Kava Alex 02 - W ułamku sekundy.rtf

(885 KB) Pobierz
Alex Kava

Alex Kava

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W ułamku sekundy


PROLOG

 

Więzienie stanowe North Dade

Miami, Floryda

Halloween, piątek, 31 października

 

Del Macomb otarł pot z czoła. Sztywny materiał munduru przykleił mu się do pleców, a dopiero dochodziła dziewiąta rano. Jak to możliwe, żeby w paź­dzierniku było tak parno i wilgotno?

Del dorastał w Minnesocie na północ od Hope. W jego rodzinnych stronach na jeziorze Silver Lakę właśnie o tej porze zaczynał tworzyć się lód, a pastor Macomb, ojciec Dela, pisał kazania, patrząc na od­latujące dzikie gęsi.

Znów otarł z czoła mokre strużki. Rozmyślając o ojcu, przypomniał sobie, że powinien się ostrzyc. Co za bzdury przychodzą mu do głowy? Jakby tego było mało, nagle zatęsknił za domem.

- Co za pieprzniętego gnoja podwozimy dziś na­szym wózkiem?

Wyrwany z zadumy Del wzdrygnął się, a zaraz potem skrzywił. Prostacki język jego partnera, Benny'ego Zeeksa, zawsze go drażnił. Zerknął na barczystą postać byłego żołnierza piechoty morskiej, by sprawdzić, czy ten zauważył jego reakcję. Nie miał ochoty wysłuchi­wać kolejnego wykładu o maminsynkach i prawdzi­wych facetach, choć z drugiej strony mógł się sporo od Benny'ego nauczyć.

- Powiedzieli, że nazywa się Stucky. - Nie wie­dział, czy Benny go usłyszał, bo wyraźnie był czymś zaaferowany.

Benny Zeeks stał się żywą legendą więzienia stano­wego North Dade nie tylko dlatego, że pracował tu już dwadzieścia pięć lat. Sam staż jeszcze o niczym nie świadczył. Podziw wzbudzało jednak to, że większość czasu spędził przy celach śmierci, a nawet w skrzyd­le X. Del widział jego blizny, pamiątki po wygranych bójkach z lokatorami skrzydła X, którzy próbowali uniknąć zamknięcia w ciasnych jak trumna jedno­osobowych celach.

Patrzył, jak Benny niedbale podciąga rękawy na żylastych rękach, przy okazji obnażając jedną z le­gendarnych blizn. Krzyżowała się z tatuażem, polinezyjską tancerką, która zyskała w North Dade czerwoną krechę na brzuchu, jakby była przecięta na pół. Benny potrafił ją roztańczyć, zginając rękę i wprawiając przedramię w powolne seksowne koły­sanie, podczas gdy górna część ręki zastygała nieru­chomo. Tatuaż fascynował Dela, zarazem intrygował i odpychał.

Teraz jego partner powoli, ostrożnie wspinał się po wąskich stopniach prowadzących do kabiny, by zająć miejsce pasażera w opancerzonej furgonetce. Ruszał się wolniej niż zwykle, co było oczywistym znakiem, że miał następnego kaca. Del wskoczył za kierownicę, zapiął pas i po raz kolejny udawał, że niczego nie widzi.

- Co to za sukinkot? - spytał Benny, odkręcając termos krótkimi spiczastymi palcami i łapczywie dobierając się do kawy.

Del chciał mu powiedzieć, że kofeina tylko zwięk­szy jego problem, ale cztery tygodnie w nowej pracy zupełnie wystarczyły, by przekonać się, że Benny'emu Zeeksowi nie mówi się takich rzeczy.

-  Mamy dzisiaj zmianę Brice'a i Webbera.

-  A czemu, do cholery?

-  Webber złapał grypę, a Brice złamał rękę.

-  Jak się, kurwa, łamie ręce?

-  Słyszałem tylko, że ją złamał, ale nie wiem, jak. Pomyślałem, że masz dość naszej zwykłej rutyny, tej samej trasy każdego dnia. No i te korki w drodze do sądu. Dziś będzie inaczej.

-  Taa, dobra, dosyć tej papierkowej roboty. - Ben­ny wiercił się niespokojnie, jakby przeczuwał jakieś kłopoty wynikłe ze zmiany codziennego toku zajęć. - A skoro to rundka Brice'a i Webbera, to znaczy, że dupek jedzie do Glades, co? Biorą go pod ścisłą opiekę do pieprzonej rozprawy. No to musi być z niego nie lada skurwiel, jak nie chcą go trzymać w naszym pieprzonym areszcie.

-  Nazywa się Albert Stucky, tak mówił Hector. Podobno nie jest wcale taki zły, nawet inteligentny i  sympatyczny.  Miał  się  zgodzić  z  tym,  że Jezus Chrystus go zbawi.

Del czuł, że Benny patrzy na niego spode łba. Przekręcił kluczyk, furgonetka drgnęła, zadudniła, a on  uzbrajał się przeciw cynizmowi Benny'ego.

Włączył klimatyzator, który uderzył w nich gorącym powietrzem. Benny wyciągnął rękę i wyłączył go.

-  Niech najpierw silnik trochę popracuje. Nie bę­dzie nam ru walić cholernym tropikiem prosto w gębę.

Del poczuł, że jego twarz robi się czerwona. Nie był pewny, czy kiedykolwiek uda mu się zdobyć szacunek partnera. Zignorował gotującą się w nim złość i opuścił szybę. Wyjął książkę wozu i zanotował stan licznika i benzyny, żeby uspokoić się przy rutynowych czyn­nościach.

-  Chwila - odezwał się Benny. - Albert Stucky, mówisz? Czytałem o nim w „Miami Herald". Fede-ralsi przezwali go Kolekcjoner.

-  Federalsi?

-  Taa, FBI. Jezu, mały, czy ty nic nie przyswajasz?

Tym razem Dela parzyły nawet uszy. Odwrócił głowę i udał, że sprawdza coś w bocznym lusterku.

-  Ten Stucky - ciągnął Benny - poszlachtował trzy czy cztery kobitki, i nie tylko tu, na Florydzie. Zasrany z niego skurwysyn. Jeżeli zdaje mu się, że znalazł Jezusa Chrystusa, założę się, że chce ratować swój pieprzony tyłek przed Starym Elektrykiem.

-  Ludzie się zmieniają. Nie wierzysz, że człowiek może się zmienić? - Del zerknął na Benny'ego, który miał brwi ozdobione kropelkami potu i patrzył prze­krwionymi oczami.

-  Jezu, chłoptysiu. Założę się, że wciąż wierzysz w Świętego Mikołaja.  -  Benny  potrząsnął  głową. - Tego gościa wysyła się do Glades, do więzienia o zaostrzonym rygorze, bo ma tam bezpiecznie do­czekać rozprawy, a potem dostać swoje wolty, a nie dlatego, że znalazł pieprzonego Jezusa Chrystusa.

Benny odwrócił wzrok, patrząc za okno i popijając kawę. Nie zauważył, że Del skrzywił się po raz wtóry. Nie mógł inaczej. Ta nagła reakcja, nieunikniona jak podrapanie swędzącego miejsca, była efektem dwu­dziestu dwu lat spędzonych z ojcem kaznodzieją. Czysty, podświadomy odruch.

Del wsunął książkę wozu do bocznej kieszeni i wrzucił pierwszy bieg. W bocznym lusterku widział betonowe więzienie. Słońce waliło na plac, gdzie kilkunastu więźniów spacerowało w kółko, dzieląc się papierosami i jakoś znosząc ten skwar. Jak mogło sprawiać im to przyjemność, skoro nie było tam cienia? Del dołączył tę uwagę do swojej listy, na której umieszczał przypadki niewłaściwego traktowania wię­źniów. Kiedy pracował w Minnesocie, był z niego całkiem waleczny aktywista zabiegający o reformy w więziennictwie. Ostatnio za bardzo zajęła go prze­prowadzka i nowa praca, ale kontynuował tę listę z nadzieją, że wykorzysta ją, kiedy czas na to pozwoli. Krok po kroku dotarł w swoim rozumowaniu do bardzo kontrowersyjnych pomysłów, na przykład takich jak postulat likwidacji skrzydła X.

Kiedy zbliżyli się do ostatniej bramki, zerknął we wsteczne lusterko. O mało nie podskoczył, bo więzień patrzył prosto na niego. Przez grubą szybę Del widział tylko świdrujące czarne oczy, które przyglądały mu się w lusterku.

Rozpoznał coś w tym wzroku i poczuł ucisk w żołąd­ku. Widział takie spojrzenie przed laty. Był wówczas jeszcze chłopcem i towarzyszył ojcu w wyjeździe. Spotkali się wówczas ze skazanym, którego ojciec Dela poznał podczas jednej z duszpasterskich wizyt w więzieniu. Teraz więzień wyznał wszystkie przera­żające, niewyobrażalne rzeczy, które zrobił swojej rodzinie - żonie, piątce dzieci, a nawet psu - zanim ich zamordował.

Dla chłopca było to traumatyczne przeżycie, ale jeszcze gorsza była przyjemność, jaką więzień wyraźnie czerpał z relacjonowania każdego szczegółu i spraw­dzania, jakie wrażenie robi to na dziesięciolatku. Teraz Del ujrzał to samo spojrzenie w oczach mężczyzny, który siedział z tyłu opancerzonej furgonetki. Po raz pierwszy od dwunastu lat miał wrażenie, że patrzy prosto w oczy samemu złu.

Odwrócił się, unikając pokusy, żeby znowu zerknąć w lusterko. Wyjechał za ostatnią bramkę na autostradę. Nareszcie mógł się zrelaksować. Lubił prowadzić. Miał wtedy czas podumać o tym i owym. Kiedy skręcił w lewo, zatopiony w myślach Benny nagle się zdener­wował.

-  Do cholery, I-95 jest w drugą stronę.

-  Wybrałem skrót. Droga 45 nie jest tak zapchana, przyjemniej się nią jedzie.

-  Pieprzę taką przyjemność.

-  Zyskamy pół godziny. Dostarczymy więźnia i bę­dziemy mieli czas na lunch.

Wiedział, że partnerowi spodoba się taka propozy­cja, miał nawet nadzieję, że zrobi na nim wrażenie. Nie mylił się. Benny przestał się rzucać i nalał sobie kolejną porcję kawy. Del wyciągnął rękę i nacisnął guzik klimatyzatora. Tym razem kabinę zaczęło wy­pełniać chłodne powietrze. Benny wynagrodził part­nera rzadkim uśmiechem. Dela ogarnął miły spokój. Nareszcie zrobił coś dobrze.

Po trzydziestu minutach jazdy mieli już za sobą korki Miami, kiedy z tyłu wozu rozległo się jakieś walenie. Najpierw Del pomyślał, że zgubili tłumik, ale walenie nie ustawało. Dobywało się z wnętrza furgo­netki, a nie spod spodu.

Benny uderzył pięścią w metalową przegrodę, która oddzielała dwie części samochodu.

-  Zamknij się, kurwa! -Wykręcił się, żeby spojrzeć przez małe prostokątne okienko. - Nic nie widzę, cholera.

Hałas nieustannie rósł, przesyłał wibracje pod przednie siedzenia. Del miał wrażenie, jakby ktoś walił w metalowe ściany wozu kijem baseballowym. Za każdym uderzeniem Benny zataczał się i chwytał za głowę. Del spojrzał na niego i zobaczył, że polinezyjska tancerka porusza biodrami, gdy Benny trzaska pięścią w przegrodę.

-  Hej, spokój tam! - krzyknął Del, dodając swój głos do ogłuszającego hałasu, od którego dudniło mu w głowie.

Więzień najwyraźniej nie był dobrze skrępowany i całym ciałem tłukł w ściany furgonetki. Znaczyło to, że jeśli nawet nie zwariują do końca podróży, facet może sobie zrobić krzywdę. Del nie miał ochoty odpowiadać za uszkodzenie więźnia podczas transpor­tu. Zwolnił, zjechał na pobocze dwupasmowej auto­strady i zatrzymał się.

-  Co ty, cholera, robisz? - wkurzył się Benny.

-  Trzeba go powstrzymać, bo się poharata. Musieli go źle skrępować.

-  Czemu mieliby go krępować? Przecież znalazł Jezusa Chrystusa.

Del tylko potrząsnął głową. Wyskakując z szoferki, pomyślał, że nie ma pojęcia, co zrobić z więźniem, który uwolnił rękę albo nogę ze skórzanych pasów.

- Czekaj no, mały! - krzyknął za nim Benny, gramoląc się ze swojego miejsca. - Ja się zajmę tą kanalią.

Obejście samochodu zajęło Benny'emu chwilę za długo. Kiedy wreszcie doszedł na miejsce, Del zauwa­żył, że tak jak przed wyruszeniem w drogę, chwiał się na nogach.

-  Jesteś jeszcze pijany!

-  Jak diabli.

Del zajrzał do szoferki i wyciągnął termos, nie pozwalając Benny'emu go przechwycić. Odkręcił za­krętkę. Pociągnął nosem i stwierdził, że kawa jest zakrapiana alkoholem.

-  Ty skurwysynu! - krzyknął Del równie zdumio­ny swoimi słowami jak Benny. Nie przeprosił, tylko z całej siły rzucił termosem w pobliski płot.

-  Niech cię szlag! To mój jedyny termos, mały. - Zdawało się, że Benny ruszy do zarośniętego rowu, żeby pozbierać szczątki termosu. Odwrócił się jednak i podszedł do tylnych drzwi samochodu.

-  Załatwmy tego popieprzeńca.

W środku wciąż ktoś szaleńczo walił w stalową budę, aż wóz bujał się na boki.

-  Myślisz, że dasz radę? - spytał Del, pozwalając sobie na sarkastyczną uwagę, bo czuł się oszukany i zły.

-  Tak, do diabła. Ciągnąłeś matkę za cycki, kiedy ja już zamykałem gęby takim pojebańcom. - Benny sięgnął ręką po rewolwer, chwilę walczył z zapięciem kabury, zanim udało mu się wydostać broń.

Del był ciekaw, ile alkoholu wlał w siebie Benny Zeeks. Czy dobrze wyceluje? Czy rewolwer jest w- ogó­le nabity? To Brice i Webber transportowali ciężkich przestępców do Glades i Charlotte, a Benny i Del jeździli sobie spokojnie do sądu okręgowego w Miami.

Hałas ustał, kiedy tylko Del zaczął otwierać ciężkie tvlne drzwi. Spojrzał na Benny'ego, który stał z wy­ciągniętą bronią. Natychmiast zauważył lekkie drże­nie dłoni partnera. Poczuł mdłości. Plecy miał mokre, z czoła mu kapało. Mokre plamy pod pachami ruj­nowały jego świeżutki mundur. Serce mu waliło, zastanawiał się nawet, czy Benny słyszy je w tej ciszy.

Wziął głęboki oddech i mocniej chwycił klamkę. Potem szarpnął drzwi i odskoczył na bok, żeby Benny miał pełne wejrzenie na ciemne wnętrze wozu. Benny stał w rozkroku, z wyciągniętymi przed siebie rękami, z dłońmi zaciśniętymi na wycelowanej broni. Prze­chylił głowę.

Nic się nie działo. Drzwi kołysały się w przód i w tył, uderzając w karoserię. Ten dźwięk spotęgowany został ciszą, w której pogrążone było otoczenie i pusta droga. Del i Benny popatrzyli w ciemność, mrużąc oczy, żeby zobaczyć ławkę w rogu, na której powinien siedzieć więzień przymocowany grubymi pasami, które wy­chodziły z podłogi i ścian.

-  Co się  dzieje?!  - krzyknął  Del,  dostrzegłszy pocięte skórzane pasy, zwisające ze ściany wozu.

-  Sucza jego mać... - wymamrotał Benny, zbliżając się do otwartej furgonetki.

Wysoka ciemna postać znienacka skoczyła na Benny'ego i przewróciła go na ziemię. Albert Stucky jak wściekły pies wbił mu zęby w ucho. Krzyk Benny'ego sparaliżował Dela. Stał jak słup. Nie mógł oddychać. Nie mógł myśleć. Zanim zdążył wyciągnąć broń, więzień był znów na nogach. Ruszył na Dela. uderza­jąc w niego całym ciałem, i wsadził coś ostrego, gładkiego i twardego prosto w jego żołądek.

Del poczuł potworny ból. Jego ręce stały się bez­użyteczne, rewolwer wyśliznął się z palców. Dci ujrzał oczy Alberta Stucky'ego i zobaczył w nich zło, zimne i ciemne, samą esencję zła. Twarz młodego strażnika owionął gorący oddech diabła. Del zerknął w dół. Wielka dłoń wciąż zaciskała się na nożu. Podniósł wzrok i zobaczył uśmiech Stucky'ego w chwili, gdy więzień wbijał mu nóż jeszcze głębiej.

Del upadł na kolana. Widział jak przez mgłę. Diabeł Stucky zamajaczył mu w kilku rozmazanych postaciach. Dojrzał jeszcze samochód i rozciągniętego na ziemi Benny'ego. Zamglony świat zawirował. Po­tem Del uderzył ciężko o chodnik, a rozgrzany słoń­cem beton przykleił się do mokrych pleców. Nie był jednak tak gorący jak wnętrzności konającego funk­cjonariusza. W jego żołądku grasował dziki ogień, który rozprzestrzeniał się na kolejne organy. Teraz, leżąc na plecach, Del widział tylko chmury, piękne białe chmury na intensywnym błękicie. Poranne słoń­ce oślepiło go. Ale wszystko było takie piękne. Dlacze­go wcześniej nie zauważył, że niebo jest takie piękne?

Za nim, w ciszy, rozległ się pojedynczy strzał. Del uśmiechnął się słabo. Nareszcie. Nie widział go, ale dobry stary Benny, żywa legenda, dał sobie jednak radę. Alkohol tylko trochę go spowolnił.

Podciągnął się odrobinę, żeby spojrzeć na swój rozorany brzuch. Z przerażeniem zobaczył wycięty na nim krzyż- symbol Chrystusa. Nóż, który sprawił, że wnętrzności wylewały się na beton, okazał się maho­niowym krucyfiksem. Raptem Del przestał odczuwać ból. To dobry znak, pomyślał. Może nic mu nie będzie: Może wvkaraska się z tego?

-   Hej, Benny! – zawołał, kładąc głowę na chod­niku. Nie mógł dojrzeć swojego partnera, który znaj­dował się za nim. - Mój tata zrobi z tego kazanie, jak mu opowiem, że zostałem zraniony krucyfiksem.

Długi czarny cień zasłonił niebo.

Del ponownie miał przed sobą puste, ciemne oczy. Albert Stucky wyrósł nad nim z chmur, wysoki i prosty, dobrze zbudowany mężczyzna o ostrych rysach. Przy­pominał Delowi sępa z czarnymi skrzydłami przyciś­niętymi do boków, gdy przekrzywił głowę, patrząc i czekając, aż jego ofiara podda się przeznaczeniu. Stucky uśmiechnął się, jakby ucieszyło go to, co zobaczył. Uniósł dłoń z bronią Benny'ego i wycelował w głowę Dela.

-  Nic nie powiesz tatusiowi - stwierdził Albert Stucky głębokim, spokojnym głosem. - Powiesz to świętemu Piotrowi.

Metal przebił się przez czaszkę Dela. Wybuch cudownych świateł pląsał barwnymi promieniami: niebieskimi, żółtymi, białymi, aż wreszcie, w samym finale, czarnymi.


ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Północno-wschodnia Wirginia

Przedmieścia Waszyngtonu, Dystrykt Kolumbia

Pięć miesięcy później. Piątek, 27 marca

 

Maggie O'Dell poruszyła się. Czuła, że dłużej ani chwili tak nie wytrzyma, i równocześnie uprzytomniła sobie, że dzieje się tak dlatego, bo znów przysnęła w fotelu. Miała obolałe żebra i była mokra od potu. Gorące powietrze w pokoju ani drgnęło. Nie było czym oddychać. Maggie wyciągnęła rękę, sięgając do stoją­cej mosiężnej lampy. Kliknęła przycisk, lecz nadal było ciemno. Niech to szlag! - zaklęła w duchu. Nienawidziła budzić się w ciemności. Zawsze starała się przed tym zabezpieczyć.

Powoli jej oczy przywykały do mroku. Mrużyła je, wodząc wzrokiem po stosach pudeł, które pakowała cały dzień. Wyglądało na to, że Greg nie raczył wrócić do domu, bo robił to zwykle tak ostentacyjnie, że bez wątpienia by ją obudził. Ale jakoś nie przejęła się jego nieobecnością. Swoimi grymasami tylko by rozdrażnił tylko i zniechęcił do pracy ludzi od przeprowadzek.

Maggie chciała podnieść się z fotela, ale prze­szkodził jej w tym ostry ból wzdłuż całego brzucha. Szukając ukojenia, objęła się wpół i pod palcami, przez bawełnianą koszulkę, wyczuła coś lepkiego i mokrego. Jezu! Co się dzieje? Ostrożnie uniosła brzeg koszulki i nawet ciemność nie mogła tego przed nią ukryć. Zrobiło jej się niedobrze, po plecach przebiegł dreszcz. Rana cięta zaczynała się tuż pod lewą piersią i biegła dalej w dół brzucha. Właśnie zaczęła krwawić. W ko­szulkę wsiąkała krew, której nadmiar skapywał na obicie mebla.

Maggie zerwała się z fotela. Zakryła ranę, przycis­kając do niej bawełnianą koszulkę w nadziei, że zdoła powstrzymać upływ krwi. Wiedziała, że musi zadzwonić na pogotowie. Ale gdzie, do diabła, jest ten cholerny telefon? I jak to się mogło stać? To była rana sprzed ośmiu miesięcy, a krwawiła tak obficie jak w dniu, kiedy Albert Stucky wyciął ją na jej skórze.

Szukając telefonu, Maggie potykała się o pudła, z których spadały pokrywy. Kartony przewracały się, wyrzucając z siebie zdjęcia z miejsc zbrodni, przybory toaletowe, wycinki z gazet, bieliznę i skarpetki. Frag­menty jej życia odbijały się od ścian i lądowały na podłodze. Wszystko, co z taką pieczołowitością pako­wała, w jednej chwili zaczęło ulatywać, toczyć się, ślizgać i rozbijać na kawałki.

Potem jej uszu dobiegło jakieś kwilenie.

Nasłuchując, znieruchomiała i wstrzymała oddech. Krew w jej żyłach natychmiast zaczęła szybciej krążyć. Spoko. Musi wziąć się w garść. Powoli odwróciła się i przechyliła głowę, żeby lepiej słyszeć. Sprawdziła blaty biurka i małego stolika, półki na książki. Dobry Boże! Gdzież ona podziała broń?

Wreszcie dostrzegła rękojeść rewolweru, który leżał u stóp fotela. No jasne, musiała przecież mieć go pod ręką, kiedy spała.

Jęk nabrał mocy, teraz przypominał skowyt rannego zwierzęcia. A może to jakaś sztuczka? - pomyślała.

Maggie zaczęła przesuwać się z powrotem w stronę fotela, bacznie wszystko obserwując, jakby miała oczy wokół głowy. Dźwięk dochodził z kuchni. Poczuła obrzydliwy słodkawy odór, który sączył się z tamtej strony i z każdym krokiem stawał się coraz bardziej znajomy. Był to zapach krwi. Drażnił jej nozdrza i palił płuca. Taki smród musiał pochodzić z dużej ilości krwi.

Skuliła się i prawie w kucki przekroczyła próg. Została już ostrzeżona przez zapach, lecz mimo to widok, który ukazał się jej oczom, wstrząsnął nią. W oświetlonej sierpem księżyca kuchni krew rozlała się kałużą na kafelkowej podłodze i zbryzgała białe ściany. Była dosłownie wszędzie, kapała z blatów i sprzętów. A w odległym kącie stał Albert Stucky. Jego wysoki, kształtny cień balansował nad porażoną stra­chem, zawodzącą, klęczącą kobietą.

Maggie przebiegły ciarki. Dobry Boże, jakim cu­dem dostał się do jej domu? Dziwiła się, a jednocześ­nie nie dziwiła. Przecież spodziewała się go, a nawet, można powiedzieć, czekała na niego.

Stucky jedną ręką szarpnął kobietę za włosy, w dru­giej trzymał nóż rzeźnicki, który przytykał do jej szyi. Maggie stłumiła krzyk. Stucky jeszcze jej nie spostrzegł. Nieomal rozpłaszczyła się na ścianie w kryjówce cienia.

Spokojnie. Spoko. Powtarzała to jak modlitwę. Przecież przygotowywała się do takiej właśnie chwili. I umierała ze strachu na samą myśl o niej, marzyła o niej i wyczekiwała jej całymi miesiącami. Nie pora teraz poddawać się panice, pozwolić, żeby strach popruł jej nerwy. Rozbolały ją plecy, ugięte kolana trzęsły się. Szukała oparcia w ścianie. Z tego miejsca trafiłaby Stucky'ego bez pudła. Wiedziała, że ma tylko jeden strzał. I tylko jednego potrzebowała.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin