Cook Robin-Rok interny.pdf
(
1274 KB
)
Pobierz
Cook Robin-Rok interny
ROBIN COOK - ROK INTERNY
ROBIN COOK
ROK INTERNY
Przełożył Marian Baranowski
Najsłynniejszy autor thrillerów medycznych prezentuje tym razem książkę opartą na faktach, w której możemy napotkać
więcej prawdziwej grozy niż w jego słynnych powieściach. Z psychologiczną wnikliwością autor opowiada o wyzwaniach
stawianych młodemu człowiekowi, nim stanie się prawdziwym lekarzem. Czy wobec okrucieństwa śmierci można nie zatracić
wrażliwości na ludzkie cierpienie?Doktor Peters, który dopiero od kilku tygodni pracuje na oddziale interny, popada w pełne
lęku zniechęcenie. W ciągu najbliższych godzin będzie musiał znów podejmować decyzje przesądzające o życiu i śmierci
pacjentów, asystował chirurgom podczas operacji, rozmawiał z pielęgniarkami, które zdają się wiedzieć więcej niż on,
pocieszał i okłamywał rodziny chorych, ale przede wszystkim, będzie musiał udawać, że jest tym, kim się jeszcze nie stał -
doświadczonym lekarzem o wysokich kwalifikacjach.
Książka ta jest dedykowana ideałowi medycyny, który mieliśmy w roku, w którym zaczynaliśmy studia w akademii
medycznej.
Podziękowania
Książka ta została napisana pod powierzchnią Oceanu Spokojnego, gdy autor przebywał na pokładzie okrętu
podwodnego klasy Polaris, USS "Kamehameha". Nie powstałaby bez życzliwości i zrozumienia dowódcy "Kamehamehy",
komandora Jamesa Sagerholma, któremu winien jestem wdzięczność.
Dziękuję również dr med. Craigowi Van Dyke, psychiatrze, który praktykował, zanim rozpoczął specjalizację, i dzięki
temu podtrzymywał autora na duchu przez okres zwątpienia i przygotowywania książki do druku.
WSTĘP
Amerykanie trwają przy swoich mitach. Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w przepełnionym emocjami świecie
medycyny i opieki lekarskiej. Ludzie wierzą w to, w co chcą wierzyć, w co zawsze wierzyli, i albo lekceważą, albo odrzucają
jako fałszywe wszystko, co zagraża ich pokrzepiającemu zaufaniu do swoich lekarzy albo do sposobu leczenia, jakiemu mogą
być poddani.
Dopiero ostatnio, i to z niechęcią, szeroki ogół społeczeństwa zaczął kwestionować swe kołtuńskie założenia, że
personel medyczny i opieka zdrowotna w Stanach Zjednoczonych są najlepsze na świecie. To przykre przebudzenie dokonało
się bardziej pod wpływem wzrastających kosztów niż samej jakości usług medycznych.
Pani Brown co prawda może przyznać, że kilka rzeczy jest złych, jednak trwa niezmiennie w przekonaniu, że jej własny
kochany lekarz mieszkający na tej samej ulicy jest najlepszy na świecie - taki cudowny człowiek!
A ci wszyscy młodzi stażyści, niech ich Bóg błogosławi - tacy oddani i pełni poświęcenia!
Podstawa tego uwielbienia dla świata medycznego leży głęboko w psychice współczesnego Amerykanina. Jego miłość
do medycyny okazywana jest podczas godzin, jakie spędza przykuty do telewizora, oglądając triumfy diagnozy i terapii
wszechwiedzących lekarzy.
Taki romantyzm wraz z jego ukierunkowaną wiarą, i stąd tak wąską tolerancją, sprawia, że głoszenie przeciwstawnych
poglądów jest niezwykle trudne.
Niemniej jednak, celem autora tej książki jest odarcie owego roku na stażu z całej tej mitologii i mistyki i przedstawienie
go ze wszystkimi twardymi, bezwzględnymi realiami. Psychologiczne oddziaływanie stażu na lekarza jest ogromne (ponieważ
tak jest, wyobraźmy sobie, jaki to ma wpływ na nie kończący się pochód pacjentów).
Gorąco proszę Czytelnika o rozpoczęcie lektury z otwartym umysłem, odrzucenie prawie nieprzepartej chęci
gloryfikowania medycyny i ludzi z nią związanych - prosząc o zrozumienie prawdziwego wpływu stażu na normalnego
człowieka.
Osoby związane z medycyną są najnormalniejszymi ludźmi, którym nieobce są problemy i negatywne emocje - gniew,
lęk, wrogość, egocentryzm. Kiedy znajdują się w nieprzyjaznym środowisku, reagują jak zwykli ludzie, nie zaś jak nadludzcy
uzdrowiciele.
Mimo że spektakle telewizyjne sugerują coś innego, staż w obecnej formie wywołuje właśnie taki nieprzyjazny stan
emocjonalny (sam brak snu wystarcza, aby wytłumaczyć mnóstwo zachowań odbiegających od normy: ostatnie badania
wykazały, że człowiek szybko staje się schizofrenikiem, jeśli pozbawiony zostanie dostatecznej ilości snu).
Wszystkie opisane zdarzenia są prawdziwe. To typowe, zwyczajne - nie niezwykłe - dni z życia stażysty. Sam doktor
Peters jest syntezą moich własnych doświadczeń i doświadczeń kolegów stażystów, ogniskuje w sobie kilka prawdziwych
postaci. Jeśli nie wykazuje odchyleń konkretnej psychospołecznej osobowości, to i tak odwzorowuje każdego stażystę - w
mniejszym lub większym stopniu. Fakt ukazywania go jako jednostki narzekającej i skarżącej się, zawodzącej w roli społecznej
czy towarzyskiej, ale rozwijającej się zawodowo nie powinien dziwić. Doktor Peters podczas swego stażu naprawdę zyskuje
dużo wiedzy i doświadczenia, rozwija bardziej obiektywną postawę wobec śmierci.
Jednocześnie wraz z tymi cechami narasta w nim gwałtownie tłumiony gniew i wrogość, które prowadzą do izolacji,
niemal autystycznego zachowania, rozczulania się nad sobą i niemożności nawiązywania stosunków międzyludzkich.
Inne aspekty praktyki lekarskiej przedstawione w tej książce zapewne również zostaną odebrane jako rysy na
powierzchni przyjętych przekonań. Znów proszę Czytelnika o zachowanie otwartości spojrzenia, o zapamiętanie, że duża część
1 / 80
ROBIN COOK - ROK INTERNY
anonimowości i bezosobowości w kontaktach z pacjentami jest po prostu nieuniknionym skutkiem znajomości ludzkich
chorób.
Ta bezosobowość może oczywiście w swej skrajności doprowadzić do zredukowania pacjenta do roli leczonego obiektu.
Jest to zdecydowanie patologiczne. W wypadku stażysty istnieje niebezpieczna możliwość osiągnięcia takiego stanu.
Stażysta zmuszony jest do radzenia sobie bez żadnej pomocy, do działania tak, jak dyktuje mu jego charakter.
Jedno słowo, które wyprzedza szczególną krytykę: doktor Peters odbywał staż w normalnym szpitalu, a nie w ośrodku
uniwersyteckim, toteż niektórzy mogą twierdzić, że jakiekolwiek wnioski i uogólnienia dotyczą jedynie takiego środowiska.
Taka uwaga być może ma pewną wartość, ale nie wierzę, aby obniżała słuszność mego głównego argumentu. Wprost
przeciwnie, doświadczenia Petersa mogłyby być głębsze, gdyby został osadzony w realiach ośrodka uniwersyteckiego. Tam
bowiem konkurencja między stażystami, konieczność plasowania się zawsze przed kimś, jest prawie zawsze silniejsza. W
związku z tym w codziennym systemie wartości ważniejsze staje się przeglądanie literatury i praca papierkowa niż pacjent.
Jestem przekonany, że doświadczenia doktora Petersa mogą być odniesione zarówno do szpitali uniwersyteckich, jak i
do normalnych klinik. To, co jemu się przydarzyło, udowodnione zostało poprzez przekonywające podobieństwo doświadczeń
moich i innych lekarzy odbywających najrozmaitsze staże.
Nie przedstawiono środowiska szpitala nieuniwersyteckiego, który nie prowadzi szkolenia. Możliwe, że krytyka odniesie
się również do staży w takich właśnie instytucjach.
Rękopis tej książki został przeczytany przez ośmiu lekarzy, którzy byli nie dłużej niż trzy lata po stażu. Wszyscy, poza
jednym, zgodzili się, że jest ona realistyczna, napisana bez ogródek, całkowicie reprezentatywna. Ten, który miał odmienne
zdanie, stwierdził, że lekarze w szpitalu, w którym odbywał staż, byli bardzo uczynni, bardziej otwarci na jego potrzeby niż ci
przedstawieni w książce. Przebywał na stażu w szpitalu uniwersyteckim na Zachodnim Wybrzeżu.
Wniosek wypływający z jego wypowiedzi mógłby być taki, że wszyscy adepci medycyny powinni odbywać staż tam,
gdzie on.
