Haldeman Joe - Ostatnia Runda.rtf

(100 KB) Pobierz

 

 

TYTUL: Ostatnia runda

AUTOR: Joe W. Haldeman

TLUM.: Slawomir Kedzierski

 

     1.

 

W dwudziestym trzecim wieku zaczęto nazywać ją "Wieczną Wojną".

Przedtem była to po prostu wojna.

Nigdy nie poznaliśmy naszych nieprzyjaciół. Pod koniec dwudziestego

wieku Taurańczycy rozpoczęli działania wojenne, atakując pierwsze kos-

moloty z Ziemi. Nigdy nie zamieniliśmy z nimi ani jednego słowa, nigdy nie

wzięliśmy żadnego z nich do niewoli.

Powołano mnie do wojska w 1977, a w 2458 miałem jeszcze trzy lata do

odsłużenia. Przeszedłem wszystkie stopnie hierarchii wojskowej: od szere-

gowca do majora. Dylatacja czasu w kolapsarowych przejściach sprawiła,

że było to zaledwie pięć latek.

Właściwie nie miałem powodów do narzekań, bowiem normalne przykrości

służby wojskowej rekompensowane były towarzystwem kobiety, którą

kochałem. Razem braliśmy udział w trzech bitwach, razem spędziliśmy

urlop na Ziemi, a nawet mieliśmy to szczęście, że zostaliśmy ranni w tym

samym czasie i w efekcie udzielono nam rocznego urlopu na planecie

szpitalnej Heaven. A potem wszystko się rozleciało.

Już od jakiegoś czasu zdawaliśmy sobie sprawę, że żadne z nas nie przeżyje

wojny. Nie tylko ze względu na zaciekłość walk - szansa, że wyjdzie się

z bitwy cało była jak jeden do trzech - ale również dlatego, że rząd nie mógł

sobie pozwolić na zdemobilizowanie nas: po prostu nie było go stać na

wypłacenie zaległego żołdu, który wystarczał z naddatkiem na kupno

kosmolotu! Mieliśmy jednak siebie i zawsze mogliśmy wierzyć, że wojna

kiedyś się zakończy.

Ale właśnie na Heaven rozdzielono nas. Wyniki testów (i nasze dość

kłopotliwe starszeństwo) sprawiły, że Marygay mianowano porucznikiem,

a mnie majorem. Ją wcielono do Oddziału Uderzeniowego, który właśnie

opuszczał Heaven, a mnie odesłano z powrotem do Stargate na oficerski

kurs doskonalenia.

Poruszyłem niebo i ziemię starając się załatwić przeniesienie Marygay do

mojej kompanii. Ale jak się później okazało, dowództwo wiedziało co robi

nie pozwalając nam być w tam samym oddziale: heteroseksualizm uznano

za coś archaicznego, za odstępstwo od normy, no a my byliśmy już zbyt sta-

rzy, aby nas "wyleczyć". Potrzebowano naszego doświadczenia, ale przy-

jęto zasadę, że jeden zboczeniec na kompanię to dosyć.

Nie była to zwykła separacja. Nawet gdybyśmy oboje przeżyli czekające

nas bitwy, to dylatacja czasu sprawi, że rozdzielą nas stulecia.

Mój oficerski kurs doskonalenia polegał na tym, że zanurzano mnie do

zbiornika utlenionego węglanu fluoru podłączywszy uprzednio do mojego

mózgu i ciała 239 elektrod. Nazywało się to SSPS - Skomputeryzowany

System Przyspieszonego Szkolenia i przez trzy tygodnie szkolono mnie

w tak przyspieszony sposób, że odechciewało się żyć.

Kto to był Scipio Aemilianus? Wojskowa znakomitość z trzeciej wojny

punickiej. Jak sparować pchnięcie nożem w podbrzusze? Blok skrzyżowa-

nymi nadgarstkami, unik w prawo i lewą nogą kopnąć w odsłoniętą nerkę.

Było dla mnie zagadką, w jaki sposób wiadomości te mają mi pomóc

w walce z chodzącymi grzybami - Taurańczykami. Uczyłem się najefek-

tywniejszych sposobów wykorzystywania wszelkiej broni - od zaostrzone-

go kija do bomby typu "nova" - i przyswajałem sobie dorobek dwóch

tysiącleci wojskowych obserwacji, teorii i przesądów. Wszystko to miało

zrobić ze mnie majora.

Moje rozstanie z Marygay stało się jeszcze bardziej ostateczne w chwili,

gdy przeczytałem otrzymane rozkazy. Kierowały mnie do Sade-138,

w Wielkim Obłoku Magellana, cztery skoki kolapsarowe i 150000 lat

świetlnych od Stargate. Zdążyłem się jednak już oswoić z myślą, że nigdy

Marygay nie zobaczę.

Miałem dostęp do wszystkich akt personalnych mojej nowej kompanii,

łącznie z moimi. Psycholog wojskowy stwierdził, że "uważam się" za

tolerancyjnego w stosunku do homoseksualizmu - dotknęło mnie to,

bowiem matka jeszcze w dzieciństwie wpoiła mi przekonanie, że to co ktoś

robi ze swoim tyłkiem jest tylko jego sprawą. Okazało się jednak, że pogląd

ten zdaje egzamin dopóty, dopóki należy się do większości. Kiedy samemu

jest się tolerowanym, sprawa wygląda gorzej. Za moimi plecami większość

ludzi nazywała mnie "Starą Ciotą", mimo że w całej kompanii nie było

nikogo, kto byłby ode mnie ponad dziewięć lat młodszy. Cóż, dowódca

zawsze zarobi jakieś przezwisko. Powinieniem był jednak zauważyć, że jest

w tym coś więcej niż normalny brak szacunku, moje przezwisko wyrażało

bowiem o wiele większą pogardę i odtrącenie niż wszystko czego doświad-

czyłem do tej pory jako szeregowiec i podoficer.

Zasadniczym problemem był język. Przez 450 lat angielski uległ poważnym

przekształceniom i żołnierze musieli się uczyć dwudziestopierwszowiecz-

nej angielszczyzny. Dzięki temu byli w stanie porozumieć się ze swoimi

oficerami, którzy niejednokrotnie urodzili się dziewięć pokoleń przed ich

pradziadkami. Oczywiście, używali tego języka wyłącznie do rozmów

z oficerami albo wtedy, gdy ich przedrzeźniali i rzecz jasna, szybko

wychodzili z wprawy. Na dobrą sprawę w Stargate mogliby poświęcić kilka

godzin pracy SSPS na nauczenie mnie języka moich podkomendnych.

Tylko troje z nas urodziło się przed dwudziestym piątym wiekiem - w ogóle

urodziło się, bowiem nie produkowano już ludzi w ten staroświecki,

niedoskonały sposób. Każdy embrion był podretuszowany zgodnie z okre-

ślonymi założeniami... i ci, którzy zostali żołnierzami, choć doskonali pod

względem intelektualnym i fizycznym, nie posiadali pewnych cech, które

byłem skłonny uważać za cnoty. Atylla by ich uwielbiał, a Napoleon

zwerbował natychmiast.

Pozostała dwójka "zrodzonych z kobiety" to mój zastępca, kapitan Charlie

Moore i starszy lekarz, porucznik Diana Alsever. Oboje byli homoseksualis-

tami, rzecz normalna u urodzonych w dwudziestym drugim wieku, ale

mimo to wiele nas łączyło i byli oni jedynymi ludźmi w kompanii, których

mogłem uważać za swoich przyjaciół. Patrząc wstecz mogę stwierdzić, że

pomagaliśmy sobie nawzajem odseparować się od reszty kompanii -

zapewne było to wygodne dla nich, dla mnie jednak - katastrofalne.

Pozostali oficerowie, szczególnie szef grupy dowodzenia, porucznik Hille-

boe, mówili mi chyba tylko to, co sądzili, że chciałbym usłyszeć.

Mieliśmy rozkaz wybudować bazę na największej planecie grupy Sade-138

i bronić jej przed atakiem Taurańczyków. Moja kompania, Oddział Uderze-

niowy Gamma miała bronić tego miejsca przez dwa lata. po czym zluzowa-

łyby nas oddziały garnizonowe. No i teoretycznie mógłbym wtedy złożyć

dymisję i zostać znowu cywilem - chyba, że uniemożliwią to na mocy albo

nowych przepisów, albo jakichś starych, o których, przez niedopatrzenie

oczywiście, do tej pory mnie nie poinformowano.

Oddziały garnizonowe wyruszą ze Stargate dwa lata później, nieświadome

co je czeka na Sade-138. Nie mieliśmy żadnej możliwosci przekazania

informacji, ponieważ podróż trwała 340 "obiektywnych" lat, mimo że na

pokładzie, dzięki dylatacji czasu mijało zaledwie siedem miesięcy.

Dla nas, zamkniętych w wąskich korytarzykach i maleńkich kajutach

Masaryka II, te siedem miesięcy było cholernie długie. Opuszczaliśmy

pozostający na orbicie statek z prawdziwą ulgą, mimo że pobyt na planecie

oznaczał cztery miesiące ciężkiej pracy w trudnych, niebezpiecznych

warunkach na dwie zmiany: 38,5 godzin wypoczynku na pokładzie statku

i tyle samo pracy na powierzchni.

Planeta była właściwie bezkształtnym kawałkiem skały, brudnobiałą kulą

bilardową o cienkiej warstwie atmosfery składającej się wodoru i helu.

W czasie dnia ogrzewała ją jaskrawoniebieska iskra Doradusa S i na

równiku temperatura wahała się od 25 do 17 Kelwinów. Tuż przed świtem,

gdy było najchłodniej, wodór skraplał się i osiadająca delikatna mgiełka

pokrywałą wszystko tak śliską warstewką, że najlepszym wyjściem z sytua-

cji było po prostu usiąść i przeczekać.Tylko o świcie czarno-białą monoto-

nię krajobrazu ożywiała delikatna, pastelowa tęcza.

Obronę mieliśmy zorganizowaną w trzech rzutach, poczynając od strefy

orbitalnej. Pierwszą linię stanowił Masaryk II, jego sześć myśliwców

o napędzie tachionowym i pięćdziesiąt pocisków-robotów typu "truteń"

wyposażonych w bomby "nova". Komandor Antopol miała przechwycić

taurański kosmolot, gdy tylko wyjdzie z pola kolapsarowego Sade-138.

Jeżeli go rozwali, będziemy mieli spokój.

W wypadku gdy nieprzyjacielowi uda się przedrzeć przez rój myśliwców

i "trutni", w dalszym ciągu będzie miał pewne trudności z zaatakowaniem

nas. Na powierzchni, wokół naszej podziemnej bazy znajdowało się dwa-

dzieścia pięć samonaprowadzających bewawatowych laserów. Za strefą

efektywnego rażenia laserów był szeroki pierścień tysięcy min nuklear-

nych, które wybuchały pod wpływem niewielkich zakłóceń lokalnego pola

grawitacyjnego. Mógł je wywołać zarówno Taurańczyk, który nastąpił na

jedną z nich, jak też nisko przelatujący kosmolot.

Gdyby nieprzyjaciel miał zamiar zdobyć naszą bazę i gdyby udało mu się

zniszczyć nasze zautomatyzowane środki obrony, musielibyśmy sami włą-

czyć się do walki. Żołnierze byli uzbrojeni w ręczne lasery megawatowe,

a każda drużyna miała wyrzutnię rakiet tachionowych i dwa samopowta-

rzalne granatniki. Ostatnią deską ratunku było Pole.

Wewnątrz półsferycznego (w przestrzeni sferycznego) pola o promieniu

około pięćdziesięciu metrów nic nie mogło się poruszać z prędkościa

większą niż 16,3 metra na sekundę. Nie było również promieniowania

elektromagnetycznego - ani elektryczności, ani magnetyzmu, ani światła.

Całe otoczenie widziane przez wizjer skafandra było upiornie monochro-

matyczne. Wyjaśniono mi zgrabnie, że zjawisko to jest wywołane "fazo-

wym przemieszczeniem quasi-energii przenikającej z przyległej tachiono-

wej rzeczywistości", co jak się nietrudno domyśleć, było dla mnie całkowitą

abrakadabrą.

Wewnątrz Pola wszystkie nowoczesne środki bojowe były bezużyteczne.

Nawet "nova" była zwykłym kawałkiem złomu. No, a każda żywa istota,

obojętnie - Ziemianin czy Taurańczyk - która znalazła się w Polu bez

właściwej osłony, zginęłaby w ułamku sekundy.

Mieliśmy tam cały zestaw archaicznej broni i jeden myśliwiec, który miał

być lotniczym wsparciem ostatniego punktu oporu. Zmusiłem ludzi do

ćwiczenia walki na miecze, strzelania z łuku i tak dalej, ale nie pałali do

tego zbytnim entuzjazmem. Wszyscy uważali, że jeśli nieprzyjaciel zmusi

nas do wycofania się pod osłonę Pola to znaczy iż jesteśmy skończeni. Nie

będę kłamał - uważałem tak samo.

Czekaliśmy pięć miesięcy. Baza szybko pogrążała się w rutynie szkoleń

i wyczekiwania. Myślałem o pojawieniu się Taurańczyków nieomal z nie-

cierpliwością; chciałem żeby to wszystko wreszcie się tak czy inaczej

rozstzygnęło.

Nigdy nie pasjonowałem się sportem czy grami, ale zauważyłem, że

poświęcam im coraz więcej czasu. W tych warunkach wywołujących

napięcie nerwowe i uczucie klaustrofobii po raz pierwszy lektura czy nauka

nie dawały mi odprężenia. Uprawiałem więc szermierkę na pałki czy

miecze z innymi oficerami, do całkowitego wyczerpania ćwiczyłem na

przyrządach, nawet w swoim gabinecie miałem podwieszoną linę. Wię-

kszość oficerów grała w szachy, ale zazwyczaj z nimi przegrywałem -

a jeżeli udało mi się wygrać, miałem wrażenie, że chcą mnie w ten sposób

wprawić w dobry humor. Słowne gry były zbyt trudne, ponieważ mój język

był archaicznym dialektem, którym partnerzy posługiwali się z trudnością,

a ja z kolei nie miałem czasu i zdolności, by opanować "współczesny"

angielski.

Przez jakiś czas Diana dawała mi stymulatory nastroju, zaczynałem popa-

dać w nałóg, więc przestałem je brać. Potem próbowałem psychoanalizy

u porucznika Wilbera. Była to całkowita klapa. Wprawdzie na swój ksią-

żkowy sposób był doskonale zorientowany w moich problemach, ale mówi-

liśmy innymi językami kulturowymi. Gdy usiłował mi pomóc w sprawach

miłości i seksu, robił to tak, jakby tłumaczył czternastowiecznemu chłopu

pańszczyźnianemu, jak ma sobie radzić ze swoim dziedzicem i probosz-

czem.

A przecież to właśnie było podstawowym źródłem moich kłopotów. Byłem

przekonany, że nie miałbym problemów ani z frustracjami i stresami, które

zawsze niesie ze sobą dowodzenie, ani z faktem, że byłem zamknięty

w jaskini razem z ludźmi, którzy chwilami byli dla mnie tylko odrobinę

mniej obcy niż nieprzyjaciel, ani nawet z uczuciem głębokiej pewności, że

wszystko to będzie zakończone śmiercią w męczarniach w walce o bezwar-

tościową sprawę - gsyby tylko była ze mną Marygay. Uczucie to potęgowa-

ło się z miesiąca na miesiąc.

Wilber potraktował to bardzo surowo i nazwał romantycznym pozerstwem.

Powiedział, że wie co to miłość, sam był kiedyś zakochany. A płeć obu

składników pary nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia. W porządku,

mogłem się z tym zgodzić - w końcu był to frazes wywodzący się jeszcze

z czasów moich rodziców (choć w moim pokoleniu spotykał się z pewnymi

oporami). Jednak miłość, stwierdził Wilber, miłośc jest kruchym kwiat-

kiem, delikatnym kryształkiem, miłość jest nietrwałym związkiem, którego

okres rozpadu wynosi około ośmiu miesięcy. "Pieprzysz" - oznajmiłem

i zarzuciłem mu z kolei, że nosi kulturowe końskie okulary. Powiedziałem,

że trzydzieści wieków historii ludzkości do momentu rozpoczęcia Wiecznej

Wojny udowodniło, iż miłośc jest jedyną rzeczą, która może przetrwać po

sam grób, a nawet jeszcze dłużej i że gdyby się urodził a nie wykluł

z probówki, nie musiałbym mu tego tłumaczyć! Wilber zrobił wtedy kwaśną

minę i stwierdził, że jestem po prostu ofiarą seksualnych frustracji i roman-

tycznych złudzeń, które co gorsza, sam sobie wmówiłem.

Patrząc na to z perspektywy czasu odnoszę wrażenie, że obaj dobrze się

bawiliśmy naszymi sporami - ale o wyleczeniu nie było mowy.

 

     2.

 

Minęło równo 400 dni od chwili, w której rozpoczęliśmy budowę. Siedzia-

łem przy biurku patrząc bezmyślnie na nowy wykaz służb sporządzony

przez Hilleboe. Charlie siedział rozparty na krześle i przeglądał coś

w czytniku. Zadzwonił telefon i usłyszałem głos komandor Antopol.

- Są tu.

- Co?

- Powiedziałam, że już tu są. Taurański kosmolot wyszedł przed chwilą

z pola kolapsarowego. Prędkość 0,8 c. Deceleracja trzydzieści G. Mniej

wiecej.

Charlie pochylił się nad moim biurkiem. - Co tam?

- Kiedy? Kiedy możesz rozpocząć przechwycenie?

- Jak tylko zejdziesz z telefonu. - Rozłączyłem się i przeszedłem do

komputera. Podczas gdy usiłowałem wydusić z niego jakieś dane, Charlie

majstrował przy displayu. Był to hologram o powierzchni około metra

kwadratowego i grubości pół metra, zaprogramowany w taki sposób, żeby

pokazywał pozycję Sade-138, naszej planety i jeszcze paru innych kawał-

ków kamienia w tym sektorze. Zielone i czerwone kropki oznaczały nasze

i taurańskie jednostki.

Komputer stwierdził, że hamowanie i powrót do tej planety zajmą Taurań-

czykom co najmniej jedenaście dni, pod warunkiem ciągłego stosowania

maksymalnych przyspieszeń i hamowań; wtedy jednak komandor Antopol

mogłaby wytłuc ich jak muchy. A więc będą kombinować z przyspieszenia-

mi i zmianami kursu.

Oczywiście o ile Antopol i jej bandzie wesołych piratów nie uda się ich

wcześniej załatwić. Elektroniczne pudło poinformowało mnie, że szansa

takiego rozwiązania była nieco mniejsza niż pięćdziesiąt procent.

Obojętne jednak, czy miało to trwać 28,9554 dnia czy dwa tygodnie, my

tutaj na planecie mogliśmy tylko siedzieć i czekać. Jeżeli Antopol będzie

miała szczęście, nie będziemy musieli walczyć aż do chwili, w której

zmienią nas oddziały garnizonowe i przeniesiemy się do następnego

kolapsara. W chwili gdy patrzyliśmy na display, od kropki oznaczającej

nasz krążownik oderwałą się mała zielona plamka i popłynęła w bok. Tuż

przy niej pojawiła się blada cyfra "2", a na identyfikatorze wyświetlonym

w lewym dolnym rogu ukazało się objaśnienie: 2 - PRZECHWYTUJĄCY

"TRUTEŃ".

- Powiedz Hilleboe, niech zarządzi zbiórkę całej załogi. Przy okazji może

wszystkich poinformować o sytuacji.

Ludzie nie przyjęli wiadomości zbyt dobrze i nie mogłem mieć do nich

szczególnej pretensji. Spodziewaliśmy się wszyscy, że Taurańczycy zaata-

kują nas o wiele wcześniej, a gdy ciągle się nie pojawiali, zaczęło narastać

przekonanie, że dowództwo Oddziałów Uderzeniowych popełniło błąd

i nieprzyjaciel nie zjawi się wcale.

Chciałem, żeby wszyscy zajęli się na serio szkoleniem ogniowym. Przecież

prawie od dwóch lat nikt w kompanii nie używał żadnej broni o dużej sile

rażenia. Odblokowałem więc ich ręczne lasery, rozdzieliłem granatniki

i wyrzutnie rakietowe. Nie mogliśmy prowadzić zajęć w obrębie bazy, gdyż

mogło to uszkodzić zewnętrzne czujniki i obronny pierścień laserów.

Charlie albo ja wprowadzaliśmy więc po jednym plutonie na odległość

jednego klika przed pozycje obrony, a Rusk dyżurowała stale przy ekranach

wczesnego ostrzegania. Gdyby cokolwiek zaczęło się do nas zbliżać, miałą

wystrzelić rakietę świetlną.

Trening w strzelaniu z lasera przypominał strzelanie do rzutków: wyzna-

czało się pary, żołnierz stawał ze swoim kolegą i w dowolny sposób rzucał

kawałki skały. Strzelający musiał obliczyć trajektorię lotu kamienia i trafić

go, zanim spadł na ziemię. Ich koordynacja strzelecka była rzeczywiście

wspaniała (być może Kontroli Eugenicznej nareszcie udało się dobrze coś

zrobić). Większość żołnierzy osiągała dziewięć trafień na dziesięć możli-

wych - a przecież strzelali do bardzo małych kamyków. Ja sam , nieulep-

szony biologicznie staruszek, trafiałem mniej więcej siedem na dziesięć,

choć moja praktyka bojowa była o wiele większa.

Nie mieli również kłopotów w określaniu poprawek strzeleckich dla

granatnika, który stał sie bronią zdecydowanie bardziej wszechstronną niż

dawniej. Zamiast jednego mikrotonowego pocisku i standardowego ładun-

ku miotającego, były do wyboru cztery ładunki oraz jedno, dwu, trzy

i czteromikrotonowe pociski. Gdy dochodziło do walki na rzeczywiście

krótki dystans i użycie lasera byłoby niebezpieczne, można było odłączyć

lufę granatnika i załadować go magazynkiem ładunków kartaczowych.

Każdy ładunek tworzył rozszerzającą się chmurę tysiąca strzałek, które do

pięciu metrów raziły śmiertelnie, a w odległości sześciu zmieniały się

w nieszkodliwy gaz.

Morale żołnierzy bardzo podbudowało to, że mogli wyjść i swoimi nowymi

zabawkami poprzestawiać krajobraz. Ale krajobraz nie odpowiadał

ogniem.

Podobnie jak w innych starciach, dylatacja czasu sprawiła, że nie można

było przewidzieć, jakim uzbrojeniem tym razem będzie dysponować nie-

przyjaciel. Zależało to od poziomu, jaki ich technologia reprezentowała

w chwili, gdy wyruszali do tej akcji - równie dobrze mogli być parę wieków

przed lub za nami. Być może nie słyszeli wcale o Polu, a może wystarczy, żę

powiedzą jedno zaklęcie i po prostu znikniemy bez śladu.

Byłem właśnie razem z czwartym plutonem na zewnątrz i zajmowaliśmy się

strzelaniem do kamieni, gdy odezwał się Charlie wzywając mnie z powro-

tem do bazy. Przekazałem pluton Heimoffowi.

- Jeszcze jeden? - Tym razem skala obrazu holograficznego była taka, że

nasza planeta miała rozmiary groszka i znajdowała się o jakieś pięć centyme-

trów od X oznaczającego Sade-138. Naokoło rozrzucone było czterdzieści

jeden czerwonych i zielonych kropek. Identyfikator określił czterdzistą

pierwszą jako: TAURAŃSKI KRĄżOWNIK (2).

- Zgadza się. - Charlie był ponury. - Pojawił się kilka minut temu. Kiedy

cię wezwałem. Ma takie same charakterystyki jak tamten: 30 G, 0,8 c.

- Dałeś znać Antopol?

- Tak. - Uprzedził moje następne pytanie. - Sygnał będzie szedł tam

i z powrotem prawie przez cały dzień.

- Nigdy czegoś takiego nie robili. - Charlie oczywiście dobrze o tym

wiedział.

- Może ten kolapsar ma dla nich szczególne znaczenie.

- Najwidoczniej. - Było więc prawie pewne, że będziemy walczyć również

i na planecie. Nawet gdyby Antopol zdołała zniszczyć pierwszy krążownik,

to z drugim nie będzie miała nawet pięćdziesięciu procent szans. Za mało

"trutni" i myśliwców.

Przez najbliższe dwa tygodnie obserwowaliśmy, jak kropki gasną. Gdyby

się wiedziało kiedy i gdzie patrzeć, można by wyjść na zewnątrz i zobaczyć,

jak to wygląda naprawdę - niknący po sekundzie jaskrawy, biały punkt

świetlny.

W czasie tej sekundy energia wyzwolona przez bombę "nova" przewyższa-

ła milion razy moc bewawatowego lasera. Powstawała miniaturowa gwiaz-

da o średnicy pół klika i temperaturze wnętrza Słońca. Pożerała wszystko,

z czym się zetknęła. Promieniowanie bliskiej eksplozji nieodwracalnie

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin