Aksamit.doc

(57 KB) Pobierz
"Aksamit"

"Aksamit"

 

 

Szedł bezszelestnie, miękko stąpając po dywanach korytarzy. Mijał obrazy, nie przerywając ich snu. Nie potrzebował latarni ani świecy. Doskonale wiedział gdzie jest, nawet po ciemku. Umiał poruszać się ciszej niż wszyscy, umiał pozostawać niezauważonym bez całej tej magii, bez machania różdżką i bez peleryn - niewidek. Poza tym miał klucze do każdych drzwi i znał wszystkie sekretne przejścia w zamku. Hogwart należał do niego.

Doszedł do dębowych, solidnych drzwi, włożył klucz w dziurkę i ostrożnie go przekręcił. Nacisnął mosiężną klamkę. Drzwi ustąpiły bez skrzypnięcia protestu.

Ciemność w pokoju była szaroniebieska. Na tle ściany czerniał kształt łóżka i leżącej na nim postaci. Serce zaczęło walić mu tak mocno, że zaczał się bać, iż to właśnie ten łomot go zdradzi. Nie pamiętał drogi od progu do łóżka. Zresztą - wypił tej nocy tak dużo, że rankiem miał już prawie niczego nie pamiętać.

Runął na kolana na dywaniku przed łóżkiem. Od zapachu unoszącego się w powietrzu zakręciło mu się w głowie. Czuć było lawendę i słodkawą alkoholową mgiełkę. "No, ona też sobie dzisiaj likieru nie skąpiła" - pomyślał.

Nie obudziła się.

Popatrzył na jej profil, na włosy rozsypane na poduszce... Nigdy, nigdy jeszcze nie widział jej z rozpuszczonymi włosami. Zapragnął nagle złapać je mocno, owinąć sobie wokół ręki, przyciągnąć jej twarz do swojej i posmakować jej ust.

Oparł się ciężko o brzeg materaca. "Merlinie, powstrzymaj mnie" - jęknął w myśli. Nie mógł uspokoić oddechu. Dłoń sama wpełzła pod kołdrę. Gdy poczuł ciepło jej ciała, kolana - mimo, że i tak już klęczał - ugięły się pod nim. Fala podniecenia była tak nagła i silna, że był niemal pewny, iż za moment spuści się na dywanik profesor McGonagall. Co byłoby lekką przesadą. Ale wtedy się poruszyła i lęk nieco go ostudził.

- Co?... Kto?... - spytała półsennie, zwracając głowę w jego stronę.

Od tej pory nie myślał już zupełnie, co robi. Niecierpliwe palce pod kołdrą gorączkowo odgarnęły jedwabie nocnej koszuli i wdarły się między rozgrzane uda.

- Se... Severus? - Uniosła się lekko, nieprzytomnie mrugając oczami.

Delikatnie, ale zdecydowanie zakrył jej usta dłonią, drugą docierając tam, gdzie chciał. Było dokładnie tak, jak sobie wyobrażał. Aksamit, aksamit...

W ostatniej chwili zerwał się na nogi i, cedząc pod nosem drżącym głosem: "Nie, nie Severus..." wybiegł z pokoju.

Zanim zdążyła sięgnąć po różdżkę i założyć okulary, już go nie było.

*

 

Kiedy obudził się nad ranem, w swoim zimnym pokoju, leżąc w ubraniu na wymiętej pościeli, wciąż trzymał przy twarzy prawą rękę, choć ciepło aksamitno - wilgotnych zakątków Minerwy dawno już wyparowało. Pierwszym, co przyszło mu do głowy, było: "Severus. Severus... W czym lepszy ode mnie, do diabła? Tak samo odrażający, jak i ja".

Pani Norris, zauważywszy, że jej pan się obudził, zeskoczyła z fotela, stanęła pod łóżkiem i zajrzała mu w oczy. Przywołał ją do siebie, a gdy zwinęła się w kłębek, wtulił twarz w jej potargane, miękkie futerko i zasnął ponownie.

Śniły mu się koty o różowych otwartych pyszczkach, chodzące leniwie po górach aksamitnych poduszek.

*

 

Przy śniadaniu widział, jak Minerwa pochyla się ku Snape'owi, szepcząc mu coś do ucha, a ten otwiera szeroko oczy i uśmiecha się zdumiony. Minerwa kręci z niedowierzaniem głową, a on muska ustami jej skroń, myśląc pewnie, że nikt niczego nie zauważy.

"Ja WSZYSTKO widzę" - pomyślał ze złością, opierając się o futrynę wejściowych drzwi i tuląc do piersi Panią Norris. Widział, jak wszyscy ledwo utrzymują się na krzesłach, walcząc z sennością i bólem głowy po wczorajszym balu. Bal Bożonarodzeniowy to był czas, gdy folgował sobie każdy: od skrzatów domowych, poprzez najstarsze roczniki uczniów, pozostające na święta w zamku, po kadrę nauczycielską. Ale pierwszy raz on, Argus Filch, nie ścigał w tę noc obściskujących się po kątach par i nie przechwytywał przemycanych do dormitoriów butelek ognistej. Pierwszy raz to on sam wypił tak dużo, że tłumiona od lat żądza popchnęła go do najgłupszego występku, jaki mu się w życiu zdarzył. A właściwie - nie zdarzył się. Bo w końcu Argus stchórzył. I zamiast jęku rozkoszy wykrzyczanego w krucze włosy Minerwy, znów skończyło się na cieple wytrysku we własnej dłoni.

Jak od dwudziestu lat. Bo od dwóch dekad nie miał kobiety. A ta, którą kiedyś miał, właściwie nie była wcale kobietą, więc się nie liczy. Chwilami wątpił w ogóle w to, czy potrafiłby zrobić to z żywą, prawdziwą istotą. Czy umiałby patrzeć jej z bliska w oczy, czy umiałby całować i - co trudniejsze - być całowanym, czy potrafiłby przedrzeć się przez kobiecy aksamit i dotrzeć do sedna, kończąc w jej wnętrzu, a nie gdzieś tam, ukradkiem, sam ze sobą, z wiecznym i chyba pierwotnym poczuciem winy. Oraz beznadziei i samotności.

Rozejrzał się po sali, ze złością rejestrując gruchające pary, które zapewne zbliżyły się do siebie jeszcze bardziej w ostatnią noc. "Ja też jestem człowiekiem, do kurwy nędzy" - pomyślał. "I mam takie same potrzeby, jak inni". Postawił na ziemi Panią Norris, która chciała, jak zawsze, posprzątać smakowite resztki spadające z uczniowskich talerzy. Gdy się schylał, zajrzał mimowolnie pod nauczycielski stół. Stopa Minerwy, pozbawiona pantofla, pieściła nogę Snape'a, wystającą spod jego czarnej szaty.

"A ciebie nienawidzę, dupku" - prawie powiedział na głos, patrząc wprost na Mistrza Eliksirów. Po czym obrócił się na pięcie i wyszedł.

*

 

Czasem, w akcie desperacji, szedł na dół, do pralni, przeganiał skrzaty, wśród nauczycielskiego prania szukał płóciennego worka z naszywką "Prof. McG.", zanurzał w nim rękę i, dysząc szybko, przez długie minuty oddawał się rozkoszy. Wiedział, jak pachnie. Od pewnego czasu wiedział nawet, kiedy ma te "kobiece dni" - co go w dziwny sposób wzruszało. Wiedział o niej naprawdę dużo. A ona o nim nic.

Ale raz w worku z jej bielizną znalazł - wrzucone tam najwyraźniej przez niedopatrzenie - męskie, szare bokserki z niedużym "S.S." wyszytym na nogawce. I już więcej nie chodził do pralni.

Czasami jeszcze, gdy wszyscy byli na posiłku albo w Hogsmeade, brał odpowiedni klucz i zakradał się do jej sypialni. Jeszcze mokry ręcznik, schnący przy kominku, kilka niedużych włosków na dnie wanny, piana na mydle, długie czarne włosy pomiędzy zębami grzebienia. Zapach lawendy w szafie, ciepłe wgłębienie w poduszce. Odcisk pomadki na niedopitej szklance herbaty i ugryzione ciasteczko leżące obok. Miotał się pomiędzy tym wszystkim jak w gorączce, osiągając apogeum szaleństwa przy jedwabnej koszulce, rzuconej w nogach łóżka. Wybiegał prędko, ledwo pamiętając o zamknięciu drzwi i ledwo powstrzymując się, aby nie dogodzić sobie tu, w progu, pośród tych wszystkich Minerwowych śladów i zapachów.

"To choroba, choroba" - myślał, zbiegając do siebie. Ale nie chciał, by ta choroba mijała. Była wszystkim, co miał.

*

 

Dlaczego Minerwa?... A dlaczego nie? I czy to w ogóle da się wytłumaczyć? Może dlatego, że po części była kotem, a on tak bardzo lubił koty? Nie, nie lubił ich w ten sposób. W tych złośliwych, sprośnych wierszykach, układanych przez Irytka i co bezczelniejszych uczniów nie było ani krzty prawdy. Nie pieprzył własnego kota. Nie raz o tym myślał, fakt. Trudno nie pomyśleć o czymś takim, gdy kotka w czasie rui ociera się o człowieka lubieżnie, zadzierając ogon i wypinając tyłeczek. Ale nigdy tego nie zrobił. Aż tak źle z nim nie było.

Jednak pociągały go te kocie ruchy Minerwy, te jej oczy o dużych źrenicach, powiększających się jeszcze bardziej o zmroku. I to kocie, aksamitne futerko, które już znał. A ona nawet o tym nie wiedziała. Znał ją już prawie od podszewki. Ale co z tego? Nadal, choć wiedział, jak pachnie i - niemal - jak smakuje, pod tymi swoimi, wszystkimi z błękitnego, białego lub czarnego jedwabiu i koronki majteczkami - nadal dzieliły ich lata świetlne.

Chwilami aż go skręcało ze złości, że czary były poza jego zasięgiem. Gdyby tylko potrafił, przetransmutowałby się w kogokolwiek, cokolwiek innego, co tylko nie budziłoby w niej odrazy. Bo że on sam ją w niej budził - co do tego nie miał wątpliwości. Szanse, że spojrzy na niego jak na mężczyznę były równie duże jak szanse na to, że Snape nawiąże romans z sową Pottera. Kiedyś wykupił nawet korespondencyjny kurs czarów, ale nauczali tam tylko głupot typu "Jak w pięć sekund ugotować jajko bez ognia" albo "Jak za pomocą różdżki modnie uczesać sobie fryzurę". Nie mówiąc już o tym, że to wszystko i tak okazało się niedostępne dla charłaka.

Gdyby teraz mógł cofnąć czas, zrobiłby to, do końca. Wtedy, w noc po Balu. Nie uciekłby, ale zrobiłby to. Minerwa narobiłaby krzyku, wywaliliby go z Hogwartu, kto wie, może wsadziliby go do Azkabanu za gwałt? Ale wreszcie miałby pełny obraz, który mógłby sobie odtwarzać, w tych żałosnych momentach samotnej ekstazy. Bo teraz były to tylko strzępy, poszarpane kawałki, nie składające się w nic, co przypominałoby całą ją, Minerwę.

*

 

No i w końcu stało się. Azkaban był bliżej, niż mogło się zdawać.

Wybiegł ze śniadania, aby przyłożyć na chwilę głowę do nasiąkniętej Minerwowym ciepłem poduszki. I został nakryty. No, prawie. Snape i Minerwa, którzy jeszcze pięć minut temu zgodnie zajadali jajecznicę przy nauczycielskim stole, i którzy nadal powinni tam być, nagle znaleźli się pod drzwiami.

Filch nigdy nie czuł się bardziej idiotycznie niż teraz, wciśnięty pod łóżko, wstrzymujący oddech i obserwujący z trwogą dwie pary butów, krążące po pokoju. "Nakryją mnie, jak nic. Zwłaszcza ten łajdak, od tylu lat za pan brat z czarną magią. Wyczuje, że tu jestem. Witaj, Azkabanie i wyroku za włamanie."

Ale nauczycielska para miała najwyraźniej coś pilniejszego na głowie. Filch, w szczelinie między podłogą a brzegiem narzuty na łóżku widział po lewej stronie czarne buty Mistrza Eliksirów, a na wprost - szczupłe łydki Minerwy, w jedwabnych cielistych pończochach. Profesor transmutacji usiadła na brzeżku kanapy, jęknęła cichutko "Severusie...", a jej stopy zatańczyły na dywanie gorączkowy taniec. Pantofle spadły, a pończochy za chwilę zsunęły się, odsłaniając drobne kostki i pomalowane na ciemny granat paznokcie.

- Severusie - powtórzyła jeszcze bardziej zduszonym głosem, który zgrał się z szelestem jej ciemnej nauczycielskiej szaty, opadającej na ziemię.

Ale Snape nie ruszył się z miejsca. Stał jakieś pięć stóp od kanapy i - zdaje się - obserwował Minerwę w ciszy. Za to ona miauczała już niemal jak głodna kotka. Filch wstrzymał oddech, gdy czarne koronkowe majteczki zsunęły się na dół, zatrzymały na kostkach nóg a potem poleciały w powietrzu i wylądowały obok niego. Przełknął ślinę. Sam nie wiedział, czy to, co go teraz spotyka jest karą, czy może nagrodą za wszystko, co do tej pory robił.

- Sev... - wstała.

- Siadaj. - Zdaje się, że delikatnie popchnął ją z powrotem na kanapę. Minerwa potknęła się lekko i uklękła na ciemnoczerwonej, aksamitnej poduszce. Filch bezwiednie przysunął się bliżej rąbka narzuty. Niemal wystawił spod niej nos. Teraz widział już całą kanapę oraz Minnie aż po brzeżek króciutkiej, sięgającej pępka koronkowej koszulki.

Snape zrobił dwa kroki w kierunku kanapy i zaczął powoli rozpinać guziki swej szaty.

- Pośpiesz się, na Merlina... - jęknęła Minerwa, podskakując niecierpliwie na poduszce. Filch pomyślał, że Snape musi być naprawdę nienormalny, bo on sam niemal eksplodował pod tym łóżkiem, widząc, jak Minerwa, klęcząc okrakiem na aksamitnej poduszce ujeżdżała ją zapamiętale i czepiała się rękami czarnej szaty Severusa. A on tymczasem zachowywał kamienny spokój.

- Spokojnie. Czy... - zaczął, ale najwyraźniej zamknęła mu usta pocałunkiem. Nadal klęczała, teraz opierając się o piersi Snape'a. Ten złapał ją mocno za jędrny, mlecznobiały pośladek, na co Filch pod łóżkiem prawie zawarczał. Wspólnymi siłami rozpięli szatę do końca i Filch nagle zorientował się, że stanowczo nie chce widzieć ciągu dalszego. Więc wturlał się głębiej pod łóżko, starając się na raz zapanować nad erekcją i narastającą złością.

Szata Snape'a opadła z cichym szelestem, a Minerwa nadal pomiaukiwała i podskakiwała na kanapie, o czym świadczył jęk sprężyn. "Tę kobietę rozsadza od wewnątrz" - pokręcił głową Filch, skupiając się z całych sił na kłębach kurzu unoszących się z podłogi z każdym jego oddechem.

- Idź puść wodę - odezwał się nagle Snape, zrzucając z nogi but.

- Co? Prysznic? Czemu? - jęknęła McGonagall.

- Bo lubię. Lubię tę zimną ścianę... - mruknął i rzucił drugim butem. - No, dalej, maleńka.

Bose stopy Minerwy zatupały niemal jak stopy małej dziewczynki i za moment dał się słyszeć szum wody. Snape, idąc do łazienki, przeszedł koło łóżka, zostawiając tuż pod nosem Filcha swoje szare bokserki. Filch już wiedział - to jednak była kara.

Przez chwilę było cicho, pracował tylko prysznic. Potem szum wody nieco zelżał i Argus usłyszał kocie - naprawdę kocie - jęki Minnie. "Ona jest w rui" - przyszło mu do głowy, ale zaraz stuknął się w głowę pięścią za takie głupie mysli. Do pomiaukiwań dołączyły postękiwania Snape'a. Brzmiały tak, jakby trzepał dywan lub boksował coś zapamiętale. "Wulgarny prostak" - pomyślał Filch. "Obyś się pośliznął na tej mokrej posadzce i złamał sobie fiuta". Po czym wyturlał się spod łóżka i, potykając się o bokserki, buty i inne części garderoby, potruchtał do drzwi. Możliwe, że to był ostatni moment, aby uciec. "Gdy skończą, pewnie legną na łóżku, a tego na pewno nerwowo nie wytrzymam".

Ale mijając kanapę zawahał się. Zerknął na drzwi łazienki. Mruczenie oraz miarowe "Yyych, yyych, yyych" nie ustawały. Filch przełknął ślinę, otarł krople potu, które nagle zrosiły mu czoło i przykucnął przy kanapie. Poduszka. Aksamitna, bordowa poduszka. Przed chwilą ocierała się o nią Minerwa. "Jak kotka. Naprawdę, jak kotka w rui". Drżącą dłonią przejechał po puszystym aksamicie i... Merlinie! Była jeszcze wilgotna. "To bestia, nie kobieta". Pogładził aksamitną fakturę. Tak, to był niemal ten sam aksamit. Wtulił twarz w bordową materię. Pachniała lawendą i czymś dzikim. "Mamusiu..." jęknął mimowolnie. Znów zerknął niespokojnie na otwartą łazienkę. Snape nadal rąbał drwa, a Minnie nadal omdlewała. Niewiele myśląc uniósł wybrzuszoną już groteskowo z przodu szatę, po czym chwycił mocniej poduszkę, odpiął perłowy, okrągły guziczek z boku, guziczek, który - na Merlina! - również mu coś przypominał, i wbił się do środka jednym szarpnięciem.

Wnętrze wypchane było watą. Było ciasno. Idealnie. Poduszka była twarda i nabita, ale jednocześnie dość łatwo ulegała jego naporowi. Wystarczyły mu cztery ruchy.

Jego krzyk, którego nie umiałby opanować, nawet pod groźbą Avady, szczęśliwie połaczył się z krzykiem Snape'a, który najwyraźniej zwalił właśnie największe drzewo w lesie. "Pieprzony cham" - pomyślał Filch, oddychając ciężko, z twarzą na kanapie i z poduszką jeszcze między nogami. - "Kobitka zmysłowa jak kot, a on ją zerżnął jak drwal".

W ostatniej chwili zreflektował się, podniósł z kolan, poprawił szatę i wybiegł z sypialni. Gdyby go zobaczyli w takim stanie, to już nie do Azkabanu by trafił, ale do świętego Munga...

*

 

Snape wyszedł z łazienki, z kropelkami wody lśniącymi jeszcze na włoskach na piersi i brzuchu. Rzucił się na kanapę. Minerwa, drobiąc kroczkami i przeciągając się leniwie, wyszła za nim, owinięta puchatym, białym ręcznikiem. Położyła się na łóżku, naprzeciw kanapy, i patrzyła na Snape'a rozszerzonymi źrenicami, z kocim, tajemniczym uśmiechem na ustach.

- Padam. A za godzinę mam zajęcia - jęknął Severus, sięgnął po bordową poduszkę i podłożył sobie pod głowę. - Obudzisz mnie za jakieś czterdzieści minut?

- Obudzę cię za pół godziny - mruknęła. - Może zdążymy jeszcze raz... - wsunęła sobie rękę między uda i zajrzała Snape'owi w oczy.

- Jesteś szalona, mówiłem ci już?... Mmm, to jeszcze pachnie tobą... - Przytulił się do aksamitu poduszki. - Będzie mi się lepiej spało. Dobranoc, kocico.

Odpowiedziało mu ciche mruczenie.

*

 

A Filch, gdy tylko dobiegł do swego pokoju, zaryglował wszystkie zamki i, nie zdejmując nawet butów, wskoczył pod kołdrę. Przykrył się razem z głową i zacisnął mocno powieki. To był najbardziej wariacki dzień w jego życiu. "Jestem idiotą. Idiotą. Nigdy, już nigdy nie wkradnę się do jej sypialni. A ty, dupku... - pomyślał o Snape'ie. - Poczekaj. Jeszcze się na tobie zemszczę".

Nie wiedział, że już to zrobił.

*

 

Severus Snape pochrapywał z nosem w aksamicie.

Minerwa McGonagall, otulona ręcznikiem, oddychała głęboko i śledziła ruchy wskazówek zegara.

Argus Filch pod kołdrą walił się pięścią w głowę.

A Pani Norris ocierała się o nogi jego łóżka. Właśnie zaczynała jej się ruja.

 

Koniec.

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin