Salvatore R. A. - Wektor pierwszy.pdf

(1893 KB) Pobierz
Microsoft Word - SW [0025_01] R.A.Salvatore - Wektor pierwszy.doc
1
R.A. Salvatore
Wektor pierwszy
2
WEKTOR PIERWSZY
R.A. SALVATORE
Przekład
MACIEJ SZYMAŃSKI
6302507.002.png 6302507.003.png 6302507.004.png
3
R.A. Salvatore
Wektor pierwszy
4
Tytuł oryginału
VECTOR PRIME
Redakcja stylistyczna
AGNIESZKA WESELI
Redakcja techniczna
ANNA BONISŁAWSKA
Korekta
JOANNA CHRISTIANUS
Ilustracja na okładce
CLIFF NIELSEN
Opracowanie graficzne okładki
STUDIO GRAFICZNE WYDAWNICTWA AMBER
Skład
WYDAWNICTWO AMBER
Copyright © 1999 by Lucasfilm, Ltd. & TM
All rights reserved.
For the Polish translation
Copyright © 2000 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
ISBN 83-7245-311-X
Ukochanej Dianie oraz dzieciakom:
Bryanowi, Geno i Caitlin,
dzięki którym mogłem wczuć się w rolę Hana Solo!
6302507.005.png
5
R.A. Salvatore
Wektor pierwszy 6
oczach Mary, Leia rozumiała, że ta cenna przyjaźń może dać Jainie coś, czego sama nie
mogła ofiarować córce. Wysiłkiem woli pokonała uczucie zazdrości i po prostu cieszy-
ła się, że jej dziecko znalazło taką przyjaciółkę.
Zrobiła krok w kierunku sterowni i znowu zatrzymała się, wyczuwając za sobą ja-
kiś ruch. Zanim się obejrzała, wiedziała już, że to Bolpuhr, Noghri, jej ochroniarz. Ob-
darzyła go jedynie przelotnym spojrzeniem, gdy przesunął się za jej plecami z lekkością
i wdziękiem, które skojarzyły jej się z falowaniem koronkowej zasłonki na wietrze.
Właśnie dlatego zgodziła się, by Bolpuhr stał się jej cieniem: był najbardziej dyskretną
ochroną, jaką potrafiła sobie wyobrazić. Zdumiewało ją, że pod gracją bezszelestnych
ruchów młodego Noghriego kryje się śmiercionośna sprawność wytrenowanego zabój-
cy.
ROZDZIAŁ
1
Leia uniosła dłoń, nakazując Bolpuhrowi, by pozostał w korytarzu. Choć przez
obojętną zwykle twarz obcego przemknął grymas zawodu, wiedziała, że wykona roz-
kaz. Jak każdy Noghri, spełniał wszystkie jej życzenia. Gdyby zechciała, skoczyłby w
przepaść lub w rozpaloną dyszę silnika jonowego. Niezadowolenie okazywał tylko
wtedy, gdy rozkazy księżniczki utrudniały mu jej właściwą ochronę.
Leia podejrzewała, że tak właśnie czuł się w tej chwili, choć za nic w świecie nie
mogła pojąć, co - zdaniem Bolpuhra - mogłoby jej grozić na pokładzie prywatnego
promu jej bratowej. Noghri bywał niekiedy aż przesadnie oddany.
Kiwając głową w jego stronę, Leia wkroczyła na mostek.
- Daleko jeszcze? - zapytała i ze zdziwieniem zauważyła, że Mara i Jaina pode-
rwały się z miejsc, zaskoczone jej nagłym wejściem.
W odpowiedzi Jaina powiększyła obraz na centralnym ekranie. Plamki światła
zmieniły się w dwie planety: błękitno-białą i czerwoną, które unosiły się w przestrzeni
tak blisko siebie, że Leia zastanawiała się jakim cudem ta pierwsza, nieco większa, nie
pochwyciła mniejszej w swoje pole grawitacyjne i nie zmieniła jej w swój księżyc. W
połowie drogi między nimi, czyli w odległości mniej więcej pół miliona kilometrów od
powierzchni, w cieniu błękitno-białej planety błyszczały światła pokładowe „Mediato-
ra", kalamariańskiego krążownika, jednej z najnowszych jednostek Floty Nowej Repu-
bliki.
PĘKAJĄCE WŁÓKNA
Było zbyt spokojnie. Ciszę kosmicznej pustki zakłócał jedynie ciągły szmer bliź-
niaczych silników jonowych. Choć Leia Organa Solo lubiła takie chwile, uważała je za
swoistą pułapkę emocjonalną- żyła już wystarczająco długo, by wiedzieć, że na końcu
tej podróży czeka ją niełatwe zadanie.
Wszystkie jej podróże kończyły się ostatnio „niełatwymi zadaniami".
Zatrzymała się na moment, nim weszła na mostek „Miecza Jade" - nowego promu,
który jej brat, Luke, zbudował dla żony, Mary Jade. Mara i Jaina, najwyraźniej nie-
świadome obecności księżniczki, rozmawiały beztrosko, siedząc ramię w ramię za ste-
rami statku. Leia przyjrzała się córce, zaledwie szesnastoletniej, a już dojrzałej, spokoj-
nej jak pilot-weteran. Jaina bardzo przypominała matkę: miała długie, ciemne włosy i
brązowe oczy, mocno kontrastujące z gładką, śmietankową skórą. Leia bez trudu do-
strzegała w dziewczynie to podobieństwo. Nie, nie w dziewczynie- poprawiła się w
myślach - w młodej kobiecie. W jej oczach igrały te same iskry, znamionujące figlarną
i awanturniczą, ale i zdecydowaną naturę.
To spostrzeżenie nieco zbiło Leię z tropu. Zdała sobie sprawę, że patrząc na Jainę
nie dostrzegała odbicia samej siebie, a tylko obraz dziewczyny, którą była dawno temu.
Na myśl o teraźniejszości poczuła lekkie ukłucie smutku: była dyplomatą, biurokratą i
mediatorem, wiecznie próbującym łagodzić polityczne niesnaski i nieustannie pracują-
cym na rzecz pokoju i dobrobytu Nowej Republiki. Czy brakowało jej tych dni, kiedy
słyszała wokół siebie huk strzałów z blasterów i świst mieczy świetlnych? Czy żałowa-
ła, że zastąpił je basowy pomruk jonowych silników i swarliwe głosy tłumu urażonych
ambasadorów i emisariuszy?
Być może - przyznała w myślach, lecz zawadiackie błyski w oczach Jainy były dla
niej wielkim pocieszeniem.
Po chwili usłyszała, że Mara i Jaina śmieją się z szeptanego żarciku i poczuła jesz-
cze jedno delikatne ukłucie - może zazdrości? Odsunęła od siebie tę absurdalną myśl.
Jej bratowa, żona Luke'a i przewodniczka Jainy na ścieżce Jedi, nie zastępowała dziew-
czynie matki, lecz była raczej jej starszą siostrą. Patrząc na ogniki płonące w zielonych
- Bliżej już być nie mogą - zauważyła Mara. Miała na myśli położenie planet.
- Za pozwoleniem - melodyjny głos dobiegł od strony drzwi, w których stanął an-
droid protokolarny C-3PO. - Obawiam, się, że to niezupełnie prawdziwe stwierdzenie.
- Prawie prawdziwe - mruknęła Mara, odwracając się ku Jainie. - Z technicznego
punktu widzenia i Rhommamoolanie, i Osarianie stworzyli cywilizacje naziemne....
- O tak, Rhommamoolanie niemal wyłącznie naziemną! -wtrącił czym prędzej
Threepio i nie zważając na jęk, który wydobył się zgodnie z piersi trzech kobiet, rozga-
dał się na dobre. -Choć i flota Osarian może być uważana w najlepszym razie za nie-
wiele znaczącą. Chyba że zastosujemy skalę rozwoju techniki lotniczej opracowaną
przez Pantanga, która stawia na równi z niszczycielem gwiezdnym nawet pospolity
śmigacz. Moim zdaniem ta klasyfikacja jest wprost śmieszna.
- Dziękujemy, Threepio. - Leia przerwała mu tonem wskazującym na to, że usły-
szała już nieco więcej niż wystarczającą ilość informacji.
6302507.001.png
7
R.A. Salvatore
Wektor pierwszy 8
Leia właśnie odwracała się w jego stronę, by grzecznie, lecz stanowczo, wyłączyć
go na dłużej, gdy krzyk Jainy osadził ją w miejscu i kazał znów spojrzeć na centralny
ekran.
- Statki w polu widzenia! - obwieściła Jaina z niedowierzaniem. Na wyświetlaczu
sensora bojowego pojawiły się jasne punkciki.
- Cztery - potwierdziła Mara. W tej samej chwili wyłączyły się brzęczyki alarmo-
we. - To Osarianie - dodała, spoglądając z zaciekawieniem na Leię. - Wiedzą, kim je-
steśmy?
Leia skinęła głową.
- Wiedzą też po co przybywamy.
- W takim razie powinni zostawić nas w spokoju - rozumowała Jaina.
Księżniczka ponownie kiwnęła głową, ale wiedziała swoje: nie przyleciała tu, że-
by rozmawiać z Osarianami - a przynajmniej nie od razu - lecz z ich największym wro-
giem, Nomem Anorem, charyzmatycznym przywódcą religijnym siejącym zamęt na
Rhommamool.
- Powiedz im, żeby się wycofali - poleciła.
- Grzecznie? - spytała Mara z uśmiechem, a w jej oczach zapaliły się niebezpiecz-
ne iskry.
- Wzywam prom Nowej Republiki - z komunikatora dobiegł natarczywy głos. -
Mówi kapitan Grappa z Pierwszej Grupy floty osariańskiej.
Jednym pstryknięciem przełącznika Mara przerzuciła obraz na duży ekran. Leia
westchnęła, widząc zieloną skórę, grzebień biegnący przez środek głowy i ryjek podob-
ny do pyska tapira.
- Cudownie - stwierdziła sarkastycznie.
- Osarianie wynajęli Rodian? - spytała Jaina.
- Nie ma to jak paru najemników, kiedy trzeba zaprowadzić porządek - odparła
drwiąco Leia.
- Wielkie nieba - mruknął C-3PO i nerwowo oddreptał na bok.
- Polecicie z nami na Osa-Prime - nalegał Grappa, z niecierpliwością błyskając
wypukłymi ślepiami.
- Zdaje się, że Osarianie chcą z tobą pogadać jako pierwsi -stwierdziła Mara.
- Boją się, że moje spotkanie z Nomem Anorem umocni jego pozycję wśród
Rhommamoolan i w całym sektorze - domyśliła się Leia. Na temat tych całkiem uza-
sadnionych obaw dyskutowano bez końca jeszcze przed przedsięwzięciem tej misji.
- Wszystko jedno dlaczego tu są, ale zbliżają się dość szybko - rzuciła Mara i po-
dobnie jak Jaina spojrzała na księżniczkę oczekując instrukcji. Wprawdzie „Miecz Ja-
de" był jej statkiem, lecz wyprawie przewodziła Leia.
- Księżniczko? - odezwał się mocno zdenerwowany C-3PO.
Leia przysiadła na fotelu za plecami Mary, intensywnie wpatrując się w ekran,
który Jaina przełączyła z powrotem na normalny widok przestrzeni przed statkiem.
Cztery zbliżające się myśliwce widać było jak na dłoni.
- Trzeba je zgubić - oznajmiła zdecydowanie. Tego polecenia pilotom nie trzeba
było powtarzać dwa razy. Mara nie mogła się już doczekać sprawdzenia potężnych
- Mimo to dysponują pociskami, którymi mogą razić się wzajemnie z niewielkiej
odległości... - Mara próbowała dokończyć myśl.
- Właśnie! - krzyknął android. - Biorąc pod uwagę bliskość eliptycznych orbit tych
planet...
- Dziękujemy, Threepio - powtórzyła Leia.
-... pozostaną w zasięgu skutecznego ostrzału jeszcze przez jakiś czas - ciągnął an-
droid, nie gubiąc rytmu. - Co najmniej przez kilka miesięcy. Jeśli chodzi o ścisłość, to
za dwa tygodnie odległość między nimi będzie najmniejsza. Tak blisko siebie nie znaj-
dą się przez następnych dziesięć lat.
- Dziękujemy, Threepio! - wykrzyknęły zgodnie Mara i Leia.
- Przez ostatnią dekadę również nie były tak blisko - zdążył dorzucić android, nim
kobiety podjęły przerwaną konwersację.
Mara potrząsnęła głową, próbując przypomnieć sobie, o czym mówiła.
- To dlatego twoja matka chce wkroczyć właśnie teraz.
- Spodziewasz się wojny? - błyski w oczach Jainy nie uszły uwadze jej towarzy-
szek.
- „Mediator" utrzyma ich w ryzach - odparła Leia z nadzieją. Istotnie, nowy okręt
był imponujący: znacznie lepiej uzbrojony i solidniej opancerzony niż wcześniejsze
modele kalamariańskich krążowników gwiezdnych.
Mara spojrzała na ekran i z powątpiewaniem pokręciła głową.
- Trzeba czegoś więcej niż demonstracji siły, żeby zapobiec katastrofie.
- Według wszelkich raportów konflikt, w rzeczy samej, przybiera na sile - włączył
się Threepio. - Zaczęło się od zwykłego sporu o prawa do kopalin, a dziś obie strony
używają retoryki bardziej odpowiedniej na czas religijnych krucjat.
- To przez przywódcę Rhommamoolan - zauważyła Mara. - Nom Anor wykorzy-
stał najbardziej pierwotne instynkty swoich popleczników. To on przeniósł spór z Osa-
rianami na bardziej ogólną płaszczyznę „ucisku i tyranii". Nie wolno go lekceważyć.
- Nie będę wymieniać wszystkich podobnych mu tyranów, z którymi się rozprawi-
łam - odparła Leia, z rezygnacją wzruszając ramionami.
- Dysponuję pełną listą- wypalił Threepio. - Tonkoss Rathba z....
- Dziękujemy, Threepio - przerwała mu Leia złowieszczo uprzejmym tonem.
- Nie ma za co, księżniczko. Na tym polega moja służba. Na czym to ja stanąłem?
Ach, tak. Tonkoss Rathba z....
- Nie teraz, Threepio - ucięła Leia, a po chwili wróciła do przerwanej rozmowy. -
Widziałam już wielu takich.
- Niezupełnie takich - odpowiedziała miękko Mara. Nagła słabość w jej głosie
przypomniała Leii i Jainie, że pod maską brawury i nadmiaru energii kryje się poważna
choroba. Dziwna -i oby rzadko spotykana - dolegliwość zabiła już dziesiątki ludzi.
Najlepsi lekarze Nowej Republiki byli wobec niej bezradni. Spośród tych, którzy cier-
pieli na owe „zaburzenia molekularne", przeżyły jak dotąd tylko dwie osoby. Jedną z
nich była Mara, zaś drugą, umierającą, poddawano teraz na Coruscant intensywnym
badaniom.
- Daluba... - C-3PO postanowił kontynuować wątek - ... no i oczywiście Icknya...
 
9
silników i supernowoczesnego układu sterowania swego promu w warunkach bojo-
wych.
Z błyskiem w oczach i szerokim uśmiechem na ustach sięgnęła ku sterom, lecz po
chwili cofnęła dłonie i położyła je na kolanach.
- Słyszałaś, Jaino? - ponagliła.
Dziewczyna rozdziawiła usta ze zdumienia; podobnie jak Leia.
- Naprawdę? - spytała.
Jedyną odpowiedzią Mary była niemal znudzona mina i dyskretne ziewnięcie, jak-
by cały manewr był prostą sztuczką, która nie powinna sprawić Jainie najmniejszego
problemu.
- Tak! - szepnęła Jaina, zaciskając pięści i uśmiechając się od ucha do ucha. Roz-
tarta dłonie i przebiegła palcami po kuli sterującej kompensatorem przyspieszenia. -
Zapnijcie pasy - zarządziła, zmniejszając skuteczność urządzenia do dziewięćdziesięciu
pięciu procent. Robili to często piloci myśliwców, którzy chcieli całym ciałem czuć
manewry statku. Jaina słyszała, że nazywali to „odczytywaniem przyspieszeń". Lubiła
latać w ten sposób, bo tylko wtedy mogła poczuć, jak błyskawiczne zwroty i zawrotne
przyspieszenia wgniatają ją w fotel.
- Tylko bez przesady - pouczyła ją zaniepokojona matka.
Leia wiedziała jednak, że jej dziecię jest w swoim żywiole i postara się wykorzy-
stać wszystkie możliwości promu. Poczuła silny przechył w chwili, gdy Jaina pociągnę-
ła stery w prawo, omijając zbliżające się od czoła myśliwce.
- Jeśli spróbujecie uciekać, zestrzelimy was! - odezwał się chrapliwie Grappa.
- Łowcy Głów Z-95 - mruknęła Mara drwiąco, przyglądając się, przestarzałym
maszynom. Wyłączyła komunikator i odwróciła się ku Leii. - Nie zestrzelą, bo nie do-
gonią- wyjaśniła. -Daj ognia - rzuciła w kierunku Jainy, wskazując na dźwignię akcele-
ratora, pewna, że nagły skok naprzód pozwoli „Mieczowi Jade" przemknąć tuż przed
nosami oszołomionych Rodian i ich przedpotopowych myśliwców.
W tym momencie na ekranie pojawiły się kolejne dwa punkciki. Pędziły od strony
cienia planety Rhommamool i ustawiały się na kursie równoległym do trasy promu.
- Maro... - odezwała się niespokojnie Leia. Właścicielka statku położyła ręce na
sterach, ale tylko na chwilę. Spojrzawszy Jainie prosto w oczy, przyzwalająco kiwnęła
głową.
Leia pochyliła się w fotelu tak daleko, jak pozwalały jej pasy, kiedy Jaina dała całą
wstecz, jednocześnie szarpiąc sterem w prawo. Za plecami kobiet rozległ się łomot
upadającego metalu. C-3PO grzmotnął w ścianę - domyśliła się Leia.
Kiedy „Miecz Jade" zatrzymał się gwałtownie, przechylając się dziobem na ster-
burtę, Jaina z całych sił pchnęła manetkę akceleratora i gwałtownie operując silnikami
manewrowymi to w lewo, to w prawo, wykonała dziki zwrot, po czym ustawiła wresz-
cie maszynę rufą do dotychczasowego kierunku podróży. Przed dziobem promu prze-
mknęła błyskawica laserowego strzału.
- W porządku. Pierwszych czterech mamy teraz na ogonie - obwieściła spokojnie
Mara. „Miecz Jade" zatrząsł się, trafiony w tylną część kadłuba, ale osłony z łatwością
zniosły ostrzał.
R.A. Salvatore
Wektor pierwszy 10
- Spróbuj... - zaczęła Mara, ale słowa - podobnie jak posiłek - stanęły jej w gardle,
kiedy Jaina położyła statek w dwa szybkie obroty przez prawą burtę.
- Zginiemy! - Okrzyk Threepia dobiegł z tyłu, spod drzwi. Leia zdołała jakoś od-
wrócić głowę, w samą porę, by dostrzec, jak android obija się o metalową oścież i z
żałosnym piskiem odlatuje w głąb korytarza. Jaina znowu szarpnęła sterem, zamiatając
rufą statku w bok.
Para Łowców Głów przemknęła przed iluminatorem. Myśliwce były widoczne
tylko przez ułamek sekundy, bowiem Jaina ponownie zmieniła kurs, dając pełną moc
do jednego z silników. Leia opadła na fotel, wtłoczona w oparcie nagłym przyspiesze-
niem. Bardzo chciała powiedzieć coś córce - dodać jej odwagi lub udzielić rady - ale
słowa uwięzły jej w krtani, i to nie za sprawą przeciążenia.
Spojrzała na Jainę, na jej brązowe oczy, zaciśnięte w determinacji szczęki i wyraz
pełnego skupienia malujący się na twarzy. Teraz była już pewna: jej córka była dorosłą
kobietą, a do tego obdarzoną w dwójnasób twardym charakterem, odziedziczonym i po
ojcu, i po matce.
Mara obejrzała się przez prawe ramię, wpatrując się w jakiś punkt leżący między
Jainą a Leią. Obie znały ją wystarczająco długo, by zrozumieć, że dwa z pierwotnej
czwórki myśliwców powtórzyły manewr promu i teraz zbliżały się szybko, bluzgając
ogniem z laserowych działek.
- Trzymajcie się - ostrzegła spokojnie Jaina, po czym pociągnęła ster ku sobie,
unosząc dziób „Miecza Jade", a następnie pchnęła go energicznie. Statek wykonał od-
wróconą pętlę.
- Jesteśmy zgubieni! - jęknął z korytarza C-3PO. Z sufitu korytarza - pomyślała
Leia.
Jaina przerwała pętlę w połowie, wychodząc z niej gwałtowną beczką autorotacyj-
ną, nagłym zwrotem i jeszcze jedną, klasyczną beczką. Tym sposobem powróciła na
pierwotny kurs i miała grupę pościgową za rufą. Teraz dopiero dała pełną moc w obu
silnikach jonowych, by przedrzeć się przez prześwit między pozostałymi dwoma my-
śliwcami, które zbliżały się od strony planet.
Obie maszyny odskoczyły na boki, a po chwili powróciły na kurs. Wprawdzie
droga ucieczki była teraz szersza, ale myśliwce zyskały dogodniejszy kąt ostrzału i
mogły szybciej zawrócić za umykającym między nimi promem.
- Nieźli są - rzuciła ostrzegawczo Mara i urwała, podobnie jak wcześniej Leia,
bowiem Jaina, zacisnąwszy zęby, aby lepiej znieść przeciążenie, znowu dała gwałtow-
nie całą wstecz.
- Księżniczko... - błagalny jęk z korytarza urwał się w połowie, zagłuszony przez
donośny huk padających blach.
- Wchodzi! - krzyknęła Mara, zauważając myśliwiec przystępujący do ataku z le-
wej burty.
Jaina nie widziała przeciwnika i nie słyszała ostrzeżenia. Zamknęła się w sobie,
czując przepływającą Moc. Dzięki niej rejestrowała ruchy nieprzyjaciół i reagowała na
nie instynktownie, przewidując dalsze posunięcia o trzy ruchy naprzód. Zanim Mara
zdążyła coś dodać, Jaina odpaliła dziobowe silniki manewrowe, unosząc nos promu, a
 
Zgłoś jeśli naruszono regulamin