Powtarzam, że książka ta jest prawdziwa. Jeśli nie przedstawia wszystkich staży we wszystkich szpitalach, to
przedstawia większość z nich. Uczciwie odzwierciedla szerzący się stan, przynajmniej przygnębiający, a w najgorszym
wypadku niebezpieczny. To już wystarczający powód do napisania Roku interny.
Dzień 15
CHIRURGIA OGÓLNA
Spałem już chyba z pół godziny, zmarznięty, gdy znów zadzwonił telefon. Odebrałem, zanim zamilkł pierwszy dzwonek,
sięgając po słuchawkę instynktownie, prawie w panice. Podręcznik chirurgii, który czytałem, zanim zasnąłem, spadł z łóżka na
podłogę.
- Cholera, co znowu?
Usłyszałem zrozpaczony głos pielęgniarki:
- Doktorze Peters, pacjent, którego pan badał, przestał oddychać i nie wyczuwam tętna.
- Już idę.
Udało mi się odłożyć słuchawkę. Wciągnąłem spodnie, koszulę, buty i zszedłem do windy, zaciągając zamek bluzy.
Wcisnąłem przycisk i usłyszałem charakterystyczny dźwięk pracującego silnika elektrycznego. Oczekując niecierpliwie na
windę, nagle zdałem sobie sprawę z tego, że właściwie nie wiem, o jakim pacjencie mówiła pielęgniarka.
Było ich wielu. Wszyscy, których widziałem wieczorem, pojawili mi się przed oczyma. Pani Takura, Roso, Sperry, ten
nowy, starszy facet z rakiem żołądka. To musi być on. Nie był to pacjent leczony u nas. Zetknąłem się z nim pierwszy raz, gdy
wyrwano mnie z izby przyjęć, bo wystąpiły u niego gwałtowne bóle brzucha. Okazało się, że był bardzo wyczerpany. Nie mógł
się w ogóle poruszyć i z trudem odpowiadał na pytania.
Nie mogłem się doczekać windy i oparłem głowę o drzwi. Moje informacje o tym facecie były bardzo skąpe.
Pielęgniarka też niewiele wiedziała. Nie było historii choroby, a jedynie krótki zapis, z którego wynikało, że ma siedemdziesiąt
dwa lata i już trzeci rok cierpi na nowotwór żołądka; przed paroma miesiącami przeprowadzono resekcję. Tym razem został
przyjęty do szpitala z uwagi na bóle, zawroty głowy i ogólne osłabienie.
Winda, skrzypiąc i zgrzytając, zjechała wreszcie i otworzyły się brązowe drzwi. Wszedłem do środka, wcisnąłem guzik i
czekałem z niecierpliwością, aż to pudło zwiezie mnie na parter.
Wcześniejsze badanie starszego pana nie przyniosło niczego niespodziewanego. Jasne było, że odczuwa ogromny ból i
niewątpliwie rak zaatakował całą jamę brzuszną. Po kilku bezskutecznych próbach dodzwonienia się do zajmującego się nim
lekarza zdecydowałem się podać mu kroplówkę z demerolem jako środkiem nasennym. Nic innego nie przyszło mi do głowy.
W końcu winda dotarła na parter. Szybko przeszedłem przez dziedziniec, wszedłem do głównego budynku, a następnie
tylnymi schodami dotarłem na oddział. Wkroczyłem do jego sali i w smutnym świetle nocnej lampki zobaczyłem bezradną
pielęgniarkę. Pacjent był przeraźliwie wychudzony. Można mu było policzyć wszystkie żebra; brzuch zapadł się głęboko,
tworząc dołek. Leżał nieruchomo z zamkniętymi oczami. Spojrzałem na jego klatkę piersiową.
Byłem przyzwyczajony do widoku klatek piersiowych, które poruszały się miarowo w trakcie oddychania. Wydawało mi
się, że i tym razem widzę, jak nieznacznie opada i wznosi się. Jednak to nie była prawda. Sprawdziłem tętno - niewyczuwalne.
Nieraz tętno rzeczywiście bywa bardzo słabe. Sprawdziłem, czy trzymam jego przegub w odpowiedni sposób, od strony
kciuka, a później uchwyciłem drugą rękę. Znowu nic.
- Doktorze, to nie zatrzymanie akcji serca. Lekarz dyżurny powiedział, że nie powinniśmy tego uważać za przyczynę -
starała się usprawiedliwiać pielęgniarka.
Zamknij się, pomyślałem. Byłem poirytowany, a jednocześnie poczułem ulgę. Nie martwiło mnie przypisanie
wszystkiego zatrzymaniu akcji serca. Chciałem mieć zupełną pewność, bo pierwszy raz musiałem wziąć na siebie
odpowiedzialność za stwierdzenie zgonu. W czasie studiów zetknąłem się z wieloma przypadkami śmierci; wtedy, w zeszłym
2 / 80
ROBIN COOK - ROK INTERNY
roku jeszcze, choć to dawno, zawsze ktoś służył pomocą - zespół lekarzy, stażysta albo bardziej doświadczony kolega. Nigdy
nie decydował sam student. Teraz to ja stanowiłem zespół lekarzy i musiałem sam podjąć decyzję, ostateczny werdykt.
Zupełnie jak w baseballu: aut czy w polu, pomyślałem z kwaśną miną, bez odwoływania się do sędziego.
Nie żyje. Czy na pewno? Demerol, chuda sylwetka, brak reakcji - połączenie tego wszystkiego mogło dać wrażenie
śmierci.
Powoli wyjąłem stetoskop, świadomie zwlekając z orzeczeniem, i włożyłem końcówki do uszu. Przyłożyłem słuchawkę
w okolice serca starszego mężczyzny. Usłyszałem kilka dźwięków przypominających delikatne pękanie, gdy przesuwała się po
jego owłosieniu i reagowała na drżenie mojej ręki. Nie słyszałem serca, a może prawie nie słyszałem? Było gdzieś daleko albo
stłumione?
Rozpalona wyobraźnia podtrzymywała we mnie wrażenie życiodajnego bicia. Zdałem sobie jednak sprawę z tego, że
było to echo mojego własnego serca, które brzmiało mi w uszach. Zdjąłem stetoskop, jeszcze raz poszukałem tętna na
przegubach, szyi i w pachwinach. Nigdzie nie było wyczuwalne. Jakieś niesamowite wrażenie mówiło mi, że on żyje, że się
zaraz zbudzi, a ja wyjdę na wariata. Przecież on nie może być martwy, skoro rozmawiałem z nim dopiero parę godzin temu.
Nienawidziłem tego miejsca. Komu mam powiedzieć, czy on żyje, czy nie? Komu?
Ja i pielęgniarka patrzyliśmy na siebie w półmroku. Byłem tak bardzo zajęty swymi myślami, że prawie zaskoczyła mnie
jej obecność. Przytrzymałem powieki pacjenta, wpatrując się w dwoje brązowych oczu, które wyglądały zupełnie normalnie,
ale tym razem powiększone źrenice nie zareagowały zwężeniem, gdy wiązka światła z mojej lampki penetrowała rogówkę.
Byłem pewien, że nie żyje; miałem nadzieję, że tak jest, bo miałem to stwierdzić.
- Sądzę, że on nie żyje - odezwałem się, patrząc znów na pielęgniarkę, ale ona się odwróciła. Myślała chyba, że jestem
osłem.
- To pierwszy pacjent, który umarł na moim dyżurze - powiedziała, raptownie zwracając się w moją stronę. Jej ręce
opadły bezsilnie.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że chciała, abym powiedział coś o demerolu, że to nie był demerol, który mu podała.
Skąd miałem wiedzieć, co go zabiło?
Po głowie zaczęła mi się plątać scena ze starego horroru. Było to ujęcie, w którym ciało zmarłego powoli wstaje z
cementowej płyty w kostnicy. Rozeźliłem się na siebie, ale znów postanowiłem go osłuchać. Ponownie sięgnąłem po stetoskop.
Mój własny oddech w tej nocnej ciszy wdzierał się z łoskotem do głowy. "Zmarły", "śmierć", "zimno", "cisza" docierały do
ośrodków myślowych mózgu. Powinienem powiedzieć pielęgniarce coś miłego.
- Musiało to być łagodne i spokojne; umarł godnie. Na pewno był pani wdzięczny za demerol.
Wdzięczny? Co za dziwaczne słowo. Walczyłem ze swoją niepewnością, ledwo trzymając się w ryzach, a tu usiłuję
przekonać kogoś, by zachował spokój.
Powstrzymywałem się od tego, aby jeszcze raz sprawdzić tętno. Zakryłem głowę zmarłego prześcieradłem.
- Zadzwońmy do jego lekarza - powiedziałem, gdy wychodziliśmy z sali.
Lekarz domowy odebrał telefon tak szybko, że jego głos podziałał jak zimny kompres na twarz. Powiedziałem mu, kim
jestem i dlaczego dzwonię.
- Dobrze, dobrze. Proszę powiadomić rodzinę i zrobić sekcję zwłok. Chcę się przekonać, jak wygląda zespolenie, które
zrobiłem między kikutem żołądka a jelitem cienkim. Było to zespolenie dokonane za pomocą pojedynczego szwu. Myślę, że
jest to najlepsza i najszybsza technika. Prawdę mówiąc, staruszek był ciekawym przypadkiem, gdyż żył znacznie dłużej, niż się
spodziewałem. Panie Peters, niech pan załatwi sekcję, dobrze?
- W porządku, postaram się.
Próbowałem uporządkować myśli, zanurzając się w wewnętrzną ciszę po tym jowialnym monologu, bo przecież nie
rozmowie. Lekarz zmarłego chciał sekcji. W porządku. Gdzie jest numer telefonu do rodziny? Kobieca ręka, która przesunęła
się nad moim ramieniem, wskazywała na kartę pacjenta. "Najbliższy krewny: syn". Wszawa sytuacja. Nieznajomy głupi
stażysta dzwoniący w środku nocy. Usiłowałem znaleźć odpowiednie słowo, którym mógłbym bezboleśnie powiadomić go o
tym. "Zmarł", "zgon"... nie, "zszedł".
Dźwięk w słuchawce przerwało miłe pozdrowienie.
- Tu doktor Peters; przykro mi, że muszę powiadomić o zejściu pańskiego ojca.
Z drugiej strony zapanowała długa cisza; może mnie nie zrozumiał. Po chwili znów usłyszałem głos.
- Spodziewałem się tego.
- Jest jeszcze jedna sprawa. - Na końcu języka miałem już "sekcja zwłok".
- Słucham?
- Właściwie... Nic. Porozmawiamy o tym później, ale muszę pana poprosić o przyjście do szpitala.
Pielęgniarka przekazała mi to, energicznie gestykulując.
- Tak, przyjdę. Dziękuję.
- Bardzo mi przykro... i dziękuję panu.
Starsza pielęgniarka wynurzyła się z ciemności korytarza i podetknęła mi pod nos kupę urzędowych papierów. Pokazała,
gdzie mam wpisać swoje nazwisko oraz godzinę zgonu pacjenta.
Zastanawiałem się, kiedy zmarł. Nie wiedziałem.
- O której nastąpił zgon? - spytałem przybyłej siostry, która stała z mojej prawej strony.
- Zmarł wtedy, kiedy pan stwierdził zgon, doktorze.
Ta pielęgniarka, nocny nadzorca, znana była z bardzo zwięzłych wypowiedzi oraz uprzedzenia do stażystów. Ani oschły
ton jej głosu, ani oczywista pogarda dla mojej naiwności nie mogły jednak wymazać obrazu nieboszczyka podnoszącego się w
kostnicy z cementowego łoża.
- Proszę mnie powiadomić, gdy zjawi się rodzina.
- Tak, doktorze, dziękuję.
- Dziękuję - odpowiedziałem.
3 / 80
ROBIN COOK - ROK INTERNY
Wszyscy wszystkim dziękują. Przy moim zmęczeniu małe sprawy przeradzały się w wielkie i absurdalne. Ciągle coś
mnie pchało, żeby jeszcze raz wejść i zbadać puls. Przeszedłem z trudem koło sali, gdzie leżał zmarły; siostry mogły mnie
obserwować.
Dlaczego ciągle przychodzi mi na myśl to, że wstanie? Kim właściwie był, jaką osobowością? Czy to miało jakieś
znaczenie? Tak, oczywiście, ale ja przecież go nie znałem.
Zatrzymałem się na półpiętrze. Fakt, nie znałem go, ale był to ktoś. Starszy pan, siedemdziesiąt dwa lata - mężczyzna,
ojciec, człowiek. Schodziłem dalej. Nie mogłem się zbłaźnić. Gdyby teraz się zbudził, kpiłby ze mnie cały szpital.
Pewność w tym zawodzie przychodzi powoli; taka wpadka oznaczałaby koniec. Będąc już w windzie, starałem się
przypomnieć sobie, kiedy się zmieniłem; pamiętałem jedynie jakieś oderwane obrazy, punkty zwrotne, takie jak moja pierwsza
wizyta na oddziale podczas studiów i jedenastoletnia dziewczynka leżąca na łóżku, której oczy wpatrywały się w nas z
ogromną nadzieją na pomoc. Miała mukowiscydozę, która jest przeważnie nieuleczalna. Przysłuchując się rozmowie zespołu
lekarzy, zupełnie się rozkleiłem i nie byłem w stanie nawet spojrzeć na nią. Jeden z lekarzy powiedział: "Jest mała szansa na to,
że przeżyje jeszcze parę lat". Po tym o mało nie zostałem hydraulikiem.
Drzwi windy otworzyły się.
Później moje reakcje jakoś uległy zmianie. Teraz martwiłem się, że ktoś może ocknąć się z letargu w kostnicy,
zniweczyć mój image, narazić mnie na kpiny. Cóż, zmieniłem się - jasne, że na gorsze. Ale co mogę zrobić?
Wróciłem do siebie, położyłem się na łóżku, które zaskrzypiało pod moim ciężarem. Leżąc w półmroku, przypomniałem
sobie wszystkie najdrobniejsze szczegóły tego wychudzonego ciała. Czy inni stażyści też rozmyślali o takich sprawach? Nie
mogłem sobie tego wyobrazić, a właściwie to nie mogłem sobie wyobrazić, o czym by myśleli.
Sprawiali wrażenie bardzo opanowanych, pewnych siebie nawet wtedy, gdy nie mieli do tego podstaw. Przed studiami w
akademii medycznej wyobrażałem sobie, że kryzys czy załamanie u stażysty będzie wyglądać inaczej, bardziej wzniosie.
Problem zawsze obracał się wokół utraty własnego pacjenta po długiej walce; ból po życiu, które przeminęło. Tym
razem oblewał mnie pot na samą myśl o tym, że jakiś pacjent zacznie znów oddychać; czułem się tym wyczerpany i chciałem
to wszystko odsunąć od siebie.
Była za piętnaście dziesiąta. Przekręciłem się na łóżku, podniosłem słuchawkę i zadzwoniłem do pielęgniarek.
- Poproszę panią Stevens. Jane, czy mogłabyś wpaść? Nie, nic się nie stało. Oczywiście, przynieś parę owoców mango.
Dobrze, jestem pod telefonem.
Przez firanki zobaczyłem kilka gwiazd. Od dwóch tygodni byłem stażystą. Były to najdłuższe tygodnie w moim
dwudziestopięcioletnim życiu, stanowiły kulminacyjny punkt wszystkiego: szkoły średniej, college'u, akademii. Jak bardzo o
tym marzyłem!
Właściwie teraz prawie każdy, kogo znałem, był w błogosławionym okresie stażu, który okazał się wszawą robotą, a
jeśli nie wszawą, to przynajmniej zwariowanym bałaganem.
"No, Peters, nareszcie ci się udało. Chcę tylko, żebyś zapamiętał, jak łatwo wypaść z układów i że prawie niemożliwe,
żeby wrócić". Tak dokładnie powiedział mój profesor chirurgii, gdy się dowiedział, że postanowiłem odbyć staż w ośrodku
pozauniwersyteckim, z dala od wielkiego świata medycyny, gdzieś w "dziczy". W rozumieniu medycznego establishmentu ze
Wschodu nie ma gorszej dziczy niż Hawaje. Komputerowy system rankingu wyznaczył mnie na staż w ramach możliwości Ivy
League *.
W czasie studiów w akademii zacząłem sobie uzmysławiać, że zostać lekarzem, to oddać się całemu systemowi bez
reszty. Przypomina to obrabianie kawałka drewna na strugarce. Końcowy produkt jest gładki i gotowy do sprzedaży. W czasie
obróbki odpadają wióry, zaś podczas studiów medycznych - "nieprzydatne" cechy osobowe: empatia, człowieczeństwo,
instynkt opiekuńczy. Gdybym mógł i gdyby nie było za późno, musiałbym się przed tym bronić. W ostatnim momencie udało
mi się jednak zeskoczyć z tej machiny. "No, Peters, nareszcie ci się udało".
Śmierć tego staruszka wprowadziła mnie w stan napięcia. Zeskoczyłem z łóżka, zanim Jane zapukała. Dobrze, że
najpierw nie zadzwoniła. Bałem się telefonów.
- Jane, świetnie, że jesteś, że przyniosłaś owoce i w ogóle. Owoce mango to coś, czego mi brakowało. Oczywiście,
możesz zapalić światło. Tak sobie siedzę i myślę. Dobrze, odłóż je. Noże i talerz? Chcesz teraz jeść te owoce?
Nie miałem ochoty na mango, ale nie warto było się spierać. Wyglądała ślicznie w łagodnie muskającym jej włosy
świetle i pachniała tak, jakby dopiero wyszła spod prysznica. Bardziej słodko niż jakiekolwiek perfumy. Najwspanialszy był jej
głos. Może mi coś zaśpiewa.
Przyniosłem talerz i dwa noże. Usiedliśmy na podłodze i zaczęliśmy jeść owoce. Nic nie mówiliśmy, podobała mi się w
niej właśnie ta małomówność. Miło było na nią patrzeć. Była bardzo młoda. Wyszliśmy gdzieś razem ze dwa razy i nie byliśmy
sobie zbyt bliscy, nie miało to jednak znaczenia. A właściwie miało, bo bardzo chciałem ją poznać, szczególnie wtedy. Było coś
poetyckiego w jej blond włosach i drobnych rysach. Poczułem, że powinniśmy stać się sobie bliżsi.
Owoc był bardzo miękki. Obrałem cały i podszedłem do umywalki, żeby opłukać ręce. Kiedy się odwróciłem, była
daleko ode mnie, a światło z okna odbijało się srebrzyście w jej włosach. Podparła się na jednej ręce i podwinęła nogi. O mało
nie poprosiłem, żeby zaśpiewała Try to remember, ale powstrzymałem się, może dlatego, że na pewno by zaśpiewała - zawsze z
chęcią spełniała takie życzenia. Gdyby zaczęła, wszyscy mogliby ją usłyszeć. W zasadzie to i tak wszyscy słyszeli, jak jedliśmy
mango. Usiadłem koło niej; przechyliła głowę i zobaczyłem jej oczy.
- Coś się dziś zdarzyło - zacząłem.
- Wiem - powiedziała.
Prawie mnie to zatkało. "Wiem". Nic nie wiedziała, a ja nie tylko wiedziałem, że ona nic nie wie, ale nie miałem zamiaru
jej wszystkiego wyjaśniać. Mimo to ciągnąłem dalej:
- Stwierdziłem zgon chuderlawego starszego faceta, który chorował na raka, a teraz boję się, że zadzwoni telefon i jakaś
pielęgniarka mi powie, że on żyje.
Odchyliła głowę w drugą stronę, odwracając oczy. Później powiedziała coś naprawdę trafnego. Powiedziała, że to
śmieszne. Śmieszne?
4 / 80
ROBIN COOK - ROK INTERNY
- Nie uważasz, że to głupie?
Tak, to głupie, ale i śmieszne.
- Wiadomo, że wieczorem zmarł człowiek, a jedyne, co przychodzi mi teraz do głowy, to myśl o tym, że może nadal
żyje. To byłby kawał! Kapitalny kawał o mnie.
Przyznała, że byłby to niezły dowcip. Tak daleko sięgało jej zainteresowanie całą sprawą.
- Nie wydaje ci się dziwne, że w tak głupi sposób myślę o końcu czyjegoś życia? - zapytałem.
Tego już było dla niej za dużo, bo zdobyła się na pytanie, czy nie lubię mango. Lubię, oczywiście, że tak, ale akurat nie
mam ochoty; nawet zaproponowałem jej moją porcję.
Mimo tych paru niewypałów poczułem się nieco lepiej. Powoli zaczynało do mnie docierać, że ten trup staje się już
mniej ważny. Zastanawiałem się, czy Jane zacznie śpiewać Aquariusa. Ta dziewczyna najwyraźniej poprawiała mi
samopoczucie.
Objąłem ją, a ona wsunęła mi do ust kawałek mango, zupełnie absurdalnie, bezwiednie odrzucając wszelkie bariery.
Pomyślałem, że nie będziemy już więcej rozmawiać o tym wychudzonym dziadku.
Pocałowałem ją. Odwzajemniła mój pocałunek. Rozkosznie byłoby kochać się z nią.
Nasze usta ponownie się połączyły. Przywarła do mnie tak mocno, że poczułem jej ciepło i całą delikatność.
Przesuwałem moje lepkie od mango dłonie po jej plecach i zastanawiałem się, czy uległaby mi. Ta myśl całkowicie mną
zawładnęła.
Komiczne było to, że znajdowaliśmy się na podłodze. Zastanawiałem się, jak najlepiej się przedostać na łóżko. Nagle się
zorientowałem, że ona nie ma na sobie niczego poza cienką sukienką. Zbyt zapamiętale pieściłem jej plecy i pośladki.
Wyczuła mój zamiar, żeby zmienić niewygodne miejsce na podłodze. Wstaliśmy równocześnie.
Zacząłem unosić jej sukienkę. Powstrzymała mnie, przyciskając moje ręce. Odpięła guziki na plecach i wysunęła się z
niej. Była tak piękna w łagodnym, miękkim świetle. Może nie rozumiała problemu, z którym się borykałem, ale zupełnie
odświeżała mój umysł. Ściągnąłem koszulę, upuściłem stetoskop na podłogę i sięgnąłem po dziewczynę w obawie, żeby nie
zniknęła.
Nagle zadzwonił telefon. Wszystko prysło i chudy staruszek znów zajął miejsce w moich myślach.
Jane leżała na łóżku, a ja stałem, patrząc na telefon. Zaledwie dziesięć sekund wcześniej byłem pochłonięty zupełnie
czym innym. Teraz na nowo miałem zamęt w głowie. Wróciła ta okropna myśl: zaczął oddychać.
Nie odbierałem telefonu jeszcze przez chwilę, mając nadzieję, że przestanie dzwonić. Podniosłem w końcu słuchawkę i
usłyszałem głos pielęgniarki:
- Doktorze Peters, przyszła rodzina.
- Dziękuję, zaraz tam będę.
Poczułem ogromną ulgę; to tylko rodzina. Stary nadal nie żył.
Położyłem dłoń na plecach Jane; jej delikatna, ciepła skóra dopominała się pieszczot. Wspaniała linia jej pleców nie
nastrajała do myślenia o tym, jak uzyskać zgodę rodziny zmarłego faceta na przeprowadzenie sekcji.
Szybko odnalazłem porzuconą koszulę, ale gorzej było ze stetoskopem. Odnalazł się dopiero wtedy, gdy nadepnąłem na
niego.
- Jane, muszę pędzić do szpitala. Myślę, że zaraz wrócę.
Mrużąc oczy, wyszedłem z ciepłego pokoju do jaskrawo oświetlonego hallu, kierując się do brązowej windy. Jest coś
złowieszczego w szpitalu pogrążonym we śnie i ciszy. Była 22.30 i cały oddział żył już nocnym rytmem, czymś w rodzaju
powolnego tętna, na które składały się przyciszone głosy i łagodne światło.
Szedłem długim korytarzem w kierunku dyżurki pielęgniarek. Mijałem sale znaczone jedynie słabym blaskiem nocnych
lampek. Na drugim końcu widziałem dwie pielęgniarki, które zajęte były rozmową, ale nie docierał do mnie żaden głos. Tym
razem korytarz wydawał się wyjątkowo długi, jak tunel. Światło na końcu przypominało obraz Rembrandta; ostre, jasne plamy
otoczone paloną umbrą.
Wiedziałem, że spokój może lada moment prysnąć, stwarzając mi nowe zagrożenie. Na razie cały ten świat jakby
zastygł.
Sekcja. Musiałem poprosić o zgodę.
Pamiętam pierwszą; byłem wtedy na drugim roku studiów. Zaczynaliśmy akurat patologię. Wtedy jeszcze myślałem, że
medycyna jest dla każdego.
- Panowie, stańcie wokół stołu.
Wyglądaliśmy jednakowo w białych kitlach, podchodząc jeden za drugim, jak grzeczni uczniowie, którymi chyba
byliśmy.
Zobaczyłem nagle ciało kobiety, ale nie tej, którą mieliśmy się zająć. Leżała na sąsiednim stole, następna w kolejce. Jej
skóra była szarożółta, a od ręki poprzez klatkę piersiową rozchodziła się wysypka półpaśca.
Półpasiec objawia się zmianami na skórze charakteryzującymi się dużą liczbą strupów. W tych warunkach wszystko
wyglądało na jeszcze bardziej wyolbrzymione.
Ciało kobiety leżało na cementowej płycie. Wokół było pełno plamek krwi. Woda obmywająca to ciało spływała
rowkami odległymi od siebie o kilka centymetrów i z obrzydliwym dźwiękiem spadała do ścieku. Prawa ręka obwiązana była
papierową taśmą, na której nabazgrano coś ołówkiem. Włosy kobiety były rozwichrzone. Najbardziej zaintrygował mnie
chorobliwy wygląd jej skóry. Miała około trzydziestu lat, niewiele więcej niż ja teraz.
Widok ten nie wprowadził mnie w stan fizycznej odrazy czy zmęczenia, co było typowe dla większości studentów
medycyny.
Była bezwzględnie nieżywa, prawdziwy trup, a nadal wyglądała tak, jakby żyła; tylko ten niesamowity kolor skóry.
Martwa, żywa, martwa... słowa te, zupełnie przeciwstawne, zaprzątały mi głowę.
Ciało, które preparowałem na pierwszym roku anatomii, było całkiem inne. Było martwe i nic w nim nie sprawiało
wrażenia życia.
5 / 80
Plik z chomika:
luka67
Inne pliki z tego folderu:
Cook.Robin-Zabojcza.kuracja(by-tomson).rar
(349481 KB)
Cook.Robin-Uprowadzenie(by-tomson).rar
(350065 KB)
Cook.Robin-Smiertelny.strach(by-tomson).rar
(118594 KB)
Cook.Robin-Sfinks(by-tomson).rar
(155177 KB)
Cook.Robin-Nosiciel(by-tomson).rar
(389187 KB)
Inne foldery tego chomika:
Pliki dostępne do 01.06.2025
Pliki dostępne do 08.07.2024
Pliki dostępne do 19.01.2025
125 Baśni (W. Kopaliński)
Animals and flowers
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin