Kurier - MUCHAMORE ROBERT.txt

(393 KB) Pobierz

Robert Muchamore

Kurier

First published in Great Britain 2004 by Hodder Children's Books www.cherubcampus.com

Tytul oryginalny serii: Cherub Tytul oryginalu: Class A

Redakcja: Joanna Egert-Romanowska Korekta: Malgorzata Kakiel, Anna Sidorek Projekt typograficzny i lamanie: Mariusz Brusiewicz

Wydanie pierwsze, Warszawa 2007 Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o. ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa tel. 0 22 838 41 00 www.egmont.pl/ksiazki ISBN 978-83-237-8035-9 Druk: Zaklad Graficzny COLONEL, Krakow.

CZYM JEST CHERUB?

CHERUB to sekcja brytyjskiego wywiadu zatrudniajaca agentow w wieku od dziesieciu do siedemnastu lat. Wszystkie dzieci sa sierotami zabranymi z domow dziecka i wyszkolonymi na profesjonalnych szpiegow. Mieszkaja w tajnym kampusie ukrytym wsrod angielskich wzgorz.

DLACZEGO DZIECI?

Poniewaz nikt nie podejrzewa dzieci o udzial w tajnych operacjach wywiadu, co oznacza, ze moga z sukcesem dzialac tam, gdzie dorosli byliby bezradni.

KI M SA BOHATEROWIE?

W kampusie CHERUBA mieszka okolo trzystu dzieci. Glownym bohaterem opowiesci jest dwunastoletni JAMES ADAMS, chlopiec o zlotym sercu i wyjatkowym talencie do pakowania sie w klopoty. LAURA jest jego mlodsza sio- stra. KERRY CHANG to urodzona w Hongkongu mistrzy- ni karate, z ktora przyjazni sie GABRIELLE 0'BRIEN. BRUCE NORRIS, kolejny maloletni mistrz karate, lubi zgrywac twardziela, ale wciaz sypia z niebieskim pluszo- wym misiem pod broda. KYLE BLUEMAN, doswiadczony agent CHERUBA, choc starszy od Jamesa o dwa lata, jest jego dobrym kumplem.

5

O CO CHODZI Z TYMI KOSZULKAMI?

Range czlonka CHERUBA mozna rozpoznac po kolorze noszonej w kampusie koszulki. Pomaranczowe sa dla go- sci. W czerwonych chodza dzieci, ktore mieszkaja i ucza sie w kampusie, ale sa jeszcze zbyt mlode, by zostac agentami. Niebieskie wkladaja nieszczesnicy przechodzacy torture studniowego szkolenia podstawowego. Szara koszulka oznacza agenta uprawnionego do udzialu w operacjach. Granatowa jest nagroda za wyjatkowa skutecznosc pod- czas akcji. Kto sie zasluzyl, konczy kariere w organizacji w czarnej koszulce, znaku rozpoznawczym najlepszych z najlepszych. Byli agenci maja koszulki biale, podobnie jak kadra.

1. UPAL

Miliardy owadow wirowaly brzeczacymi chmarami w pro- mieniach zachodzacego slonca. James i Bruce juz dawno przestali sie od nich opedzac. Chlopcy przebiegli dziesiec kilometrow zwirowa droga wijaca sie pod gore w strone willi, gdzie przetrzymywano zakladnikow: dwoje osmio- latkow.-Zaczekaj chwile - wysapal James, pochylajac sie i opierajac dlonie na kolanach. - Jestem wykonczony.

Gdyby wyzal swoja koszulke, moglby napelnic potem spory kubek.

-Jestes o rok starszy ode mnie - zirytowal sie Bruce. - To ty powinienes mnie popedzac. Ale przeszkadza ci sadlo, ktore dzwigasz na sobie.

James ocenil swoj wyglad.

-Daj spokoj, wcale nie jestem tlusty.

-Chudy tez nie. Zobaczysz, ze na nastepnym badaniu okresowym cie ukrzyzuja. Walna ci diete i kaza wszystko wybiegac.

James wyprostowal sie i pociagnal lyk wody z bidonu.

-Nie moja wina, Bruce, to genetyczne. Szkoda, ze nie widziales mojej mamy, zanim umarla.

Bruce rozesmial sie.

-Wczoraj w naszym koszu lezaly trzy opakowania po toffee crisp i jedno po snickersie. To nie genetyka, James. Prosie z ciebie i tyle.

7

-Nie wszyscy musza byc takimi patyczakami jak ty - powiedzial kwasno James. - Gotowy?-Skoro i tak stoimy, to moze rzucmy okiem na mape. Zobaczymy, czy daleko jeszcze do willi.

James wydobyl mape z plecaka. Bruce mial GPS-a przypietego do szortow. Niewielkie urzadzenie podawalo swoje polozenie na powierzchni Ziemi z dokladnoscia do kilku metrow. Bruce precyzyjnie naniosl wspolrzedne na mape i przesunal palcem wzdluz kretej sciezki do punktu oznaczajacego wille.

-Najwyzszy czas zejsc z drogi - oswiadczyl. - Zostalo mniej niz pol kilometra.

-Strome to zbocze - zauwazyl James. - Ziemia jest sucha i sypka. To bedzie koszmar.

-Coz - westchnal Bruce - jezeli twoj plan nie zaklada, ze podejdziemy do bramy i zawolamy: "Przepraszamy naj- mocniej, czy moglibyscie wydac nam zakladnikow?", to su- geruje, zebysmy mimo wszystko wybrali skrot na przelaj. Mial racje. James zrezygnowal z prob prawidlowego zlozenia mapy i wepchnal ja byle jak do plecaka. Bruce pierwszy wkroczyl w zarosla, miazdzac adidasami wysu- szona na pieprz sciolke. Na wyspie nie padalo od dwoch miesiecy. Na wschodzie pozary pochlanialy busz. Kiedy nie bylo chmur, w oddali wznosily sie wyrazne pioropu- sze dymu.

Wilgotna skora Jamesa szybko pokryla sie warstwa kurzu. Chwytajac sie drzewek i krzakow, podciagal sie w gore stromego zbocza. Musial uwazac. Niektore rosliny mialy kolce; inne przy mocniejszym pociagnieciu wyskakiwaly z suchej ziemi. Jeden blad i sunal w dol w lawinie piasku z ke- pa zielska w garsci, rozpaczliwie machajac rekami w poszu- kiwaniu punktu zaczepienia.

Kiedy zobaczyli przed soba ogrodzenie z drucianej siatki, przypadli plasko do ziemi i podpelzli za krzak, zeby

8

w ukryciu zebrac mysli. Bruce zaczal mamrotac cos o swojej dloni.-Czego znowu marudzisz? - zirytowal sie James.

Bruce pokazal mu wewnetrzna strone dloni. Nawet w polmroku widac bylo krew cieknaca po rece.

-Gdzie to sobie zrobiles? Bruce wzruszyl ramionami.

-Po drodze. Dopiero teraz zauwazylem.

-Lepiej ci to oczyszcze.

Splukal wiekszosc krwi woda z bidonu. Z plecaka wy- dobyl apteczke, po czym wlaczyl mala latarke i chwycil ja zebami, zeby miec wolne rece. Oswietlil dlon Bruce'a. W faldzie skory pomiedzy palcem srodkowym i serdecz- nym tkwil gruby kolec.

-Paskudna sprawa - syknal James. - Boli?

-Co za glupie pytanie! Jasne, ze boli - zdenerwowal sie Bruce.

-Mam ci to wyciagnac?

-Tak! - Bruce wzniosl oczy ku niebu. - Czy ty w ogole nie uwazasz na kursach? Zawsze usuwaj drzazgi, chyba ze rana obficie krwawi lub zachodzi podejrzenie przebicia zy- ly badz tetnicy. Rane zdezynfekuj, a nastepnie zabandazuj lub zaklej plastrem opatrunkowym.

-Mowisz, jakbys polknal podrecznik.

-Bylem na tym samym kursie pierwszej pomocy co ty, James, tyle ze ja nie zmarnowalem calych trzech dni, sma- lac cholewki do Susan Kaplan.

-Szkoda, ze ma chlopaka - westchnal James.

-Susan nie ma chlopaka - wyszczerzyl sie Bruce. - Probowala sie ciebie pozbyc.

-Och... - zajaknal sie James. - Myslalem, ze mnie lubi. Bruce nie odpowiedzial. Zacisnal zeby na pasku od ple- caka, zeby nie krzyknac, jesli bol okaze sie trudny do znie- sienia.

9

James zlapal kolec peseta.-Gotowy?

Bruce skinal glowa.

Kolec nie stawial oporu. Bruce jeknal, a po dloni pocie- kla mu struzka swiezej krwi. James wytarl ja, posmarowal rane mascia antyseptyczna, przylozyl gazik i zabandazo- wal, nie krepujac Bruce'owi palcow.

-Zrobione - oznajmil. - Jestes pewien, ze dasz sobie rade?

-Za daleko doszlismy, zeby rezygnowac - odparl Bruce.

-Odsapnij chwile. Podkradne sie do siatki i sprawdze zabezpieczenia.

-Uwazaj na kamery. Spodziewaja sie nas.

James pstryknal przelacznikiem i swiatlo latarki zgaslo, pozostawiajac mdla ksiezycowa poswiate. Podczolgal sie do ogrodzenia. Willa wygladala imponujaco: dwie kondy- gnacje, garaz na cztery samochody, a przy domu basen w ksztalcie nerki. Zraszacze cykaly cicho, a chmury wod- nej mgielki plynely nad trawnikiem w swietle lamp wisza- cych na ganku.

James nie dostrzegl zadnych kamer ani no- woczesnych zabezpieczen, tylko zolta syrene tandetnego alarmu, ktory musial byc wylaczony, skoro ktos przebywal w domu. Odwrocil sie do Bruce'a.

-Chodz tutaj. Nie wyglada to zbyt powaznie.

Wyjal z plecaka nozyce do drutu i wycial w siatce otwor dosc duzy, by mogli sie przezen przecisnac. Ruszyl za Bru- ce'em przez trawnik, zwinnie czolgajac sie w strone domu. Nagle poczul, ze cos cieplego rozmazuje mu sie na nodze.

-Ozez w morde... Kurde! - zawolal glosem pelnym obrzydzenia.

Bruce odwrocil sie gwaltownie.

-Cicho, na milosc boska - zasyczal. - Co sie stalo?

-Wlasnie przejechalem kolanem przez kolosalna sterte swiezego psiego gowna.

10

Bruce usmiechnal sie szeroko. James wygladal, jakby mial zwymiotowac.-Niedobrze - powiedzial Bruce, nagle powazniejac.

-Co ty powiesz. Miewalem to na podeszwie, ale na golej skorze...

-Wiesz, co oznacza ta wielka psia kupa? - przerwal Bruce.

-Tak - burknal James. - Ze zaraz mnie szlag trafi...

-Oznacza wielkiego psa.

Spojrzeli na siebie, po czym bez slowa ruszyli w strone domu, czolgajac sie jeszcze szybciej niz poprzednio. Za- trzymali sie przy scianie obok wieloskrzydlowych, prze- szklonych drzwi tarasowych. Bruce usiadl plecami do mu- ru i ostroznie zajrzal do pokoju. Zobaczyl skorzane kanapy i stol bilardowy. Swiatlo bylo wlaczone. Chlopcy sprobo- wali przesunac drzwi, ale ani jedno skrzydlo nie drgnelo. Dziurki od klucza, umieszczone tylko po wewnetrznej stronie, uniemozliwialy uzycie wytrychow.

HAU!

Chlopcy gwaltownie odwrocili glowy. Piec metrow od nich stal krol wszystkich rottweilerow swiata, olbrzymi po- twor z wezlami muskulow poruszajacymi sie pod lsniaca, czarna sierscia. Z pyska zwisaly mu dwa dlugie i drzace so- ple sliny.-Doobry piesek - powiedzial Bruce, probujac zachowac spokoj.

Pies zawarczal i podszedl blizej, przygwazdzajac chlopcow spojrzeniem czarnych slepi.

-N o kto jest dobrym pieskiem? - szczebiotal Bruce.

-Bruce, chyba nie sadzisz, ze on padnie na plecy, zebys mogl podrapac go po brzuszku? - szepnal nerwowo James.

-Masz lepszy pomysl?

-Nie okazuj strachu. Nie wytrzyma naszego wzroku. Prawdopodobnie boi sie nas tak samo jak my jego.

11

n

-Jasn e - zadrwil Bruce. - To widac. Biedna psina sika po nogach ze strachu.

James zaczal sie cofac, powoli, na ugietych nogach. Pies wydal z siebie kilka gardlowych szczekniec. Cos zagrze- chotalo - James potknal sie o metalowa szpule z wezem ogrodowym. Niewiele myslac, odwinal kilka metrow giet- kiej rury. Pies stal zaledwie kilka krokow od niego.

-Bruce, lec i otworz drzwi. Sprobuje go zaj...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin