne oko, spoglądając zza szkieł na
długie sploty cienkiego drutu, które miały biec wzdłuż
kręgosłupa istoty, jaka pewnej mglistej nocy zostanie
wypuszczona, natychmiast uleci pod chmury i zniknie. Tak
sobie Filby wymarzył. Muszę przyznać, że wierzyłem mu bez
zastrzeżeń i byłem pewny, że upragniony smok w końcu
powstanie.
Wczesną wiosną, parę tygodni po awanturze z morskimi
rakami pieliłem grządki w ogrodzie. Nie spodziewałem się
przymrozków, więc przed tygodniem wsadziłem do gruntu
pomidory. Wielki zielony robak z wyrostkami pożarł liście.
Zostały tylko łodygi oblepione śluzem. Kiedy byłem mały,
grzebałem się w ziemi kilka dni po deszczu i wykopałem
długiego na palec robaka z ludzką twarzą. Zasypałem go.
Stwór znaleziony w pomidorach wyglądał inaczej. Sprawiał
przyjemne wrażenie: małe, świńskie oczka i spłaszczone
nozdrza jak to u robali. Wyrzuciłem go za płot, na podwórko
Filby'ego, ale przylazł znów niepostrzeżenie. Skoro tak - jeśli
nic na to nie można poradzić - lepiej nie stawać mu na
drodze; chyba rozumiecie w czym rzecz. Ale pomidory się
zmarnowały. Wyrwałem je z korzeniami i przerzuciłem na
zarośnięte chwastami podwórko Filby'ego. On sam podszedł
do płotu, jak małpa szczerząc zęby w uśmiechu. Pół tuzina
pogryzionych łodyg spadło mu na głowę niczym ośmiornica.
Ale on się nie przejmuje takimi drobiazgami. Wcale nie był
obrażony. Dostał właśnie list od Silvera, wysłany przed
miesiącem gdzieś z południa.
O Silverze niewiele wtedy umiałem powiedzieć.
Słyszałem o nim - kto by go nie znał? Przypominałem sobie
niejasno oglądane kiedyś zdjęcie brodatego osiłka z
rozwichrzoną czupryną. Silver udzielał się wtedy w
stowarzyszeniu mechanowiwisekcjonistów zgłębiających
tajemnice zmienności materii. On i trzej goście z uniwersytetu
odpowiadają za nagły wzrost populacji jednorożców.
Podobno kilka z nich włóczy się jeszcze po okolicznych
wzgórzach. To z pewnością ciekawe mutacje, ale gdzie im
tam do cudowności, które by zadowoliły Augusta Silvera.
Patrząc na fotografię uznałem, że zalicza się do ludzi, co to
bez oporów skaczą o świcie do basenu z lodowatą wodą i
pałaszują łyżkami miód i gotowaną pszenicę.
Filby strząsnął z siebie łodygi pomidorów i z jawną
radością ściskał w ręku list. Wiadomość od mistrza! Silver
wiele lat przebywał w tropikach i sporo widział. Na
zarośniętych dżunglą tropikalnych wzgórzach zobaczył
smoka, którego klatka piersiowa została prawdopodobnie
wykonana z bambusa. W locie wydawał ksylofonowy klekot
niczym wiatrowe dzwonki. Miał głowę ogromnej jaszczurki,
ostro zakończony ogon morskiego diabła i mechaniczne
skrzydła ze srebra, sznurka i karpiowej skórki. To mu
podsunęło kilka pomysłów. Nabrał przekonania, że najlepsze
smoki przybędą z morza. Postanowił żeglować do San
Francisco. W chińskiej dzielnicy można dostać różności -
artykuły pierwszej potrzeby, jak się wyraził w liście do
Filby'ego. Była też wzmianka o perpetuum mobile oraz
powstaniu nieśmiertelnej istoty złożonej z organów wielu
stworzeń.
Wciąż czekałem, aż nadejdzie ostatni rak pustelnik.
Jensen też. Napisał monografię, poważny artykuł naukowy, w
Zgłoś jeśli naruszono regulamin