TYTUL: Ostatnia runda
AUTOR: Joe W. Haldeman
TLUM.: Slawomir Kedzierski
1.
W dwudziestym trzecim wieku zaczęto nazywać ją "Wieczną Wojną".
Przedtem była to po prostu wojna.
Nigdy nie poznaliśmy naszych nieprzyjaciół. Pod koniec dwudziestego
wieku Taurańczycy rozpoczęli działania wojenne, atakując pierwsze kos-
moloty z Ziemi. Nigdy nie zamieniliśmy z nimi ani jednego słowa, nigdy nie
wzięliśmy żadnego z nich do niewoli.
Powołano mnie do wojska w 1977, a w 2458 miałem jeszcze trzy lata do
odsłużenia. Przeszedłem wszystkie stopnie hierarchii wojskowej: od szere-
gowca do majora. Dylatacja czasu w kolapsarowych przejściach sprawiła,
że było to zaledwie pięć latek.
Właściwie nie miałem powodów do narzekań, bowiem normalne przykrości
służby wojskowej rekompensowane były towarzystwem kobiety, którą
kochałem. Razem braliśmy udział w trzech bitwach, razem spędziliśmy
urlop na Ziemi, a nawet mieliśmy to szczęście, że zostaliśmy ranni w tym
samym czasie i w efekcie udzielono nam rocznego urlopu na planecie
szpitalnej Heaven. A potem wszystko się rozleciało.
Już od jakiegoś czasu zdawaliśmy sobie sprawę, że żadne z nas nie przeżyje
wojny. Nie tylko ze względu na zaciekłość walk - szansa, że wyjdzie się
z bitwy cało była jak jeden do trzech - ale również dlatego, że rząd nie mógł
sobie pozwolić na zdemobilizowanie nas: po prostu nie było go stać na
wypłacenie zaległego żołdu, który wystarczał z naddatkiem na kupno
kosmolotu! Mieliśmy jednak siebie i zawsze mogliśmy wierzyć, że wojna
kiedyś się zakończy.
Ale właśnie na Heaven rozdzielono nas. Wyniki testów (i nasze dość
kłopotliwe starszeństwo) sprawiły, że Marygay mianowano porucznikiem,
a mnie majorem. Ją wcielono do Oddziału Uderzeniowego, który właśnie
opuszczał Heaven, a mnie odesłano z powrotem do Stargate na oficerski
kurs doskonalenia.
Poruszyłem niebo i ziemię starając się załatwić przeniesienie Marygay do
mojej kompanii. Ale jak się później okazało, dowództwo wiedziało co robi
nie pozwalając nam być w tam samym oddziale: heteroseksualizm uznano
za coś archaicznego, za odstępstwo od normy, no a my byliśmy już zbyt sta-
rzy, aby nas "wyleczyć". Potrzebowano naszego doświadczenia, ale przy-
jęto zasadę, że jeden zboczeniec na kompanię to dosyć.
Nie była to zwykła separacja. Nawet gdybyśmy oboje przeżyli czekające
nas bitwy, to dylatacja czasu sprawi, że rozdzielą nas stulecia.
Mój oficerski kurs doskonalenia polegał na tym, że zanurzano mnie do
zbiornika utlenionego węglanu fluoru podłączywszy uprzednio do mojego
mózgu i ciała 239 elektrod. Nazywało się to SSPS - Skomputeryzowany
System Przyspieszonego Szkolenia i przez trzy tygodnie szkolono mnie
w tak przyspieszony sposób, że odechciewało się żyć.
Kto to był Scipio Aemilianus? Wojskowa znakomitość z trzeciej wojny
punickiej. Jak sparować pchnięcie nożem w podbrzusze? Blok skrzyżowa-
nymi nadgarstkami, unik w prawo i lewą nogą kopnąć w odsłoniętą nerkę.
Było dla mnie zagadką, w jaki sposób wiadomości te mają mi pomóc
w walce z chodzącymi grzybami - Taurańczykami. Uczyłem się najefek-
tywniejszych sposobów wykorzystywania wszelkiej broni - od zaostrzone-
go kija do bomby typu "nova" - i przyswajałem sobie dorobek dwóch
tysiącleci wojskowych obserwacji, teorii i przesądów. Wszystko to miało
zrobić ze mnie majora.
Moje rozstanie z Marygay stało się jeszcze bardziej ostateczne w chwili,
gdy przeczytałem otrzymane rozkazy. Kierowały mnie do Sade-138,
w Wielkim Obłoku Magellana, cztery skoki kolapsarowe i 150000 lat
świetlnych od Stargate. Zdążyłem się jednak już oswoić z myślą, że nigdy
Marygay nie zobaczę.
Miałem dostęp do wszystkich akt personalnych mojej nowej kompanii,
łącznie z moimi. Psycholog wojskowy stwierdził, że "uważam się" za
tolerancyjnego w stosunku do homoseksualizmu - dotknęło mnie to,
bowiem matka jeszcze w dzieciństwie wpoiła mi przekonanie, że to co ktoś
robi ze swoim tyłkiem jest tylko jego sprawą. Okazało się jednak, że pogląd
ten zdaje egzamin dopóty, dopóki należy się do większości. Kiedy samemu
jest się tolerowanym, sprawa wygląda gorzej. Za moimi plecami większość
ludzi nazywała mnie "Starą Ciotą", mimo że w całej kompanii nie było
nikogo, kto byłby ode mnie ponad dziewięć lat młodszy. Cóż, dowódca
zawsze zarobi jakieś przezwisko. Powinieniem był jednak zauważyć, że jest
w tym coś więcej niż normalny brak szacunku, moje przezwisko wyrażało
bowiem o wiele większą pogardę i odtrącenie niż wszystko czego doświad-
czyłem do tej pory jako szeregowiec i podoficer.
Zasadniczym problemem był język. Przez 450 lat angielski uległ poważnym
przekształceniom i żołnierze musieli się uczyć dwudziestopierwszowiecz-
nej angielszczyzny. Dzięki temu byli w stanie porozumieć się ze swoimi
oficerami, którzy niejednokrotnie urodzili się dziewięć pokoleń przed ich
pradziadkami. Oczywiście, używali tego języka wyłącznie do rozmów
z oficerami albo wtedy, gdy ich przedrzeźniali i rzecz jasna, szybko
wychodzili z wprawy. Na dobrą sprawę w Stargate mogliby poświęcić kilka
godzin pracy SSPS na nauczenie mnie języka moich podkomendnych.
Tylko troje z nas urodziło się przed dwudziestym piątym wiekiem - w ogóle
urodziło się, bowiem nie produkowano już ludzi w ten staroświecki,
niedoskonały sposób. Każdy embrion był podretuszowany zgodnie z okre-
ślonymi założeniami... i ci, którzy zostali żołnierzami, choć doskonali pod
względem intelektualnym i fizycznym, nie posiadali pewnych cech, które
byłem skłonny uważać za cnoty. Atylla by ich uwielbiał, a Napoleon
zwerbował natychmiast.
Pozostała dwójka "zrodzonych z kobiety" to mój zastępca, kapitan Charlie
Moore i starszy lekarz, porucznik Diana Alsever. Oboje byli homoseksualis-
tami, rzecz normalna u urodzonych w dwudziestym drugim wieku, ale
mimo to wiele nas łączyło i byli oni jedynymi ludźmi w kompanii, których
mogłem uważać za swoich przyjaciół. Patrząc wstecz mogę stwierdzić, że
pomagaliśmy sobie nawzajem odseparować się od reszty kompanii -
zapewne było to wygodne dla nich, dla mnie jednak - katastrofalne.
Pozostali oficerowie, szczególnie szef grupy dowodzenia, porucznik Hille-
boe, mówili mi chyba tylko to, co sądzili, że chciałbym usłyszeć.
Mieliśmy rozkaz wybudować bazę na największej planecie grupy Sade-138
i bronić jej przed atakiem Taurańczyków. Moja kompania, Oddział Uderze-
niowy Gamma miała bronić tego miejsca przez dwa lata. po czym zluzowa-
łyby nas oddziały garnizonowe. No i teoretycznie mógłbym wtedy złożyć
dymisję i zostać znowu cywilem - chyba, że uniemożliwią to na mocy albo
nowych przepisów, albo jakichś starych, o których, przez niedopatrzenie
oczywiście, do tej pory mnie nie poinformowano.
Oddziały garnizonowe wyruszą ze Stargate dwa lata później, nieświadome
co je czeka na Sade-138. Nie mieliśmy żadnej możliwosci przekazania
informacji, ponieważ podróż trwała 340 "obiektywnych" lat, mimo że na
pokładzie, dzięki dylatacji czasu mijało zaledwie siedem miesięcy.
Dla nas, zamkniętych w wąskich korytarzykach i maleńkich kajutach
Masaryka II, te siedem miesięcy było cholernie długie. Opuszczaliśmy
pozostający na orbicie statek z prawdziwą ulgą, mimo że pobyt na planecie
oznaczał cztery miesiące ciężkiej pracy w trudnych, niebezpiecznych
warunkach na dwie zmiany: 38,5 godzin wypoczynku na pokładzie statku
i tyle samo pracy na powierzchni.
Planeta była właściwie bezkształtnym kawałkiem skały, brudnobiałą kulą
bilardową o cienkiej warstwie atmosfery składającej się wodoru i helu.
W czasie dnia ogrzewała ją jaskrawoniebieska iskra Doradusa S i na
równiku temperatura wahała się od 25 do 17 Kelwinów. Tuż przed świtem,
gdy było najchłodniej, wodór skraplał się i osiadająca delikatna mgiełka
pokrywałą wszystko tak śliską warstewką, że najlepszym wyjściem z sytua-
cji było po prostu usiąść i przeczekać.Tylko o świcie czarno-białą monoto-
nię krajobrazu ożywiała delikatna, pastelowa tęcza.
Obronę mieliśmy zorganizowaną w trzech rzutach, poczynając od strefy
orbitalnej. Pierwszą linię stanowił Masaryk II, jego sześć myśliwców
o napędzie tachionowym i pięćdziesiąt pocisków-robotów typu "truteń"
wyposażonych w bomby "nova". Komandor Antopol miała przechwycić
taurański kosmolot, gdy tylko wyjdzie z pola kolapsarowego Sade-138.
Jeżeli go rozwali, będziemy mieli spokój.
W wypadku gdy nieprzyjacielowi uda się przedrzeć przez rój myśliwców
i "trutni", w dalszym ciągu będzie miał pewne trudności z zaatakowaniem
nas. Na powierzchni, wokół naszej podziemnej bazy znajdowało się dwa-
dzieścia pięć samonaprowadzających bewawatowych laserów. Za strefą
efektywnego rażenia laserów był szeroki pierścień tysięcy min nuklear-
nych, które wybuchały pod wpływem niewielkich zakłóceń lokalnego pola
grawitacyjnego. Mógł je wywołać zarówno Taurańczyk, który nastąpił na
jedną z nich, jak też nisko przelatujący kosmolot.
Gdyby nieprzyjaciel miał zamiar zdobyć naszą bazę i gdyby udało mu się
zniszczyć nasze zautomatyzowane środki obrony, musielibyśmy sami włą-
czyć się do walki. Żołnierze byli uzbrojeni w ręczne lasery megawatowe,
a każda drużyna miała wyrzutnię rakiet tachionowych i dwa samopowta-
rzalne granatniki. Ostatnią deską ratunku było Pole.
Wewnątrz półsferycznego (w przestrzeni sferycznego) pola o promieniu
około pięćdziesięciu metrów nic nie mogło się poruszać z prędkościa
większą niż 16,3 metra na sekundę. Nie było również promieniowania
elektromagnetycznego - ani elektryczności, ani magnetyzmu, ani światła.
Całe otoczenie widziane przez wizjer skafandra było upiornie monochro-
matyczne. Wyjaśniono mi zgrabnie, że zjawisko to jest wywołane "fazo-
wym przemieszczeniem quasi-energii przenikającej z przyległej tachiono-
wej rzeczywistości", co jak się nietrudno domyśleć, było dla mnie całkowitą
abrakadabrą.
Wewnątrz Pola wszystkie nowoczesne środki bojowe były bezużyteczne.
Nawet "nova" była zwykłym kawałkiem złomu. No, a każda żywa istota,
obojętnie - Ziemianin czy Taurańczyk - która znalazła się w Polu bez
właściwej osłony, zginęłaby w ułamku sekundy.
Mieliśmy tam cały zestaw archaicznej broni i jeden myśliwiec, który miał
być lotniczym wsparciem ostatniego punktu oporu. Zmusiłem ludzi do
ćwiczenia walki na miecze, strzelania z łuku i tak dalej, ale nie pałali do
tego zbytnim entuzjazmem. Wszyscy uważali, że jeśli nieprzyjaciel zmusi
nas do wycofania się pod osłonę Pola to znaczy iż jesteśmy skończeni. Nie
będę kłamał - uważałem tak samo.
Czekaliśmy pięć miesięcy. Baza szybko pogrążała się w rutynie szkoleń
i wyczekiwania. Myślałem o pojawieniu się Taurańczyków nieomal z nie-
cierpliwością; chciałem żeby to wszystko wreszcie się tak czy inaczej
rozstzygnęło.
Nigdy nie pasjonowałem się sportem czy grami, ale zauważyłem, że
poświęcam im coraz więcej czasu. W tych warunkach wywołujących
napięcie nerwowe i uczucie klaustrofobii po raz pierwszy lektura czy nauka
nie dawały mi odprężenia. Uprawiałem więc szermierkę na pałki czy
miecze z innymi oficerami, do całkowitego wyczerpania ćwiczyłem na
przyrządach, nawet w swoim gabinecie miałem podwieszoną linę. Wię-
kszość oficerów grała w szachy, ale zazwyczaj z nimi przegrywałem -
a jeżeli udało mi się wygrać, miałem wrażenie, że chcą mnie w ten sposób
wprawić w dobry humor. Słowne gry były zbyt trudne, ponieważ mój język
był archaicznym dialektem, którym partnerzy posługiwali się z trudnością,
a ja z kolei nie miałem czasu i zdolności, by opanować "współczesny"
angielski.
Przez jakiś czas Diana dawała mi stymulatory nastroju, zaczynałem popa-
dać w nałóg, więc przestałem je brać. Potem próbowałem psychoanalizy
u porucznika Wilbera. Była to całkowita klapa. Wprawdzie na swój ksią-
żkowy sposób był doskonale zorientowany w moich problemach, ale mówi-
liśmy innymi językami kulturowymi. Gdy usiłował mi pomóc w sprawach
miłości i seksu, robił to tak, jakby tłumaczył czternastowiecznemu chłopu
pańszczyźnianemu, jak ma sobie radzić ze swoim dziedzicem i probosz-
czem.
A przecież to właśnie było podstawowym źródłem moich kłopotów. Byłem
przekonany, że nie miałbym problemów ani z frustracjami i stresami, które
zawsze niesie ze sobą dowodzenie, ani z faktem, że byłem zamknięty
w jaskini razem z ludźmi, którzy chwilami byli dla mnie tylko odrobinę
mniej obcy niż nieprzyjaciel, ani nawet z uczuciem głębokiej pewności, że
wszystko to będzie zakończone śmiercią w męczarniach w walce o bezwar-
tościową sprawę - gsyby tylko była ze mną Marygay. Uczucie to potęgowa-
ło się z miesiąca na miesiąc.
Wilber potraktował to bardzo surowo i nazwał romantycznym pozerstwem.
Powiedział, że wie co to miłość, sam był kiedyś zakochany. A płeć obu
składników pary nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia. W porządku,
mogłem się z tym zgodzić - w końcu był to frazes wywodzący się jeszcze
z czasów moich rodziców (choć w moim pokoleniu spotykał się z pewnymi
oporami). Jednak miłość, stwierdził Wilber, miłośc jest kruchym kwiat-
kiem, delikatnym kryształkiem, miłość jest nietrwałym związkiem, którego
okres rozpadu wynosi około ośmiu miesięcy. "Pieprzysz" - oznajmiłem
i zarzuciłem mu z kolei, że nosi kulturowe końskie okulary. Powiedziałem,
że trzydzieści wieków historii ludzkości do momentu rozpoczęcia Wiecznej
Wojny udowodniło, iż miłośc jest jedyną rzeczą, która może przetrwać po
sam grób, a nawet jeszcze dłużej i że gdyby się urodził a nie wykluł
z probówki, nie musiałbym mu tego tłumaczyć! Wilber zrobił wtedy kwaśną
minę i stwierdził, że jestem po prostu ofiarą seksualnych frustracji i roman-
tycznych złudzeń, które co gorsza, sam sobie wmówiłem.
Patrząc na to z perspektywy czasu odnoszę wrażenie, że obaj dobrze się
bawiliśmy naszymi sporami - ale o wyleczeniu nie było mowy.
2.
Minęło równo 400 dni od chwili, w której rozpoczęliśmy budowę. Siedzia-
łem przy biurku patrząc bezmyślnie na nowy wykaz służb sporządzony
przez Hilleboe. Charlie siedział rozparty na krześle i przeglądał coś
w czytniku. Zadzwonił telefon i usłyszałem głos komandor Antopol.
- Są tu.
- Co?
- Powiedziałam, że już tu są. Taurański kosmolot wyszedł przed chwilą
z pola kolapsarowego. Prędkość 0,8 c. Deceleracja trzydzieści G. Mniej
wiecej.
Charlie pochylił się nad moim biurkiem. - Co tam?
- Kiedy? Kiedy możesz rozpocząć przechwycenie?
- Jak tylko zejdziesz z telefonu. - Rozłączyłem się i przeszedłem do
komputera. Podczas gdy usiłowałem wydusić z niego jakieś dane, Charlie
majstrował przy displayu. Był to hologram o powierzchni około metra
kwadratowego i grubości pół metra, zaprogramowany w taki sposób, żeby
pokazywał pozycję Sade-138, naszej planety i jeszcze paru innych kawał-
ków kamienia w tym sektorze. Zielone i czerwone kropki oznaczały nasze
i taurańskie jednostki.
Komputer stwierdził, że hamowanie i powrót do tej planety zajmą Taurań-
czykom co najmniej jedenaście dni, pod warunkiem ciągłego stosowania
maksymalnych przyspieszeń i hamowań; wtedy jednak komandor Antopol
mogłaby wytłuc ich jak muchy. A więc będą kombinować z przyspieszenia-
mi i zmianami kursu.
Oczywiście o ile Antopol i jej bandzie wesołych piratów nie uda się ich
wcześniej załatwić. Elektroniczne pudło poinformowało mnie, że szansa
takiego rozwiązania była nieco mniejsza niż pięćdziesiąt procent.
Obojętne jednak, czy miało to trwać 28,9554 dnia czy dwa tygodnie, my
tutaj na planecie mogliśmy tylko siedzieć i czekać. Jeżeli Antopol będzie
miała szczęście, nie będziemy musieli walczyć aż do chwili, w której
zmienią nas oddziały garnizonowe i przeniesiemy się do następnego
kolapsara. W chwili gdy patrzyliśmy na display, od kropki oznaczającej
nasz krążownik oderwałą się mała zielona plamka i popłynęła w bok. Tuż
przy niej pojawiła się blada cyfra "2", a na identyfikatorze wyświetlonym
w lewym dolnym rogu ukazało się objaśnienie: 2 - PRZECHWYTUJĄCY
"TRUTEŃ".
- Powiedz Hilleboe, niech zarządzi zbiórkę całej załogi. Przy okazji może
wszystkich poinformować o sytuacji.
Ludzie nie przyjęli wiadomości zbyt dobrze i nie mogłem mieć do nich
szczególnej pretensji. Spodziewaliśmy się wszyscy, że Taurańczycy zaata-
kują nas o wiele wcześniej, a gdy ciągle się nie pojawiali, zaczęło narastać
przekonanie, że dowództwo Oddziałów Uderzeniowych popełniło błąd
i nieprzyjaciel nie zjawi się wcale.
Chciałem, żeby wszyscy zajęli się na serio szkoleniem ogniowym. Przecież
prawie od dwóch lat nikt w kompanii nie używał żadnej broni o dużej sile
rażenia. Odblokowałem więc ich ręczne lasery, rozdzieliłem granatniki
i wyrzutnie rakietowe. Nie mogliśmy prowadzić zajęć w obrębie bazy, gdyż
mogło to uszkodzić zewnętrzne czujniki i obronny pierścień laserów.
Charlie albo ja wprowadzaliśmy więc po jednym plutonie na odległość
jednego klika przed pozycje obrony, a Rusk dyżurowała stale przy ekranach
wczesnego ostrzegania. Gdyby cokolwiek zaczęło się do nas zbliżać, miałą
wystrzelić rakietę świetlną.
Trening w strzelaniu z lasera przypominał strzelanie do rzutków: wyzna-
czało się pary, żołnierz stawał ze swoim kolegą i w dowolny sposób rzucał
kawałki skały. Strzelający musiał obliczyć trajektorię lotu kamienia i trafić
go, zanim spadł na ziemię. Ich koordynacja strzelecka była rzeczywiście
wspaniała (być może Kontroli Eugenicznej nareszcie udało się dobrze coś
zrobić). Większość żołnierzy osiągała dziewięć trafień na dziesięć możli-
wych - a przecież strzelali do bardzo małych kamyków. Ja sam , nieulep-
szony biologicznie staruszek, trafiałem mniej więcej siedem na dziesięć,
choć moja praktyka bojowa była o wiele większa.
Nie mieli również kłopotów w określaniu poprawek strzeleckich dla
granatnika, który stał sie bronią zdecydowanie bardziej wszechstronną niż
dawniej. Zamiast jednego mikrotonowego pocisku i standardowego ładun-
ku miotającego, były do wyboru cztery ładunki oraz jedno, dwu, trzy
i czteromikrotonowe pociski. Gdy dochodziło do walki na rzeczywiście
krótki dystans i użycie lasera byłoby niebezpieczne, można było odłączyć
lufę granatnika i załadować go magazynkiem ładunków kartaczowych.
Każdy ładunek tworzył rozszerzającą się chmurę tysiąca strzałek, które do
pięciu metrów raziły śmiertelnie, a w odległości sześciu zmieniały się
w nieszkodliwy gaz.
Morale żołnierzy bardzo podbudowało to, że mogli wyjść i swoimi nowymi
zabawkami poprzestawiać krajobraz. Ale krajobraz nie odpowiadał
ogniem.
Podobnie jak w innych starciach, dylatacja czasu sprawiła, że nie można
było przewidzieć, jakim uzbrojeniem tym razem będzie dysponować nie-
przyjaciel. Zależało to od poziomu, jaki ich technologia reprezentowała
w chwili, gdy wyruszali do tej akcji - równie dobrze mogli być parę wieków
przed lub za nami. Być może nie słyszeli wcale o Polu, a może wystarczy, żę
powiedzą jedno zaklęcie i po prostu znikniemy bez śladu.
Byłem właśnie razem z czwartym plutonem na zewnątrz i zajmowaliśmy się
strzelaniem do kamieni, gdy odezwał się Charlie wzywając mnie z powro-
tem do bazy. Przekazałem pluton Heimoffowi.
- Jeszcze jeden? - Tym razem skala obrazu holograficznego była taka, że
nasza planeta miała rozmiary groszka i znajdowała się o jakieś pięć centyme-
trów od X oznaczającego Sade-138. Naokoło rozrzucone było czterdzieści
jeden czerwonych i zielonych kropek. Identyfikator określił czterdzistą
pierwszą jako: TAURAŃSKI KRĄżOWNIK (2).
- Zgadza się. - Charlie był ponury. - Pojawił się kilka minut temu. Kiedy
cię wezwałem. Ma takie same charakterystyki jak tamten: 30 G, 0,8 c.
- Dałeś znać Antopol?
- Tak. - Uprzedził moje następne pytanie. - Sygnał będzie szedł tam
i z powrotem prawie przez cały dzień.
- Nigdy czegoś takiego nie robili. - Charlie oczywiście dobrze o tym
wiedział.
- Może ten kolapsar ma dla nich szczególne znaczenie.
- Najwidoczniej. - Było więc prawie pewne, że będziemy walczyć również
i na planecie. Nawet gdyby Antopol zdołała zniszczyć pierwszy krążownik,
to z drugim nie będzie miała nawet pięćdziesięciu procent szans. Za mało
"trutni" i myśliwców.
Przez najbliższe dwa tygodnie obserwowaliśmy, jak kropki gasną. Gdyby
się wiedziało kiedy i gdzie patrzeć, można by wyjść na zewnątrz i zobaczyć,
jak to wygląda naprawdę - niknący po sekundzie jaskrawy, biały punkt
świetlny.
W czasie tej sekundy energia wyzwolona przez bombę "nova" przewyższa-
ła milion razy moc bewawatowego lasera. Powstawała miniaturowa gwiaz-
da o średnicy pół klika i temperaturze wnętrza Słońca. Pożerała wszystko,
z czym się zetknęła. Promieniowanie bliskiej eksplozji nieodwracalnie
...
ilonnaa