21. Utracony Raj.doc

(67 KB) Pobierz

                                                               Rozdział dwudziesty pierwszy: Utracony Raj

 



Mugole mają swoją własną magię. Nazywają ją destylacją. Merlinie dzięki ci za to.

Niektóre sytuacje wołają o powolne usuięcie sentymentu, wyswobadzając powłoka po powłoce aż w końcu uspokajając sterany problemami umysł. Mugolskie likiery są najlepsze w takich przypadkach. Jednakże z innymi sytuacjami lepiej radzić sobie z rozwagą, destrukcyjną, trzeźwą szybkością, którą można znaleźć tylko w czarodziejskich trunkach.

Na dzisiejszą nocy wybrałem starą ognistą whisky Ogdena nie dbając ani trochę o inne możliwości, które niosą ze sobą pozostałe alkohole spoczywające w moim barku. W zasadzie możliwości to to, co chcę zniszczyć. A whisky Ogdena to pewne lekarstwo na wgląd w siebie.

Pierwsza szklanka, wypita jednym haustem, pomaga wygłuszyć echo głosu McGonagall wykrzykującego: „Mercer Abril”. Ognisty płyn nie pozwala zastanawiać mi się, kiedy do cholery stałem się wystarczająco stary, żeby uczyć drugie pokolenie. Ale jestem wystarczająco stary, żeby uczyć kolejne pokolenie, a mój sekretny kochanek wysyła mi ukrywane uśmiechy znad stołu młodych, zapominalskich gamoni, z którymi prędzej dałbym się ugotować żywcem niż pozwolił na jakąkolwiek intymną zażyłość. Bo nienawidzę dzieci.

Wychylam połowę kolejnej karafki staracjąc się zniszczyć świadomość, że tutaj, w moich komnatach nie wyglądał na tak młodego jak w Wielkiej Hali. Jestem zmuszony zobaczyć go takim, jakim jest naprawdę: przerażony, otwarty na wpływy szesnastolatek, który uczepił się pierwszej osoby będącej pod ręką. I ta osoba powinna była być mądrzejsza niż go dotykać. Byłem mądrzejszy. Kiedyś. Zapomniałem się, wykroczenie, które zasługuje na najgorszą karę. Nawet, jeżeli to była całkowicie jego wina. I Dumbledore’a.

I moja.

Ale w większości moja.

Kurw#a.

Kończę drugą szklankę i zaczynam trzecią.

Uciekam przed rzeczywistością wywołaną głosem McGonagall, szukając niczym nie zmąconej ciszy lochów tylko po to by odkryć, że te kamienne ściany rozbrzmiewają cichym echem jego przeklęcie młodego głosu krzyczącego w rozkoszy, którą wywołałem. Zimna wilgoć tego miejsca niegdyś ugasiła wszelkie płomienie uczucia, które mogłyby zaszkodzić mojemu opanowaniu – wściekłości, rozżaleniu czy, w bardzo rzadkich przypadkach, szczęściu. Wygląda na to, że teraz moja przystań stała się kolejnym miejscem, z którego muszę uciekać.
Pieprzony Dumbledore.

To on stworzył ten mały raj i wrzucił mnie do niego razem z chłopakiem. Patrz, ale nie dotykaj. Nie jedz z tego drzewa. A ja jadłem z tego drzewa.

Nieskończenie.

Przymykam powieki i widzę jego oczy palące zielenią, proszące. Odegrał swoją rolę, starając się przekonać resztę, że szczerze się cieszy, że ich widzi. Ale tylko, gdy jego oczy zwróciły się ku mnie dosięgał ich uśmiech. Ich zielony kolor stawał się doskonały. Obserwowałem, desperacko starając się powstrzymać rozgoryczenie, wmawiając sobie, że to, co robiliśmy w naszym sekretnym świecie nie ma nic wspólnego z rolami odgrywanymi w Wielkiej Hali. Potrzebował mnie. A ja byłem tam dla niego.

Ale tam ja też odegrałem swoją rolę. Profesor Snape siedział przy stole, obserwując jak swoi uczniowie – zgraja drwiących ponuraków, przynajmniej większość z nich – gapi się złośliwie na chłopaka, którego profesor Snape traktowałby w całkiem podobny sposób, gdyby nie fakt, że posmak wspomnianego chłopaka nadal był świeży na jego języku.

Zakazany owoc.

Zakazane usta wykrzywione w sekretnym uśmiechu,odbijającym się w oczach pasją, zaufaniem...miłością, pamiętam, przeganiającym mój strach długim powiewem. Zachowywał się inaczej, a ja pozostałem niezmiennie taki sam. Uciekłem do lochów, gdzie powinienem zapomnieć, ale duch jego osoby nawiedza te miejsce.

Jakkoliwek żenujące to by się nie wydawało nie wiem, co bardziej mnie gnębi: że zdeprawowałem i zbrukałem szesnastolatka czy, że zrobię to znowu. I jedynym sposobem, żeby powstrzymać się od takich czynów jest rezygnacja ze stanowiska, rachunek sumienia i pogodzenie się z konsekwencjami. Ale wiem, że tego też zrobić nie mogę. To by go zabiło. Chłopaka. Kochanka z przypadku.

Wódka nie działa wystarczająco szybko.

Właśnie mam zamiar zacząć pić prosto z butelki, kiedy słyszę dobrze mi znany świst, gdy ktoś wlatuje do moich komnat przez kominek. Moje usta wykrzywiają się i wsuwam rękę między kolana, żeby powstrzymać się od rzucenia jakiegoś zaklęcia na głupiego chłopaka, zanim zdoła wygramolić się z paleniska. Jakimś cudem udaje mu się utrzymać na nogach i wychodzi dość niezręcznie. Uśmiecha się. Ja nie.

- Cześć – wita się niepewnie.

- Co tutaj robisz? Wydaje mi się, że ci powiedziałem, że zobaczymy się jutro. – Warczę w fałszywej wściekłości napędzanej gorącem Ognistej Whisky.

- Wydawałeś się... przybity. Wszystko w porządku? – Mówi przez zaciśnięte gardło. Jego spojrzenie pada na butelce, a następnie wraca ku mnie. Obronnie zaciskam palce wokół karafki.

- Wszystko ze mną w porządku. Idź sobie.

Podchodzi bliżej, odcinając mi drogę.

- Potter ogłuchłeś?

- Kim była ta mała dziewczynka?

Nagle nienawidzę go tak bardzo, jak jeszcze nie nienawidziłem nikogo w moim życiu. Kim była ta dziewczynka? Powrotem do rzeczywistości ty uparty chłopaku. – Nikim. Córką byłego ucznia. – Znowu piję i robię wszystko, żeby zmusić go do wyjścia. Nic nie skutkuje.

- Acha. – Marszczy brwi i siada na podłodze przede mną. – Ten... były uczeń...On był... znaczy... czy wy...no wiesz.

Nie, nie wiem. – Co? – Spuszcza wzrok, a na jego policzkach wykwita rumieniec. Och. – Na boga nie. – Krztuszę się. – Potter, wbrew temu do jakich wniosków możnaby dojść obserwując moje zachowanie w ciągu ostatniego miesiąca, kiedyś miałem zasady.

Wzdycha z nutką, która jest podejżliwie podobna do ulgi. Mój żołądek przewraca się, gdy zdaję sobie sprawę, że śmiał być o mnie zazdrosny.

- A nawet gdybym to i tak nie byłby to twój zasrany interes. – Dodaję złośliwe.

No i proszę. Jest wściekły. Od razu mi lepiej. Popijam drinka.

- Więc... dlaczego tak świrujesz? Znaczy... o wszysko zaczęło się od tej dziewczyny. Ześwirowałeś. I to jest mój zasrany interes, kiedy coś lub ktoś nastawia ciebie przeciwko mnie.

Do lich z jego logicznym myśleniem.

- Wcale nie świruję. – Ripostuję. Oczywiście, że nie. Siedzę sobie spokojnie niszcząc ostatnie komórki mózgowe odpowiedzialne za postrzeganie bólu. – Jedyne co zrobiłem, to przypomniałem sobie o mojej pozycji. Postąpiłbyś mądrze, gdybyś zrobł to samo. Mięliśmy nasze małe lato szaleństw, ale to już koniec. Jeśli będziesz o tym pamiętał, nie będzie żadnych problemów.

Wstaję nagle, mając zamiar odejść – gdzieś, gdzie go nie ma. Moja sypialnia, na przykład.

On też wstaje. Podąża za mną. Odcina drogę. Cholera.

- A co, jeśli nie będę? – Zbliża się do mnie. Jego oczy rozświetlone butnowniczścią. Albo zdeterminowaniem. Ale czy to u niego jakaś różnica?

Walczę z impulsem padnięcia na kolania i błagania, żeby zostawił mnie w spokoju. Jak gdyby istaniała jeszcze taka rzecz jak spokój. Jak gdyby kiedykolwiek była.

- Kim jesteś poza tym pokojem nie ma znaczenia. Tam nic nie ma znaczenia. Twoja pozycja w tamtym świecie nie ma z nami nic wspólnego. I...

- Nami? – Kpię mściwie. – Nie ma żadnych „nas”, ty głupi chłopaku.

Ból, który pojawia sie na jego twarzy, zmusza mnie, żebym się odwrócił. Jestem oburzony jego delikatnością, transparentnością. Resztę mojego okrucieństwa kieruję w stronę kamiennej ściany. Ściana, dochodzę do wniosku, będzie o wiele lepszym słuchaczem. – I nigdy nie było. Im szybciej to zrozumiesz, tym szybciej weźmiesz się za szukanie kogoś w twoim wieku, z kim będziesz celebrował to, co zostało z twojej młodości. - I, nawiasem mówiąc, twojego życia.

Długa cisza zapada po mojej jakże delikatnej przemowie i, pomimo lepszej oceny sytuacji, odwracam się do niego. Z pozbawionej wyrazu twarzy patrzą na mnie pełne kontroli oczy. – Severus – mówi cicho.

Kulę się w sobie z powodu jego nalegania na pozostanie w dobrych kontaktach. – Nie nazywaj mnie tak. – W moim głosie jest więcej desperacji, niż bym tego chciał.

To nie ma znaczenia, bo ignoruje mnie tak czy siak. – Więc to o to chodzi, tak? To nie ma nic wspólnego z twoją pozycją mojego nauczyciela, mam rację? Czujesz się stary. O to chodzi? Bo mnie nie obchodzi, ile masz lat.

Jak śmiał czytać między wersami? Zaciskam szczękę. – Potter, jesteś naiwny.

- A ty niemożliwy! – Ucina krótko. – Przestań decydować o tym, co jest dla mnie najlepsze. Nie wierzę, że chcesz, żeby to się skończyło. Robisz to, ponieważ...

- Ponieważ tak trzeba ty mały, uparty gówniarzu! – Znowu od niego odchodzę, kolejny raz szukać ucieczki. Przed nim nie ma ucieczki. Jego obecność jest wyczuwalna w każdym zakątku tego cholernego zamku. Każdym centymetrze moich komnat. Jeśli miałbym uciec, musiałbym podążyć gdzieś dalej.

Może Azkaban?

- A niby kto tak mówi? Bo to wcale nie wydaje się w porządku. To wszystko... tam na zewnątrz. To wszystko nie tak. A ty... czujesz tak samo. Wiem, że tak jest.

- Och, Potter, daj spokój. Jesteś niezłym kawałkiem tyłka, nic więcej.

- Przestań. Wiem, co starasz się zrobić. Nie wyjdzie ci.

Zwracam się ku niemu i zauważam, że jego maska powróciła. Jeżeli mam się go pozbyć, to będzie musiało zaboleć. I jak długo zachowa tę maskę, będę w stanie skrzywdzić go jak trzeba. Pomimo tłukącego się serca, drwię zimno. – Czy ty myślisz, że ja się w tobie zakochałem, Potter? Naprawdę jesteś aż tak stuknięty, żeby uwierzyć, że zakochałem się w szesnastoletnim chłopaku? Za jakiego głupca mnie bierzesz?

Ze wszystkich możliwych reakcji na moje okrucieństwo uśmiech jest najbardziej nie na miejscu. Zostawmy to w gestii Potera, żeby nie załapać o co chodzi.

- Jesteś taki przewidywalny – mówi z nutką zadowolenia.

Aż odbiera mi mowę z powodu jego całkowitego lekceważenia na moje próby odepchnięcia go od siebie, a następnie czuję się słusznie wzburzony. NIE jestem przewidywalny! Mam zamiar zaprotestować, ale całuje mnie, zanim odnajduję swój głos.

Po raz pierwszy od dwudziestu dziwnych lat kiedy piję, w pełni rozumiem nalepki z ostrzeżeniem na butelkach Mugolskich trunków. Ostrzeżenie: Spożywanie napojów alkoholowych może zniekształacać zdolność oceniania i spowolnić refleks. Dodałbym jeszcze „osłabia siłę woli” do tej listy.

Po zdecydowanie zbyt długim czasie wystarczająco zbieram się w sobie, żeby odepchnąć go od siebie i nakazać wyjść. Jednakże kolejny raz zostaję uciszony tym razem przez niepozorne pukanie do drzwi. Spogląda na mnie przez chwilę, po czym czmycha do sypialni. Powiedziałbym mu, żeby sobie poszedł, ale i tak nie posłucha.

Raźnym krokiem podchodzę do drzwi, oczekując, że zobaczę zdradziecką, łagodną twarz Dumbledore’a, który w równym stopniu zasługuje na moją nienawiść po małej niespodziance, którą scedował na mnie podczas kolacji. Podstępny, stary gramol wiedział, że moja chęć pozostania profesjonalistą powstrzyma mnie przed rzuceniem na forum publicznym klątwy na niego i jego udomowionego wilka.

Pieniąca się we mnie wściekłość szybko stygnie na widok prefekta mojego domu, patrzącego się na mnie spokojnym wzrokiem zza otwartych drzwi.

- Panie Malfoy. – Boleśnie penetrująca trzeżwość rozlewa się w moim ciele. Czuję jak mechanicznie się prostuję.

- Dzień dobry panu. Mogę wejść? – Proszę bardzo, dobrze wychowany z wyuczonymi manierami, chłopak jest zupełną antytezą Harry’ego Pottera.

Nie wykonuję żadnego ruchu, żeby go wpuścić. Jakkolwiek nie byłoby dziwne, by pozowlić jednemu z moich uczniów, prefektowi bądź co bądź, wejść na rozmowę do moich komnat, chłopak jest w gronie tych, którzy równie dobrze mogliby mi życzyć śmierci. Nie spieszy mi się z byciem gościnnym. No i o czywiście pozostaje jeszcze sprawa drugiego chłopaka ukrywającego się w mojej sypialni.

Zamyślam się przez chwilę, analizując farsę jaką jest moje życie.

- Co mógłbym dla pana zrobić, panie Malfoy? – Pytam cierpko.

- Muszę z panem porozmawiać, sir. –Irytacja niezaprzeczalnie rozbrzmiewa w jego głosie. Nie przywykł, żeby mu odmawiano.

- I co jest takie niecierpiące zwłoki, że nie może poczekać do jutra?

Jego spojrzenie zmienia się nieprzyjemnie przez chwilę, ale opamiętuje się niemal natychmiast. Nutka arogancji pogłębia jego naturalnie drwiący uśmieszek. – To sprawa dotycząca pana i Harry’ego Pottera.

- Mnie i Harry’ego Pottera. – Powtarzam powoli, podkreślając każdą sylabę odpowiednią ilością pogardy. Nie panikuję. Chłopak nie może wiedzieć nic więcej ponad to, że opiekowałem się Potterem, kiedy został złapany. A to, że posiadałby taką wiedzę, jest bardziej zgubne dla niego niż dla mnie. Pozwalam sobie na rozbawiony uśmiech. – I niby co, co masz do powiedzenia zaszufladkowałoby mnie i Harry’ego Pottera pod jednym nagłówkiem?

- Mogę wejść? – Pyta z satysfakcją. Odchodzę na bok, pozwalając mu wejść. Pozostaje przy drzwiach, czekając na zaproszenie. Śmierciożercę można oskarżyć o wiele rzeczy, ale na pewno nie o brak manier. Wiedzą jak zyskać szacunek. Wskazuję mu drugie krzesło. Z pewnością nie wyszło by mu na dobre, gdyby usiadł w tym fotelu i powiedział „Harry”. Poza tym, trzymanie go w niewygodniej pozycji sprzyja celowi.

Sztuka i akt wprawiania w zakłopotanie.

Ja nadal stoję.

- Więc? – Rzucam zniecierpliwiony.

- Wiem, co się stało tego lata, proszę pana. Wielu z nas wie. – Patrzy mi prosto w oczy. Wyzwanie.

- Może pan być bardziej szczegółowy, panie Malfoy? Czy może mam zgadywać o czym pan mówi? – W duchu pragnę, żeby rozwinął temat, z którym do mnie przyszedł.

Wzdycha zniecierpliwiony. Przez chwilę mam ochotę zganić jego krótkotrwałą bezczelność, ale daję sobie spokój, przeczuwając grę, którą zaraz zaczniemy. Minęły wieki, odkąd ostatnim razem się w to bawiłem. Podejrzewam, że wszystko szybko do mnie wróci.

- Wiem, że Czarny Pan znalazł Pottera. I wiem, że pan z nim był, kiedy go znaleziono.

Na mojej twarzy ukazuje się maska, która bez wątpienia daje do zrozumienia, że w ogóle nie jestem pod wrażeniem; drwię kpiąco. – Wydajesz się być dobrze poinformowany. Czy muszę ci przypomnieć Malfoy, że posiadanie informacji na temat wydarzeń, o których nie masz interesu wiedzieć, stawia cię w sytuacji, od której powinieneś odciąć się najbardziej jak to tylko możliwe? O ile nie przyszedłeś tutaj, aby ujawnić żródła swoich informacji? – Mówię cicho. Jeśli musi się wysilać, żeby mnie usłyszeć, poddaje tym samym swoje szanse. Sztuczka polega na tym, żeby wiedzieć na kogo można krzyczeć, a na kogo działa tylko niski, równy syk.

Jego twarde spojrzenie łamie się delikatnie. Jestem zadowolon. – Nie – mówię cicho. Czuję jak kąciki moich ust unoszą się lekko i unoszę podbrudek, żeby zerkać na niego z góry. – Tak właśnie myślałem. Bardzo dobrze, panie Malfoy, tak, żebym mógł zaspokoić swoją ciekawość, niech pan mi powie, co chciał zyskać tą raczej nic nie znaczącą wiedzą?

- Przyszedłem, żeby pana ostrzec, sir. Będą plotki.

- Plotki? – Drwię. – Chyba nie przyszedłeś, żeby straszyć mnie ludzkim gadaniem?

- Nie jestem tutaj, żeby pana starszyć. – Doskonale sobie radzi z moimi pułapkami. Został dobrze wyszkolony. Szesnaście lat doświadczenia w zawodzeniu. – Pomyślałem tylko, że chciałby pan wiedzieć, że jest plan, żeby pana zwolnić.

Nie jestem zaskoczony tą informacją, ale mimo wszystko podejrzliwy. Bardziej prawdopodobne jest, że został wysłany, żeby sprawdzić, czy nie zrezygnuję z obawy o własną reputację. Jedyne o czym moi starzy druhowie wydają się zapominać jest to, że ja dawno temu poddałem swoją godność.

- Rozumiem. Więc mam zostać zwolniony za wypełnianie rozkazów Dumbledore’a? A może moi wspaniałomyślni uczniowie wymyślili inne wykroczenie?

Wredny uśmieszek wykrzywia jego rysy – dokładna kopia wyrazu twarzy jego ojca. Uśmiech wygląda jeszcze bardziej złowrogo, bo jest otoczony zaokrągloną twarzą Narcyzy. Przez krótką chwilę jestem prawie pod wrażeniem. A później przypominam sobie, że jest tylko dzieckiem, grającym dziecięcymi sposobami w grę, w którą ja zacząłem grać, kiedy on był jeszcze mierną możliwością w jajach swojego ojca.

Otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale zmienia zdanie. Zamiast tego bezczelnie wzrusza ramionami.

- Może powiedziałbyś mi, czy jest coś, co mogłoby zatrzymać mnie przed natychmiastowym usunięciem cię ze szkoły?

Jego uśmiech poszerza się, nadciągając nić rozdzielającą mój spokój od impulsu skłaniającego mnie do przemocy. – Nie zrobiłem nic złego. Jedynie poinformowałem nauczyciela o spisku przeciwko niemu – powinienem się tym zajmować jako prefekt, prawda? – Poza niewinności jaką przybiera jest godna wyśmiania.

I śmieję się. Bez nutki rozbawienia, ale wyśmiewam go mimo wszystko.

Kładę ręce na oparciu krzesła. Słyszę jak lekko nabiera powietrza i odchyla się, by odzyskać zimną krew. – Nie próbuj się ze mną bawić, Malfoy. – Mówię cichym, groźnym głosem. Przechylam się w jego stronę, zatrzymując centymetry od jego twarzy. – Czemu mi to powiedziałeś?

W krótkim oddechu wypuszcza z siebie obawę i zbiera siły na odpowiedź. – Gdybym był na pana miejscu, wolałbym wiedzieć.

Analizuję jego wyraz twarzy, szukając prawdziwej przyczyny. Mimo że możliwe jest, że zjawił się tutaj ze swojej własnej woli, by mnie ostrzec, to jednak mało prawdopodobne. Nie zadowala mnie gdybanie. Lepiej grzeszyć nadmiarem ostrożności.

Odsuwam się od niego. – W takim razie powinienem ci podziękować. Możesz już wrócić do swojego dormitorium.

Wstaje i kieruje się w stronę drzwi, zanim odwraca się ku mnie kolejny raz. – Mogę zadać panu pytanie?

Unoszę brew.

- Czemu pan nie wrócił?

Pytanie nie zaskakuje mnie tak bardzo jak szczera ciekawość w jego oczach. Przez chwilę komponuję wywarzoną odpowiedź. Oczywiście, odszedłem na długo przed upadkiem Czarnego Pana. Moja zdrada, mimo że nie podana do publicznej wiadomości, była na tyle głośna, że zostałbym zabity nawet, gdybym mógł odpowiedzieć na pierwsze od 13 lat wezwanie Lorda Voldemorta. Nie wspominając nawet o małej bitwie z nim w formie Quirrela pięć lat temu. Ale nie powiem mu o tym.

Więc, dlaczego w ogóle odszedłem?

- Czy pocałował pan, panie Malfoy, rąbek szaty Czarnego pana? – Jego wyraz twarzy zapada się. To wystarczająca odpowiedź. – Zrobiłeś to z szacunku czy ze strachu?

Mruga.

- Nie wymaga się ode mnie, żebym całował szaty Dumbledore’a. – No, nie dosłownie. Ale to wystarczająco dobre kłamstow, żeby zaapelować do wartościowej arogancji chłopaka.
Bez słowa kiwa głową. Widzę, jak rozmyśla nad moją odpowiedzią. Mogę tylko mieć nadzieję, że będzie kontynuował później.

Odwraca się w stronę drzwi, zanim spogląda przez ramię. – Byłbym wdzięczny, gdyby nie wspominał pan nikomu, że tu byłem. Ojciec bym mnie zabił, gdyby się dowiedział. – Oferuje mi ironiczny uśmiech i otwiera drzwi. Mam ochotę wlać mu trochę oleju do głowy. Nie zda sobie sprawy z tego, jaki jest koszt tej zabawy, dopóki nie będzie za późno.

- Dobranoc profesorze. – Mówi, zanim zamyka drzwi.

- Dobranoc panie Malfoy. – Moja odpowiedź opada na kamienną podłogę i leży tam nieusłyszana. Wzdrygam się z powodu paradoksalnego uczucia gorzkiego sentymentu, które zawsze chowam dla uczniów przydzielonych do mojego domu.

To, że planują mnie zrujnować wcale mnie nie przeraża. Nie ogłupiliby Dumbledore’a niczym, co rozgłaszaliby w około. Nawet jeśli to jest prawda. Nic, co sam bym mu powiedział nie przekonałoby go, że byłem mniej niż szlachetny.

To nie tchórzostwo powstrzymuje mnie przed pójściem od razu do dyrektora i powiedzeniem mu całej prawdy o rodzaju związku istniejącego między mną a jego złotym chłopcem. To duma. Nie pozwolę im wygrać. Nie dam im tego, czego chcą. Czego oczekują. Będę z nimi walczył na każdym kroku i uderzę tam, gdzie boli najbardziej: w ich bezcenne potomstwo będące pod moją opieką. Moim przewodnictwem. I które, jeżeli miałbym z tym coś wspólnego, z pewnością znalazłoby siłę woli, żeby przeciwstawić się swoim rodzicom.

Myślę, że będę musiał przywitać moich małych Ślizgonów z powrotem w szkole.

Zapamiętuję, żeby przekazać Malfoy’owi, aby jutrzejszego wieczora zebrał cały dom na małą przemowę. Podnoszę szklankę whisky i połykam resztkę, która została. Właśnie mam zapaść się w tym krześle, kiedy przypominam sobie, że jest jeszcze jedna nieskończona sprawa, który ukrywa się w mojej sypialni. Idąc w stronę pokoju modlę się cicho, żeby tylko chłopakowi nie przyszło na myśl rozebrać się do naga. Chociaż wcale by mnie to nie zaskoczyło.

Co jednakże mnie zaskakuje, to znalezienie go siedzącego za drzwiami z kolanami podciągniętymi pod brodę, drżącego. Najwyraźniej martwi się o swoją reputację. Tak, plotki, że wyprawiał rzeczy nie do opisania ze znienawidzonym opiekunem Slytherinu, byłyby bardziej druzgocące dla niego niż dla mnie. Moi współpracownicy są wystarczająco dojrzali, by nie zwracać uwagi na gadanie dzieciaków. Śmiem twierdzić, że żadne z nich nie uśmiałoby się nawet przez sekundę z pomysłu, że pieprzę ucznia – nie wspominając już nawet, że to uczeń, do którego w mniemaniu innych pałam niezaprzeczalną nienawiścią. Dla nich taka perspektywa byłaby conajmniej absurdalna.

Ale dla chłopaka tak popularnego jak mój młody kochanek, taka plotka byłaby samobójstwem. Oczywiście, przeszkadzałoby mu to, że inni wiedzą, iż był wykorzystywany przez brzydkiego, tłustowłosego dupka, który nawiedza lochy. Odsuwam na bok moje zranione ego.

- Nie zamartwiałbym się na twoim miejscu. Nie zostawię wątpliwości co do moich prawdziwych uczuć pod twoim adresem. – Drwię.

Odburkuje coś i spogląda na mnie zaczerwienionymi oczami. Jestem momentalnie zszokowany jak bardzo przesadził ze swoją reakcją. No fakt faktem, że w całej sytuacji nie ma nic śmiesznego, ale to jeszcze nie powód do płaczu. Nagle dochodzi do mnie, że drżenie i zaczerwienione oczy nie mają nic wspólnego z ostrzeżeniem Malfoy’a.

- Co się dzieje?

- Nic – kłamie.

- Doprawdy – Odwracam się i wychodzę do salonu.

Podąża za mną chwilę później i kieruje się w stronę kominka. – Powinienem już iść. – Mamroce szybko, ledwo odwracając się w moim kierunku, zanim wyjmuje pudełko z proszkiem Fiuu z kieszeni szaty.

Zaskakuje mnie swoją nagłą ochotą, żeby wyjść. Jeszcze chwilę temu zawzięcię trzymał się postanowienia, że zostanie dopóki nie uda mu się mnie przekonać, żebyśmy wrócili do naszej niemoralnej rzeczywistości. Albo raczej amoralnej powinienem powiedzieć. Społeczna moralność, która rządzi światem za tymi ścianami, wydawała się tak bardzo odseparowana od tego, co tutaj zrobiliśmy. Byliśmy tak samo częścią tamtego świata, jak tamten świat był świadomy istnienia naszego.

Cholera.

Zatrzymuję natłok myśli, zanim przekonam siebie, że to prawda.

- Zobaczymy się jutro. – Uśmiecha się nieznacznie. Coś na kształt paniki, którą zauważam w jego postawie, rozpala iskierkę strachu. Zastanawiam się, co naprawdę doprowdziło go do takiego stanu. Poddaję się nagłej ochocie, by go pocieszyć.

- Potter...

Widzę, jak tężeje pod formalnością mojego głosu. Wzdycham zniecierpliwiony. – Harry, wszystko się ułoży.

- Mam nadzieję. – Szepce, nim wrzuca proszek w rozgrzany ogień i wstępuje w płomienie. Jego oczy są zamknięte, gdy odwraca się w moją stronę. Mamroce miejsce docelowe i znika, zostawiając mnie zamroczonego i pływającego wśród nagłego nurtu złego przeczucia.

Zgłoś jeśli naruszono regulamin