profHudson.doc

(47 KB) Pobierz
ROZMOWA Z PROFESOREM DEALEM HUDSONEM, REDAKTOREM NACZELNYM MIESIĘCZNIKA CRISIS

 

ROZMOWA Z PROFESOREM DEALEM HUDSONEM, REDAKTOREM NACZELNYM MIESIĘCZNIKA CRISIS

 



 Zasadę nie ranienia uczuć innych ludzi wynieśliśmy na taki piedestał, że wszyscy staliśmy się moralnymi tchórzami. Przesadne rozumienie tej zasady z powodzeniem podtrzymały media, i to do tego stopnia, że teraz już w ogóle nie słychać ludzi odważnie mówiących o tym, w co wierzą.

 

 

Był Pan niegdyś pastorem południowych baptystów, największego protestanckiego wyznania w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego zdecydował się Pan zostać katolikiem?

 

Zadecydowały o tym dwie kwestie: pierwsza - to podejście do kultury, druga - stosunek do prawd Pisma i Objawienia. Moim pierwszym rozczarowaniem związanym z wyznaniem baptystycznym, był jego totalnie negatywny stosunek do kultury. Kiedy zdałem sobie sprawę, że byli oni przeciwni filozofii, przeciwni wysokim szczeblom edukacji, przeciwni sztuce, muzyce i filmowi, pomogło mi to zrozumieć, iż bierze się to z bardzo zawężonego rozumienia samego Objawienia. W Kościele katolickim odnalazłem nie tylko wielką otwartość i twórczą akceptację kultury, nie tylko docenienie roli kultury w kształtowaniu społeczeństwa, ale również w przekazywaniu Dobrej Nowiny. Odkryłem także, że Kościół katolicki akceptuje całość chrześcijańskiego Objawienia, jego złożoność i różnorodność, w sposób, w jaki moi baptystyczni przyjaciele tego nie czynili. 

Po drugie - w protestantyzmie brak zrozumienia roli Tradycji w kontynuowaniu przesłania prawdy danego nam przez Pismo. Innymi słowy, nie ma pojęcia Kościoła przez duże „K". Zauważmy, że Kościół był nam dany zanim została nam dana Biblia. Biblia mogła zaistnieć tylko w ramach Kościoła, w ramach jego historycznej rzeczywistości. Zatem brak tu historii, brak Tradycji, brak zrozumienia Kościoła oraz brak zrozumienia tego, że Duch Święty gwarantuje stałą prawdziwość Magisterium — owego całokształtu nauczania, które nie może być fałszywe. 

Problem polega więc na tym, że protestantyzm próbuje zredukować to, co jest absolutnie pewne, do bardzo wąskiego zakresu, podczas gdy zakres ten jest o wiele szerszy. Wiele rzeczy wymaga zrozumienia na tle historii oraz rozumienia Kościoła przez duże „K", zaś protestantyzm chce to sprowadzić do samej Biblii. Oczywiście najlepsi protestanci sprowadzają wszystko do samej Biblii i wykonują bardzo dobrą robotę w wielu dziedzinach. Ale są protestanci, którzy sprowadzają wszystko tylko do Biblii używając przy tym bardzo liberalnego hermeneutycznego aparatu interpretacyjnego - i do niczego nie dochodzą, bo wszystko zostało już powiedziane i zrobione.

 

Czy miał Pan jakieś nieprzyjemności w związku z przejściem na katolicyzm? 

W USA fakt przejścia na katolicyzm osoby, która zostaia wychowana w rodzinie protestanckiej, jest traktowany jak coś w rodzaju wstąpienia do sekty Hare Kriszna. Pierwszą rzeczą, jaką powiedziała mi moja matka po tym, jak zostałem katolikiem, było pytanie: „Kiedy wstąpisz do Hare Kriszna?". Wyobrażała sobie mnie stojącego na lotnisku z ogoloną głową i z tamburynem, proszącego o pięcio- i dziesięciocentówki. 

W tym kraju katolicyzm ma opinię środowiska etnicznego, jest traktowany jako raczej pewna silna tradycja, a nie żywą wiarą: jesteś katolikiem tylko dlatego, że się nim urodziłeś. Niestety, w tym znaczeniu jest to bardzo podobne do judaizmu; judaizm jest w znacznym stopniu grupą etniczną. Osobiście obawiam się, że katolicyzm w USA zmierza w tym samym kierunku. Dlatego uważam za bardzo zdrowy objaw, że jest tak wielu konwertytów. W Stanach Zjednoczonych setki znanych liderów katolickich to konwertyci. 

Jeśli chodzi o mnie, to wstąpiłem do jednego z najlepszych protestanckich seminariów, Princeton Theological Seminary. Tam po raz pierwszy zainteresowałem się wiarą katolicką. Potem uzyskałem doktorat na renomowanym uniwersytecie metodystycznym, studiując razem z różnymi protestanckimi teologami. Zawsze byłem zatem dobrze zakorzeniony wśród protestanckich wspólnot i znanych protestanckich teologów. 

Kiedy dowiedzieli się oni, że przechodzę na katolicyzm, byli bardzo zawiedzeni, pytali: „Czy to moja wina? Czy to ja ci zrobiłem?". Odpowiadałem: „Nie, to nie wy, to św. Augustyn, św. Tomasz z Akwinu, św. Damian, wyście tego nie zrobili". 

Opowiem Panu pewną historię. Kiedy w maju 1981 r. na Placu Świętego Piotra postrzelono Ojca Świętego, wykładałem jeszcze na baptystycznym uniwersytecie. Podszedł do mnie jeden z moich kolegów z wydziału i zapytał czy wiem, że Jan Paweł II został ciężko ranny. Odpowiedziałem, że nie. Widząc moje przygnębienie, zapytał: „Czegóż chcesz? To przecież tylko papież". Myślę, że to był ten moment, kiedy powiedziałem sobie, że już dłużej nie będę zwlekał z przyjęciem katolicyzmu. Czekałem osiem czy dziewięć lat, by zostać katolikiem, ale wtedy zdecydowałem, że nie będę już dłużej zwlekał, po czym w ciągu kilku miesięcy stałem się katolikiem.

 

Z czego wynika to głębokie antykatolickie uprzedzenie wśród niektórych wspólnot protestanckich? 

Myślę, że z powodu niewiedzy, czystej niewiedzy.

 

A ta niewiedza, skąd wynika? 

Zaczyna się to od niewłaściwego rozumienia takich kwestii, jak rola Maryi, rola kapłana, znaczenie spowiedzi, czyli od tych wszystkich rzeczy, które zostały skarykaturyzowane w amerykańskiej kulturze, szczególnie w grupach protestanckich. Mam na myśli twierdzenia, jakoby katolicy traktowali Maryję jak Boga, albo nie mogli się modlić bezpośrednio do Boga, tylko zwracali się do Niego jedynie za pośrednictwem kapłana. Z jednej strony jest to karykatura źle pojmowanego legalizmu, sądzę jednak, że nastawienie takie wywodzi się z amerykańskiej dyspozycji przeciwnej Europie, przeciwnej hierarchii, autorytetowi absolutnemu. 

Mnie zaś pociąga właśnie fakt, że Kościół jest hierarchiczny, że ma absolutny autorytet. Myślę, że jest to dokładne przeciwieństwo liberalizmu. Kościół nie może pozostać Kościołem pozbawiony swojej głowy. W większości protestanckich ugrupowań Kościół został zmieniony w demokratyczne grupy społeczne. Wszystko jest głosowane, wszystko zależy od większości — a w ten sposób oczywiście nie można zachować świętego depozytu Prawdy.

 

Wielu katolików amerykańskich przyjmuje jednak dziś jako swoje pewne koncepty protestanckie, sprzeczne z katolickim nauczaniem. 

Spośród 60 milionów katolików amerykańskich połowa to osoby aktywne i świadome religijnie, druga połowa zaś to ludzie, którzy nie odebrali katolickiej edukacji. Wielu z nich podziela dysydenckie lub błędne opinie o sakramentach, o kapłaństwie, roli kobiet w Kościele, moralności seksualnej itd. Tę grupę katolików można przekonać do czegokolwiek, ponieważ nie mają oni żadnego fundamentu, w oparciu o który mogliby osądzić to, co się do nich mówi. To bardzo proste - jeśli powierzy mi Pan jakieś trzydzieści osób, da wolny pokój i godzinę czasu, to zmienię ich poglądy na zupełnie przeciwne. A to dlatego, że nie mają oni żadnego fundamentu. Rzecz w tym, żeby dotrzeć do nich przed innymi. Do wielu z nich jako pierwsi dotarli jednak dysydenci katoliccy z małych, ale aktywnych i nagłaśnianych przez media grup, takich jak np. Call to Action z Milwaukee.

 

Zastanawiający jest upór, z jakim owi dysydenci katoliccy powracają do spraw etyki seksualnej. Zarzucają Kościołowi obsesję na tym punkcie, ale to przecież oni są monotematyczni i w kółko powtarzają to samo. Z czego Pana zdaniem to wynika?

 

Może nie wyżyli się jeszcze w czasach rewolucji seksualnej, w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych? A może nie chcą przestać? Myślę, że chcą bez przerwy spać z kim popadnie i być z tego usprawiedliwionymi. I tego usprawiedliwienia chcą znaleźć powołując się na chrześcijaństwo. 

Kiedy byłem w college'u, niektórzy znani mi studenci, którzy czytali Biblię po grecku, robili to po to, żeby udowodnić, że w porządku jest łajdaczyć się. Odrzucali tradycyjne, usankcjonowane przez wieki tłumaczenie i wynajdywali przekład niby bardziej archaiczny, rzekomo bardziej odpowiadający prawdzie, ale tak naprawdę odpowiadający ich projekcjom. 

Owi dysydenci katoliccy, dawniej powiedzielibyśmy: heretycy, twierdzą jednak, że mamy do czynienia z ewolucją moralną, że pewne wskazania etyczne były dobre w czasach biblijnych, ale jako uwarunkowane historycznie musiały się zmienić. Dotyczy to np. stosunku do homoseksualizmu. 

Bardzo trudno traktować taki argument poważnie, ponieważ Kościół katolicki wierzy zarówno w Pismo, jak i w Tradycję. Nigdy w Tradycji Kościoła nauczanie dotyczące homoseksualizmu nie wyszło poza to, co już jest, czyli poza jasne potępienie homoseksualnej aktywności. Nie jest to potępienie ludzi, którzy urodzili się z tą dyspozycją, ale potępienie samej tego rodzaju aktywności. 

Jest to ten sam argument, którego pięćdziesiąt lat temu zaczęli używać liberalni protestanci. Bardzo łatwo jest zwracać się do Biblii i traktować Biblię w taki oto sposób: „Jeśli znajdziemy w Biblii cokolwiek, co się nam nie podoba, to znaczy, że jest to uwarunkowane historycznie i pomijamy to.". To jest to samo, co robili ludzie w latach sześćdziesiątych, kiedy byłem w colle-ge'u. Nie tylko katolicy wpadli na pomysł, jak używać Biblii, aby być liberałem. To jest ta sama droga, którą liberalne protestanckie denominacje podążyły już dawno temu. Myślę, że powinniśmy czuwać, aby nam nie przytrafiło się to samo.

 

Kardynał Newman w swym dziele „O rozwoju doktryny chrześcijańskiej" stwierdził, że protestantyzm nieuchronnie zmierza w kierunku ateizmu.   

Być może na najgłębszym poziomie rzeczywiście zmierza w tym kierunku, sądzę raczej jednak, że protestantyzm prowadzi do relatywizmu. Chociaż z drugiej strony znam protestantów, którzy widząc taki proces, powracają do bardzo silnej wiary w Boga, który przemawia przez Pismo. Czasem pojawia się wśród nich heroiczna świętość, do której nie dopuszcza ten szary, otaczający ich krąg relatywizmu, wynikającego z bycia członkiem Kościoła demokratycznego. Tak więc można odnaleźć w protestantyzmie dusze heroiczne, te wielkie, heroiczne dusze, które ponownie potwierdziły swoją wiarę w Boga, mimo tego, że są otoczone przez ludzi, którzy ją stopniowo rozmywali. Czasem Opatrzność Boża prowadzi do wielkiej świętości.

 

Dysydenci katoliccy powołują się często na ekumenizm. Jest to słowo używane często także w nauczaniu Jana Pawła II. 

Ekumenizm owych dysydentów to czysto retoryczna strategia, mająca na celu uniknięcie centralnych prawd nauczania Kościoła oraz standardów moralnych z nich wynikających. Taki ekumenizm jest po prostu strategią rozmywania i upośledzania wiary katolickiej. Oczywiście istnieje także, jak ukazuje to sam Ojciec Święty, wielki i głęboki sens ekumenizmu. Ale tego Pan wśród tych dysydentów nie odnajdzie. Oni nie są zainteresowani ekumenizmem. Nie interesuje ich zjednoczenie chrześcijan w Ciele Chrystusa. Interesuje ich jedynie unikanie tych nauk Kościoła, za którymi nie chcą podążać.

 

Dlaczego jednak katolicy, którzy są wierni prawdzie swojej religii, są tak słabo słyszalni w społeczeństwie amerykańskim? 

Trzeba sobie uświadomić, że w tym kraju ludzie strasznie boją się denerwować i urażać innych. Szczególnie chrześcijanie, a zwłaszcza katolicy, fałszywie uznali, że są napastliwi, kiedy mówią innym ludziom prawdę o życiu, o małżeństwie, o seksualności. Tak bardzo boją się zranić uczucia innych, że po prostu zamilkli, dali sobie spokój. Czy może Pan sobie wyobrazić Apostoła Pawła obawiającego się o uczucia innych ludzi? Czym może Pan sobie wyobrazić chrześcijańskich męczenników i świętych martwiących się o uczucia innych ludzi? Przecież to śmieszne. 

Zasadę nie ranienia uczuć innych ludzi wynieśliśmy na taki piedestał, że wszyscy staliśmy się moralnymi tchórzami. Przesadne rozumienie tej zasady z powodzeniem podtrzymały media, i to do tego stopnia, że teraz już w ogóle nie słychać ludzi odważnie mówiących o tym, w co wierzą. Boją się obrazić innych. Dlatego przesłanie wiary nie dociera na forum publiczne.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

ROZMAWIAŁ: RAFAŁ SMOCZYŃSKI

 

 

http://www.katolik.pl/index1.php?st=artykuly&id=1275

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin