Jilly Cooper
Gdy tylko ujrzałam Jeremy'ego Westa, postanowiłam, że będzie mój. Siedziałam w „Arabelli”, patrząc na tłum dziewcząt i różnych typów wijących się po parkiecie w konwulsjach mających oznaczać taniec, kiedy nagle - rozsunąwszy bambusową zasłonę - na salę wkroczył blondyn i stanął, rozglądając się za kelnerką.
Nawet w panującym półmroku, skutecznie maskującym wystrój 'Arabelli', dostrzegłam, że to facet z klasą. Wysoki, szczupły, miał twarz o wydatnych kościach policzkowych i duże rozmarzone oczy Rudolfa Nuriejewa.
Kiedy kelnerka podeszła do niego, zauważyłam, że bynajmniej nie zerknął łakomie na jej mocno wydekoltowany biust. Wskazała mu stolik w pobliżu naszego. Wyraźnie na kogoś czekał. Po chwili bambusowa zasłona rozsunęła się ponownie i weszła gruba dziewczyna; rozejrzała się dokoła, mrużąc oczy w charakterystyczny dla krótkowidzów sposób. Wstał i pomachał do niej, a wtedy jej twarz rozjaśnił uśmiech, który wydał mi się znajomy. Poznałam ją - to Gussie Forbes, moja dawna koleżanka szkolna. Jakim cudem udało jej się złowić tak zabójczego faceta?
- Popatrz - dźgnęłam łokciem Charliego. - To Gussie Forbes, chodziłyśmy razem do szkoły. Charlie łypnął sponad bardzo ciemnych okularów, które nosił tylko po to, by podkreślić wygląd mafiosa.
- Jej nie udało się tak dobrze zmazać piętna szkoły jak tobie - powiedział. - Najwyraźniej pomija w pismach kobiecych artykuły o odchudzaniu, a koncentruje się na tych, które traktują o naturalnym wdzięku . Czyżbyś miała zamiar dopaść ją i snuć wspomnienia o tym, co działo się po ciszy nocnej w sypialni, i o brodatej pani od francuskiego? Nie słuchałam go.
- Zobacz! - zawołałam. - Zamawiają szampana. Wyglądają, jakby coś świętowali, nie sądzisz?
- Cóż można świętować z kimś tak wyglądającym? - odparł Charlie i zawoławszy kelnerkę, poprosił o następną whisky.
Charliemu doskonale szły interesy. Właśnie zbił fortunę, był młody, no i wolny strzelec jak ja. Nie zwracał specjalnej uwagi na ludzi, chyba że mogli mu pomóc w karierze lub przyczynić się do poprawienia jego image. Zaczynał mnie już nudzić i pewnie dlatego coraz bardziej się we mnie zadurzał. Bardziej mnie to irytowało, niż martwiło - przyzwyczaiłam się do zakochanych we mnie mężczyzn. Kiedy go ostatecznie odstawię, Charlie będzie zapewne obnosił się z urażoną dumą przez dwa tygodnie, przemaluje ferrari, po czym zajmie się kolejnym romansem.
Nie mogłam oczu oderwać od typa, który stawiał szampana Gussie Forbes. Właśnie podniosła kieliszek w toaście a on trzymał ją za rękę i uśmiechał się do niej. Miał piękny uśmiech - delikatny, obejmujący całą twarz. Teraz pogładził ją po policzku. W najwyższym stopniu zagadkowe. Charlie trajkotał o swoim sklepie z modnymi męskimi ciuchami - kto u niego kupuje, jak trudno znaleźć odpowiednich pracowników, i tak dalej. Gussie i jej mężczyzna poszli zatańczyć. On poruszał się lekko, z gracją lamparta, ona zaś miotała się, wymachując rękami i kręcąc tyłkiem. Przypominała młodego słonia pluskającego się w sadzawce.
Charlie wyjął złotą papierośnicę, zapalił dwa papierosy i podał mi jednego z nich. Świadomie wykonywał mnóstwo erotycznych gestów, nie wiedział jednak biedak, że działają one tylko w wydaniu Cary Granta. Gussie zwijała się i wymachiwała głową niczym w amoku.
- Ta twoja koleżanka najwyraźniej nie przykładała się w szkole do lekcji tańca - zauważył Charlie, przyglądając się jej z wyraźnym rozbawieniem.
- Jako dość wysoka, musiała zapewne występować w roli mężczyzny - wyjaśniłam. Na parkiecie zrobiło się tłoczno; Gussie i jej partner tańczyli teraz w czułym uścisku. Przytulił policzek do jej włosów, ale wzrokiem błądził leniwie po sali. Ona zamknęła oczy w ekstazie; na jej ustach rozlał się głupio zachwycony uśmiech. Rany, tak samo beznadziejna jak w szkole! Charlie położył rękę na moim udzie i opróżnił kieliszek.
- Może pójdziemy? - zaproponował.
- Za chwilkę, wypijmy jeszcze po jednym. Muzyka umilkła. Wracając z parkietu, mijali nasz stolik. Dłonią artystycznie zburzyłam włosy i poprawiłam asymetryczną grzywkę zasłaniającą pół twarzy.
- Cześć, Gussie! - zawołałam głośno.
- Na litość boską - wyszeptał Charlie.
Gussie rozglądała się dookoła, mrużąc oczy.
- Tutaj! Wreszcie mnie zobaczyła i wydała okrzyk zachwyconej uczennicy.
- O rany! To ty, Octavio? Nie może być!
- Tak, to naprawdę ja. Przysiądź się do nas. Gussie przeciskała się między stolikami z zaróżowioną twarzą błyszczącą z podniecenia; dyszała po ćwiczeniach tanecznych na parkiecie.
- To cudownie, że się spotkałyśmy - ucałowała mój nadstawiony policzek. - Wyglądasz fantastycznie. Wypchnęła do przodu swojego blondyna.
- To jest Jeremy West. Dziś świętujemy nasze zaręczyny. Zaręczyny! Stąd ten szampan. Ale przynajmniej jeszcze się nie pobrali.
- Gratuluję - powiedziałam, mierząc Jeremy'ego szczególnie długim i wymownym spojrzeniem. - Ależ to musi być ekscytujące.
- Tak, jakżeby inaczej? - uśmiechnął się do mnie.
- Jeremy, kochanie - wtrąciła się Gussie - to Octavia Brennen. Chodziłyśmy do tej samej klasy, ale niezbyt długo. Octavia popełniła jakąś straszną zbrodnię, zdaje się, że zjadła w kościele jabłko podczas nabożeństwa dziękczynnego za zbiory, więc ją odesłali do domu. Po jej wyjeździe zrobiło się okropnie nudno.
- Mogę to sobie wyobrazić - odparł Jeremy. Ach, ten łamiący serca uśmiech!
- To Charles Mancini - powiedziałam. Charlie skinął głową enigmatycznie. Zestawienie twarzy meksykańskiego rozbójnika z różowym zamszowym garniturem i ciemnoszarą koszulą stwarzało kombinację tyleż podejrzaną, co fascynującą. Każda dziewczyna mogła być dumna z jego towarzystwa.
- Może byśmy coś razem wypili? - zaproponowałam, nie zwracając uwagi na gwałtowne kopnięcie w kostkę, którym potraktował mnie Charlie. Gussie spojrzała na Jeremy'ego.
- Czemu nie - odparła. Jeremy West skinął głową.
- Charlie, poproś kelnerkę o dodatkowe krzesła - rzuciłam.
- Co pijemy? - zapytał obrażony Charlie.
- Szampana - zdecydowałam - mamy przecież święto.
- Och, ja już za dużo wypiłam i strasznie chce mi się śmiać - wyznała Gussie. - Czy mogę prosić o sok pomarańczowy? Miałam rację, kompletna idiotka.
- Ale ty napijesz się szampana? - Charlie zwrócił się do Jeremy'ego.
- Wolę whisky, oczywiście ja stawiam. Charlie przecząco pokręcił głową i zawołał kelnerkę.
- Naprawdę dziś się zaręczyliście? - spytałam.
- Właściwie wczoraj - odrzekła Gussie, próbując ukryć ramiączko stanika, które wylazło na białe tłuste ramię.
- Dostałaś pierścionek?
- Tak, czyż nie uroczy? - wyciągnęła dłoń o krótkich, serdelkowatych palcach, które w życiu nie zetknęły się z manikiurzystką. Na serdecznym lśnił stylowy pierścionek - rubiny i perły otoczone delikatną złotą plecionką.
Było oczywiste, że musiał wybrać coś tak prześlicznego. Wszyscy mężczyźni, których znam, daliby mi brylant albo szafir wielkości gołębiego jaja.
- Wspaniały - powiedziałam, patrząc na Jeremy'ego poprzez falę włosów. - Masz szczęście, Gussie. Naprawdę przystojni mężczyźni, którzy gustują w towarze drugiego gatunku, to w naszych czasach rzadkość. Charlie nie usłyszał tej uwagi, zajęty zamawianiem napojów, Jeremy zaś lekko się zarumienił.
- O tak, jest śliczny - zgodziła się Gussie. - Muszę się ciągle szczypać, żeby się upewnić, że to nie sen: wybrać takie stare pudło jak ja...
- Powiedzcie mi, kiedy skończycie wychwalać mnie niczym byka, który zdobył pierwszą nagrodę na wystawie rolniczej... - zaprotestował Jeremy, ale zabrzmiało to łagodnie, po czym ujął opadający kosmyk włosów Gussie i wsunął jej za ucho.
Przyniesiono napoje.
- Wielkie dzięki. Jak to miło z twojej strony. - Gussie spojrzała na Charliego z wdzięcznością. Przypomniałam sobie, że zawsze wylewnie dziękowała za najmniejszy drobiazg.
- I jaki piękny garnitur - dodała ze smutnym westchnieniem. - Jeremy wyglądałby bosko w takich ciuchach, ale straszny z niego konserwatysta.
Oczekiwałam, że Charlie odetnie się złośliwie, ale on wręcz przeciwnie - zaczął jej opowiadać o swoim sklepie. To jej kolejna charakterystyczna cecha - zawsze zachęcała ludzi do mówienia o sobie, sprawiając przy tym wrażenie, że ją to naprawdę interesuje.
Spojrzałam przeciągle na Jeremy'ego. Pierwszy spuścił wzrok i pociągnął duży łyk whisky.
- Od razu lepiej. Nigdy nie przepadałem za szampanem.
- Piję go tylko na drugie śniadanie - rzuciłam. - Kiedy ślub?
- Myślimy o listopadzie.
- Nie wcześniej? Przecież to kawał czasu. Po cóż tak długo czekać?
- Mam dużo długów, a niezbyt mi się uśmiecha życie na utrzymaniu Gussie. Tak, rzeczywiście, przypomniałam sobie, że miała trochę własnych pieniędzy.
- Gdzie pracujesz?
- Jestem redaktorem w wydawnictwie i sam trochę piszę.
- Co?
- Nic specjalnego - trochę poezji, jakieś próby krytyki literackiej, czasem recenzje. Nie da się na tym zbić majątku.
Wyglądał na poetę z tymi rozmarzonymi niebieskimi oczami i długimi blond włosami, ale jego twarzy nie określiłabym jako zniewieściałej - zarys ust i podbródka wskazywał na ukrytą siłę. Sięgnęłam po papierosa, podał mi ogień. Ujęłam go za rękę, by wyrównać płomień, i spojrzałam spod opuszczonych rzęs. Przecież chyba czuł to napięcie między nami? Schował zapalniczkę.
- Dlaczego nazwano cię Octavią?
- Bo urodziłam się dwudziestego piątego października. Matce przeszła już miłość do mego ojca, w tym czasie szalała za kimś innym i bynajmniej nie zachwycało jej moje przyjście na świat, toteż nie zastanawiała się nad wyborem imienia i nazwała mnie tak jak miesiąc mojego urodzenia. Strasznie głupie imię.
- Śliczne. I pasuje do ciebie. Czy twoja matka wyszła za tego, za którym tak szalała?
- O nie, za kogoś zupełnie innego, a potem za następnego i jeszcze jednego. Ojciec również ożenił się powtórnie; już nie żyje. Pogubiłam się w rachunkach, jeśli chodzi o moje przyrodnie rodzeństwo.
- Pewnie nie było ci łatwo. Też pochodzę z rozbitego domu, ale u mnie nie wyglądało to aż tak dramatycznie. Widujesz się z matką?
- Od czasu do czasu, jak jest trzeźwa albo kiedy wpadnie do Londynu. Właściwie nigdy nie jeżdżę w odwiedziny do jej rezydencji na wsi. Nie cierpię scen. Kiepsko z nią teraz - urodę trafił szlag, a gdy się upije, dostaje napadów sentymentalnych wspomnień o moim ojcu, co doprowadza do szału jej obecnego męża. Jakież miał łagodne i pełne współczucia spojrzenie, i jak nieprzyzwoicie długie rzęsy.
- Przepraszam - powiedziałam lekko łamiącym się głosem, nad którym pracowałam latami - nie miałam zamiaru zanudzać cię rodzinnymi historiami. Zwykle nigdy o tym nie mówię. Kłamałam. Odgrywałam przecież pierwszy akt rutynowego podrywu la Octavia Brennen. Chodziło o to, by odczuł, jak bardzo potrzebuję opieki.
- Czuję się wyróżniony, twoje zaufanie bardzo mi pochlebia.
- Jak się poznaliście z Gussie? - zmieniłam temat.
- Zastępowała moją sekretarkę, kiedy tamta pojechała na narty. Wprawdzie nie była szczególnie zorganizowana, wszystkie listy musiała przepisywać na maszynie po dwa razy i zazwyczaj wkładała je do niewłaściwych kopert, ale podbiła mnie swoim urokiem. Kiedy moja idealna sekretarka wróciła i zaprowadziła porządek, zdałem sobie sprawę, że tęsknię za Gussie. Zadzwoniłem do agencji, która ją przysłała, zaprosiłem na kolację, i tak się zaczęło.
- Wcale się nie dziwię, jest taka miła - miałam nadzieję, że nie usłyszał nuty nieszczerości w moim głosie. - W szkole zawsze stawała w mojej obronie, gdy ktoś próbował mnie terroryzować.
- Tak, im lepiej się ją poznaje, tym bardziej się ją lubi. Najwyraźniej jej czar działał też na Charliego.
- Kiedyś próbowałam się odchudzać, ściśle przestrzegając diety - opowiadała. - Dzień po dniu, tydzień za tygodniem nic tylko sałata i ryba duszona na parze. Po sześciu tygodniach straciłam centymetr, ale wzrostu! - Trzęsła się ze śmiechu, a z nią Charlie i Jeremy.
Grali najnowszą płytę Rolling Stonesów. Pochyliłam się do przodu, przyciskając łokcie do boków, by pogłębić dekolt. Widziałam, że Jeremy spojrzał, po czym szybko odwrócił wzrok.
- Szaleję za tą piosenką - rzuciłam.
- Na cóż więc czekamy? - spytał Charlie wstając. Taniec to moja specjalność - uwalnia ciało od wszystkich frustracji, a duszę od całego zła.
Miałam na sobie długą złotą półprzezroczystą tunikę, dokładnie w kolorze włosów, i mnóstwo złotych łańcuszków na szyi. Czułam się niczym morska alga, kołysząca się zgodnie z falowaniem muzyki. Wiedziałam, że wszyscy na mnie patrzą - kobiety z zazdrością, mężczyźni z pożądaniem.
Charlie tańczył równie wspaniale; wydawało się, że jego ciało jest z gumy. Nigdy nie podobał mi się tak bardzo jak na parkiecie. Przez grzywę złotych włosów widziałam, że Jeremy mnie obserwuje. Odwrócił się i powiedział coś do Gussie, ta uśmiechnęła się i spojrzała w moim kierunku. Muzyka zamilkła; trzymając się za ręce, wróciliśmy z Charliem do stolika.
- Znikamy. - Uznałam, że jest to świetny moment, aby wyjść.
- Do domu? - zapytała Gussie.
- Nie, przenosimy się do innego lokalu - odparł Charlie. - Otworzył go właśnie jeden z moich kumpli. Macie ochotę dołączyć do nas? - Ależ zmienił ton! Jeremy spojrzał na Gussie, a ta przecząco pokręciła głową.
- Oboje musimy wcześnie rano wstać; podaj mi swój numer telefonu, Octavio. Będziemy w kontakcie.
- Koniecznie - odpowiedziałam, patrząc wyzywająco na Jeremy’ego. - Musicie wpaść do mnie na obiad.
- O tak, z przyjemnością. Oboje - dodał z naciskiem. Gdy w końcu dotarliśmy do domu, nadal czułam się jak we śnie i nie potrafiłam opanować...
joannamaria