Lepecki Mieczysław - Niknący świat.pdf
(
851 KB
)
Pobierz
MIECZYSŁAW LEPECKI
NIKN
Ą
CY
Ś
WIAT
PA
Ń
STWOWE WYDAWNICTWO „ISKRY” WARSZAWA 1968
GOÍAS, KRAJ Z PRZESZŁO
Ś
CI
Ś
wiat sprzed czterystu lat był tak od współczesnego nam
ś
wiata odmienny, ówcze
ś
ni
ludzie tak ró
ż
ni od współczesnych,
ż
e trudno uwierzy
ć
, aby do naszych czasów zachowały si
ę
zak
ą
tki, w których nic albo prawie nic przez cztery wieki si
ę
nie zmieniło. A jednak zachowa-
ły si
ę
... Gdyby Francisco de Orellana, który w 1541 roku odkrył Amazonk
ę
i jako pierwszy z
Europejczyków przepłyn
ą
ł j
ą
nieomal od
ź
ródeł do uj
ś
cia, znalazł si
ę
teraz na wodach Rio das
Mortes lub górnego Xingú, nie zobaczyłby na brzegach tych rzek nic innego, jak to, co
widział podówczas w Amazonii, a wi
ę
c: nieprzebyte lasy, rzadko porozrzucane po
ś
ród nich
wioski i
ż
ółtobr
ą
zowych ludzi, wygra
ż
aj
ą
cych obcym łukami i dzidami.
Ten kraj, zakonserwowany w swej dawno
ś
ci jak mucha w bursztynie, to centralno-
zachodnia (Centro-Oeste) cz
ęść
Brazylii, na któr
ą
składaj
ą
si
ę
dwa wielkie, sze
ść
razy wi
ę
-
ksze od Polski stany: Goías i Mato Grosso (1 885 tysi
ę
cy kilometrów kwadratowych). Pokry-
waj
ą
je wiecznie zielone stepy i lasy, po których, jak po własnym królestwie, kr
ążą
rozmaite
dzikie zwierz
ę
ta, od małych zaj
ą
czków-kutii pocz
ą
wszy, a na słoniopodobnych tapirach i
przypominaj
ą
cych tygrysy jaguarach sko
ń
czywszy.
Te niewiarogodnie rozległe ziemie s
ą
zaludnione sto razy rzadziej ani
ż
eli kraje
ś
rodko-
wej Europy. Cał
ą
ich ludno
ść
(1736 tysi
ę
cy) mo
ż
na by bez trudu zmie
ś
ci
ć
w jednym wi
ę
-
kszym mie
ś
cie europejskim, na przykład w Budapeszcie. Dorzecze
ś
redniego biegu płyn
ą
-
cych równolegle do siebie rzek Tocantinsu i Araguai, a wi
ę
c cała północ stanu Goías, o której
mowa w ksi
ąż
ce, to dotychczas obszar dziewiczy, na którym biały człowiek nie zd
ąż
ył je-
szcze poło
ż
y
ć
swej r
ę
ki. Zamieszkuj
ą
go Metysi, czyli miesza
ń
cy india
ń
sko-portugalscy, oraz
potomkowie Portugalczyków, którzy drog
ą
przypadku zachowali czysto
ść
rasy białej. Jest to
ludno
ść
zacofana, pogr
ąż
ona w ciemnocie, obserwuj
ą
ca obyczaje zagubione gdzie indziej ju
ż
co najmniej przed wiekiem. Jej tryb
ż
ycia po dzi
ś
dzie
ń
mało odbiega od trybu
ż
ycia pier-
wszych zdobywców tego kraju. Podobnie jak tamci ongi
ś
, tak ona obecnie zmaga si
ę
z suro-
w
ą
i nieujarzmion
ą
przyrod
ą
, b
ę
d
ą
c
ą
dla niej, jak kiedy
ś
dla ich ojców i dziadów — wrogiem,
ale te
ż
ż
ywicielk
ą
i ostoj
ą
. Polowanie, rybołówstwo, a nade wszystko zbieractwo płodów pu-
szczy takich jak kauczuk, orzechy z Pará, miód dzikich pszczół, owoce palm dostarczaj
ą
cych
tłuszczu ro
ś
linnego, no i wreszcie wypłukiwanie złota aluwialnego stanowi jej główne zaj
ę
-
cie.
Goia
ń
czycy, to ludzie przywykli do szerokich, pustych przestrzeni, do swobody i nie-
skr
ę
powania
ż
adnymi ramami, wynikłymi z przyj
ę
tych na siebie obowi
ą
zków. Rubaszni w
obej
ś
ciu, niezale
ż
ni, ceni
ą
nade wszystko honor i wolno
ść
osobist
ą
. Brutalni i bezwzgl
ę
dni,
gdy chodzi o realizacj
ę
zamierze
ń
, s
ą
w
ż
yciu codziennym czuli na cudz
ą
niedol
ę
i ch
ę
tni do
czynnego okazania współczucia. Nie sposób pisa
ć
o nich jak o sielankowych ludziach natury,
wygrywaj
ą
cych t
ę
skne melodie na fujarkach i kochaj
ą
cych si
ę
w delikatnych pasterkach. Nie
chc
ą
c zniekształca
ć
rzeczywisto
ś
ci, trzeba wkłada
ć
im w usta grube odezwania i pokazywa
ć
obyczaje dalekie od ksi
ąż
kowych wizji.
Zetkni
ę
cie si
ę
tych prostodusznych, ale zapalczywych i łatwo obra
ż
aj
ą
cych si
ę
mie-
szka
ń
ców wn
ę
trza Brazylii z cywilizacj
ą
, reprezentowan
ą
w
ś
ród nich głównie przez rozgra-
biaj
ą
cych „ziemie niczyje” spekulantów lub przez drapie
ż
nych fazenderów-dziedziców —
staje si
ę
cz
ę
sto przyczyn
ą
dramatycznych spi
ęć
.
Opisywany przeze mnie Goías, to Goías na niewiele lat przed zbudowaniem w jego
południowej cz
ęś
ci nowej stolicy pa
ń
stwa, miasta Brasilii.
Ś
wiat, który tam istniał podów-
czas, istnieje wprawdzie i nadal, ale z wolna niknie. Cywilizacja zapu
ś
ciła ju
ż
we
ń
swe ostre
z
ę
by i coraz gł
ę
biej przenika do Centralnej Brazylii, do tego najwi
ę
kszego rezerwuaru
pustych ziem, którymi na kuli ziemskiej ludzko
ść
jeszcze dysponuje.
ZIEMIE „NICZYJE”
Ju
ż
trzeci dzie
ń
przebywałem w Anapolis i nikt nie umiał mi poradzi
ć
, jak by to mo
ż
na
było najłatwiej dosta
ć
si
ę
w okolice
ś
redniego biegu rzeki Tocantins. Nie takie jednak trudno-
ś
ci przemagałem cierpliwo
ś
ci
ą
. Pokonałem i t
ę
.
Tak wi
ę
c pewnego dnia czerwcowego, w czasie najpi
ę
kniejszej i najprzyjemniejszej
pory roku w Centralnej Brazylii, wyruszyłem na przełaj przez
cerrados
* ku odległemu o
tysi
ą
c kilometrów celowi moich zamierze
ń
. Towarzyszyło mi dwóch wesołych i dobrodu-
sznych Brazylijczyków. Starszy z nich, nazwiskiem Generoso da Rocha, był szczupłym trzy-
dziestolatkiem o smagłej cerze i o rysach twarzy, z których nawet najbieglejszy etnograf nie
odgadłby, do jakiej rasy nale
ż
y. Nie był białym, gdy
ż
przeczyły temu k
ę
dzierzawe jak kudły
barana czarne włosy; nie był Murzynem, bo nos miał w
ą
ski i garbaty; nie był te
ż
Indianinem,
bo brak mu było wystaj
ą
cych ko
ś
ci policzkowych. Ze wszystkich tych trzech ras co
ś
miał i
czego
ś
nie miał.
Młodszy, dwudziestokilkuletni Francisco de Azevede, nie był tak
ą
zagadk
ą
jak pier-
wszy. Czarna skóra, rozklepany na pół twarzy nos i wypukłe wargi nie pozwalały w
ą
tpi
ć
,
ż
e
był to Murzyn.
Obaj byli garimpeirami, czyli poszukiwaczami złota i drogich kamieni. Udawali si
ę
teraz nad pewien dopływ rzeki Tocantins, w którym, słyszeli, łatwiej wypłuka
ć
diament
ani
ż
eli gdzie indziej znale
źć
ż
ab
ę
.
Jechali
ś
my oczywi
ś
cie konno, w siodłach o wysokich ł
ę
kach, trzymaj
ą
c nogi w ogro-
mnych mosi
ęż
nych strzemionach, podobnych do pantofli. Ka
ż
dy z nas miał po jednym
jucznym mule, obładowanym zapasow
ą
odzie
żą
i prowiantem. Brazylijczycy troszczyli si
ę
o
swoje zwierz
ę
ta sami, moimi zajmował si
ę
młody chłopak, którego wzi
ą
łem ze sob
ą
z Belo
Horizonte.
— Po co panu ten gówniarz? — zapytywali mnie kolejno obaj towarzysze.
Ale ja byłem z niego zadowolony. Dzi
ę
ki niemu nie potrzebowałem kłopota
ć
si
ę
o
siodłanie i rozsiodływanie wierzchowca ani o gotowanie jedzenia. Chłopak był ch
ę
tny do
wszystkiego i swoje obowi
ą
zki traktował jak zabaw
ę
. Miał na imi
ę
Raimundo, ale ja nazywa-
łem go, zgodnie zreszt
ą
z jego przynale
ż
no
ś
ci
ą
rasow
ą
, Mulatinho (Mulacik).
Jazda przez galeriowy pusty step w pi
ę
kne dni pory suchej sprawiała mi wiele przyje-
mno
ś
ci. Ju
ż
po pierwszych stu kilometrach opadły ze mnie wszystkie troski. Chwilami
zapominałem nawet o celu, do którego zd
ąż
ałem, o tym strumieniu, którego plan troskliwie
ukrywałem w woreczku pod koszul
ą
. Ten cel: pola akwamarynowe, budził w
ą
tpliwo
ś
ci moich
towarzyszy.
—
Senhor
— mówił Generoso — jed
ź
pan z nami. Prawdziwa fortuna to diamenty, a
nie akwamaryny.
— Za jeden pop
ę
kany diamencik — dodawał Chico, jak zdrobniale nazywano Francisca
— mieszkałem w São Paulo z moj
ą
moren
ą
trzy miesi
ą
ce.
Sim, senhor!
Trzy miesi
ą
ce...
Nie zaprzeczałem wy
ż
szo
ś
ci diamentów nad kamieniami półszlachetnymi, ale postano-
wiłem nie da
ć
si
ę
uwie
ść
namowom i wytrwa
ć
przy swoim planie. Na razie droga do Toca-
ntinsu wypadała nam i tak wspólnie.
Na trzeci dzie
ń
po opuszczeniu Anapolis postanowili
ś
my da
ć
wytchn
ąć
koniom i
mułom. Zatrzymali
ś
my si
ę
w małej miejscowo
ś
ci, gdzie na jednej z chat o
ś
cianach z dylów
oblepionych glin
ą
widniała du
ż
a deska z mozolnie nagryzmolonym niebiesk
ą
lubryk
ą
napi-
* CERRADOS lub CAMPO CERRADO (brazylianizm) — step porosły k
ę
pami drzew, a wzdłu
ż
przecinaj
ą
cych go rzek i strumieni lasami.
sem: „Bar pod df”.
Gospodarz zajazdu — rosły,
ś
niady Metys — widz
ą
c nadje
ż
d
ż
aj
ą
cych kilku nieznajo-
mych m
ęż
czyzn, zdj
ą
ł wisz
ą
cy na
ś
cianie obok szyldu pas z rewolwerem i spokojnie zapi
ą
ł go
sobie na biodrach. Czynno
ść
t
ę
wykonał automatycznie, jakby nakładał z grzeczno
ś
ci wobec
obcych marynark
ę
, a nie przypasywał nabitego colta.
Odpoczynek zacz
ę
li
ś
my od napicia si
ę
wina z soku palmowego. Był to orze
ź
wiaj
ą
cy,
szczypi
ą
cy nieco w j
ę
zyk, doskonały napój. Od razu poczułem si
ę
rze
ś
ki i usposobiony do
pogaw
ę
dki.
— Czemu to pan tak dziwnie nazwał swój bar? — zapytałem gospodarza. — Pod df, to
niby pod czym?
— Jak to pod czym? Przecie
ż
nasz arraial i wszystkie ziemie nad rzek
ą
Cueng
ą
le
żą
w
przyszłym dystrykcie federalnym, wi
ę
c u
ż
yłem tego skrótu. Mo
ż
e tu wła
ś
nie b
ę
dzie stolica.
— Te
ż
dopiero — roze
ś
miał si
ę
Generoso. — Tu, w tej pustce, stolica!
Gospodarz poczuł si
ę
ura
ż
ony tym pow
ą
tpiewaniem.
— Nie znacie widocznie konstytucji prezydenta Eurica Dutry. Mo
ż
ecie w niej przeczy-
ta
ć
,
ż
e rz
ą
d ma obowi
ą
zek przenie
ść
si
ę
do Goíasu.
— Wiemy, wiemy — przy
ś
wiadczyłem — ale teraz o tym jako
ś
cicho.
— U nas gło
ś
no. Wci
ąż
kto
ś
przyje
ż
d
ż
a kupowa
ć
ziemi
ę
. Płac
ą
gotówk
ą
.
— Komu płac
ą
— zdziwiłem si
ę
— przecie
ż
tu ziemia niczyja.
— Niczyja? — Gospodarz spojrzał na mnie triumfalnie. — Podzielili j
ą
ju
ż
mi
ę
dzy
siebie co do ostatniego hektara. Nawet mój bar stoi teraz na cudzej ziemi. Jak nie wierzycie,
to popatrzcie na t
ę
map
ę
— powiedział, wskazuj
ą
c na metrowej wielko
ś
ci plan, przypi
ę
ty
pluskiewkami do
ś
ciany.
— Czemu mamy nie wierzy
ć
, wierzymy. No i co, sprzedaj
ą
t
ę
ziemi
ę
?
— Wła
ś
nie, dziel
ą
na małe kawałki, po pi
ęć
set, po tysi
ą
c hektarów i sprzedaj
ą
. Mo
ż
e
pan te
ż
chce kupi
ć
? — spojrzał na mnie bystro. — Ja w tym po
ś
rednicz
ę
.
— Nie, nie chc
ę
. Jestem tu tylko przejazdem do Peixe.
— O, to daleka droga. B
ę
dzie wi
ę
cej ni
ż
sto pi
ęć
dziesi
ą
t legw *. Tam te
ż
mógłbym
sprzeda
ć
panu ziemi
ę
.
—
Ż
arty. Tam przecie
ż
ziemia naprawd
ę
nic niewarta.
Gospodarz wzruszył ramionami.
— Nie moja sprawa. Kupuj
ą
i tam.
— Ale któ
ż
to, u diabła, zagarn
ą
ł t
ę
ziemi
ę
?
— Jak to kto? No, ci z Goíanii, pupilki stanowego rz
ą
du. Przyje
ż
d
ż
aj
ą
z papierami,
pytaj
ą
, gdzie to takie a takie rzeki le
żą
, a potem mówi
ą
: od tej do tej to moje. Był tu w
zeszłym tygodniu taki jeden i powiada: ,,Od Arroio Feio do Rio Bonito — wszystko moje”.
No, to ja na to: „Jak
ż
e
ż
to mo
ż
e by
ć
, tam przecie
ż
mieszka ze dwudziestu kabokli. Sadz
ą
kaw
ę
”. „Musz
ą
si
ę
wynie
ść
— mówi ten z Goíanii — a jak si
ę
nie wynios
ą
, to ich moi
kapandzy ** przep
ę
dz
ą
”. I a
ż
si
ę
zaczerwienił ze zło
ś
ci. „Ty — powiada do mnie — cicho
sied
ź
, je
ś
li chcesz dalej na ruchu w handlu ziemi
ą
zarabia
ć
”.
Wła
ś
ciciel baru „Pod Dystryktem Federalnym” nie troszczył si
ę
zbytnio o go
ś
ci. Na
moje zapytanie, czy ma jakie miejsce do spania, wskazał na du
żą
szop
ę
.
— Tam si
ę
umie
ść
cie. Słupki s
ą
mocne, w sam raz do hamaków. Fi
ż
on ze słonin
ą
moja
kobieta wam poda.
Roztasowałem rzeczy, umyłem si
ę
w strumieniu i zmieniwszy bielizn
ę
, poło
ż
yłem si
ę
wygodnie w hamaku. Słupki rzeczywi
ś
cie były mocne; kołysałem si
ę
i rozmy
ś
lałem o rozmo-
wie z gospodarzem. Teraz przypomniały mi si
ę
liczne ogłoszenia w prasie, w których rozma-
ite firmy i osoby prywatne ofiarowywały maj
ą
tki ziemskie w Mato Grosso i Goíasie po
* LEGWA (LEGUA) — mila brazylijska, około 5 km.
** KAPANGA, jagunço — zbir, zbrojny sługa.
bardzo niskich cenach. Wiele razy była mowa o dolarze, a nawet połowie dolara za hektar.
Do niedawna nikt ziemi w Goíasie nie cenił. Było jej pod dostatkiem. Kto chciał,
wycinał las, budował chat
ę
i gospodarował. Na stepach hodowano bydło, nie pytaj
ą
c nikogo,
do kogo nale
ż
y trawa, któr
ą
krowy skubały. Zdarzało si
ę
,
ż
e nawet w du
ż
ych arraialach nikt
nie miał tytułu własno
ś
ci na zajmowane tereny, chocia
ż
gospodarowano na nich niekiedy ju
ż
od paru pokole
ń
. Teoretycznie stanowiły one własno
ść
stanu, który mógł je nadawa
ć
czy te
ż
sprzedawa
ć
według uznania jego władz. Dawniej nikt si
ę
nie kwapił, aby je rejestrowa
ć
, a
szczególnie nie czynili tego pro
ś
ci wie
ś
niacy, kabokle, dla których formalno
ś
ci zwi
ą
zane z
uprawnieniem stanu posiadania były czym
ś
niezrozumiałym, niepotrzebnym. Ale tymczasem
nawoływania do zwi
ę
kszenia stosunkowo szczupłego obszaru obj
ę
tego dotychczas cywiliza-
cj
ą
stały si
ę
powszechne. Drog
ą
wiod
ą
c
ą
do tego celu miało by
ć
zagospodarowanie zacofane-
go, na pół pustego wn
ę
trza kraju. To szumne hasło spowodowało,
ż
e tysi
ą
ce spekulantów
rzuciło si
ę
jak szara
ń
cza na tereny, które do owego czasu nie przedstawiały
ż
adnej warto
ś
ci, a
które w przewidywaniu ich zagospodarowania przez rz
ą
d i ewentualnie przez kapitał zagrani-
czny, zacz
ę
ły si
ę
gwałtownie waloryzowa
ć
. Amatorzy szybkiego zbogacenia si
ę
wyłudzali
lub nabywali od władz stanowych za
ś
miesznie niskie ceny wielkie obszary w odległych
stronach, a nast
ę
pnie „oczyszczali” je, sił
ą
przep
ę
dzaj
ą
c zasiedziałych niekiedy od pokole
ń
mieszka
ń
ców.
