Dean Koontz - Zimny ogień.pdf

(1208 KB) Pobierz
28345971 UNPDF
DEAN KOONTZ
ZIMNY OGIEŃ
28345971.001.png
Poświęcam Nickowi i Vicky Page’om,
którzy byliby wspaniałymi sąsiadami i przyjaciółmi,
gdyby im się tylko chciało
- oraz Dickowi i Pat Kanonom,
jednym z niewielu w Hollywood,
którzy są i pozostaną sobą.
Dzięki wam wszystkim stałem się lepszy.
Bardziej postrzelony, ale lepszy!
CZĘŚĆ PIERWSZA
BOHATER I PRZYJACIEL
W realnym świecie
tak jak w snach
wszystko coraz to
inną ma twarz.
KSIĘGA POLICZONYCH SMUTKÓW
Życie bez celu
przytłacza nas.
Spełnijmy więc
co los nadarzy -
lub rogu Śmierci
usłuchajmy,
w mrok wezwani.
Gdy cel nam w życiu
nie przyświeca,
martwe są oczy
udręką los
albo pierś zbroczy
samobójczy cios.
KSIĘGA POLICZONYCH SMUTKÓW
12 SIERPNIA
1
Jeszcze przed wypadkami w supermarkecie Jim Ironheart powinien wiedzieć, że
szykują się kłopoty. W nocy prześladował go koszmar. Po rozległym polu ścigało go stado
wielkich kosów. Skrzeczały, ogłuszająco trzepotały skrzydłami, cięły dziobami ostrymi jak
chirurgiczne skalpele. Kiedy otrząsnął się ze snu, nie mógł złapać tchu. Nie wkładając
nawet góry od piżamy, poczłapał na balkon odetchnąć świeżym powietrzem. Ale już o wpół
do dziesiątej rano słupek rtęci w termometrze wskazywał trzydzieści trzy stopnie i wrażenie
duszności, które nie pozwoliło mu spać, tylko się pogłębiło.
Długi prysznic i golenie odświeżyły go.
W lodówce nie było nic poza wyschniętym na wiór kawałkiem ciasta. Przypominało
laboratoryjną kulturę nowego, wyjątkowo jadowitego szczepu bakterii. Pozostawało
głodować albo zanurzyć się w buchający żar.
Sierpniowy dzień był tak gorący, że żyjące w realnym świecie ptaki przysiadły na
konarach drzew, zamiast szybować po otwartym, spalonym słońcem niebie południowej
Kalifornii. Tkwiły bezgłośnie w liściastych kryjówkach, ćwierkając z rzadka i bez
entuzjazmu. Psy szybko przemykały wzdłuż chodników parzących jak grill. Żaden
przechodzień: mężczyzna, kobieta czy dziecko, nie musiał sprawdzać, czy jajko usmaży się
na betonie, mógł to przyjąć na wiarę.
Zjadł lekkie śniadanie w przybrzeżnej kafejce w Laguna Beach. Mimo iż siedział na
patiu przy stoliku z parasolem, poczuł, jak znowu opuszczają go siły, a ciało pokrywa
warstwa potu. Był to jeden z tych nielicznych dni, kiedy Pacyfik nie tchnął nawet cieniem
powiewu.
Pojechał do supermarketu: początkowo robił wrażenie przyjaznego schronienia. Jim
miał na sobie tylko białe, luźne bawełniane spodnie i niebieską koszulkę, a klimatyzacja i
zimne powietrze, dobywające się z chłodzonych pojemników, działały ożywczo.
Stał właśnie przy słodyczach, porównując skład makaroników z zawartością
batonów ananasowo - kokosowo - migdałowych i próbując ustalić, którym produktem
mniej zgrzeszy przeciw diecie odchudzającej, kiedy dostał ataku. Jak zawsze, nie wyglądał
groźnie - nie było konwulsji, gwałtownych skurczów mięśni, zlewania się potem ani
odżywek w obcym języku. Po prostu nagle obrócił się do stojącej obok kobiety i rzekł:
- Linia życia.
Kobieta miała około trzydziestki, była ubrana w szorty i strzępek bluzki ledwo
Zgłoś jeśli naruszono regulamin