John Le Carre - Perfekcyjne morderstwo.pdf

(481 KB) Pobierz
271267963 UNPDF
JOHN leCARRE
Perfekcyjne morderstwo
Przekład
Michał Ronikier
Tytuł oryginału A MURDER OF QUALITY
R
l
CZARNE ŚWIECE
Wielkość Carne School przypisywana jest, za powszechną zgodą, W
Edwardowi VI, któremu -jak twierdzą historycy -pasję edukacyjną
zaszczepił książę Somerset. Sama szkoła chętniej powołuje sięjec na
autorytet monarchy niż na dyskusyjną politykę jego doradcy, czerpiąc siłę
z założenia, że wielkie szkoły, podobnie jak królowie z dynastii Tu-dorów
zawdzięczają swe istnienie woli Niebios.
Wielkość szkoły istotnie graniczy z cudem. Ufundowana przez mm-chów,
obdarzona zapisem przez chorowitego młodego króla, wyciąg"*; ta z
niepamięci przez wiktoriańskiego tyrana, potrafiła otrząsnąć z siebie
LtSny pył i dostosować się wspaniale do wymogów XX wieku. Tw
mgnieniu oka ta prostaczka z Dorset stała się ulubienicą Londynu;
kopciuszek zamienił się w królewnę. Carne School miała łacińskie
pergaminy woskowe pieczęcie i tereny zieleni za opactwem. Miała posia-E
ziemskie, krużganki, korniki, pręgierz, przy którym wymierzano karę
chłosty, i własny zapis w koronnych ks.ęgach wieczystych - czegóż więcej
trzeba, by nauczać potomków bogatych rodzin?
I potomkowie ci istotnie tu przyjeżdżali. W pierwszym dniu każdego
semestru (jako że nazwa „okres" brzmi nie dość 7<^)L»"* popołudnie z
zatrzymujących się na stacji pociągów wys.adałygrupk posępnych,
ubranych na czarno chłopców. Inni przyjeżdżał, wielkimi samochodami,
lśniącymi jak karawany. Można by odnieść wrażenie, ze przyjeżdżają na
pogrzeb biednego króla Edwarda, ciągnęli bowiem po brukowanych
uliczkach wózki z bagażami lub nieśli kuferki podobne do ma-^ch
trumienek. Niektórzy z nich mieli na sobie togi, w których wyglądali jak
wrony lub jak przybywające na pogrzeb czarne anioły LdidL«L nie
stukając obcasami i przypominając karawamarzy. W Carne wszysc
byli zawsze pogrążeni w żałobie; mali chłopcy- ponieważ musieli tu
zostać, starsi - ponieważ mieli niebawem wyjechać, nauczyciele zaś
-ponieważ ich prestiż nie był godziwie opłacany. Obecnie, kiedy semestr
wielkopostny (jak nazywano tu drugi okres) dobiegał końca, nad szarymi
wieżami szkoły wisiały jak zwykle ciemne obłoki smutku.
Smutek i chłód. Chłód był przenikliwy i ostry jak krzemień. Smagał
twarze chłopców, którzy wolnym krokiem wracali ze szkolnych boisk po
zakończeniu meczu. Przenikał przez czarne kapelusze i zamieniał ich
wysokie kołnierzyki w lodowate, zaciśnięte wokół szyi obręcze.
Przemarznięci do szpiku kości schodzili z boiska i szli otoczoną z obu
stron murami drogą wiodącą w kierunku miasteczka i sklepu. Drużyna
rozpadała się stopniowo na mniejsze grupki, te zaś dzieliły się na pary.
Dwaj chłopcy, którzy zdawali się jeszcze bardziej przemarznięci niż ich
koledzy, przeszli na drugą stronę drogi i szli wąską ścieżką w kierunku
bardziej odległego, ale mniej uczęszczanego sklepu z ciastkami.
- Chyba skonam, jeśli każą mi oglądać jeszcze jeden z tych cholernych
meczów rugby. Ten hałas jest okropny - powiedział jeden z nich, wysoki,
jasnowłosy młodzieniec, który nazywał się Caley.
- Chłopcy wrzeszczą tylko dlatego, że z trybuny obserwują ich
nauczyciele - odparł drugi. - Dlatego wszyscy uczniowie danej klasy
muszą stać razem. Żeby opiekunowie klas mogli się przechwalać, jak
głośno krzyczą ich podopieczni.
- A w dodatku ten Rode - dodał Caley. - Dlaczego stoi razem z nami i każe
nam się drzeć? Przecież nie jest nauczycielem, tylko cholernym woźnym!
- Przez cały czas podlizuje się opiekunom klas. Zauważ, jak kręci się po
dziedzińcu podczas pauz, zabiegając o ich względy. Tak robią wszyscy
młodsi nauczyciele. - Rozmówca Caleya, cyniczny rudowłosy chłopak
nazwiskiem Perkins, był starostą klasy, którą opiekował się pan Fielding.
- Byłem na podwieczorku u tego Rode'a - oznajmił Caley.
- Rode jest okropny. Nosi brązowe buty. Jaki był ten podwieczorek?
- Nudny. To zabawne, jak oni wszyscy obnażają się przy takich okazjach.
Ale pani Rode jest zupełnie znośna, naturalna, choć na dość prostacki
sposób; ozdobne serwetki i porcelanowe ptaszki. Jedzenie było dobre,
skromne, ale smaczne.
- Rode ma w przyszłym semestrze prowadzić szkolenie wojskowe. To
powinno go uspokoić. Jest taki strasznie gorliwy i tak okropnie się stara.
Od razu widać, że nie jest dżentelmenem. Czy wiesz, jaką szkołę kończył?
- Nie.
- Państwowe liceum w Branxome. Fielding powiedział o tym mojej
matce, kiedy przyjechała z Singapuru w zeszłym semestrze.
- Mój Boże. Gdzie jest Branxome?
- Nad morzem. Niedaleko Bornemouth. Ja nie byłem na podwieczorku u
nikogo, z wyjątkiem Fieldinga. - Perkins zrobił drobną pauzę. - Pieczone
kasztany i naleśniki. Nigdy nie pozwala sobie za nic dziękować. Twierdzi,
że tylko klasy niższe okazują emocje. To typowe dla Fieldinga. Nie
przypomina wcale innych nauczycieli. Myślę, że chłopcy go nudzą.
Zaprasza każdego raz w semestrze na podwieczorek, w grupach, po
czterech naraz. Poza tym właściwie z nami nie rozmawia.
Przez chwilę maszerowali w milczeniu. Potem odezwał się Perkins.
- Fielding wydaje dziś kolejną kolację.
- Ostatnio naprawdę wychodzi z siebie - stwierdził z dezaprobatą Caley. -
Jedzenie w waszej stołówce jest chyba jeszcze gorsze niż zwykle?
To jego ostatni semestr przed emeryturą. Chce do końca semestru podjąć u
siebie kolejno wszystkich nauczycieli, razem z żonami. Co wieczór czarne
świece. Na znak żałoby. Kretyńska ekstrawagancja.
Tak. Sądzę, że to coś w rodzaju pozy.
- Mój pater twierdzi, że Fielding jest gejem.
Przeszli na drugą stronę drogi i zniknęli w cukierni, w której nadal
rozmawiali o doniosłych sprawach dotyczących pana Terence'a Fieldinga,
dopóki Perkins nie pożegnał się niechętnie. Jako słaby uczeń z
przedmiotów ścisłych musiał niestety uczęszczać na dodatkowe zajęcia.
Kolacja, o której wspominał tego popołudnia Perkins, dobiegała końca.
Pan Terence Fielding, starszy opiekun klasowy szkoły Carne, dolał sobie
odrobinę porto i ze znużeniem przesunął karafkę w lewą stronę. Było to
jego porto; najlepsze, jakie miał. Wiedział, że posiadany zapas wystarczy
mu do końca semestru, i nie myślał, co będzie potem. Był trochę
zmęczony po obejrzeniu meczu, trochę pijany i trochę znudzony
towarzystwem Shane Hecht i jej męża. Shane była strasznie brzydka. Tęga
i potężnie zbudowana, wyglądała jak emerytowana Walkiria. I te czarne
włosy. Powinien był zaprosić kogoś innego. Może państwa Snów... choć
on jest zbyt przemądrzały.
Albo Feliksa D'Arcy... ale D'Arcy przerywał... Postanowił, że za jakiś czas
postara się zirytować Charlesa Hechta, który weźmie urazę do serca i
wcześnie pójdzie do domu.
Hecht kręcił się nerwowo, mając ochotę zapalić fajkę, ale Fielding nie
zamierzał na to przyzwolić. Skoro Hecht chciał palić, mógł zapalić cygaro.
""^^^M*!
Fajka pozostanie w kieszeni jego smokinga, gdzie jest zapewne jej
miejsce, a on zachowa reputację sportowca.
- Może cygaro, Hecht?
- Nie, dziękuję, Fielding. Prawdę mówiąc, jeśli nie masz nic przeciwko
temu...
- Mogę polecić te cygara. Młody Havelake przysłał mi je z Hawany. Czy
wiecie, że jego ojciec jest tam ambasadorem?
- Oczywiście, mój drogi - powiedziała łagodnie Shane. - Vivian Have-lake
służył w oddziale Charlesa, kiedy Charles był komendantem kadetów.
- Niezły chłopak, ten Havelake - oznajmił Hecht i zacisnął usta, jakby
chciał pokazać, że jest surowym sędzią.
- To zabawne, jak wszystko się zmieniło - powiedziała pospiesznie Shane
Hecht z raczej wymuszonym uśmiechem, jakby wcale nie uważała tego za
zabawne. - Żyjemy teraz w takim bezbarwnym świecie. Pamiętam, jak
przed wojną Charles dokonywał przeglądu oddziałów na białym koniu.
Teraz już nie ma takiego zwyczaju, prawda? Nie mam nic przeciwko temu
Zgłoś jeśli naruszono regulamin