PI_04.DOC

(308 KB) Pobierz

Str. 9-15

Day-trading

Adam Mielczarek, dziennikarz Gazety Giełdy PARKIET

Oczy wpatrzone w ekran monitora, ręce nerwowo stukające w klawiaturę,
podgląd serwisu informacyjnego i atmosfera ogólnego podekscytowania
– to obraz typowy dla day-traderów, najaktywniejszych inwestorów na rynku.
Jeśli dodamy do tego grę na kilkusetprocentowym lewarze, mogącym spowodować spore straty
w czasie jednej sesji, to widzimy, jakie napięcie towarzyszy pracy tych ludzi.

ednak to właśnie z takich jak oni żyją biura maklerskie, zwłaszcza internetowe, gdzie wszystko funkcjonuje on-line. Sytuacje takie na razie spotykane są głównie w USA, jednak i Polska ma okazję stać się poligonem dla day-traderów.
Co to jest day-trading?
Day-trading to transakcje jednodniowe, charakteryzujące się tym, że pozycja zostaje otwarta i zamknięta w czasie tej samej sesji. Inwestor zaczyna i kończy każdy dzień transakcyjny z gotówką na koncie, nie przetrzymując zakupionych instrumentów przez noc. Day-trading jest zatem rodzajem inwestowania o ekstremalnie krótkim horyzoncie czasowym.
Wynikają z tego zarówno korzyści, jak i problemy. Przewagą day-traderów jest przede wszystkim to, że nie istnieje dla nich tzw. ryzyko dnia jutrzejszego. Śpiąc „na gotówce” nie muszą martwić się tym, czy przez noc nie wybuchnie wojna w jakiejś małej zatoczce, z czym należałoby się liczyć utrzymując wysoko lewarowaną pozycję, bądź też czy poseł Pęk zdoła wygrać głosowanie w Sejmie.
Do tego jako korzyść należy zaliczyć także niskie wymagania depozytowe. Na naszym rynku dotyczy to na razie tylko kontraktów na WIG20, waluty, a ostatnio także – nowych kontraktów, które pojawiły się na CeTO. To zaś pozwala na otwarcie dużej pozycji za stosunkowo niewielką gotówkę.
Jak wygląda
typowy day-trader?
Liczba day-traderów, nawet w USA, nie jest imponująca. Według różnych szacunków, zależnych od definicji day-tradera, w USA zajmuje się tą działalnością ok. 25 tys. osób. Spośród nich ponoć 5 tys. siedzi codziennie w specjalnie do tego przystosowanych biurach maklerskich, w których oferuje im się superszybkie i bezpieczne stałe łącza. O ile ustalenie tej liczby nie jest jeszcze trudne, to podanie liczby najaktywniejszych inwestorów działających w domowym zaciszu może sprawiać już poważne kłopoty.
Jeśli przyjmie się, iż day-trader dysponuje gotówką własną rzędu co najmniej 50 tys. USD, okaże się, iż takich inwestorów jest ok. 20 tys. Oni również korzystają z oferty specjalistycznych biur maklerskich, jednak i w takich przypadkach nie można wykluczyć, iż coś nieoczekiwanego wydarzy się na łączach między własnym pecetem a brokerem.
„Portret psychologiczny” przeciętnego amerykańskiego day-tradera nie odbiega od typowych wyobrażeń o takiej osobie. Zazwyczaj są to ludzie w wieku 20–30 lat o ponadprzeciętnych zdolnościach. Do tego – co nieco może dziwić Europejczyków, przyzwyczajonych do spokojnego spędzania jesieni życia – dochodzi jeszcze spora grupa emerytów. Ludzie tacy mają czas i pieniądze i – jak się należy domyślać – przez całe życie hołdują zasadzie pogoni za sukcesem. Nie trzeba chyba dodawać, iż zdecydowana większość day-traderów to mężczyźni.
W Polsce jest po naszemu
Jak to wygląda w Polsce? Tu odpowiedź jest jeszcze trudniejsza. Nasz rynek jest ciągle (oby nie wiecznie) młody, nie wykształciła się na nim jeszcze powszechna kultura inwestowania swoich oszczędności w papiery wartościowe, a co dopiero utrzymywania się z tego typu działalności. Ponadto na polskim rynku wciąż niedostępne pozostają takie możliwości inwestycyjne, jak np. krótka sprzedaż, czyli pożyczanie papierów wartościowych, umożliwiająca zarabianie na spadkach. Bardzo wąska jest także grupa papierów pozwalająca na swobodne wchodzenie i wychodzenie z inwestycji niemal w każdym momencie trwania sesji.
Wreszcie biura (poza nielicznymi wyjątkami) generalnie nastawiają się na obsługę typowego inwestora, generującego stale przyzwoite obroty, obciążone jednak znacznie wyższą prowizją względną niż w przypadku najaktywniejszych inwestorów. Szwankuje nasza technika, a powszechne narzekanie na łącza sprawia, iż wielu inwestorów – potencjalnych day-traderów – po prostu nie wykorzystuje swoich możliwości. Także oferty internetowe często nie spełniają wymogów przyzwoitej szybkości przekazu, bo trudno mówić o dostępie do rynku w czasie zbliżonym do rzeczywistego w sytuacji, gdy przekazanie zlecenia na parkiet trwa np. 20 minut.
Oczywiście, od tych zasad gdzieniegdzie pojawiają się wyjątki. Zapewne każde biuro w Polsce może bowiem pochwalić się jakimś starym wyjadaczem, który od lat (może nawet od początku istnienia warszawskiej GPW) przychodzi do sali dogrywek i spędza tam wiele godzin. Żeby jednak cały biznes miał sens, przy bardzo krótkim horyzoncie czasowym – nie przekraczającym zazwyczaj 1–2 dni – oraz zarabianiu na minimalnych ruchach kursów akcji, polski day-trader (chcąc utrzymać się z tego rodzaju działalności) powinien dysponować kwotą co najmniej 200 tys. zł.
Przy takich założeniach okaże się, iż day-traderów z prawdziwego zdarzenia jest może zaledwie kilkuset. Jeśli jednak zrobimy poprawkę na „świeżość” naszego rynku oraz uwzględnimy znacznie mniejsze rozpowszechnienie internetu oraz zdecydowanie słabsze uzbrojenie techniczne (w tym przestarzały system giełdowy) okaże się, iż bardzo aktywnych inwestorów mamy w Polsce ok. 5–10 tys. Rozbieżność jest duża, gdyż tak naprawdę nikt nie jest w stanie sprecyzować momentu, od kiedy zaczyna się aktywne inwestowanie, a od kiedy – day-trading.