Przypomniało mi si
ę
to wszystko, ale tylko tak, jak co
ś
dalekiego, niewa
ż
nego. Moje
zainteresowania nie miały nic wspólnego ze spekulacj
ą
ziemi
ą
, tote
ż
byłbym rychło o opo-
wiadaniu wła
ś
ciciela baru „Pod df” zapomniał, gdyby nie nadjechali nowi go
ś
cie. Było ich
trzech: miastowy fircyk, przebrany za ameryka
ń
skiego kowboja, jaki
ś
osobnik nieokre
ś
lonej
rasy, ubrany — jakby dla kontrastu z pierwszym — po miejsku, a wreszcie trzeci — gapio-
waty kaboklo — zapewne słu
żą
cy poprzednich.
Przybysze weszli hała
ś
liwie do szopy, siodła rzucili w k
ą
t.
— Je
ść
mi si
ę
chce — odezwał si
ę
fircyk. — A mo
ż
e i pan pójdzie co
ś
przek
ą
si
ć
? —
zwrócił si
ę
do mnie.
Bar — wielka izba z czterema długimi stołami — był prawie pusty. Siedli
ś
my na ławie,
a fircyk gło
ś
no zacz
ą
ł dopomina
ć
si
ę
o jedzenie.
— Zaraz, zaraz... — uspokajał go gospodarz.
Fircyk nie mógł usiedzie
ć
na miejscu. Kr
ę
cił si
ę
mi
ę
dzy stołami, przekomarzał si
ę
z
uwi
ą
zan
ą
na dr
ąż
ku papug
ą
, kopn
ą
ł psa, a
ż
wreszcie jego uwag
ę
zaj
ą
ł wielki plan okoli-
cznych terenów, wisz
ą
cy na
ś
cianie. Przez dłu
ż
sz
ą
chwil
ę
wodził po nim palcem, wreszcie
krzykn
ą
ł:
— A to łajdaki!
Gospodarz zwrócił głow
ę
ku niemu.
— H
ę
? — mrukn
ą
ł pytaj
ą
co.
— To jest oszuka
ń
czy plan! — Fircyk uderzył pi
ęś
ci
ą
w płacht
ę
papieru.
Gospodarz spokojnie zdj
ą
ł z kołka odło
ż
ony niedawno pas z rewolwerem i zapi
ą
ł go
sobie ponownie na brzuchu, po czym hamuj
ą
c si
ę
powiedział dobitnie:
— To jest d o b r y plan.
— Nieprawda! Ziemia mi
ę
dzy Rio Claro i Rio Verde jest moja.
— Sk
ą
d pana? — oburzył si
ę
gospodarz. — Nale
ż
y do coronela Beniamina z Goiânii.
Zreszt
ą
sprzedałem j
ą
ju
ż
w jego imieniu pewnemu kupcowi z Belo Horizonte. Chce pan
wiedzie
ć
komu? Zaraz poszukam w papierach.
— Nie potrzeba — odpowiedział fircyk — to moja ziemia i ja j
ą
te
ż
sprzedałem.
— T
ę
mi
ę
dzy Rio Claro i Rio Verde?
— Oczywi
ś
cie.
Tymczasem w barze zgromadziło si
ę
ju
ż
wielu m
ęż
czyzn. Popijali kaszas
ę
, nalewan
ą
im skwapliwie przez czarn
ą
barmank
ę
, t
ę
g
ą
dziewczyn
ę
o grubych wargach i skr
ę
conych
Plik z chomika:
tadad
Inne pliki z tego folderu:
Budrewicz Olgierd - Zobaczyć, znaczy uwierzyć.pdf
(61682 KB)
Falvey Pat - Mordercza góra.pdf
(15255 KB)
Budrewicz Olgierd - Madagaskar pełen tajemnic.pdf
(12281 KB)
Brzozowski Maciej A. - Włosi. Życie to teatr.pdf
(17387 KB)
Budrewicz Olgierd - Argonauci z Papui.pdf
(12193 KB)
Inne foldery tego chomika:
Atlasy, mapy, przewodniki
Audiobooki
Biografie
Czasopisma
Fantastyka
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin