Śnieg puszysty, biały, iskrzył się w jaskrawym słońcu zimowego dnia.
Wiejska droga przykryta była białą poduchą, z której ledwo było widać pobocze. Mimo, że było już prawie południe, nie żadnych było śladów, nikt jeszcze dziś tędy dziś nie jechał.
Wieś Wólka, leżąca w dolince, przykryta była nowym śniegiem,dachy miały zaokrąglone kształty, wszystko było jakby pokryte bitą śmietaną.Sobota senna pod tą pierzyną , wszędzie cicho i tylko jakiś piesek , gdzies tam, piskliwym głosem czegoś się domagał
Droga łaczyła Wólkę z zabudowaniami pałacu i kilku domów rozrzuconych wokoło.W dali było wzgórze pokryte lasem, z ruinami zamku Grodno na szczycie.Tędy bylo najbliżej do miasta.
Mimo,że mróz był dwucyfrowy i sniegu sporo przybyło, postanowiłam jednak wyruszyć w drogę, nie miałam wyjścia, obiecałam siostrze ten wyjazd.To był dla niej jedyny pożytek z posiadania trzech starszych sióstr-z każda mogła jeździć na zakupy.Kasia siedziała już w samochodzie i bez przerwy podekscytowana mówiła:
-Wiesz Ela , dziewczyny mówiły, że ten książę ta taki przystojny..-Widocznie w tutejszym gimnazjum tym teraz zajmowano, zamiast nauką
-Jaki tam on książę -próbowałam jakoś ostudzić jej nastoletnią fascynację.
Skrzynia biegów leciwego malucha zachrzęściła, pojazd z wysiłkiem wjechał po ośnieżonej drodze
-I on ma konie, takie prawdziwe....
Nie dokończyła bo nagle tuż na przeciwko pojawił się wielki, lśniący samochód Piekny był, czarny i lśniący,.poprzez ciemne szyby nie bylo widać kto tam w srodku siedzi , wszystko lśniło i błyszczalo.Wyglądał jak pojazd kosmitów, który zbłądził w epoce lodowcowej.Jechał dość szybko wzbijając za sobą kurz ze skrzącego śniegu. Nie widziałam go z perspektywy mojego malucha. Rozpaczliwe hamowanie na nic się nie przydało, pod puchową pierzynką był ubity wyslizgany lod i mój maluch, po kilku poślizgach, stanął w poprzek drogi, silnik zgasł, zrobiło się bardzo cicho.Biała pustynia i dwa pojazdy na przeciwko siebie jak na bezludnej białej planecie.
Tylko tego brakowało... Zachowując resztki spokoju i opanowania starałam się uruchomić tego mojego grata , nie znoszę takich sytuacji..
Kaśka jednak wcale nie zwracała na mnie uwagi tylko dramatycznym szeptem zapiszczała
-O kurcze, to on, to on!
-Wysiadaj, trzeba będzie pchać- oznajmiłam tonem bardziej lodowatym niż temperatura na powietrzu. Niestety, moja młodsza siostra zwiewnie wysiadła z samochodu i stojąc niemalże po kostki w puchu, z roziskrzonym wzrokiem, wpatrując się w przyciemniane szyby wielkiego pojazdu, z uśmiechem gwiazdy filmowej z oscarowej gali, krzyknęła:
-Sorry- i stanęła obok w najbardziej korzystnej pozie.
Silnik nie chciał zaskoczyć. Wiedziałam, że stary akumulator niewielejuż może.
-Co jest.. zrób coś -syczała bo jakby już zmęczyła się pozowaniem przed widownią
-No piłuj go, chcesz pchać na oczach księcia!
Wieki czarny pojazd stał nieruchomo i czekał, chyba, aż mała czerwona poczwara dokona żywota. Wiedziałam, akumulator już pod domem wydawał ostatnie rzężenia. Do diabła.!
Środek pól , mróz i rób tu co chcesz. Monstrum komunikacyjne stało i złowieszczo lśniło czarnymi szybami. Dobrze, że go nie zarysowałam bo bym się chyba nie wypłaciła do końca życia. Wysiadam. W tej chwili również drzwi monstrum bezszelestnie się otworzyły i to po obu stronach jednocześnie.
-Pani Elu , co się stało?
Boże co za szczęście, że to Gawronik, sąsiad moich rodziców, który ostatnio się chwalił, że dostał pracę u tego nowego pana na włościach, co wykupił stary pałac i ziemię.
-A co się miało stać Lutek, no zobacz-wymownie kopnęłam w oponę.
-Dawno ci mówiłem wyrzuć tego rzęcha, szwagier ma skodę, tanio, jak dla Ciebie
to za grosze..
-Tak, ale ja nawet groszy nie mam , wiesz ile zarabia nauczyciel..
-A bo ty to taka jakaś mało obrotna jesteś, Kazik Wiechniarz mówił ,ze jakbyś tylko chciała...
-Dobrze, dobrze.........nie dałam mu dokończyć .
Kazik miał ogromne połacie hektarów i kombajny i wszystko oprócz żony. Do pasji mnie doprowadzały jego pozdrowienia przekazywane przez uczniów
-Pse pani, a pan Kazik panią pozdrawia-sepleniły moje pierwszaki.
-Podziękuj panu Kazikowi -udawałam przez grzeczność a nerwy we mnie kipiały.
Kazik dawał wszystkim do zrozumienia, że mój brak wzajemności to tylko babskie fanaberie i to, że będę jego, to tylko kwestia czasu.
-Lutek , zaprzyj no się i zepchnijmy to z drogi.
-No dobrze, jak chcesz, zrobimy to razem.Lubię Lutka niemal od zawsze.Razem graliśmy w dwa ognie na moim podwórku.Najmilej wspominam gdy na samym początku mijej pracy, gdy wyprowadziłam się z domu i zamieszkałam z dziewczynami , przychodził do mnie, niby miał zawsze cos ważnego a okazało się ,że tym czymś ważnym była Basia mieszkająca dwa domy dalej.Byłam potem świadkiem na ich ślubie.
Pchanie poszło bezproblemowo, naprostowany maluch stanął nos w nos z maszyna księcia.
-No a teraz na bok go bo chyba się spieszysz
-Wiesz Ela, ja to bym ciebie tak nie zostawił ale pan Jan spieszy się na lotnisko, ma samolot
-A nie ma swojego samolotu-zapytałam kpiąco, bo w plotkach o niezmierzonych dobrach wielmożnego coś tam było i o samolocie.
-Pss, psyyt uspokój się Elka- moja siostra znacząco popatrzyła w kierunku-jeszcze cię usłyszy, zachowuj się !
-Przez telefon rozmawia- Lutek uciszył zdesperowana Kaśkę-jak chcesz to ci dam trochę prądu i pojedziesz
-Po jakiemu rozmawia bo to podobno jakiś Niemiec-moja siostra nadstawiła ucha
-Jaki tam Niemiec, on z Warszawy tylko jego ojciec w Holandii z drugą żona , bardzo bogaty, ta żona to z zagranicy.Jakoś nie miałam czasu ani ochoty wysłuchiwać wyjaśnień na temat koligacji ludzi, ktorzy zawładnęli wyobraźnią całej okolicy.
-Czekaj może się odstał i ruszy-wsiadłam do tego mojego utrapienia i ponowiłam proby piłowania ,przekręciłam kluczyk i z determinacja nacisnęłam sprzęgło.
Mój maleństwo zrobiło brzyyy, brzy..i resztkami sił załapało. Wzniosłam oczy do góry w niezmiernej wdzięczności
-Wsiadaj, jedziemy-pokrzykiwałam teraz na Kaskę wesoło . Ruszyłyśmy, najpierw ociężale potem po koleinie jaśnie pana, jednej bo druga była za daleko, wzbijając śnieg w skrzące tumany pojechałyśmy. Pomachałam Lutkowi. W lusterku zobaczyłam, stojącą z drugiej strony samochodu,męską postać w długim płaszczu Rozmawiał przez telefon.
-Co tak pędzisz, nawet nie mogłam go dobrze pooglądać-Kaśka z wyrzutem usiadła prosto i zapięła pasy.
-Jurto w szkole powiem, że nas popchnął, i że był przystojny-postanowiła.
Chyba nie ma się czym chwalić bo nie tylko nas nie popchał ale nawet nie zaszczycił swoją uwagą
Zakupy udały sie wspaniale. Wybrałam sie nazajutrz do pracy w nowych kozaczkach, takich długich, prawie za kolano.Obcas miały trochę wysoki ale ogólnie wygodne były .Nic tak nie poprawia humoru jak coś nowego.Humor miałam znakomity bo do tego spódniczka od Kaski doskonale się dokomponowała.Maluch, po niedzielnym doładowaniu prostownikiem Lutka, odpalił prawie za pierwszym razem chociaż trochę prychał i szarpał, pewnie gaźnik ma zatkany.
Wracałam do siebie poprzez pięknie ośnieżone pola.Droga od Zawólcz gdzie mieszkają moi rodzice teraz wyglądała jak tor bobslejowy pomiędzy polami i lasem. Jakoś tak ,gdy wracam z weekendu ,i wracam do mojej dziupli i do pracy w Wólce,jadę pod prąd urzędnikom jadącym do gminy, i pamom policjantom z posterunku, i innym waznym osobom.Pecha ma ten, komu wypadnę nagle na zakręcie.Nie jeden raz juz pan wójt nerwowo łapał za kierownicę na mój widok.Policjanci tylko oczami przewracają bo na pouczenia we wczesnych godzinach rannych nie maja czasu a i jakoś nie chcą wysłuchiwać mojej interpretacji kodeksu drogowego. Gaźnik szarpał coraz bardziej.Jedyne co mogłam zrobić to wytrzepać ten paproch co go zatykał.Najlepsza ku temu wydala mi się droga na osiedle, tam gdzie mieszkała moja siostra ze swoim licznym potomstwem.Szereg domów, prawie jednakowych, malowniczo położony był na zboczu pagórków pokrytch lasami, pomiędzy Wólką i Zawólczem.Osiedle malowniczo zakomponowane ale jakby wytrwałości w tej kompozycji zbrakło bo drogi dojazdowej nie zrobiono.Wszyscy zazdrościli mieszkańcom pięknych widoków i świeżego powietzra.Sami mieszkańcy jakoś zatracili widzenie piękna z powodu drogi byle jakiej i wiecznie zawianej sniegiem z pól.Droga niemalże polna , lekko posypana jakimś piaskiem, zawsze pełna była dziur i zamarznietych kolein.Na wytelepanie paprochów z gaźnika -idealna. Zaczynałam jazdy, tam i z powrotem. Zaczynam od drugiej lekcji-powinnam zdązyć. .Ruszyłam.Nawr nieżle szło.Niestety przy drugim nawrocie , tuż przy zjeździe na drogę główną coś rąbnęło i zadzwoniło-rura wydechowa odpadła.Mój pojazd zgasł i zatarasował drogę ludziom jadącym do pracy z osiedla.Akurat zjeżdżały z gorki dwa samochody. Zrobił sie korek .Na szczęście , drogą główną ,akurat jechał pan dzielnicowy, uczynny gczlowiek, zaraz pofatykował sie z pomocą.Ktoś tam biegł z jakimś drutem. Wysiadłam w moich nowych kozaczkach i mini, i jakoś dopiero teraz pzryszło mi do głowy, że telepanie samochodem po wertepach to nie jet dobry sposób na odetkanie gaźnika.
Pan dzielnicowy już przesunął czapkę lekko do tyłu i drapał sie po głowie.Panowie zaczęli dyskutować jak odtarasować drogę bo już było za pięć. Lutek też sie zatzrymał.Energicznym krokiem skierowalam się ku gestykulującej grupce akurat gdy PkS do Podegrodzia pzrejeżdżał obok nas .Nagle , fik-niespodziewanie leżę wsamym środku towarzystwa.Panowie zaniemowili bo i spodniczka lekko się mi się zadarła.Pam policjant szybciutko rzucił sie na ratunek.Podnieśli mnie spłonioną i delikatnie otrzepywali ze śniegu akurat gdy PKs byl na wprost i jadący na rynek mogli z bliska przesledzić moj upadek. Nikt sie nie smiał chyba wszyscy pasażerowie byli pzrekonani,że są świadkami strasznego wypadku lub co najmniej gwaltu zbiorowego.
Lutek coś tam zrobił i dołączył oczywiście wykład na temat zmiany pojazdu Poszlo szybko i sprawnie. Nawet w tym dniu nie spoźniłam się do pracy bo gaźnik chyba sie trochę jednak odetkał..Powitała mnie pani dyrektor przerażona
-Pani Elizo, taki staszny wypadek i policja była, nic się pani nie stało..?
Dałam się namówić na zmianę pojazdu. Lutek ze szwagrem podstawili pod mój służbowy dom skodę za jedyne 3 tys. Wszystko miała sprawne i nie trzeba było drzwi trzymać w czasie jazdy. Wzięłam pożyczkę z kasy zapomogowej i miałam nowy pojazd. Lutek, jako dobry sąsiad i kumpel z dzieciństwa ręczył honorem za sprawność szaro-niebieskiego cuda.Wszyscy panowie obecni podczas zakupu czyli:mój ojciec, ojciec Lutka, szwagier mój i szwagier Lutka kolejno zaglądali wszędzie, w każdy zakamarek samochodu.Opinie byly zgodne .Jak dla mnie -nadaje sie .
Moje przeżycia komunikacyjne nabrały teraz innego wymiaru. Radio było grające, nie trzeszczało a cztery głośniki tworzyły przestrzeń wirtualno-muzyczną w pełni stereo. Od tej chwili jazda z muzyka stała się moja intymna przyjemnością Uwielbiałam jechać w nieznane i śpiewać na cały głos. To jest wolność. Drogi pomiędzy wsiami biegły wsród lasów lub pól a tam zawsze było cos nowego.Kolory zmieniały sie niespodziewanie i można było zobaczyc wszystkie odcienie zieleni .Właśnie podczas jednej mojej eskapady wolności, gdy śpiewałam razem z Beatą "Płynę, płynę" spostrzegłam w lusterku pojazd jaśnie pana. Chyba się denerwował bo linia ciągła ciągnęła się aż po horyzont czyli na szczyt wzgórza, a ja jechałam może sześćdziesiątką.Płyneliśmy tak razem wśród rozległych pól lub lasow. Trudno pan czy władca musi respektować przepisy drogowe. Pojazd robił wrażenie, duży opływowy kształt i ciemne szyby .Numery miał jakiś nie nasze i jakby płynął bezszelestnie po naszych gminnych dziurawych drogach. I może dlatego moje spotkania z jaśnie panem niewidzialnym często były niespodziewane i zaskakujące.Zazwyczaj na długiej ,prostej pojawiał się nagle tuż za mną, bezszelestnie, po chwili wyprzedzał równie szybko jak się pojawiał. Zaczęły mnie intrygować te jego przyciemnione szyby. Jak on wygląda A może w wielkim pojeździe go nie było, może tam tylko Lutek.
Widziałam mężczyznę moich marzeń. Wiem już jak wygląda to chyba dobrze. To będzie mój ktoś, kto gra główna rolę w marzeniach .Nie byłam przygotowana na to, że takie wydarzenie nastąpi, niestety. Robię sobie wyrzuty bo przecież dzień był słoneczny, ptaszki jakieś chyba ćwierkały, i wiosna była w rozkwicie tylko ja byłam taka ..mało romantyczna. W mieście przedświąteczna gorączka.Pełno wszędzie ludzi i ich samochodów.Jak ptaszki na wiosnę wszyscy krzatali się z torbami pełnymi zakupów. Ja również obładowana zakupami, jak to przed świętami, mnóstwo reklamówek, toreb i worków.Ostatkiem sił wręcz dociągnęłam się do samochodu. Siedziała tam już żeńska część mojej rodziny , poddenerwowana i wrzeszcząca. Mama poganiała wszystkich, siostra cos wykrzykiwała do telefonu,Kaśka sprawdzała głośno listę zakupów. Jednym słowem rodzina mafijnych mamusiek w akcji. I nagle -on...Miał takie spokojne oczy, wyszedł z księgarni z jakimś pudłem i chwile tak stał, na schodkach, w tym słońcu chyba tylko po to , żeby mnie oślepić czarem swej męskości. Był wysoki i jakiś taki inny .Ubrany niedbale:dżinsy i jakaś kurtka.Skojarzył mi sie z panemDarcy z "Dumy i uprzedzenia" taki rosły i zadumany. Może mnie widział, a może nie. To nieważne, wystarczy, ze ja mogłam dłuższą chwile na niego popatrzeć. Popatrzeć ,zapamietać i później używać do wyobrażania sobie.Taki mężczyzna do marzeń.Idealny bez wad i anałogów, bez wymagań i zachcianek.Podobno tacy faceci są najlepsi.
Niestety, wyjazd z zatłoczonego , przedświątecznego parkingu nie był łatwy i manewry na dłuższa chwilę wytrąciły z myśli moje romantyczne objawienie. Ale co widziałam, to moje!
Kim on jest nieważne. Pewnie to jakiś dostawca, może oddelegowany pracownik bo kto kupuje przed świętami książki i to hurtowo.
2
Od pewnego czasu nie lubię świąt zwłaszcza gdy w różnych życzeniach moja troskliwa rodzina życzliwie pyta -kiedy nas przybędzie.Zazwyczaj gromadzimy się u mojej siostry w jej domu ,na osiedlu , tam gdzie są dzieci.Przy wigilijnej kolacji, przy wielkanocnym sniadaniu -ciągle to samo.Mamusia po tradycyjnych "aby tylko zdrowie" wyciera wzruszona oczy i dodaje
-I niech Eliza znajdzie sobie kogoś bo już martwimy się z ojcem o nią.
Tato zawsze rzuca w pzrestrzeń
-Oby nas przybyło.Pewnego razu , na wigilię zwrócono mu uwagę ,żeby już przestal tak mówić bo życzenia sprawdzają się tylko nie tam gdzie trzeba.Zamiast u mnie przybyć to niespodziewanie okazało się ,że moja najtarsza siostra jest w ciąży-trzeci raz.Taka niespodzianka ich spotkała i podobno zupelnie nie wiedzieli skąd.Siostra i szwagier do dziś nie maja pojęcia jakim cudem dostali papuśną ..........., przytulankę całej rodziny.
Moja druga siostra raczej na święta się nie pojawia.Dzwoni od swoich niby teściów.
-Jakich teściów -utyskują oboje rodzice -przecież jak ślubu nie ma to i teściów nie ma.
Gdy jednak corka marnotrawna pojawia się ze swoim konkubentem uznawana jest za ósmy cud świata i wszystko zostaje jej wybaczone.Do momentu aż się drzwi za nimi nie zamkną, wtedy zaczyna się od nowa.A ogólna uwaga skupia sie na moim zamążpójściu..Teraz juz oni dopilnuja zeby wszystko było jak należy.
Dobrze, że w świeta państwowe mi odpuszczają.Przecież, wiem, zegar tyka ale już bez przesady. Trochę mnie to wytrąca z równowagi bo tez bym chciała zwłaszcza gdy widzę rodzinę mojej siostry, jej męża i to ciepło z jakim na siebie patrzą ,no i ta trójka drobiazgu wypełniająca dom śmiechem i radością .Pewnie, że bym chciała tak ale to jak widać nie takie proste.. Może mnie to ominie. Trudno, tak bywa , u nauczycielek niestety częściej niż u innych. Po refleksyjnych początkach święta są na ogół do zniesienia. W TV dużo filmów, można spać długo i dużo leniuchowć.
Na spacery można chodzić po drogach i lasach.Osiedle prawie w lesie i wystarczy zdomu wyjść żeby tam być. Parę lat temu głównym celem spacerów był las za wsią a zwłaszcza opuszczona kamionka wypełniona woda .Piękne ciemnozielone oczko wodne otoczone pionowymi skałami z piaskowca. To było takie romantyczne miejsce a teraz, po powrocie właściciela wypompowano wodę i ciężkimi maszynami rozpoczęto wyrywanie wielkich brył piaskowca, Może i szkoda komuś się zrobiło romantycznego miejsca ale gdy jaśnie pan zaczął przyjmować ludzi do pracy , szybko zapomniano o potrzebach duszy Zarobki były nawet niezłe, piaskowiec sprzedawano do dalekich krajów a ludziom żyło się lepiej.
Pozostał jednak kawalek lasu na spacery.Polna droga z osiedla pod lasem do polany z dużymi dębami i miejscem gdzie w maju rosły konwalie.Pozostawiono podmokły lasek w dolince i ścieżkę ostro schodzącą w dól do polnej drogi.Czasem przyjeżdżały tam zakochane pary bo zacisznie było i pusto.Wymarzony teren do biegania.
Od domu mojej siostry, z osiedla, wystarczylo wyjśc za dom aby dojśc do polnej drogi i dalej biegac ścieżkami.Bardzo to lubiłam zwłaszcza gdy rodzina, zwłaszcza w okresie świąt, już za bardzo nadokuczala mi tym swoim utyskiwaniem na grożące mi staropanieństwo.
Zielony wekeend czyli wolne dni na początku maja. postanowiłam go spędzić w dziecięcym ulu czyli u mojej siostry. Podjęłam się bardzo wyczerpującego zadania i pozostałam z rozbrykaną trójką sama.
Jaś ma 6 lat, Magda 4 a Justysia-niespodzianka prawie dwa. Z jedzeniem nigdy nie było kłopotów a właściwie to był jedyny moment kiedy skarbeńki były cicho bo miały buzie zajęte jedzeniem. Niestety konsumpcja nie trwała długo
Była jeszcze piaskownica, nie za długo bo jeszcze mokro, rowerki i wózek. Po obiedzie wyruszyliśmy na spacer w kierunku lasu.
-Ciocia, pchaj - pokrzykiwali na mnie
-O, nie, nie, przecież musze pchać wózek-a było co pchać, Justysia była całkiem sobie dziewusią
Droga kończyła się niedużym parkingiem a dalej , bardzo stromo w dół biegła dawna droga do kamionki. Teraz ta droga zastawiona była drewnianym szlabanem i wielkim napisem o zakazie wstępu.
-Zostawiamy samochody-Jasiek przekręcił kluczyk w swoim niby samochodzie, jego siostra nierozłączka zaraz zrobiła to samo
Justysia wyciągnęła ręce do cioci i tez była gotowa do zmiany sposobu poruszania się po bezdrożach.
-Idziemy do grobu żołnierza!
Grób żołnierza albo partyzanta z mrocznych czasów leżał pomiędzy starymi hałdami ziemi ze starego kamieniołomu, Była to leśna mogiła ułożona z kamieni i z brzozowym krzyżem .Jak z piosenki Czerwonych Gitar krzyż nie pamiętał kto pod nim śpi, a może nie chciał pamiętać. Po święcie zmarłych zawsze były tam świeże kwiaty, znicze i potłuczone szkło butelki.
Zamyśliłam się przy tej mogile, wszystko jakoś się nagle zatrzymało i ucichło, dzieciaki też. Po chwili dopiero jakiś ptak nas obudził i zmęczona ,śpiąca Justysia sprowadziła swoja nieobecną ciotkę do rzeczywistości.
-Na rączki chce.
I co było robić, niosłam swoja ulubiona kluseczkę a do drogi było daleko.
Gdy szczęśliwie dotarłam do wózka byłam zasapana, spocona i zdyszana a moje niebożątko już sobie spało. Zasnęła na moich rękach.
Wtedy zjawił się mój książę z bajki .Może to za dużo powiedziane, że się zjawił ,może dobrze ze był dość daleko bo na takie romantyczne spotkania w tej chwili zupełnie się nie nadawałam. Najpierw zjawił się pies. Duży łaciaty wyżeł chyba, myśliwski i swoim obwąchaniem trochę nas zaskoczył. Dzieci zaraz zaczęły go dotykać a tyle razy mówiło się im ,że nie wolno przytulać się do obcych psów.
-Ciocia pierwsza pozna pieska-zawołałam bo jakby co, niech mnie pierwsza pożre -witamy pieska, zgubiłeś się czy jesteś czyjś?
Pies wyraźnie się ucieszył bo zaczął wydawać jakieś dźwięki .Nie było to na pewno szczekanie raczej jakieś bulgotanie z gardzieli.
-Nam też miło cię poznać -drapanie za uchem to sprawdzony sposób na psy.
Niestety jego pan się znalazł. Mój leśnik wyśniony czy myśliweczek utęskniony, mężczyzna moich marzeń, stał na końcu pod drzewami. Zagwizdał krótko na psa a ten w podskokach rzucił się w jego kierunku I poszli ,obaj dróżka stromą w dół, i zostawili nas, mnie i mój drobiazg. Pewnie pomyślał, że jestem matka wielodzietna. Z jednej strony plus bo plącze się moje marzenie tak blisko, z drugiej koniec złudzeń bo nawet nie zauważył mojej zwiewnej osoby. To koniec , definitywny. Cóż widocznie taki już mój los.
Dobrze, że chociaż rodzina wysłała szwagra i nie musiałam pchać dwóch rowerków i jednego wózka.
- Tato, piesek był-Jasiek zaraz zdał relację z niespodziewanego spotkania
-Ale sobie poszedł, bo ma swój domek-niepewnie zapytał mój szwagier. Już nie raz musiał przygarniać bezdomne podrzutki, wyrzucane w lesie obok jego domu. Na podwórku miał nawet mini schronisko , trzy psie budy. Tak na wszelki wypadek. Takie są uroki posiadania domku prawie w lesie.
-Miał i ten pan go zabrał-w głosie Jaśka było jednak trochę żalu.
-Wracamy do domu, rowery start, tatuś pcha wózek , ciocia-dostrzegł zupełny zanik mojej kondycji-ciocia oddycha!
Łatwo powiedzieć.
4
Dobrze, że czerwiec był taki trochę chłodny to jakoś w szkole dało sie wytrzymać te ostatnie dni. Przez ostatni tydzień dosłownie zawalona byłam papierami. Kończyłam dzienniki, sprawozdania, podsumowania i ewaluacje. No i oczywiście wypisywałam opisowe świadectwa moim uczniom. Ileż to roboty. Musiałam przenieść się do siostry i na jej komputerze ułatwić sobie, chociaż trochę życie.
W czwartek, tuż przed końcem roku szkolnego zostałam nawet sama w domu. Cała liczna rodzinka pojechała do Mc Donalda. Lubię ciszę i może dlatego pisanie poszło mi tak gładko i szybko. Nawet nie robiło się jeszcze ciemno a ja już postawiłam ostatnia kreskę na świadectwie .Jak ja lubię wakacje.
Teraz mogłam zacząć planować ten przyjemniejszy fragment życia nauczycielskiego.
Oczywiście jadę gdzieś tam w lipcu na kolonie z dziećmi ale to nie praca to już co innego.To będą wakacje prozdrowotne - postanowiłam. Czynny wypoczynek, rower, zdrowa dieta.Na początek więcej ruchu. Aby nie tracić czasu i może ,żeby się za szybko nie rozmyślić,postanowiłam zacząć biegać od zaraz. Las i świeże powietrze było przecież tuz za płotem.Moja decyzja okazała się słuszna tym bardziej, że moja wielodzietna siostra już wróciła wraz ze swoim potomstwem i skończyło się moje delektowanie się ciszą i spokojem.
Najpierw pobiegłam drogą do parkingu, potem ścieżką a potem postanowiłam zbiec ze stromej skarpy na stara drogę do kamieniołomu. Nie powinnam tego robić.
Nie widziałam, ze na starej drodze stał ten wielki, czarny pojazd i to co zobaczyłam zatkało mnie, zaparło mi dech w piersiach, zszokowało, dotknęło ..i to bardzo.
Niby nic takiego , przecież dorosła jestem i to od dawna i filmy porno tez mi mignęły, ale orgia na żywo i to taka niespodziewana....
Trójka bohaterów kotłowała się przy samochodzie. Dziewczyna , znałam ja z widzenia, pracowała w biurze kamieniołomu, była niemal nago i pochylała się nad leżącym kimś w samochodzie.... Z reszta tej dwójki nie widziałam dokładnie bo najbliżej stał Nowak, znałam go dobrze....
-Przyłączysz się-zapytał dysząc. W tym momencie zobaczyłam jego spodnie wokół kostek. Ktoś głośno jęczał w samochodzie.
-Przepraszam-wyszeptałam. Dziewczyna zaczęła się głośnio śmiać.
Odwróciłam się i wspinając się pod górę słyszałam ich chrapliwy śmiech.
Przecież on ma żonę. Nawet nie pamiętam jak dotarłam do domu. Chyba szybko bieglam scieżką w górę.No tak , teraz piękny, wielki samochód będzie mi się kojarzył z porno-rozpustą. Zawitał do nas wielki świat.
5
Ostatni dzień w szkole. Nasza szkółka mieści się w starym budynku trochę za ciasnym jak na ilość wsiowego drobiazgu ale ten pzrybytek , w obliczu nadciągającego niżu demograficznego, jest dużym powodem do radości. Ostatni dzień jest bardzo męczący , zwłaszcza dla nas , nauczycieli.Najpierw ogólne zamieszanie, bieganina, wręczanie świadectw a wszystko jakoś tak byle szybciej, byle już bo wakacje.. Gdy dzieci już wyszły zrobiło sie w końcu cicho. Jeszcze tylko rada podsumowująca i koniec. Niestety nasza rada jak zwykle nie trzyma się ściśle harmonogramu i każdemu cos tam nagle się przypomni, niekoniecznie na tematy dydaktyczno-wychowawcze i nasza pani dyrektor dopina wszystko ledwo na 18. Ale trudno, nikt nie narzeka.
Ostatnia informacja jakoś mnie tknęła
-Miałam dziś telefon -dramatycznie zaczęła nasza szefowa, wiedząc, że nic nas tak nie denerwuje jak niespodziewane telefony skąś, gdzie mądrzy wymyślają zmiany w oświacie, zrobiło się cicho
-Dzwonił pan Nowak, był zainteresowany sponsorowaniem naszej szkoły, coś mówił ,że może komputer jakiś nowy....
-Nowak z Kobierca?- z niedowierzaniem zapytał ktoś-przecież on swoim pracownikom nie płaci..
-Przecież w Kobiercach jest szkoła......
-Nie wiem ,dlaczego postanowił do nas. .może coś chce-w tym momencie spojrzała na mnie.Zrobiło się dramatycznie cicho, katechetka zmrużyła oczy jak zawsze gdy miała na myśli cos nieładnego
-Niestety, to nie ja-próbowałam się bronić-ja jestem, jak wszem wiadomo , przypisana do hektarów pana Kazia, inne mnie nie interesują. Jak możecie tak myśleć Nowak stary, żonaty....
-Podobno wiele może...
-Co może?- wuefista ironicznie przerwał -już mu komornik cos tam zajął.
-Może, może- jakoś dwuznacznie dodał matematyk ale nie dokończył zdania bo żona popatrzyła na niego karcąco
-Brrr- otrząsnęła się katechetka-kończmy już bo mnie jakoś wstrząsa, nie wiem dlaczego...
Zanim wyszlam pani dyrektor jednak zdradzila mi tajemnicę
-Wiesz , on jednak cos tam o Tobie napomknął..chciałam go zbyć..ale on był jakiś uparty, ciągle powtarzał,że Ty wiesz co on potrafi
-Może i wiem ale to nie jest coś czym powinien się chwalić
-Wiem,że on prawdy nie mówi ale wiesz, musisz chyba uważać..
No i zaczęły się wakacje.
6
Sobota rano w sklepie w naszej Wólce .
Zawsze o tej porze robi się kolejka, parę osób bez pośpiechu coś tam kupuje reszta wymienia uwagi na temat aktualnych wydarzeń .
-Jak tam , pani Madejska , Henio znów bez pracy.
-Za ciężko było, nawet przerwy na papierosa nie było..
Wszyscy doskonale znają Henia czterdziestoletniego chłopa, w którym mamuśka ciągle widzi swoje maleństwo i jak troskliwa gołębica wyrywa sobie puch z piersi aby mu nie było zimno.
-Taa- ironicznie podsumował gruby Jakubik gdy tylko Madejska opierając się na lasce wyszła ze sklepu- Spił się, spał w stodole to i go wyrzucili, to nie te czasy, że w pracy można spać
-Niech idzie do Nowaka, tam podobno można-dorzucił ktoś z końca kolejki
-Pewnie, spać można, tylko żeby nie przespać wypłaty, raz na rok.
-Pewnie, Nowak wódka płaci i niejednego już rozpił-odezwała się wysoka kobieta.
Wszyscy zamilkli bo wiedzieli przecież ile miała kłopotów ze swoim mężem alkoholikiem, ile ją to zdrowia kosztowało aby go z nałogu wyciągnąć a i dzieci ile się nacierpiały.
I chyba wszyscy pomyśleli o tych dzieciach bo uwaga zgromadzonych skupiła się na mnie
-Pani Elu to już wakacje-zagadnęła uprzejmie pani ekspedientka
-Tylko żeby pogoda była bo jak deszcz to nie idzie w domu z tymi dziećmi wytrzymać-i teraz było tradycyjne ubolewanie nad tym, że nauczyciele to maja jednak trudną prace, te dzieci teraz takie hałaśliwe i rozpuszczone..
-Wyjeżdżają panie gdzieś?
-Jak zwykle , na kolonie..
Nie dokończyłam bo Jakubik, który już dawno został obsłużony i powinien iść do domu czuł jednak potrzebę wypowiedzi
-A panie nauczycielki to tak prawie nie mieszkają w tym mieszkaniu, szkoda bo to ładne mieszkanie a ludzie się z dziećmi cisną ..
Dawny dom nauczyciela był to bliźniak z czterema duzymi mieszkaniami.Trzy juz wykupiono ,jedynie jedno z tzrema pokojami pozoztalo słuzbowe i tradycyjnie ,od lat wprowadzały sie tam młode nauczycielki.każda miala swój pokój, kuchnia i łazienka były wspólne.Zczęło sie to jeszcze w latach siedemdziesiątych i przez służbówkę przewinęłó sie wiele panien nauczycielek, które szczęśliwie znalazły kandydatow na męża spośród miejscowej kawalerki i jedna po drugiej wyfruwały na swoje.Tak zawsze było i milo i pozytecznie bo w czasach, gdy nikt do szkoły nie chcial pzryjść pracować,łatwiej było ściągnąc jakieś miastowe panienki na wieś i uczyc dzieci też miał kto.Teraz Nowak zaczął drążyć temat.
Problem ten widocznie był już analizowany w sklepie bo szef, który właśnie wnosił nowe kosze z bułkami z marszu podjął temat.
-A kto się ciśnie, panie Jakubik? Co Nowak nie ma gdzie mieszkać?
-Ma swój dom, wybudował się z krzywdy ludzkiej-potwierdziła gorzko zona anonimowego alkoholika i znów wszyscy zamilkli.
Na szczęście mogłam już wyjść ale na schodach jeszcze usłyszałam puętę
-Nowakowi nauczycielki przeszkadzają- Jakubik dramatycznie zawiesił głos-coś one mu zawiniły..
może się niepotrzebnie opierają ...
Rozległ się rubaszny śmiech kilku osobników stojących z butelkami piwa gotowymi już do konsumpcji
-Proszę nie spożywać piwa w sklepie-wrzasnęła służbowo pani sklepowa a potem dodała, od siebie-wynocha na dwór.
7
Jak się to zaczęło, nie pamiętała, jakoś tak przypadkiem.
Awans, tyle pracy, komputer bez przerwy w ruchu. Na początku służył jej jako maszyna do pisania. Potem nauczyła się obsługiwać internet, zalogowała się na kilku forach, czasami wchodziła na czata Lubiła gadać tak o byle czy, miała znajomych. Forum nauczycielskie było poprawne i grzeczne, prawie same nauczycielki i chyba wszystkie tak w jej wieku. Rozmowy, to ,że była anonimowa pozwalały jej zapomnieć o tym, ze została sama.
Mąż , były , korzystał z wolności najlepiej jak potrafił. Miał raz kogoś , raz nie miał.
Dzieci przeniosły się do jego matki do Wrocławia najpierw były studia , potem dziekanki, wyjazdy za granicę. Miały już swoje życie. Wracały na święta ale pomiędzy świętami czas płynął tak monotonnie. Komputer stał się jej drugim życiem a właściwie jej wieloma życiami. Była raz Lejdi to znów Noemi, często zmieniała awatary , pisała bloga. Zachwytem delektowała się możliwościami netu.
Ale się coś zaczęło, cos co ja pociągnęło, upajało i uzależniało.
Piotra poznała na forum nauczycielskim. Był po prostu Piotrem i takie było jego prawdziwe imię .Od czasu do czasu zabierał głos najczęściej wypowiadał się w sprawach przepisów oświatowych, krótko i rzeczowo a konspekty jakie publikował dotyczyły matematyki Potem syn uruchomił jej gadu gadu. Godzinami rozmawiała z koleżankami nauczycielkami. Ktoś tam podał jego numer a jakaś sprawa była pilna, on odpowiedział szybko i jak zwykle kompetentna go więc na swoja listę i nie raz widziała jak ikonka ze słoneczkiem obok jego imienia zaczynała świecić, wiedziała kied...
KaBe007