Jeśli jednak przyjmiemy, iż założenie to mniej więcej odzwierciedla rzeczywistość, okaże się, iż na każdy POK (a jest ich w naszym kraju ok. 520) przypada przynajmniej 10 aktywnych inwestorów. Przy liczbie otwartych rachunków (1,3 mln) to bardzo mało. Jeśli jednak przypomnimy sobie, iż 3/4 rachunków to konta niemal martwe, wynik jest całkiem przyzwoity. Największa ich koncentracja przypada na Warszawę, a następnie Poznań, Trójmiasto, Śląsk.
Nieco inaczej w porównaniu z sytuacją za Oceanem wygląda rodzimy przeciętny day-trader. Oczywiście, zdecydowanie przeważają mężczyźni, jednak już ich średnia wieku jest o kilka, kilkanaście lat wyższa od Amerykanów. Tam zazwyczaj są to bowiem ludzie, którzy w bardzo młodym wieku zarobili na wielkiej hossie sprzed lat, a potem po prostu związali się z rynkiem. W Polsce brakuje ludzi starszych, gdyż ci rzadko mają większe pieniądze, a nawet jeśli, to ich znajomość zasad działania rynku kapitałowego jest na ogół niewielka.
Cały dzień w stresie
Jeśli już jednak inwestor decyduje się na codzienny trading, to niestety musi zapomnieć o wielu przyjemnościach. Działalność taka wymaga bowiem wielu poświęceń, podporządkowanych giełdowej grze. Przede wszystkim jest to wysoka czasochłonność. Inwestor musi przez cały dzień obserwować notowania w czasie rzeczywistym po to, by bez opóźnień podejmować decyzje.
Do tego dochodzą obciążenia psychiki. Są one najistotniejszym problemem, a raczej wyzwaniem dla day-traderów. Bez usystematyzowanego podejścia do gry day-trader w krótkim czasie staje się „kłębkiem nerwów”, niezdolnym do racjonalnej oceny tego, co dzieje się na rynku. Jeśli zdamy sobie sprawę, że udokumentowany rekord to 600 transakcji w ciągu jednego dnia (autorem jest prywatny amerykański inwestor Lawrence Black), to każdy jest już chyba świadomy, iż day-trading nie jest zabawą. To po prostu wyczerpująca psychicznie technika inwestycyjna dla najtwardszych, najbardziej zdyscyplinowanych inwestorów.
Otoczenie day-tradera
Do wielokrotnego realizowania transakcji jednodniowych day-traderowi potrzebne jest otoczenie spełniające kilka podstawowych warunków. Przede wszystkim rynek, na którym inwestujemy, musi być bardzo płynny. To decyduje o mobilności naszej pozycji, a zatem zwiększa jej bezpieczeństwo. Z reguły prowadzi to również do zawężenia różnic cenowych między ofertami kupna i sprzedaży, co w prosty sposób ułatwia zawieranie transakcji.
Ponadto instrumenty, na których dokonywane są transakcje jednodniowe, muszą być odpowiednio zmienne. Im większa ich zmienność, tym potencjalnie wyższy zysk przypada day-traderowi. Nie chodzi tu o znaczne wahania mające znamiona chaosu, ale o zdolność do wykształcania wyraźnych krótkoterminowych trendów, na których podstawie można budować logiczne strategie inwestycyjne.
Oczywiście, do podejmowania takich czy innych decyzji inwestycyjnych niezbędne są informacje. Najlepiej szybkie i sprawdzone, a te o stanie rynku – dostępne natychmiastowo, bo tylko wtedy transakcje jednodniowe mają jakąkolwiek szansę powodzenia. Bez dostępu on-line do rzetelnych wykresów 15-, 30- i 60-minutowych przeprowadzanie transakcji jednodniowych jest czystym hazardem, który w krótkim czasie może doprowadzić do bankructwa.
Dostęp do informacji to jednak jeszcze nie wszystko. Aby można było z nich w ogóle korzystać, niezbędna jest możliwość błyskawicznego przekazywania zleceń. Podczas bowiem gdy w transakcjach średnio- i długoterminowych moment zawarcia transakcji (w ramach jednej sesji) nie jest elementem decydującym o jej sukcesie, to w day-tradingu – przy ekstremalnie skróconym horyzoncie inwestycyjnym – nawet kilkuminutowe opóźnienia w przekazaniu zlecenia mogą zadecydować o sukcesie lub porażce danej transakcji.
Gwarancją w miarę sprawnego przekazania zlecenia wydaje się obecność inwestora bezpośrednio w domu maklerskim. W czasie tzw. gorących dni nie daje to jednak pewności szybkiej realizacji jego dyspozycji. Zdarza się, że jeszcze dłuższą drogę musi przebyć zlecenie składane za pośrednictwem internetu, co nieuchronnie prowadzi do opóźnień w jego realizacji. Sytuacja prawdopodobnie poprawi się po wprowadzeniu nowego systemu giełdowego WARSET, w którym będzie istniała możliwość automatycznego przekierowania złożonego przez internet zlecenia bezpośrednio do terminala giełdowego.
Sukces day-tradera
Day-trading przeznaczony jest wyłącznie dla inwestorów posiadających niezbędną wiedzę i zdobyte na rzeczywistym rynku doświadczenie. Trudno wyobrazić sobie, aby transakcjami jednodniowymi zajmowali się początkujący gracze i – co gorsza – inwestowali w ten biznes dorobek całego życia powiększony o zaciągnięte kredyty. Taka mieszanka może doprowadzić tylko do katastrofy i 99% takich inwestorów straci wszystko. Jeśli dodamy do tego, że day-trading należy do najbardziej wyczerpujących psychicznie typów inwestowania, uświadomimy sobie, dlaczego tylko niewielu może odnieść w tej branży sukces. Day-trading to po prostu spekulacja giełdowa dla najlepszych.
Jakie szczególne cechy powinien zatem posiadać day-trader, by nie doprowadzać siebie i swoich finansów do upadku? Przede wszystkim jest mu potrzebna zdolność do wyłączenia emocji. Bez tego łatwo popaść w walkę z rynkiem i zacietrzewienie, co zazwyczaj prowadzi do dużych strat. Bo właśnie akceptowanie strat (gdy są one jeszcze niewielkie) jest kluczem do sukcesu. Tylko wtedy, gdy potrafimy przyznać się w miarę szybko do błędu, mamy szansę na powodzenie. To natomiast wymaga instrumentalnego podejścia do dokonywanych transakcji tak, by niemal mechanicznie reagować na wygenerowane przez rynek sygnały.
Kiedy już day-traderowi uda się opanować emocje, powinien pamiętać o konsekwencji w realizacji strategii inwestycyjnych tak, by zamykać pozycje zarówno z chwilą przekroczenia akceptowanej wysokości straty, jak i wówczas, gdy inwestycja przyniesie zakładany zysk. n

W artykule wykorzystano materiały DM BMT,
dostępne na stronie www.daytrader.pl

 

Stawiamy na day-traderów
Z Rafałem Walkiewiczem, prezesem zarządu DM BMT,
rozmawia Adam Mielczarek

         DM BMT jako pierwszy dom maklerski w Polsce zdecydował się na wprowadzenie internetowego programu, przygotowanego z myślą o największych i najaktywniejszych inwestorach. Co skłoniło was do takiej decyzji?
– Program Daytrader to kwestia wyboru i podjęcia decyzji strategicznej o modelu prowadzonego biznesu. Chcemy sprzedawać usługę dla aktywnych inwestorów, którzy są także klientami niezwykle wymagającymi. Dla nich chcemy tworzyć nasz program i nie znaczy to, że jest on lepszy czy gorszy od innych aplikacji internetowych. On jest po prostu inny, dedykowany dla specyficznej grupy klientów. Uważamy, że polski rynek jest już na tyle dojrzały, że oferty muszą być różnicowane.
– Jak biuro radzi sobie z przeciwnościami losu typu słabe łącza czy inne ograniczenia formalne?
– Dwie rzeczy powodują, że ten system może sprawnie działać: łącza wpływające na szybkość dostępu do internetu oraz podporządkowanie organizacji pracy wewnątrz domu maklerskiego jasno zdefiniowanym celom. Oba te problemy można z powodzeniem rozwiązać.
Po pierwsze – taka architektura systemu i przygotowanie programu, by jak najmniejsza porcja danych była przesyłana między klientem a domem maklerskim. Klient nie oczekuje wysublimowanej grafiki czy zdjęć, zależy mu za to na tym, by jego zlecenie trafiało na giełdę bardzo szybko. Interesuje go też błyskawiczny podgląd rynku, i to są najistotniejsze elementy.
Unikamy zatem „wszystkoizmu”, czyli przekazywania zbyt dużych zasobów informacji, przy jednoczesnym braku koncentracji na wyznaczonych celach. Dbamy o taką konstrukcję łącz, by maksymalizować efektywność transmisji. W zasadzie monopolistą jest TP SA, ale można postarać się o przyłączenie do różnych routerów, w kilku miejscach kraju tak, by było to bezpieczne.
Po drugie – organizacja pracy i taka konstrukcja systemu back office, aby dyspozycja przesłana przez klienta nie utkwiła w systemie samego domu maklerskiego. Pamiętajmy, że nadal istnieje wąskie gardło w postaci maklera, który musi (póki GPW nie zezwoli na automatyczne wprowadzanie zleceń do systemu) „przeklepać” zlecenie. Istotna jest właściwa proporcja między liczbą obsługiwanych zleceń, liczbą terminali oraz sprawnością zatrudnionych maklerów giełdowych. Albo zatrudnimy więcej maklerów, którzy będą „przeklepywać” zlecenia, albo ograniczymy liczbę klientów tak, by mogli bardzo szybko realizować zlecenia.
Przykłady z rynku pokazują, że taki wybór nie jest rzeczą prostą. Kluczową sprawą jest sprawny, zautomatyzowany back office, czyli takie kwestie jak np. to, czy rynek kontraktów rozliczany jest „na karteczkach” (co nie jest wcale takie rzadkie), czy też mamy automatyczny system rozliczeniowy. Tylko dlatego, że od wielu miesięcy funkcjonuje u nas automatyczny system rozliczania kontraktów terminowych, mogliśmy jako pierwsi wprowadzić kontrakty do naszej platformy internetowej.
– Czy system jest zatem w 100% bezpieczny, tzn. czy inwestor ma gwarancję, że zawsze przekaże swoje zlecenie?
– Dopóki nie popsuje się linia telefoniczna w domu klienta, system zbalansowanych łącz powinien przerzucić połączenie do najmniej obciążonego miejsca w sieci i stamtąd je przekazać. System jest bowiem tak skonstruowany, by większość awarii telekomunikacyjnych eliminować. Jeżeli klientowi popsuje się komputer, może skorzystać z naszego call center.
– Jak przy określaniu swojej strategii biznesowej zdefiniowaliście pojęcie day-tradera?
– Ogólnie chodzi o inwestora, którzy zajmuje pozycje na jeden dzień. Niekoniecznie chodzi nam tylko i wyłącznie o takie osoby, ale wymyślając nazwę celowo chcieliśmy pokazać, że nasz produkt skierowany jest do ponadprzeciętnego inwestora. Tacy ludzie cały dzień poświęcają grze giełdowej i jest to ich jedyne bądź przynajmniej dominujące źródło utrzymania. Istnieje w Polsce grupa ludzi, którzy chodzą do sal dogrywek jak do pracy i tam obserwują przebieg sesji, angażując duże aktywa, generując jednocześnie wysokie obroty.
Mamy oczywiście sygnały od drobniejszych graczy, którzy pytają, dlaczego tak wysoko stawiamy poprzeczkę i nie chcemy sprzedawać swojej usługi mniejszym inwestorom, którzy dopiero przygotowują się do roli day-tradera. Tłumaczymy, że chcemy, by nasz produkt był po prostu perfekcyjny dla tych największych i najbardziej aktywnych. Program pozostanie zatem elitarny do czasu uruchomienia WARSETU, który ma znacznie ułatwić naszą pracę.
Dzięki selekcji klientów każdym zainteresowanym możemy zająć się osobiście. Z każdym aktywnym inwestorem, który wyrazi zainteresowanie naszym produktem, czy to dzwoniąc na infolinię, czy też wypełniając formularz w internecie, spotyka się przedstawiciel biura z indywidualną prezentacją w dowolnym miejscu w Polsce.
– Co można uzyskać dzięki programowi Daytrader?
– Podstawową rzecz dla inwestorów, czyli szybki dostęp do informacji i szybkie wprowadzenie zlecenia do systemu giełdowego. To absolutnie najważniejsze i takie przypadki, kiedy na wprowadzenie zlecenia trzeba czekać 5, 10 czy 20 minut, to po prostu absurd. To przeczy idei internetu, bo inwestor, który korzysta z sieci, jest poszkodowany w stosunku do tych, którzy siedzą na sali dogrywek. A chodzi przecież o to, by zastąpić salę dogrywek, przenieść ją do domu i zapewnić inwestorom komfort pracy.
Pracujemy nad rozbudową części analitycznej, tzn. informacji z rynku, indeksów giełd światowych, komunikatów agencyjnych. Cały czas pamiętamy jednak, że musimy tak to wszystko połączyć tak, by nie stracić na szybkości.
Ponadto inwestorzy otrzymują dostęp do wielu usług dodatkowych, począwszy od oprocentowanego rachunku inwestycyjnego (obecnie 10% w skali roku), poprzez zindywidualizowaną obsługę, a skończywszy na atrakcyjnych liniach kredytowych na rynku wtórnym i pierwotnym.
– A co z obserwowaniem sesji giełdowej? W innych biurach maklerskich dość powszechnie panuje zasada, iż należy obserwować notowania w Telegazecie czy jakimś serwisie, bo brokerzy dopiero zamierzają wprowadzić dystrybucję danych w czasie rzeczywistym.
– Od początku twierdziliśmy, że częścią składową systemu musi być dystrybucja informacji. W związku z tym ani Telegazeta, ani Reuters nie są konieczne, gdyż to my jesteśmy poddystrybutorem informacji. Wysyłamy naszym klientom dane on-line bez opóźnienia.
– Ilu inwestorów aktualnie korzysta z programu Daytrader?
– W tym momencie jest to wąska grupa inwestorów. W sposób świadomy tę liczbę ograniczamy. Do czasu wprowadzenia WARSETU na pewno nie będziemy chcieli przekroczyć setki, a bliższa jest nam liczba pięćdziesiąt. To wszystko oczywiście po to, by zachować podstawową zasadę funkcjonalności, czyli szybkość.
Choćby dlatego, że nazwaliśmy nasz produkt Daytrader, chcemy pokazywać inwestorom i wspólnie z nimi uczyć się, czym ten day-trading jest. Stąd też zaproponowaliśmy taki produkt, w którym inwestor operując na akcjach kilkunastu spółek ma możliwość otwierania pozycji rano z bardzo dużym, bezpłatnym 666-proc. lewarem. Jeśli inwestor zamknie te pozycje do końca sesji, nie ponosi kosztów finansowych.
– Jakie jest zainteresowanie lewarem? Czy dużo osób korzysta z niego „na maksa”, czy może raczej podchodzi do niego znacznie ostrożniej, biorąc np. 100% kredytu?
– Mamy w tej chwili kilkunastu inwestorów, którzy korzystają z tego produktu i raczej jeśli już ktoś się decyduje, to korzysta z całości lewara. Natomiast z pewnością jest to usługa dla graczy bardzo doświadczonych, którzy są w stanie cały dzień podporządkować sesji. Przy takim zaangażowaniu trzeba po prostu śledzić notowania z minuty na minutę, nie można tego robić dorywczo.
– Jak sprawdza się grupa papierów, które wskazaliście day-traderom jako najbardziej płynne, przeznaczone pod wysokie lewary? Czy były w niej jakieś zmiany? Czy mimo tej asekuracji inwestorzy mieli problemy z zamknięciem pozycji na koniec dnia?
– Na liście znajduje się kilka oczywistych blue chipów, charakteryzujących się największymi obrotami. Zestawienie to jest jednak dynamiczne i cały czas się zmienia, gdyż obserwujemy rynek i dodajemy lub zdejmujemy spółki z puli dostępnej dla inwestycji z lewarami. Jako że produkt jest nowy, chcemy w ten sposób pomóc inwestorom ograniczyć ryzyko. Jak na razie problemów ze sprzedażą akcji na koniec sesji nie było.
– Czy inwestorzy zgłaszali już swoje uwagi dotyczące oferowanego przez biuro programu?
– Tak, oczywiście. Ten produkt był tworzony przy udziale inwestorów niemal od samego początku. Pierwsi nasi klienci testowali go jeszcze przed oficjalną premierą. Nie będzie zatem przesady w stwierdzeniu, że to oni go współtworzyli. Oczywiście, w bieżącym funkcjonowaniu wychwycone zostały pewne drobne mankamenty, jak np. lokalizacja niektórych elementów na stronie. Tu przy okazji ujawniły się zalety programu autorskiego, który można zmieniać praktycznie z dnia na dzień, dokładnie pod potrzeby klienta.
– Jak wyglądają koszty? Wiadomo, że przy dużych obrotach można sobie wynegocjować naprawdę dogodne warunki. Jaki jest wasz rekord najniższej prowizji?
– Nasza prowizja skonstruowana jest na zasadzie marży, tzn. do opłat GPW i KDPW dodajemy swoją opłatę. Najniższa marża wynosi 0,14%, co po dodaniu do opłaty giełdowej, która ostatnio wynosi 0,08% oraz opłaty dla Depozytu na poziomie 0,013%, oznacza koszt w wysokości 0,233%.
– Czy mając na uwadze to, że masowość poniekąd wyklucza szybkość, należy wam życzyć gwałtownego przyrostu liczby day-traderów w Polsce?
– Oczywiście. Prowadzimy działania promujące samą kulturę day-tradingu, tworzymy stronę internetową dla day-traderów. Wkrótce zostanie ona przekształcona w klub day-traderów, gdzie o day-tradingu będzie można dowiedzieć się bardzo ciekawych rzeczy. Uważamy, że wielu aktywnych inwestorów zda sobie sprawę, że już należą do tej grupy lub chcą do niej być zaliczani. Jesteśmy głęboko przekonani, że zapewniamy im produkt spełniający ich wymagania, a oni będą decydować się na nasze usługi.
– Dziękuję za rozmowę.

 

Zasady aktywnego inwestowania

Z uwagi na swój specyficzny charakter day-trading wywołuje szeroką gamę emocji i przeżyć.
I nic w tym dziwnego, notowania spółek zmieniają się przecież nieustannie w sposób dynamiczny
i zazwyczaj trudny do przewidzenia.

W takich warunkach pracy day-trader przez cały czas stoi przed koniecznością podejmowania właściwych decyzji. Każdy błąd może go drogo kosztować, gdyż jego pozycje są zwykle wysoko „lewarowane”. Jednak dzięki temu każda dobra transakcja daje możliwość osiągnięcia znacznego zysku.
Przygotowanie
psychiczne day-tradera
Przed przystąpieniem do spekulacji akcjami day-trader powinien odpowiedzieć sobie na następujące pytania: Co jest moją motywacją? Dlaczego chcę być day-traderem?
Oczywiście, celem każdego day-tradera jest osiąganie jak największych dochodów. Jednak same pieniądze nic tu jeszcze nie znaczą. Należy jasno sprecyzować, na co ewentualne zyski z tytułu wybitnie spekulacyjnego handlu akcjami mają być przeznaczone. Uświadomienie sobie celu tak ryzykownego i pochłaniającego czas zajęcia, jakim jest day-trading, jest dobrym fundamentem do rozpoczęcia przygotowania psychicznego.
Następnym krokiem powinno być przyswojenie pewnych zasad, jakimi day-trader będzie kierował się w swej pracy. Stosowanie rozsądnych zasad w praktyce wymaga jednak wysokiej samodyscypliny oraz bezwzględnego ich egzekwowania tak, by nie dać ponieść się emocjom.
1. Decyzje kupna
lub sprzedaży akcji musisz podejmować wyłącznie
na podstawie
zaobserwowanego sygnału
Day-trader korzystając z własnych analiz i spostrzeżeń oraz czegoś, co można by nazwać wyczuciem rynku, powinien sporządzić listę sygnałów, których pojawienie się daje wysokie prawdopodobieństwo ruchu ceny w określonym kierunku. Sygnały takie zazwyczaj pochodzą z analizy technicznej wykresu kursu. Stosowanie tej zasady ma za zadanie osiągnięcie przez day-tradera jak najwyższego udziału zyskownych transakcji w ogólnej ich liczbie.
2. Kieruj się ideą płynności
Ta zasada ma na celu ograniczenie strat z nieudanych transakcji oraz maksymalizację zysków z transakcji przynoszących dochód. Reguła ta brzmi: „Cut your losses and let your profits run”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: „zamykaj pozycje przynoszące stratę i pozwól na zwiększenie się dochodu z pozycji zyskownych”. Powstała ona na bazie popularnego powiedzenia „trend is your friend until it end”; przyjmuje się w nim, że trend jest kontynuowany, dopóki nie widać wyraźnych oznak jego zatrzymania.
Co ciekawe, zamykanie pozycji przynoszących stratę jest stosunkowo łatwe, zwłaszcza jeśli inwestor nie ma tendencji do „odgryzania się” na rynku. Wystarczy przyjąć maksymalną akceptowaną wielkość straty, a następnie każdorazowo, gdy jest ona osiągana, nie dopuszcza do jej powiększenia poprzez natychmiastowe, automatyczne zamknięcie pozycji. Takie zachowanie ma ważną zaletę: eliminuje niebezpieczeństwo poniesienia znacznych strat, które są przyczyną występowania negatywnych emocji.
Znacznie większą trudność sprawia zamykanie pozycji zyskownej. Nie może ono nastąpić ani zbyt wcześnie, ani zbyt późno, jednak, niestety, psychika day-tradera (jak i zapewne każdego innego inwestora) skonstruowana jest w taki sposób, że gdy transakcja przynosi stosunkowo duży dochód, większość osób wpada w pułapkę nadmiernej chciwości.
Pewnym rozwiązaniem jest wcześniejsze ustalenie wielkości zysku, którego osiągnięcie mówi nam: „wystarczy, zamknij pozycję”, choć nie trzeba dodawać, iż naprawdę trudno jest powiedzieć sobie, iż zarobiłem już dość i więcej nie potrzebuję, zwłaszcza w sytuacji dużego stresu i niesienia na fali wzrostu.
3. Opanuj się
Choć łatwo to powiedzieć, day-trader powinien zawsze pamiętać o tym, aby w każdej sytuacji, jaka pojawia się na rynku, zachować spokój i dystans. Umiejętność ta jest niestety bardzo trudna do wyrobienia gdy np. korzysta się z lewaru pięciokrotnie przewyższającego środki własne, jednak jest szczególnie istotna w przypadku wystąpienia serii nieudanych transakcji. A to zdarza się to nawet najlepszym day-traderom.
W takim momencie nie wolno wpadać w złość, a tym bardziej pragnąć rewanżu za wszelką cenę. Zły nastrój oraz łamanie poprzednich żelaznych zasad prowadzi do kolejnych niewłaściwych decyzji i do pogłębienia frustracji. Dlatego po przeprowadzeniu kilku nieudanych transakcji polecany jest krótki odpoczynek, chłodna, aczkolwiek szybka analiza popełnionych błędów i wreszcie spojrzenie na rynek „na nowo”. Dopiero wówczas można – już na spokojnie – powrócić do kolejnych spekulacji.
Powstrzymanie emocji jest również wskazane w przypadku, gdy mamy dobrą passę, czyli dokonaliśmy jednej lub kilku bardzo dobrych transakcji. Day--trader może wówczas odczuwać przesadny optymizm, dający dużą pewność siebie, a w skrajnych przypadkach nawet euforię. Wszystkie te stany – mimo że z psychologicznego punktu widzenia są niewątpliwie bardzo przyjemne – źle wpływają na zdolność podejmowania właściwych decyzji.
W takich sytuacjach bardzo często zdarza się, że po zyskownych transakcjach następują mniej udane, co wywołuje huśtawkę nastrojów, której należy unikać. Załamanie w takich momentach jest też szczególnie bolesne i mocno zapada w pamięć. Dodatkowo powoduje ono nadmierny stres i przemęczenie.
4. Bądź zdecydowany
Zachowując wszystkie wcześniej wymienione już cechy, dobry day-trader odznaczać się powinien również zdecydowaniem, odwagą, zaufaniem i wiarą we własne umiejętności. Brak tych cech szalenie utrudnia prowadzenie spekulacji. Decyzje kupna lub sprzedaży akcji powinny być podejmowane szybko, bez niepotrzebnego wahania. Zwłoka w złożeniu zlecenia przy skrajnie krótkim horyzoncie czasowym może powiększyć stratę lub zmniejszyć potencjalny zysk.
Oczywiście, zaufanie do własnych umiejętności wyrabia się w miarę zdobywania doświadczenia w spekulacji. Dzieje się tak rzecz jasna pod warunkiem, iż rzeczywiście zdobyliśmy zdolności w zakresie day-tradingu w praktyce, a nie tylko grając „na papierze”.
5. Pamiętaj: to rynek
ma zawsze rację, a nie ty
Punkt ten równie dobrze można zatytułować: rynek na zawsze rację. Ceny akcji po prostu są takie, jakie są, i to, czy posiadamy dane papiery czy też nie, nic tu nie zmieni. Day-trader musi dostosować się do sytuacji panującej na rynku, a nie tworzyć wyimaginowane trendy. Nie ma zatem sensu poszukiwanie lub prognozowanie „właściwego” poziomu kursu. Podobnie – badanie przyczyn takiego a nie innego zachowania się ceny akcji również nie pomoże w osiąganiu dobrych wyników.
Najważniejsze jest zarobienie na różnicy cen kupna i sprzedaży akcji i na tym day-trader powinien skoncentrować całą uwagę. Pogłębione analityczne rozważania nie są właściwym narzędziem w pracy day-tradera, tym bardziej że zazwyczaj zabierają one bardzo dużo czasu.
6. Nie bądź perfekcjonistą
Wielu spekulantów stara się za wszelką cenę (często podświadomie) dokonywać perfekcyjnych transakcji. Wkładają wysiłek prawie wyłącznie w to, by kupić jak najtaniej i sprzedać możliwie najdrożej. Owszem, celem day-tradingu jest zarobienie pieniędzy, jednak nie powinno to prowadzić do poszukiwań okazji do powiedzenia sobie: jestem geniuszem, mam idealne wyczucie rynku. Pamiętajmy: kupno akcji po 10-proc. wzroście ceny jest bardzo dobrą decyzją, jeżeli ich kurs dalej wzrośnie i zdążymy w porę je sprzedać.
7. Stale podnoś swoje umiejętności spekulacyjne
Co ciekawe, znaczenie wykształcenia, jakie ma day-trader, nie jest decydujące w powodzeniu prowadzonej przez niego spekulacji. Odniesienie sukcesu w day-tradingu wymaga bowiem bardziej opanowania pewnych umiejętności i nabycia, a najlepiej urodzenia się z odpowiednimi cechami charakteru. Wiadomo, iż muszą to być ludzie aktywni, odporni na stres i jednocześnie zdecydowani i opanowani.
Można nawet pokusić się o stwierdzenie, iż znaczenie wykształcenia jest znikome, choć niewątpliwie pomaga ono w lepszym zrozumieniu niektórych zjawisk. Doskonalenie umiejętności spekulacji powinno się jednak odbywać się poprzez wnikliwą analizę przebiegu transakcji i zrozumienie zasad rządzących analizą techniczną.
Ponadto potrzeba jest choć trochę cierpliwości, by można było spojrzeć krytycznym okiem na dotychczasową działalność. Pozwoli to wychwycić ewidentne pomyłki, tak by z każdego błędu można było wyciągać należyte wnioski. Wielu day-traderów popełnia bowiem stale błędy tego samego rodzaju. Dobrze jest zatem zorientować się, czy nasze nieudane transakcje mają jakiś wspólny mianownik. Jeżeli okaże się, że tak, wówczas wyeliminowanie takich błędów w przyszłości będzie znacznie prostsze.
8. Keep smiling
Nawet początkującym nie trzeba wyjaśniać, iż day-trading to nie zabawa, lecz profesja zajmująca dużo czasu i wymagająca poświęcenia. Na ogół day-traderzy poświęcają jej tyle samo czasu, ile każdy inny „normalny” człowiek idący rano do pracy. Tak więc także i tutaj uzyskiwane efekty będą w jakimś stopniu uzależnione od kondycji psychofizycznej oraz sytuacji osobistej i rodzinnej danej osoby. Jak wszyscy, day-trader również nie może zaniedbywać innych sfer życia, ponieważ mają one wpływ na ogólne samopoczucie człowieka, a w konsekwencji – na wyniki uzyskiwane w jego wytężonej pracy. n
Adam Mielczarek
W artykule wykorzystano materiały DM BMT
dostępne na stronie www.daytrader.pl

 

 

Str. 21-25

Graj na motywy

Marek Rogalski,
prywatny inwestor

Mimo że o inwestowaniu napisano mnóstwo książek, w dalszym ciągu nie brakuje graczy,
którzy kupują na szczytach, a sprzedają w dołkach. Tego nikt nie zmieni,
gdyż jest to rzecz na giełdzie jak najbardziej naturalna, zależna nie tylko od stanu naszej wiedzy,
ale i od psychiki. Nie ulega jednak wątpliwości, że bez własnego,
najbardziej nam odpowiadającego sposobu inwestowania trudno przetrwać na rynku.

Wyczuj rynek
To najważniejsze wyzwanie dla każdego, kto zamierza inwestować na rynku i temu będą podporządkowane wszystkie inne reguły. Bardzo wiele osób twierdzi, że to rozumie i nie warto zaprzątać sobie tym głowy. Śmiem twierdzić, że tak nie jest. Przyczyna tego stanu rzeczy tkwi w tym, że inwestowanie kłóci się z naszymi przyzwyczajeniami czy psychiką. Większość z nas zawsze broni swoich poglądów na dany temat uważając, że są one słuszne. Jednak na giełdzie to rynek ma zawsze rację, a nie my. Naszym zadaniem jest umiejętne przewidzenie jego ruchów, wyczucie go. Jednak jest on bardzo zmienny, stąd też musimy reagować szybko i elastycznie.
Graj na motywy
Jest to podstawowa zasada, na której opieram swoją strategię. Stoi ona trochę w sprzeczności z tym, co wyznaje większość graczy. Dla nich najważniejsze są wyniki finansowe spółek, kwotowania zachodnich indeksów czy po prostu formacje analizy technicznej.
Nie ukrywam, że duży wpływ na zbudowanie mojej strategii wywarły publikacje dotyczące strategii inwestycyjnych George’a Sorosa, a szczególnie jego teorii sprzężenia zwrotnego oraz samonapędzających się ruchów cen. Kluczowe pytanie, które zawsze stawiał sobie na wejściu, brzmiało: „co wywołuje zachowania podążające za trendem?”. Według niego, są to nadzieje i oczekiwania tłumu.
Czy zatem tłum jest zdolny do zagłębiania się w skomplikowane matematyczne obliczenia, których wynikiem jest wewnętrzna wartość danej akcji? A może działają tu inne czynniki. Ja nazwałem je motywami. Są nimi możliwe wydarzenia z otoczenia spółki, takie jak pojawienie się inwestora branżowego, nowe produkty, nowa strategia rozwoju, lub po prostu mądry i przebiegły zarząd, któremu zależy na wzroście kursu akcji. Umiejętna analiza tych czynników, a co najistotniejsze, próba ich przewidzenia, oraz ocena wpływu na notowania akcji, są kluczem do znalezienia tych najlepszych walorów. Ważna jest także moda, będąca nieodłącznym elementem każdego rynku. To ona w połączeniu z zaistniałymi „motywami” może szybko stać się sprzężeniem zwrotnym i napędzać ruch wzrostowy, czasem do nieprzewidywalnych poziomów.
Przykładem dosyć dobrze obrazującym powyższe tezy jest rynek IT oraz sektor budowlany. Jeszcze jesienią zeszłego roku nasze czołowe walory z branży teleinformatycznej były notowane znacznie poniżej swoich historycznych maksimów – na przykład Optimus o ponad 50%. Tymczasem internetowa hossa na rynkach rozwiniętych, a w każdym razie jej symptomy, były widoczne znacznie wcześniej, bo już od lata. U nas słowo portal wciąż było mało znane wśród inwestorów, a Onet.pl pozostawał niedoceniany. Wyraźne przyspieszenie trendu na Nasdaq dokonało się 29 października 1999 r., kiedy to indeks Nasdaq Composite pokonał opór na poziomie 3000 pkt. Wtedy też część graczy zaczęła dostrzegać nasze spółki teleinformatyczne, indeks WIG--Teleinformatyka zaś dał sygnał kupna dopiero 2 tygodnie później. Jednak wciąż mało kto wierzył chociażby w to, że Optimus osiągnie cenę 300 zł. Moda na nową ekonomię miała nadejść dopiero w lutym i marcu, kiedy każdy mówił o nowych produktach i sektorach, takich jak B2B czy B2C, a spółki prześcigały się w obietnicach. Symptomatyczne, że dopiero wtedy zaczęły pojawiać się nowe wyceny naszych high-tech z poziomami docelowymi, często o 100% wyższymi, sporządzane przez renomowanych analityków. Wszystkie opierały się na przyszłych wycenach i zyskach, które wciąż mają niestabilne podstawy.
Inny przypadek dotyczy rynku budowlanego. Głośne zakupy walorów Exbudu przez Michała Sołowowa pobudziły falę przejęć firm polskiego sektora budowlanego, mimo że już wcześniej hiszpańska Acciona weszła do Mostostalu Warszawa. Stało się to pierwszym impulsem do wzrostu kursów innych spółek z tej branży – Budimeksu czy Mostostalu Zabrze. Motywem jest tu więc zmiana klimatu inwestycyjnego wokół sektora.
Chciałbym w tym miejscu jednak ostrzec, że sama analiza „motywów” nic nie daje bez połączenia z umiejętnym analizowaniem wykresu kursu akcji spółki. Na jego podstawie precyzyjnie wyznaczamy moment wejścia na rynek.
Wychwytuj różnicę
między stanem obecnym
a ceną równowagi
Generalnie spółki na rynku można podzielić na te, które inwestorzy kupują chętnie, i takie, które znajdują się w niełasce. Do tych pierwszych często należą firmy z „modnych” branż, wobec których inwestorzy mają duże oczekiwania. W tym przypadku często jest tak, iż oczekiwania dawno już są uwzględnione w cenach, które mimo to ciągle rosną.
Nie chcę wdawać się tu w fundamentalne rozważania na temat wycen, jednak tempo wzrostu kursu zależy pośrednio od dynamiki osiąganych zysków i wzrostu sumy bilansowej, a także oczekiwań co do przyszłych dochodów. Rzadko jest tak, że zysk jakiejś firmy przyrasta z roku na rok o np. 200 czy 300% i jest to trend stały. Zwykle jest to wynik jakiejś jednorazowej operacji, która już w przyszłości raczej się nie powtórzy.
Spółki, które wpadły w niełaskę inwestorów, często są reprezentantami nieatrakcyjnych branż bądź dotknęły je krótkookresowe problemy, objawiające się znacznie mniejszymi zyskami. Właśnie te ostatnie firmy są szczególnie interesujące, gdyż ich długookresowa krzywa rozwoju jest ciągle wzrostowa. Często się zdarza, że przeprowadzana restrukturyzacja okazuje się przynosić zadowalające efekty bądź taka spółka staje się obiektem przejęcia, co szczególnie zaczyna rozpalać wyobraźnię inwestorów.
Patrz na rynek
poprzez pryzmat
„funkcjonowania spółki”
Indeks giełdowy, który tak interesuje wielu inwestorów, wyznacza tylko ogólny trend panujący na rynku. Zatem jego ciągłe śledzenie jest zbyteczne, chyba że decydujemy się grać na kontraktach na WIG20. Bieżące informacje, jakie napływają z rynków zagranicznych, też nie są aż tak istotne. Ich marginalizacja na rzecz przyglądania się poszczególnym firmom jest znacznie lepszym rozwiązaniem.
Jeśli jesteś zdecydowany kupić akcje jakiejś spółki, rozważ wszystkie jej potencjalne dobre i złe strony. Warto sprawdzić jej „otoczenie”: kwalifikacje zarządu, perspektywy rozwoju branży, w której działa, nowe tendencje w produktach w poszukiwaniu „motywu”, który wkrótce może skupić na sobie uwagę większości inwestorów.
Nie bądź day-traderem
Żaden „motyw” nie oddziałuje przez jeden dzień, żaden poważniejszy trend nie trwa tak krótko. Zbyt szybka gra jest wykańczająca, transakcje są wykonywane mechanicznie, czasami bez zbytniego zastanowienia. Łatwo przegapić większy trend czy budujący się nowy „klimat” na rynku. Ktoś kiedyś powiedział, że „pieniądze rosną na drzewach cierpliwości”. Żaden ze sławnych inwestorów nie doszedł do duż...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin