!Bogusław Wołoszański - Twierdza szyfrów.doc

(1285 KB) Pobierz
TWIERDZA SZYFRÓW

Bogusław Wołoszański

TWIERDZA SZYFRÓW

OD AUTORA

Nie można poznać istoty najważniejszych wydarzeń, sięgając tylko do faktów opisanych i sprawdzonych. Jest ich zbyt mało, aby na ich podstawie zrozumieć niezwykle skomplikowaną historię drugiej połowy dwudziestego wieku. Co gorsza, w tej historii fakty bardzo często przeplatają się z kłamstwami, tworzonymi przez służby specjalne po to, aby ukryć prawdziwy charakter wydarzeń, lub powstającymi mimowolnie, na skutek ułomności ludzkiej pamięci.

Przez wiele lat szukałem prawdy o dramatycznych wydarzeniach, które rozegrały się w Stanach Zjednoczonych na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, gdy Federalne Biuro Śledcze nagle, z niezwykłą energią i przebiegłością, zaczęło chwytać jednego po drugim radzieckich szpiegów, którzy tuzinami przeniknęli do najtajniejszych amerykańskich programów zbrojeniowych, w tym do programu nuklearnego. Dość powszechne było mniemanie, że to Meredith Gardner, genialny amerykański kryptolog, po latach pracy złamał szyfr, jakim utajniano depesze wysyłane z ambasady radzieckiej w Waszyngtonie do Moskwy. Do tego czasu, przechwytywane przez nasłuch radiowy, leżały w archiwum amerykańskich tajnych służb, aż pojawiła się możliwość do ich poznania. Jak z rogu obfitości zaczęły się sypać dane, na których podstawie od tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego roku FBI mogła aresztować i stawiać przed sądem małżeństwo Rosenbergów, Klausa Fuchsa, Harry’ego Golda i dziesiątki innych, którzy zdradzili ojczyznę. Wszystko wydaje się proste i logiczne, jednakże nie mogłem znaleźć odpowiedzi na pytanie, jak Gardnerowi udało się złamać szyfr, który był i jest nie do złamania! Rosjanie używali tak zwanego szyfru jednorazowego, który nie daje kryptologowi żadnej możliwości rozpracowania go. Zawodzą wszelkie znane metody i techniki kryptoanalizy. Szyfrów tych nie stosowano powszechnie tylko dlatego, że system dostarczania niezbędnych dokumentów był zbyt skomplikowany i czasochłonny, aby mogły wykorzystywać je oddziały wojska rozrzucone na wielkim obszarze. Te problemy nie występowały w przypadku przedstawicielstw dyplomatycznych i tam najczęściej używano prostego, lecz genialnego szyfru jednorazowego.

Skąd więc amerykański kontrwywiad dowiedział się o radzieckich szpiegach i wyłapał ich tak sprawnie i szybko, poczynając od roku tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego?

Początkiem odpowiedzi na to pytanie stała się informacja, jaką znalazłem we wspomnieniach komandora Howarda Compaigne’a, szefa jednej z grup amerykańskiego wywiadu (Target Intelligence Committee), poszukującej w Niemczech w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku najważniejszych ekspertów i najcenniejszych dokumentów. Wspomniał on, że w kwietniu tego roku w Rosenheim znaleźli maszynę nazwaną ryba-miecz, za pomocą której można było odczytywać radzieckie szyfry jednorazowe. Urządzenie to, w istocie komputer, zostało skonstruowane prawdopodobnie w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku, dzięki temu, że niemiecki nasłuch radiowy przechwycił około trzydziestu tysięcy radzieckich szyfrogramów, w których wielokrotnie stosowano ten sam szyfr jednorazowy. W ogromnym chaosie pierwszych miesięcy agresji niemieckiej na Związek Radziecki szyfranci z Armii Czerwonej nie przestrzegali zasad oszyfrowania, łamali podstawowe reguły, nie zważając, że tym samym zostaje zagrożone bezpieczeństwo łączności. W efekcie niemieccy kryptolodzy, otrzymując ze stacji nasłuchowych tysiące szyfrogramów, uzyskali szansę, której nie miał Gardner, i szansę tę wykorzystali, konstruując „rybę-miecz”.

To są fakty, a moja opowieść o fascynującej grze wywiadów i kontrwywiadów, szaleńczym wyścigu specjalnych grup radzieckiego NKWD, polskiego II Oddziału i amerykańskiego OSS na nich została oparta.

Niektóre nazwiska w powieści zostały wymyślone i ich podobieństwo do nazwisk żyjących ludzi jest całkowicie przypadkowe.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lodowaty wiatr wciskał się przez szpary w plandece volkswagena, osadzając smużki szronu, który nie topniał w zimnej kabinie. Hugo Jorg po raz kolejny poprawił poły płaszcza, otulając się ciasno i podniósł kołnierz. Jechali już trzy godziny z Hirschbergu* i choć myśleli, że trasę czterdziestu kilometrów pokonają szybko, cel wciąż wydawał się odległy. Samochód wiele razy grzązł w zaspach na szosie, w miejscach gdzie biegła wśród pól i drzewa nie osłaniały jej od podmuchów wiatru niosącego sypki śnieg. Wiele czasu spędzili, stojąc w kolumnie wojskowych ciężarówek, których koła ślizgały się, nie mogąc wyciągnąć pojazdów wypełnionych żołnierzami lub skrzyniami z zaopatrzeniem. Ostatni odcinek podróży dawał się najbardziej we znaki, gdyż z nadejściem nocy temperatura gwałtownie spadała, co dotkliwie odczuli, zwłaszcza że strumień ciepła, płynący z silnika był nikły.

- Przynajmniej nie musimy się bać rosyjskich samolotów -powiedział kierowca, jakby odgadując myśli Jorga. Kilkakrotnie widzieli przelatujące nisko nad drzewami samoloty, a raz musieli porzucić samochód i uciekać do rowu, gdyż pilot myśliwskiego jaka dostrzegł ich i, krążąc nisko nad koronami drzew, otworzył ogień. Na szczęście niecelny i krótki, gdyż kończyło mu się paliwo lub amunicja.

- Zatrzymamy się na chwilę, muszę dolać benzyny. A pan kapitan to pewnie na bok w lasek, tylko nie na długo, bo w takim mrozie odpadnie.

Zaśmiał się, zadowolony ze swojego dowcipu, ale widząc, że nie rozbawił pasażera, wysiadł szybko i zaczął odpinać kanister przywiązany skórzanymi paskami do burty samochodu. Jorg też wysiadł i odszedł parę kroków od samochodu, aby zapalić papierosa.

Styczniowa noc tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku była mroźna, o niezwykłym uroku zimowej pory, gdy na rozgwieżdżonym niebie jasno świecił księżyc; to ułatwiało im odnajdywanie drogi. Było cicho, tylko z daleka dobiegał warkot kolumny ciężarówek, którą udało im się wyprzedzić, zanim samochody utknęły przed stromym podjazdem.

Pokrywka kanistra odskoczyła z sykiem i kierowca przechylił lejek, kierując strumień benzyny do baku samochodu. Jorg dopiero teraz zobaczył, że u lewej dłoni brakuje mu dwóch palców.

- Skąd ta... pamiątka? - wskazał na okaleczoną dłoń.

- Wschód, odmrożenie - mruknął kierowca. - Niby mogłem odejść z wojska, ale nie wypadało. Tam, na wschodzie, zostawiłem najlepszych chłopaków z mojej kamienicy. W siedmiu poszliśmy do wojska, ale tylko ja przeżyłem. No, nie w całości...

Podniósł kanister, opróżniając go z resztek paliwa. Jorg wcisnął niedopałek w śnieg i z niechęcią wrócił do ciasnej kabiny, pocieszając się myślą, że do celu pozostało już tylko kilka kilometrów.

Nie miał pojęcia, dlaczego nagle został odesłany do zamku Tzschocha*, o którym do tego czasu nic nie słyszał.

Gdy dwunastego stycznia tego roku znad Wisły ruszyła rosyjska ofensywa, w ośrodku kryptologicznym w Hirschbergu zapanował niepokój. Kilkudziesięciu pracowników tajnej organizacji „Pers Z” wyczuwało, że lada dzień przyjdzie im spakować rzeczy i wyruszyć w podróż, tym razem na zachód. Pierwszy raz wyprowadzono ich z wygodnej kwatery w centrum Berlina w tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim roku, gdy naloty alianckich samolotów nasiliły się tak bardzo, że dalsza praca nad szyframi stała się niepodobieństwem. Zainstalowali się w podmiejskiej dzielnicy Dahiem, która przez kilka miesięcy wydawała się zaciszna i bezpieczna, ale zagrożenie dotarło i tam. Każdej nocy, gdy wyły syreny zapowiadające nalot, musieli pakować tajne dokumenty do kufrów i znosić je do piwnic zamienionych na schrony, aby rano wynosić ciężkie skrzynie i rozkładać ich zawartość na biurkach, a potem długo porządkować dokumenty, zazwyczaj składane w pośpiechu. Dlatego latem tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku cały zespół wywieziono do Hirschbergu, dwieście kilometrów na południowy wschód od Berlina, gdzie było cicho i spokojnie. Kryptologom nie groziły angielskie i amerykańskie samoloty, mówiło się, że gdzieś w mieście powstają nowe kwatery, dające schronienie przed nalotami, ale niebezpieczeństwo nadeszło z innej strony. Ze wschodu.

Któregoś styczniowego południa Jorga wezwał Rudolf Schauffler, szef zespołu.

- Wyjedzie pan dzisiaj do zamku Tzschocha. Zostaje pan tam oddelegowany bezterminowo. To tajny ośrodek Abwehry, to znaczy... byłej Abwehry - poprawił się, przypominając sobie, że kilka miesięcy wcześniej wywiad wojskowy został wchłonięty przez SS, a szef, admirał Wilhelm Canaris - aresztowany.

- Czy mogę zapytać o cel mojego wyjazdu? - Jorg był wyraźnie zaskoczony nagłą zmianą. Schauffler pokręcił głową.

- Tam też działa „Pers Z”, a być może domyśla się pan, że ta organizacja ma jądro tak tajne, iż nawet ja wszystkiego nie wiem. Cel oddelegowania pozna pan na miejscu. Zapewne nie od razu.

- Będą mnie sprawdzać? - Jorg wydawał się zaskoczony.

- Tak sądzę... - Wyciągnął rękę, i dodał: - Mam nadzieję, że spotkamy się za kilka tygodni. Część naszego zespołu zostanie wkrótce ewakuowana do zamku Zschepplin, w pobliżu Eilenburga. Pozostali pojadą do zamku Naumburg pod Weimarem. Nie sądzę, żeby w zamku Tzschocha zespół pozostał długo, skoro Rosjanie są tuż tuż.

Jorg lubił Schaufflera. Drobny, trochę nerwowy sprawiał wrażenie przepracowanego nauczyciela, którym w istocie był. Jako absolwent uniwersytetów w Tybindze i Monachium zaczął karierę od nauczania matematyki. Powołany do wojska w tysiąc dziewięćset szesnastym roku został skierowany do zespołu kryptologów. Po wojnie podjął pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, gdzie spotkał kapitana Kurta Selchowa organizującego placówkę szyfrów i namówiony przez niego do współpracy, na stałe związał się z kryptologią. W tysiąc dziewięćset trzydziestym szóstym roku, w wyniku reorganizacji Ministerstwa, oddział zajmujący się łamaniem szyfrów i ochroną tajemnic państwowych nazwano „Pers Z”, jako że organizacyjnie podporządkowany był Wydziałowi Kadr i Administracji; pierwsza część nazwy była skrótem od Personal, litera „Z” nic nie znaczyła, a dodano ją tylko dlatego, że z nią nazwa wyglądała intrygująco, jak przystało na nazwę instytucji kryptologicznej.

Schauffler podszedł bliżej, jakby obawiając się, że ktoś może usłyszeć to, co zamierzał powiedzieć:

- Nie sądzę, aby pańskie zajęcie w zamku Tzschocha miało jakiekolwiek znaczenie dla Niemiec w tej wojnie - mówiąc patrzył prosto w oczy Jorgowi. - Powiem więcej: zobaczy pan tam wielką zmarnowaną szansę, której nie wykorzystaliśmy, gdyż nie pasowała do idei szaleńca, wierzącego tylko we własne zwidy. Ale po wojnie... Wartość tego odkrycia jest niewiarygodnie wielka! Niewiarygodnie! Niech pan o tym pamięta, Jorg! Może stanie się pan strażnikiem tego...

Nie dokończył zdania. Pośpiesznie podał Jorgowi rękę i odszedł szybko.

Minęli łagodny zakręt i zza drzew wyłoniły się ciemne zabudowania zamku. Tworzyły ponury obraz średniowiecznej twierdzy ze spadzistymi dachami, nad którymi górowała okrągła wieża, doskonale widoczna na tle rozgwieżdżonego nieba. Przez całą jej wysokość zwieszała się hitlerowska flaga, zapewne w lepszych czasach dobrze oświetlona, lecz na początku tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku wygaszono lampy, ze względu na absolutny nakaz zaciemnienia.

Oślepiło ich jaskrawe światło reflektora i kierowca musiał zahamować gwałtownie przed żołnierzem w kożuchu, który wyłonił się z ciemności. Ten podszedł do ich samochodu i zastukał w szybę.

- Dokumenty!

Jorg wyjął książeczkę oficerską i rozkaz przyjazdu do zamku. Podał wartownikowi, który przyświecając sobie latarką zawieszoną na piersiach, szybko przejrzał dokumenty.

- Moment - rzucił i skierował się do drzwi wartowni, najwidoczniej, aby zadzwonić do przełożonego.

- Czego oni tak pilnują w tym zamku? - kierowca przyglądał się masywnemu szlabanowi, zasiekom na poboczach i obłożonym workami z piaskiem stanowiskom karabinów maszynowych, po obydwu stronach kamiennego łuku bramy. Jorg wzruszył ramionami.

- Oby tylko nie trzymali nas za długo na mrozie... Na schodkach wartowni pojawił się inny żołnierz.

- Podjedźcie pod główne wejście. W zamku zameldujcie się u SS-Obersturmbannführera Hansa Glöbckego. Zawiadomiłem go, czeka na pana.

Podał Jorgowi dokumenty i skinął, zezwalając na wjazd. Za garażami tworzącymi ciemną ścianę po lewej stronie brukowanej uliczki ledwo oświetlonej latarniami, których klosze były zasłonięte kawałkami desek, droga rozwidlała się. Lewa odnoga prowadziła na kamienny most, kończący się masywnymi wrotami, przed którymi Jorg dostrzegł kolejne stanowisko karabinu maszynowego ustawionego na trójnogu wysoko nad workami z piaskiem. Żołnierz, który wychylił się spoza wrót, latarką wskazał im prawą odnogę drogi, gdzie brukowana uliczka rozszerzała się, tworząc niewielki placyk. Tam ponownie podszedł do nich wartownik, który sprawdził dokumenty.

- Odstawię samochód do garażu, panie kapitanie - kierowca otworzył tylne drzwi, aby Jorg mógł zabrać swój bagaż. - Ode mnie nic nie będą chcieli. Rano wracam do Hirschbergu.

Jorg sięgnął po walizeczkę z rzeczami osobistymi i teczkę.

- Możesz wyświadczyć mi przysługę?

- Tak jest, panie kapitanie.

- To prywatna sprawa. Zostawiłem w Hirschbergu dziewczynę. Nawet nie zdążyłem się z nią pożegnać. Przekaż jej list. Parę słów na do widzenia...

- Tak jest.

Jorg wydobył z kieszeni płaszcza notatnik i oparł go na kolanie. Szybko napisał parę słów pożegnania, które można by uznać za elegancki gest oficera kończącego wojenny romans. Jedynie ostatnie zdanie pozwalało domyślać się, że dwoje ludzi łączyło coś więcej.

„Tak znowu się chce odwrócić, choć na chwilę, zły cza...”.

Ostatnie słowo urywało się, jakby niedokończone przez roztargnienie piszącego.

Jorg odwrócił kartkę i zapisał adres.

- Idź tam rano, ona będzie w pracy, więc nie będzie zadawać niepotrzebnych pytań. Wsuń kartkę pod drzwi.

- Tak jest, panie kapitanie! Zaniosę. - Kierowca schował list do kieszeni na rękawie płaszcza.

Jorg skinął głową i ruszył za wartownikiem długim kamiennym pomostem prowadzącym do zamku. Widok tej ponurej twierdzy zaczynał go coraz bardziej fascynować. Odczuwał nawet pewne podniecenie na myśl, że za kilka dni pozna tajemnicę, tak bardzo strzeżoną.

Oficer dyżurny, któremu zameldował się tuż po wejściu do holu poinstruował go, że ma iść za nim, i skierował się w stronę schodów. Na pierwszym piętrze przeszli galeryjką wzdłuż Sali Rycerskiej, oświetlonej jedynie ogniem płonącym w wielkim kominku. Gdzieś z boku, zza drzwi, dobiegała muzyka. Ktoś z lekkością i wdziękiem grał Schuberta. Jorg rozpoznał sonatę B-dur.

- Koncert w zamku? - zwrócił się do prowadzącego go oficera.

- To prywatne apartamenty - burknął tamten, dając wyraźnie odczuć, że nie ma ochoty udzielać wyjaśnień.

Skręcili do korytarza, w połowie długości którego były masywne ciemnobrązowe drzwi. Oficer zastukał i słysząc „wejść”, nacisnął klamkę z kutego żelaza.

W pokoju o ścianach wyłożonych ciemną boazerią aż do sufitu, panował półmrok. Jorg sądził początkowo, że idą do biura, toteż był zaskoczony, widząc, że znalazł się w prywatnym apartamencie.

SS-Obersturmbannführer Glöbcke podniósł się zza stołu, przy którym jadł kolację, szybko przetarł usta serwetką, zapiął guzik pod szyją i podszedł do Jorga z przyjaźnie wyciągniętą ręką. Okrągła twarz, krótko przycięte siwiejące włosy, oczy z mimicznymi zmarszczkami świadczącymi o skłonności do śmiechu - wszystko to sprawiało, że można było poczuć sympatię do tego mężczyzny, który wyglądał bardziej na komendanta straży pożarnej niż na dowódcę załogi SS w najbardziej strzeżonym zamku Trzeciej Rzeszy. Wziął dokumenty, które podał mu oficer, i ruchem głowy nakazał mu wyjść z pokoju.

- Czekałem, aby pana powitać. Jestem Obersturmbannführer Hans Jacob Glöbcke. Odpowiadam za bezpieczeństwo zamku.

Wskazał na krzesło z wysokim oparciem ze skóry, zapraszając Jorga, aby usiadł, a sam podszedł do okna i złożył ręce na piersiach.

- Będziemy razem pracować. W pewnym sensie oczywiście, gdyż zakres naszych obowiązków różni się, panie kapitanie... -zawiesił głos i podszedł do szafy w rogu pokoju. - Napije się pan?

Jorg skinął głową.

- Chętnie. Nie zdążyłem odtajać po podróży z Hirschbergu.

- Chciałbym dowiedzieć się o panu czegoś więcej, niż wyczytałem w dalekopisie. Podobno pochodzi pan z Litwy... - Glöbcke podał mu szklankę z wódką. - Prosił!

- Z Łotwy - poprawił go Jorg. - Moja rodzina miała tam majątek, pod Lipawą, skąd w tysiąc dziewięćset osiemnastym roku uciekliśmy przed bolszewikami. Potem upaństwowiono nasze włości, więc nie było do czego wracać. Osiedliśmy w Danzig...

- Dlaczego akurat tam? - Glöbcke podniósł głowę z wyraźnym zainteresowaniem.

- Szczerze mówiąc, nie wiem. Nigdy nie pytałem ojca, dlaczego postanowili wybrać to miasto. Może dostał tam dobrą pracę, a może dlatego, że było blisko naszej rodzinnej Lipawy...

Wszystko w tym życiorysie było prawdą i niemieckie służby wielokrotnie sprawdzały losy rodziny Jorgów.

- Proszę mówić dalej.

- Skończyłem fizykę na politechnice w Gdańsku. Potem przez trzy lata studiowałem matematykę w Cambridge w Anglii. Na początku tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku wróciłem do Niemiec i zostałem powołany do wojska, do Abwehry. Służyłem w placówce na wschodzie Polski. Badaliśmy dokumenty polskiego wywiadu zdobyte we wrześniu w zbombardowanym pociągu, jak pamiętam, w Brodach. W tysiąc dziewięćset czterdziestym roku, prawdopodobnie ze względu na płynną znajomość francuskiego, angielskiego, polskiego i rosyjskiego oraz matematyczne wykształcenie oddelegowano mnie ... - zawahał się - do innej służby.

- „Pers Z” - uzupełnił Glöbcke. - Przede mną nie musi pan tego ukrywać. Powinien pan wiedzieć, że będę znał każdy pana krok! Nie dlatego, że panu nie wierzę, po prostu moim obowiązkiem jest zapewnienie bezpieczeństwa tej placówce.

- Będę czuł się bezpieczny - Jorg odstawił szklankę i podniósł się z krzesła.

- Proszę zgłosić się do kancelarii. Wyznaczyłem panu kwaterę, mam nadzieję, że będzie w niej panu wygodnie.

Glöbcke uprzejmie odprowadził go do drzwi i przez chwilę patrzył, jak odchodzi. Najwyraźniej czekał, aż kapitan oddali się, aby nie zauważył, dokąd on pójdzie. Gdy ucichły kroki, zamknął za sobą drzwi i skierował się w drugą stronę długiego korytarza. Minął wartownika, który zasalutował i nacisnął przycisk dzwonka umieszczony na ścianie, jakby informując kogoś, że nadchodzi gość. Kilka metrów dalej Glöbcke zatrzymał się przed drzwiami, na których napis na białej tablicy kategorycznie zakazywał wstępu osobom nieupoważnionym. Rozległ się szczęk zasuwy i drzwi otworzyły się. Glöbcke zmrużył oczy, wchodząc do dużego pokoju jasno oświetlonego lampami, wiszącymi nisko nad dwoma długimi stołami, na których stało kilkanaście magnetofonów „Telefunken”. Przy każdym siedział żołnierz ze słuchawkami na uszach, choć nie wszystkie magnetofony pracowały, o czym świadczyły nieruchome szpule.

Glöbcke lubił tam przebywać, gdyż pokój w podziemiach dawał mu poczucie władzy nad mieszkańcami zamku.

Magnetofony rejestrowały dźwięki z kilkunastu pomieszczeń. Nawet w kasynie oficerskim pod stołami przyśrubowano mikrofony, aby Glöbcke mógł się dowiedzieć, o czym rozmawiają ludzie przychodzący tam na posiłki. To pozwalało mu orientować się w morale kadry. Co prawda nie zdarzyło się, aby wykrył w ten sposób jakichś podejrzanych, lecz mimo to rozważał możliwości rozbudowy sieci podsłuchu. Nie udało się to, gdyż w centrali Gestapo w Berlinie najwyraźniej lekceważono podania o przysłanie większej ilości taśmy magnetofonowej, magnetofonów, kabli i mikrofonów. Niezrażony, zaczął domagać się przydzielenia kamer telewizyjnych „Tonne A”, które po raz pierwszy zobaczył w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym roku na poligonie pod Berlinem, gdzie demonstrowano użycie pocisku rakietowego Hs 293D, wystrzeliwanego z samolotu. W głowicy, za szybą ogrzewaną elektrycznie, zamontowano kamerę, z której obraz przesyłany był drogą radiową do monitora w kabinie pilota. Jej czułość nie była duża i choć wystarczała do przekazania obrazu okrętu na morzu, to jej przydatność do podglądania ludzi w słabo oświetlonym pokoju była żadna. Glöbcke, podekscytowany nowymi możliwościami podglądania, nie zwracał również uwagi na to, że kamera z nadajnikiem radiowym ważyła prawie sto trzydzieści kilogramów. Jego zamówienie zostało odrzucone, gdyż absolutne pierwszeństwo przyznano potrzebom frontu.

- Jeszcze nie wszedł do pokoju - Untersturmführer Matheas Beer stanął na baczność. Był to chłopak z Westfalii, który przez wiele lat służby w Hitlerjugend marzył o założeniu czarnego munduru, jakby odrzucając świadomość, że daleko mu do ideału esesmana. Był średniego wzrostu, o krępej sylwetce, co nie dyskwalifikowało go tak bardzo, jak rysy twarzy. Okrągła, o dość płaskim nosie, miała azjatycki wygląd, który uwydatniały fałdki skóry w kącikach oczu, charakterystyczne dla ludzi Dalekiego Wschodu. Nie widział w tym nic szczególnego, jako że jego przodkowie pochodzili ze wschodniej Polski i zapewne przed wiekami do ich krwi dostała się jakaś azjatycka domieszka. Był nazistą do szpiku kości, i to było dla niego najważniejsze. Chciał służyć narodowemu socjalizmowi całym sercem, a gorliwość ta została nagrodzona w końcu tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku, gdy ze względu na ogrom strat na froncie wschodnim SS godziło się na formowanie legionów z innych narodowości, a z otwartymi ramionami przyjmowało rodzimych ochotników, nie bacząc już, że nie są to wysocy blondyni o twardych rysach i niebieskich oczach. Matheas Beer, dążąc do doskonałości, której poskąpiła mu natura, zgłosił się do służby w oddziałach SS-Toten-kopfverbande, pełniących służbę w obozach koncentracyjnych. Najpierw został oddelegowany do Gross-Rosen, a stamtąd trafił do podobozu w Furstenstein*, gdzie więźniowie budowali podziemne tunele i należało szczególnie baczyć, aby żadnemu nie udało się uciec lub przeżyć więcej niż trzy miesiące. Ta służba była wyrazem szczególnego zaufania, jakie zdobył u zwierzchników, gdyż kierowano tam dobranych oficerów. Mówiło się co prawda, że przyczyny awansu były inne, a mianowicie, że przełożeni Matheasa mieli powyżej uszu jego codziennych raportów z propozycjami reorganizacji służby i donosów na kolegów, którzy, jego zdaniem, tracili ducha walki i wiarę w zwycięstwo. Prawda jednak była inna, a znał ją tylko Glöbcke.

- Kiedy przyślą akta z Hirschbergu? - Glöbcke podszedł do stołu i otworzył zeszyt z raportami podsłuchu. Zaczął przeglądać kartki, ale nie znalazł czerwonych krzyżyków, które stawiał szef zmiany, zaznaczając ważne głosy zarejestrowane na taśmach.

- Zażądałem, żeby wysłano jak najszybciej. Powinny więc być tu jutro - Beer wciąż wierzył w siłę sprawczą swoich poleceń. - A dokumenty z Berlina dotrą za kilka dni.

Glöbcke odwrócił się i podszedł do drzwi. Nie nacisnął jednak klamki, lecz odczekał, aż zrobi to podwładny.

Pokój na drugim piętrze, który wskazano Jorgowi jako kwaterę w zamku, nie wyglądał na przytulny. Było to duże pomieszczenie ze ścianami wyłożonymi ciemnobrązową boazerią, z dwoma oknami, jasno oświetlone wielkim żyrandolem nad okrągłym stołem, zbyt dużym, jak na potrzeby samotnego oficera. Pod ścianą naprzeciw okien stało łóżko, obok szafka nocna z niewielką lampą ze szklanym kloszem z zielonego szkła. Trzecią ścianę zajmowała wielka szafa z rzeźbionymi drzwiami i narożnikami, wbudowana we wnękę, być może przed wiekami specjalnie przygotowaną w tym celu.

Rzucił walizeczkę na łóżko i wszedł do łazienki, niewielkiej, ale schludnej, wyłożonej białymi kaflami z niebieskim szlaczkiem. Z zadowoleniem dostrzegł kran do ciepłej wody. Postanowił wziąć prysznic i rano zastanowić się, czy uda mu się wyprowadzić z tej kwatery, którą przygotował dla niego Glöbcke. Był pewien, że w wielu miejscach pokoju i łazienki są wbudowane mikrofony, a nie mógł wykluczyć, że w boazerii były szczeliny, przez które mógł być podpatrywany. Czuł się jednak zbyt zmęczony wielogodzinną podróżą, aby przeszukiwać pokój, postanowił więc odłożyć to zadanie na następny dzień.

ROZDZIAŁ DRUGI

Pociąg metra zatrzymał się na stacji przy Pięćdziesiątej Drugiej ulicy w Nowym Jorku. Dziewiętnastolatek Theodore Alvin Hall siedzący w końcu wagonu nie ruszył się z miejsca, choć na tej stacji zamierzał wysiąść. Odczekał, aż drzwi otworzyły się z sykiem parowych siłowników, policzył do pięciu i wtedy poderwał się z drewnianego fotela. Zdołał zerknąć na bok, aby sprawdzić, czy w opustoszałym wagonie ktoś, równie niespodziewanie jak on, zdecydował się wysiąść, i wyskoczył na peron. Nie dostrzegł żadnego ruchu, co dawało mu pewność, że nikt nie podążał za nim. Jednakże natychmiast opadły go wątpliwości. A jeżeli agenci FBI jechali w drugim wagonie i stamtąd obserwowali go przez okno w drzwiach łączących wagony? Mogli przecież wyjść na peron kilkadziesiąt metrów dalej, a on, pochłonięty obserwacją najbliższego otoczenia, nie zauważył tego! Przestraszony nagłą myślą rozejrzał się lękliwie po peronie, ale nie dostrzegł niczego, co mogłoby powiększyć niepokój. Kilku podróżnych zmierzało w stronę ruchomych schodów, gdy paru innych, nie wyglądających na agentów kontrwywiadu, spokojnie oczekiwało przyjazdu pociągu. Postanowił jednak upewnić się i ruszył energicznie do ruchomych schodów. Gdy był w połowie wysokości niespodziewanie odwrócił się i zaczął zbiegać, pokonując po trzy stopnie. W ten sposób szybko znalazł się na dole, ponownie konstatując, że nikt go nie śledzi, jedynie kobieta z dzieckiem przyglądała mu się, zainteresowana jego dziwnym zachowaniem. Poczuł się trochę nieswojo, więc uchylił kapelusza i spokojnie skierował się do schodów. Nikt nie poinstruował go, jak sprawdzać, czy nie śledzą go ludzie z kontrwywiadu, a ta umiejętność była mu bardzo potrzebna w nowym zajęciu, jakiego podjął się przed kilkoma miesiącami. Był tak przejęty, że obejrzał wszystkie szpiegowskie filmy w okolicznych kinach, przeczytał kilkanaście powieści o szpiegach, a nawet kupił podręcznik dla prywatnych detektywów i starannie przestudiował rozdział wyjaśniający technikę inwigilacji. Wierzył, że wszystko to pomoże mu poznać metody wykrywania agentów kontrwywiadu. Oczywiście po przeczytaniu spalił wszystkie książki w piecu centralnego ogrzewania i dokładnie wymieszał popiół.

Wychodząc ze stacji, kupił w kiosku „Wali Street Journal”, zatrzymał się przy słupie ogłoszeniowym i bacznie rozejrzał się dookoła. Miał tu spotkać się z mężczyzną, którego nie znał, ale wiedział, że będzie on ubrany w szarą jesionkę i ciemnozielony kapelusz borsalino, zaś znakiem wyróżniającym miały być reniferowe rękawiczki trzymane w lewej dłoni.

Wielokrotnie nachodziły go wątpliwości, czy dobrze zrobił, decydując się na współpracę z radzieckim wywiadem. Miał przed sobą wspaniałą karierę. Studiował fizykę na Uniwersytecie Harvarda, jednej z najstarszych uczelni amerykańskich o szczególnym prestiżu, i uważany był za genialnego studenta. Jego referaty zainteresowały samego Roberta Oppenheimera, który włączył go do zespołu zaangażowanego w rozwiązywanie najtrudniejszych problemów, nad jakimi pracowali uczeni w Los Alamos. Hall był tak bardzo wstrząśnięty możliwością stworzenia bomby o niezwykłej mocy niszczącej, że zwierzył się ze swoich rozterek Savillovi Savoyowi Saxowi, starszemu o rok przyjacielowi, z którym spotkał się na listopadowych Thanksgiving Day, gdy przyjechał do Cambridge. Miał tam parę spraw do załatwienia na uczelni i dlatego w Los Alamos dali mu krótki urlop.

- Wierzę, że zbudujemy bombę uranową o niezwykłej sile -mówił. - A wiesz, co to oznacza? Stany Zjednoczone zdominują świat! Podporządkują sobie każde państwo, a nasz system nie jest dobry dla ludzi.

Następnego dnia, gdy znów przedstawiał swoje zaniepokojenie losami świata, Sax, jakby znudzony, powiedział nagle:

- Ted, przestań biadolić i zrób coś, żeby tak się nie stało!

- A co ja mogę zrobić?! Jeśli nawet zrezygnuję z pracy w Los Alamos, to czy w ten sposób przeszkodzę w skonstruowaniu bomby atomowej?

- Przekaż Rosjanom swoją wiedzę, a wtedy oni też zbudują bombę i równowaga zostanie zachowana. Są tak wyniszczeni wojną, że bez takiej pomocy w ogóle nie skonstruują broni atomowej.

- Dobry pomysł - mruknął Hall, nie wiedząc, czy ma brać poważnie tę radę, czy też przyjaciel naigrawa się z niego. Jednakże Sax powrócił do tematu po kilku dniach, gdy byli już w Los Alamos.

- Wiesz, jaki mam pseudonim? - zapytał niespodziewanie, gdy siedzieli w barze, pustym o tej porze dnia. Ted spojrzał na niego zaskoczony.

- „Old” - powiedział Sax tak spokojnie, jakby wymieniał nazwę piwa, które pił.

- Czy ty...

- Ja nie gadam, ja robię to, co porządny człowiek powinien zrobić: staram się nie dopuścić do amerykańskiej dominacji w powojennym świecie.

Tego dnia nie rozmawiali już na ten temat, ale Ted czuł, że znalazł właściwą drogę. Z zachowania Saxa, mówiącego półgłosem, obserwującego otoczenie mógł wywnioskować, że to nie był żart.

- Możesz mnie... zaprotegować? - zapytał, gdy ponownie spotkali się w tym samym barze.

- Już to zrobiłem. W odpowiednim czasie powiem ci, kiedy powinieneś pojechać do Nowego Jorku. Chcą cię poznać. Przekażesz materiały. Teraz spokojnie zbieraj informacje. Najbardziej interesuje ich implozyjny zapalnik.

Hall zdawał sobie sprawę, że jest to szczególnie ważny element bomby plutonowej, potrzebującej znacznie mniej materiału rozszczepialnego niż bomba uranowa, co było szczególnie...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin