ŚWIADECTWA-SPOTKANIE Z ANIOŁEM.rtf

(5 KB) Pobierz

Świadectwa                                                                             Spotkanie z aniołem

     W okresie Bożego Narodzenia jakby bliżej z ziemi do nieba. Może więc nawet łatwiej uznać za rzecz prawie zwyczajną, że się spotkało... anioła.

     Wspomnienie tamtego dnia dla Sławka i Tomka pozostaje żywe, choć mija od niego szesnaście lat. Byli wtedy studentami, razem z grupą duszpasterstwa akademickiego wyjechali do Krynicy Górskiej. Nowe przyjaźnie, sporo wspólnej modlitwy i zabawy, wyprawy w góry. Nawet zabawa sylwestrowa odbyła się niezwyczajnie, bo pierwszego stycznia - żeby nie zaburzać miejscowej tradycji pielgrzymki na Jaworzynę w ostatnią noc roku. Właśnie w ów Nowy Rok próbowali w kilka osób wejść na niezbyt odległą Lackową, ale spod samej góry musieli zawrócić, bo dziewczyny spasowały. - Miałem ambicję, by zdobyć ten szczyt, i postanowiłem to zrobić następnego dnia. Wieczorem mieliśmy wracać do Warszawy - wspomina Sławek. Wypuścili się na Lackową we dwóch z Tomkiem. Wychodzili rano, kiedy inni jeszcze odsypiali nocne tańce. Tomek w przelocie złapał kawałek tabliczki czekolady, który został po sylwestrze. Oprócz tego nie wzięli na drogę żadnego prowiantu. - To miała być wyprawa dla twardzieli. Trudno mi dziś uwierzyć w tamtą naszą brawurę - kręci głową Sławek - ale tak się czuliśmy: mocni, świat do nas należał. Nawet nie pomyśleliśmy, że wypadałoby się lepiej przygotować. Przez wciąż popadujący śnieg ruszyli na Tylicz i odbijając od szlaku przez górę Łan szli ku granicy, którą wiedzie zielony szlak na Lackową. Szli śmiejąc się, że lewą nogą wpadają w polskie zaspy, a prawą w słowackie. Ani razu nie widzieli żywego ducha, turyści i górale widać nadal świętowali w swoich domach. Byli tylko oni dwaj, góry, niebo i korony drzew pod ich stopami w śniegu, przez który przecierali drogę, często gęsto zapadając się po pas.

 

     Lackową od tej strony jest zwodnicza. Podejście ma bardzo ostre. Nawet w przychylniejszej porze roku bywa, że trzeba się wspinać na czworaka, łapiąc się gęsto rosnących drzew. Wydaje się, że to już szczyt, gdy nagle znów wyrasta stroma ściana. Po kolejnej takiej niespodziance nieco upadli na duchu. Czyżby mieli nie dać rady? Akurat nastało południe, więc zatrzymali się, by odmówić Anioł Pański. Chwilę później okazało się, że docierają do szczytu. Schodząc ku Bielicznej, zjedli czekoladę. Czas zaczął teraz płynąć szybciej, natomiast oni zwolnili. Minęli jakby wymarłe Izby i dotarli na bitą drogę przez las w stronę Mochnaczki i Tylicza. Zapadał wczesny zmrok. - Czułem, jak słabnę. Wyraźnie stawaliśmy - opowiada Sławek. - Pomyślałem, że nie zdążymy na pociąg powrotny. Nie przyszło mi jednak do głowy, że możemy w ogóle nie dojść.

 

     Wtedy na tej pustej, ciemnej drodze przez las, z dala od ludzkich siedzib po raz pierwszy tego dnia zobaczyli przed sobą czyjąś sylwetkę. Przyspieszyli kroku i wkrótce zrównali się z nieznajomym, który szedł w tym samym kierunku, co oni, ale się za nimi oglądał i zwolnił, jakby na nich czekał. Był to dziesięcio-, może dwunastoletni chłopiec. Niósł w ręku reklamówkę. Przywitał się i chętnie nawiązał rozmowę. - To było niezwykłe, ta jego ufność. W ogóle nie wyglądał na przestraszonego - zastanawia się Sławek. - Zapytaliśmy go, czy nie ma czegoś do jedzenia. Chłopiec rozchylił reklamówkę, zapachniało chlebem. W środku leżał świeżo upieczony, domowy bochen. Pałaszowali go, łamiąc na kawałki i popijając wodą z napotkanego źródła.

 

     - Z każdym kęsem czułem, że odżywam - wspomina Sławek, a Tomek dorzuca: - Pomyślałem wtedy: chleb i woda, takie zwyczajne rzeczy, a ile dają radości. Tyle wystarczy do życia. Przed Mochnaczką rozstali się: chłopiec z resztką bochenka poszedł w prawo, oni w lewo. Z nowymi siłami pędzili teraz na wyścigi do Krynicy. Rozmawiając próbowali oswoić się z tym, co zaszło. I kiedy w niemal ostatniej chwili wpadli na dworzec, oczekujący ich z rosnącą rezygnacją przyjaciele usłyszeli jako wyjaśnienie: - Spotkaliśmy anioła!

 

     Obaj panowie, dziś ojcowie rodzin przed czterdziestką, nadal twierdzą to samo. - To było dla mnie - mówi Tomek - pierwsze tak namacalne doświadczenie obecności Pana Boga, łaski w zwykłej, ale tak nam wtedy niezbędnej rzeczy. - Wszystkie okoliczności mówiły mi, że na naszej drodze pojawił się posłaniec Opatrzności - dodaje Sławek. - Czy nie tym są dla nas anioły?

 

 

monaliza2001

Zgłoś jeśli naruszono regulamin